[FanFick] Saiyan Power Forces

Jeśli stworzyłeś coś ciekawego i chcesz się tym podzielić, zamieść swoją pracę w tym dziale.

Moderator: Moderatorzy

ODPOWIEDZ

Czy podoba Ci się Mój FanFick?

Tak, cały jest fajny!
23
66%
Poszczególne odcinki(odpowiedź w poście)
1
3%
Nie, coś Mnie wogóle do niego nie ciągnie...
0
Brak głosów
Nie czytałem
8
23%
Jest beznadziejnie beznadziejny! Po co wogóle go piszesz!?!
3
9%
 
Liczba głosów: 35

Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

No i jak tu takiego zadowolić: chce, żeby to jego postać była bohaterem, ale to przecież niesprawiedliwe wobec innych...

Rozdział XXXVII - Pęknięta stal o sile żywiołów

Minął kolejny dzień, prawie wszyscy bohaterowie byli teraz w salonie. Rozmawiali na temat tego, jak może być w tym innym wymiarze.
- A może jest tam królestwo rozkoszy, gdzie wszelkie marzenia się spełniają... - mówił Adrian
- Nie liczyłbym na to - powiedział Bart
- Za to na pewno jest tam coś niesamowitego, niespotykalnego w tym wymiarze - powiedział Bobercik
- Tylko co to może być? - zapytał Dyninio
- Jakaś potrawa - powiedziałą pewna siebie Relena
- Ludzie wogóle będą inni - powiedziała Małgorzata
- Tak, wszystkie tradycje i zwyczaje będą z pewnością inne - powiedział Rayman
- Wyobrażacie to sobie? Żyć tak długo, to prawie, jak żyć wiecznie! - powiedział Adrian
- Dużo czasu na zabawe! - powiedziała głośno Roksia
- Chyba na nauke! - powiedział Bobercik patrząc lekko surowym wzrokiem na siostre
- No dobra, na to i to - powiedziała Roksia

[center]***[/center]

Kris stał teraz na balkonie, patrząc w dal. Szczątki swojego miecza zostawił w lesie. Poza tym nie wieżył, by ktokolwiek mógł go naprawić. Taki miecz...
Przypominał sobie, w jaki sposób wszedł w jego posiadanie. Tak, to były stare, dobre czasy...

Kris miał zamiar zrobić sobie troszeczke długie wakacje, w tym celu wyruszył na Ziemię. Wymknął się z planety X-term, niezauważalnie zabierając statek kosmiczny. Był mistrzem w sprawach skradania się, ucieczek i zacierania śladów. Nikomu wcześniej nie udało się w niezauważony sposób opóścić tej planety...
Podróż była dosyć długa. O planecie, na którą leciał, słyszał tylko od starszych, nie lubiał jednak wierzyć pustym, nie potwierdzonym przez niego, słowom. Cały czas nie mógł oderwać się od okna, pozwalającego na obserwacje kosmosu. Tak i zasnął, ku jego nieszczęściu nie zobaczył, jak wlatuje w atmosfere, obudził się dopiero na planecie - wciąż nie wykryty przez nikogo.
Kris powoli wyszedł z kapsuły. Pierwsze, co poczuł, to powiew chłodnego powietrza. Na szczęście zabrał cieplejsze ubranie. Nie był przystosowany do temperatur poniżej 10 stopni Celsiusa, bo na jego planecie była ona rzadkością. Odpowiadało mu jednak to świerze powietrze, tu, po środku jakiegoś lasu, którego wogóle nie znał.
Młody Saiyan z planety Ozomatsu bez wahania jednak ruszył przed siebie, by zwiedzić co najmniej las, z nadzieją, że znajdzie ludzi, o których tyle czytał.
Na jego własnej planecie nie miał wielu zajęć, tylko trening i nauka, całe jego życie... Wciąż nie mógł sobie darować, że nie powstrzymał unicestwienia planety Ozumatsu.
Nagle, mijając drzewa, spostrzegł ruch. Schował się szybko za krzewem i wychylając się, patrzał z czym ma do czynienia.
Był to wilk, podobny jak na X-term, ale znacznie mniejszy. Kris bez strachu podszedł bliżej niego, wilka nawet się nim nie przejął, Saiyan też nie przejął się wilkiem - po prostu go minął. Szedł coraz dalej, aż zobaczył, że las się kończy. Tuż za lasem czekał na niego kres jego podróży - jego tymczasowy dom, choć jeszcze o tym nie wiedział.
Z daleka obserwował jak ludzie chodzą w tą i we w tą, ich ubrania wydawały mu się dziwne. Jego ciekawość i chęć zapoznania się z nieznanymi mu dotąd istotami rozumnymi wzięły górę - poszedł w strone ludzi.
Z daleka był już przez nich zauważony. Natychmiast się schowali i wyszedł jakiś człowiek z bronią palną. Krisowi wydawała się ona kompletnie bezużyteczna, jakiś złom. Szedł dalej, uważając to za ostrożność.
- Stój! - zawołał brodaty człowiek z bronią
- Dobrze - powiedział Kris wciąż nie mogąc dowierzyć, że tu jest - Czy mógłbyć schować "to coś"?
- Oczywiście, że nie! - powiedział brodaty człowiek - Jaką mam pewność, że Mnie wtedy nie zabijesz?
- Gdybym chciał, to już bym Cie zabił - powiedział Kris lekko się uśmiechając
- Odejdź stąd! - rozkazał człowiek z brodą
- Chociaż powiedz mi gdzie mogę przenocować - powiedział Kris
- Naprawde pomógłbym Ci, ale nie moge ufać obcym - powiedział uzbrojony człowiek
- No, słowo "obcy" nabiera tutaj głębszego znaczenia XD - powiedział Kris
- Co mówiłeś? - zapytał człowiek z bronią
- Nic, nic, głośno myśle - powiedział Kris - W takim razie...
Jego słowa przerwał strzał. Natychmiast zlokalizował lecący pocisk i odepchnął człowieka, by nie dostał mierzoną właśnie w niego, kulą. Uzbrojony mężczyzna natychmiast podniósł broń w strone lasu, skąd doszedł strzał. Zobaczył nie jednego, a wielu żołnierzy, uzbrojonych w karabiny i bronie snajperskie.
- ATAKUJĄ!!! - zakrzyczał z całych sił człowiek
Z domów wybiegli ludzie - kobiety i dzieci biegły jak najdalej, zaś mężczyźni zostali na miejscu, każdy wyposażony w pistolet. Kris widział, że wpadł w jakieś łajno - do tego było mu zimno...
- Kim oni są? - zapytał Kris
- Nie znasz ich!?! - zapytał zdziwiony człowiek z brodą - Widocznie źle Cie osądzałem... Przepraszam
- Nic nie szkodzi - powidział Kris.
Widział jak żołnierze szykują się do strzału i wyszedł nieco przed brodatego mężczyzna. Natychmiast zrzucił płaszcz, nie zwracał teraz uwagi na mróz. Miał dziwne ubranie, nikt nigdy nie widział takiego ubrania na ziemi, dlatego zarówno żołnierze, jak i mieszkańcy niewielkiej osady, byli nieźle zdziwieni. Kris stał teraz z prawą ręką wystawioną w bok.
- Uciekaj młodzieńcze! - powiedział człowiek z bronią
- Heh, nie jestem tchórzem! - powiedział Kris - Pomoge wam
- Ogłupiałeś do reszty!?! - zapytał człowiek z bronią
- Zaraz zacznie się ostrzał! - zawołał ktoś z tyłu
Jednak ani Kris, ani brodaty człowiek, ani nikt z osady nie był dobrze ukryty, wszyscy byli wystawieni na strzały przeciwnika. Nikt nie spodziewał się tego, co się wydarzy...
Wyleciały pierwsze pociski, kilkadziesiąt pocisków poleciało w stronę nie mających ucieczki osadników, którzy licząc na to, że przed śmiercią uda im się zabić chociaż kilku żołnierzy wystrzelili też pociski. Kris nagle się ruszył, zaczął jakby bić w powietrze. Wkrótce jeden z osadników dostrzegł, że zaraz po zamachu w powietrze pod nogami Krisa pojawiły się kule. Był szczerze zdziwiony.
Kris jednak nie był w stanie odeprzeć takiego ataku, zatrzymał kilkadziesiąt kul, jednak później dostał naprawde wieloma. Ku zdziwieniu wszystkich nie miał dziur w ciele, a tylko miejsca lekko zakrwawione lub połamane kości. To był ewenement! "Zupełnie jakby to była skała" - pomyślał jeden z osadników.
Kris wreszcie padł na kolana. Nie miał już siły, jednak jego działanie dodało odwagi osadnikom, którzy teraz brnęli naprzód strzelając. Żołnierze, mimo, że byli pod osłoną lasu, to padali jeden po drugim. Kris widział jak żołnierze wystawiają "ciężkie działa". Człowiek ze znacznie większym kalibrem stał w lesie - z wyrzutnią rakiet. Wtedy to Kris wyprostował obie ręce w jego strone i skupił na dłoniach bardzo dużą część swojej energii. W ułamku sekundy z jego rąk zaczęło wydobywać się jakieś jasno-niebieskie światło. Wreszcie wyleciała i z nich niewielka kula, która z bardzo dużą prędkością leciała w stronę lasu. Wreszcie wybuchła stykając się z drzewe, jednoczeście wysadzając w powietrze żołnierza z rakietownicą. Jego rakiety spowodowały kolejne wybuchy, które pogromiły prawie całą reszte oddziału. Osadnicy dobili reszte i przyszli do ledwie oddychającego Kris'a, po czym zabrali go do osady.
Saiyan spał tam trzy dni, całe trzy dni, zanim odzyskał przytomność. W międzyczasie rozeszła się wieść o takim kimś poza osadę i choć sam Kris tego nie podejrzewał, to czekał na niego człowiek, wpływowy człowiek, z propozycją.
Kris wstał, pierwszy raz od długiego czasu otworzył oczy. Był w jakimś domku z drewna, obok niego leżały bandaże, które najwyraźniej niedawno mu ściągnięto. Spojrzał na siebie, ale nigdzie nie był ranny. Nie wierzył, że mógł się uleczyć tak szybko, nie wiedział, że spał trzy dni. Wyszedł powoli z chatki i stanął na zewnątrz. Wtedy oczy wszystkich osób natychmiast zwróciły się na niego. Ktoś pobiegł do jakiejś chaty, z której wyszło dwóch ludzi. Jednego już znał, był to człowiek, który wcześniej prosił go o opuszczenie tego miejsca, drugi jednak, wyglądał bardzo tajemniczo. Miał na sobie toge z kapturem, wszystko koloru ciemno-brązowego. Podszedł natychmiast do Krisa i rozpoczął rozmowę.
- Witam - powiedział człowiek w todze - Nazywam się Regan i mam dla Ciebie zadanie
- Zadanie? - zapytał Kris - Ja tu tylko przejazdem
- Ale to może Cie zainteresować - powiedział Regan - Bowiem, zostaniesz wynagrodzony
- Gdzie jest haczyk? - zapytał Kris intuicyjnie wiedząc, że coś jest nie tak
- Widzisz młodzieńcze, nikomu nie udało się go wykonać - powiedział Regan - Nawet Ja boję się go podjąć, ale jeżeli jesteś naprawde taki potężny, jak mi o tobie opowiadano, to powinieneś zdołać temu zadaniu
- Wprowadź mnie w szczegóły, a może się zgodzę - powiedział Kris
- Dobrze więc, wejdźmy do jakiegoś pomieszczenia - powiedział Regan
- Tak, zimno tu - powiedział Kris lekko się trzęsąc
- Zimno? Przecież jest koniec wiosny - powiedział człowiek z brodą
Nikt jednak nie mówił nic więcej, tylko wszyscy trzej weszli do chatki, gdzie usiedli przy kominku i kontynuowali rozmowe.
- Tu nie jest zimno - powiedział Kris - Przynajmniej tyle, więc o co chodzi?
- Widzisz, głęboko pod ziemią, daleko stąd są ruiny zamku - powiedział Regan - I tam są naprawde potężne artefakty, jak i skarby. Chce, abyś przyniósł jeden z nich.
- Ruiny zamku? - zapytał Kris - Nie lepiej wysłać tam archeologa?
- Gdyby to było takie proste, nie przychodziłbym tu aż z Renideth - powiedział Regan - Wewnątrz są różne bestie, jakich nie widział świat. Mówi się, że przetrwały okresy prehistorii, inni mówią, że jeden z artefaktów je stworzył.
- Hmmm, robi się ciekawiej - powiedział Kris - A co za to będe miał?
- Uznanie moje, jak i wszystko co znajdziesz w zamku, oprócz chcianego przeze Mnie artefaktu - powiedział Regan - Napewno jest tam nie mało rzeczy, zapewniam, jeżeli nie znajdziesz niczego dla siebie, to możesz zabrać artefakt po który Cie wysyłam
- NIE! - zawołał siedzący obok mężczyzna z brodą - Wiesz co to znaczy!?! To nasza jedyna szansa na zatrzymanie tego głupiego przelewu krwi!
- Masz racje, jednak nie możemy go zmuszać do tego zadania - powiedział Regan - A co jeżeli nie będzie nic w tym zamku oprócz tego artefaktu? Nie możemy mu odpłacić naszym uśmiechem za wszystko co zrobi, przecież może nawet stracić życie
- Prosze, powiedz mi... Regan, tak? Jaki to jest artefakt, że może przerwać, jak to nazwaliście, "głupi przelew krwi" - powiedział Kris
- Legenda głosi, że ukryty tam kryształ może być jednorazowo użyty do zmiany świata - powiedział Regan - Podobno jest w stanie zatrzymać wojne bez przelewu krwi, jakby zmieniając ludzi na lepsze. Jeśli jest to prawda, to byłoby cudownie
- O co chodzi z tą wojną? - zapytał Kris
- Początkowo nie było to nic wielkiego, małe miastefczko podziemne chciało zapanować nad wszystkim, jednak z czasem, jego rozmiar się powiększył i teraz jest już państwem. Zdobycie Kryształu pozwili zmienić sytuacje - powiedział Regan - Dlatego...
- Dobrze, zaprowadź Mnie tam - powiedział Kris - Szczerze mówiąc się spiesze
- Gdzie? - zapytał Regan - Na pewno już się spóźnisz, to nie ma pośpiechu
- Jak się spóźnie? - zapytał Kris
- Spałeś trzy dni - powiedział brodaty mężczyzna
- Co!?! - zakrzyczał Kris - Mama mnie zabije! Dobra, to szybko, może nie będe miał takiej ogromnej kary!
- Jak sobie życzysz - powiedział Regan - Ale pamiętaj, idziesz tam sam, kompletnie sam
- Bla, bla, bla... - powiedział Kris - Chodźmy już, spiesze się
I wyszedł wraz z Reganem w pośpiechu, po czym natychmiast opóścił wioske. Regan miał zamaskowany wóz na zewnątrz, do którego wraz z Krisem wsiadł i pojechali. Jechali długi czas, bez słowa. "Cisza przed burzą" - myślał Regan. Nareszcie dojechali do niewielkiej jaskini.
- Tuż przed tobą stoi jedyne wejście - powiedział Regan - Powodzenia i dziękuje
- Nie dziękuj - powiedział Kris - Powiedziękujesz jak wróce!
Saiyan szybko wbiegł do środka jaskini. Na szczęście Regan dał mu lataske, dobrą latarke. Dawała naprawde dużo światła, Kris spokojnie widział na kilkanaście metrów przed siebie. Szedł tak pewien czas, wgłąb, coraz głębiej ziemi. Czuł, że jest tutaj mało powietrza, ciężko mu było odychać, ale jednak oddychał. Widział już pierwsze trupy - zarówno ciała, jak i szkielety leżące na drodze wgłąb jakini. Nagle coś przeleciało Krisowi nad głową. Ten momentalnie uderzył pięścią w góre trafiając jakiegoś wyrośniętego nietoperza. Miał ok. metra wysokości!
Kris nie przejmował się, bardziej się spieszył do domu, mając nadzieje, że uda mu się wymigać, że powie: "Byłem u kolegi, tak fajnie było, że zapomniałem o domu... Przepraszam".
Jego rozmyślania zatrzymał krzyk. Natychmiast pobiegł w stronę krzyku, gdy się tam znalazł, to jakiś starszy od niego o niewiele chłopak stał przy ścianie, otoczony przez trzy dziwne potworki. Były dosyć wysokie i miały długie ręce, do tego twardą skóre i dużo siły. Kris natychmiast skoczył do pierwszego potwora i uderzając go mocno z łogcia w plecy wrzucił go na kolejnego. Trzeciego potwora bardzo mocno uderzył w żołądek, a ten wpadł na ścianę.
Potwory uciekły - cała trójka, najwyraźniej wystraszyły się Krisa. Wtedy to podbiegł do niego chłopak, któremu właśnie uratował życie.
- Dzięki... O mały włos - powiedział chłopak - Nazywam się Hebrid
- Kris - powiedział Saiyan
- Fajne imie - powiedział Hebrid - Eeee, mam prośbe, wyprowadzisz Mnie stąd?
- Nie, ale wyczyściłem ci droge - powiedział Kris - Tak apropo, co tu robiłeś?
- Wrzucili mnie tutaj tacy goście... Nie lubią mnie za bardzo - powiedział Hebrid - Dobra, dzięki... Aha, trzymaj, jeżeli będziesz kiedykolwiek czegoś potrzebować, to masz ten numer
- Dzięki - powiedział Kris wsadzając karteczke z numerem do kieszeni.
Dwie osoby się rozdzieliły tak szybko, jak się spotkały. Kris zaś szedł głębiej, wreszcie doszedł do ruin muru, działającymi tutaj jako podparcie dla masywu skalnego będącego teraz nad murem. Kris szedł więc głębiej.
Rzucił się na niego z nienacka jakiś pso-podobny potworek, Kris jednak uniknał i bardzo mocno pięścią uderzył go w tył głowy. Mimo trafnego uderzenia potworek rzucił się na niego ponownie. Leciał bardzo szybko, Kris widział jego ogromne i zapewne bardzo ostre zęby. Tuż przed nim jednak się zatrzymał - Kris widział tylko cieknącą krew z tyłu głowy. Wiedział, że tym razem miał szczęście.
Mur coraz dalej robił się piękniejszy, bardziej ozdobiony różnymi wzorami i malowidłami. Kris usłyszał dziwną muzyke(na końcu posta podany link!). Odbijała się od wszystkich ścian, tworząc efekt, jakby była śpiewana zewsząd. Słowa były w dziwnym, bardzo dziwnym języku, dlatego Kris nic z niej nie rozumiał. Nie przejmował się tym jednak, gdyż nie przyszedł tu dowiedzieć się co to za piosenka, ale zdobyć pewien artefakt. Idąc dalej doszedł do skrzyżowania, gdzie zobaczył jakieś dwa latające stworzenia. Miały skrzydła jak ptaki, ale były znacznie od ptaków większe. Ich rozpiętość skrzydeł wynosiła ponad dwa i pół metra, do tego miały uzębiony dziub - niespotykane u żadnego ptaka!
Kris przemknął obok ptakopodobnych stworzeń niezauważony. Nie zatrzymywał się, dalej gnał przez labirynt krętych uliczek, aż doszedł do ich końca. Widział przepaść, jakby nigdy się nie kończyła. W oddali widział jakąś platforme, nie miał pojęcia jak się tam dostać, bo była naprawde daleko. Tak naprawde, to ledwo odróżnił tą jedno-centymetrową plamke w ogromnym polu czerni. Dopiero teraz Kris dostrzegł obok siebie jakiś piedestał. Była w nim kula, która świeciła się na zielono. Wziął ją w ręce, lecz nie wiedział co z nią zrobić. Zobaczył, że z drugiej strony jest taki sam piedestał. Postawił tam kulę i kiedy to zrobił zielony promień zaczął żłobić jakby dzirę w ścianie, lecąc w kierunku przepaści. Gdy już tam doleciał, Kris zobaczył jak pojawiły się przed nim zielone schody, a raczej światło przypominające schody. Gdy jednak ich dotknął nogą, poczuł, że są prawdziwe! Wielkie było jego zdziwienie, szedł teraz powoli po schodach w dół, rozglądając się na boki. Widział jak raz po raz przelatywały obok niego stworzenia, które jednak odbijały się kilka metrów od niego, jakby tam była bariera. W rzeczy samej - była, ale on o tym nie wiedział. Wreszcie zszedł do końca, całkowicie opuszczając to pomieszczenie. Szedł przed siebie, nie czekały na niego teraz żadne pułapki - narazie. Wreszcie czekało go rozwidlenie dróg, widział już stąd, że jedna z dróg jest zablokowana, więc poszedł tą drugą. Zobaczył na końcu drogi jasne światło, do którego się udał.
Wreszcie stał przed tym, po co przyszedł. Granatowy kryszytał obracał się w powietrzu, nad jakimś piedestałem. Kris wiedział, że właśnie po niego przyszedł. Niedaleko widział też zamknięte, dziwne drzwi.
Saiyan podszedł pod piedestał i podziwiał kryształ, czuł dziwne uczucie, jakby miał przed sobą... Sam nie umiał tego określić, przeszły go ciarki i zaczęło łaskotać w brzuchu. Czyżby się bał? Nie, to raczej podniecenie, albo magiczne zdolności tego kamienia. Kris powoli zbliżył ręke do kamienia, a ten wpadł w nią, został przyciągnięty, jak magnes przyciąga metal. Całe światło otaczające kamień zniknęło, a w ruinach rozległ się głośny ryk. Saiyan czuł jak podłoga pod nim się trzęsie. Wybiegł z sali z kamieniem i widział, jak ogromny potwór biegnie w jego strone. Miał kilka metrów wysokości i z pyska ciekł mu kwas, który natychmiastowo wypalał dziury w kamiennej podłodze, a spadając na skóre potwora spływał po niej, jakby był pokryty jakąś folią.
Kris wyprostował ręce przed siebie, a z nich natychmiast wyleciała kula energii ki, która trafiła w potwora. Ten jednak nawet się nie zatrzymał, kula tylko zdenerwowała go jeszcze bardziej. Monstrum nabrało powietrza i z daleka wystrzeliło strumień kwasu. Mała część trafiła Krisowi na płaszcz. Ten zrzucił go, zanim to się jednak stało, to kwas zdążył wypalić mu część skóry. Kris rozglądał się za możliwościami ucieczki, zdając sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znajduje. Zanim jednak cokolwiek wymyślił, to bestia była przy nim i uderzyła go bardzo mocno w brzuch - a raczej celowała w brzuch, tylko przez to, że miała ogromne łapy, to trafiła prawie na całej objętości ciała Krisa. Saiyan poleciał z impetem przejętym od łapy bestii i przeleciał przez dwie bardzo grube ściany. Podczas lotu, po zderzeniu z pierwszą ścianą, zamknął oczy. Teraz powoli je otworzył i widział jak stworzenie biegnie w jego stronę wyjąc z całych sił, tak, że aż wszystko się trzęsło. Kris spojrzał na kryształ w swojej ręce i...
"Teraz albo nigdy, oni na Ciebie liczą!" - pomyślał Kris - "Lepiej to niż umrzeć jak tchórz, bez walki, bez możliwości walki!". Kris rzucił się w stronę potwora bijąc z całych sił, on jednak nawet nie poszuł bólu, jedynie łaskotanie. Natychmiast uderzył Krisa z góry, wgniatając go w ziemię. Kris myślał, że to już koniec, ale wtedy inny potwór zniszczył tego, który go atakował. Miał ogromne rogi wychylone do tyłu i czerwoną skóre, która, wydawałoby się, płonęła. Nagle odezwał się dziwnym głosem, który brzmiał szczerze mówiąc podobnie do głosów śpiewających non-stop piosenke, którą zaczął słyszeć, gdy już wchodził do ruin.
- To nie miejsce dla takich jak Ty - powiedział potwór - Teraz, idź, masz wolną droge
- Jak to? - zapytał Kris - Ty mówisz?
- Chłopcze, to nie miejsce dla Ciebie - powiedział potwór - Ale to do ciebie należy wybór.
Po tych słowach pod nogami potwora pojawił się ogień, który szybko pokrył całego potwora z rogami, a potem zniknął wraz z nim(ogień zniknął z potworem), rozpłynął się w powietrzu.
Kris chciał stąd iść, zresztą jak wcześniej, ale coś zaciekawiło go w tej prastarej budowli. "Iść, czy nie iść?" - myślał bez przerwy Kris. Wcześniej ani śniło mu się zostawać tutaj - teraz, gdy o mało nie umarł dostał przypływu adrenaliny jak nigdy, a jego jak dotąd odtrącana ciekawość wyszła na jaw. Chciał wiedzieć co to za miejsce, i chciał je dokładnie zbadać.
Tym razem Kris dokładnie rozejrzał się wokół. Nie dostrzegł wcześniej znaków na ścianach, uważał, że to malowidła, albo zniszczenia spowodowane przez czas. Teraz wyglądały dla niego, jak jakiś szyfr, może nawet wskazówki. Sam nie pamiętał jak dobiegł do tej sali, poprostu słyszał dźwięk i przybiegł tutaj, zaraz potem spotkał monstrum, które o mało go nie zabiło. Mógł się cofnąć, ale poszedł przed siebie, w stronę, z które przybiegło dziwne, ogromne stworzenie. A tam kolejne rozwidlenie dróg, poszedł w prawo, gdzie już z daleka zobaczył jakiegoś stwora, dlatego wycofał się, myśląc, że go nie zauważył, jednak się mylił. Idąc w drugą stronę na rowidleniu dróg potwór po cichu podążał za Krisem.
Ten nie wiedząc o tym szedł dalej, aż zobaczył coś jarzącego się w oddali. Gdy podszedł bliżej, to widzał sale, w której na środku lewitował miecz, powoli obracając się wzdłóż swojej osi. Niby zwykła katana, ale pokrywał jej ostrze ogień, ogień z którego wylatywały wyładowania elektryczne. Wokół całego miecza latał wiatr z kawałkami śniegu, a tuż pod mieczem latały nisko przy podłodze kawałki kamieni. Kris naprawde zaciekawił się mieczem, patrzał tak na niego idąc powoli w jego strone. Gdy był kilka metrów przed nim cały ogień, pioruny, wiatr, kamienie i śnieg zebrały się w jedno miejsce, materializując potwora mniej więcej wzrostu Kris'a. Jego ciało, było jak jasna mgła, przeplatana kamieniami i śniegiem. Z oczu widać było płonący ogień, wole walki, a włosy wyglądały jak przepasane ogniem pioruny. Postać miała do tego kamienną zbroje na dużej części ciała: maske na twarzy, zakrywającą część niby-nosa i usta, zbroje na klatke piersiową, nagolennice, rękawice i buty kamienne z kawałkami kryształów.
Potwór stanął, jakby w pozycji bojowej, lecz ani myślał się ruszyć. Stał tak, czekał, jakby się czegoś wystraszył, jednak nie uciekał. Kris nie wiedział o co chodzi. spojrzał w prawo, w lewo, czyżby to jego wystraszyła się zjawa?
Jednak dopiero teraz Kris poczuł ciężki oddech na plecach. Stał za nim potwór z naprawde ogromnymi i zapewne ostrymi zębami. Patrzał na Krisa śliniąc się, a chwilę później, jakby w niepokoju, na zjawe tuż przed Krisem. Żadna z bestii nie ruszała się znacznie. Kris głęboko się zastanowił i chyba zrozumiał o co chodzi.
Ta komnata należała do zjawy, która była tuż przed nim, więc chce obronić ją przed bestą, jednak boi się tego. "To całkiem możliwe" - pomyślał Kris. Ale co w takim razie zrobić, usunąć się im z drogi?
Saiyan odskoczył trochę na bok, nie stał już między bestiami, jednak potwór, który przed chwilą jeszcze oddychał mu na plecy wciąż patrzał na Kris'a, z pewnością był głodny i chciał go zjeść. Zjawa przy mieczu natomiast patrzała dokładnie na każdy ruch nieproszonej tu bestii. Teraz Kris był pewien, więc wystrzelił kilka kul ki w stronę potwora z olbrzymimi zębiskami. Pociski trafiły go, ale wybuch tylko odrobinke przesunął bestie, robiąc malutkie ryski na jej pancerzu, jakby to były tylko zabrudzenia. Kris uważnie się rozejrzał - widział malowidła na ścianach i napisy, tych drugich, rzecz jasna, nie umiał rozszyfrować, jednak malowidła oglądał, licząc na to, że dowie się czegoś więcej.
Jeden z wielu obrazów pokazywał miecz w ręku człowieka, a tuż przed tym człowiekiem stał ogromny potwór, taki jakiego już widział, z odchylonymi rogami do tyłu, czerwono-brązowym skóro-futrem, gdzie niegdzie napełnionym żywym ogniem. Na innym obrazie był pokazany huragan, wraz z burzą, a wewnątrz jakaś postać, która nie wciągana przez wiatr stała w środku. Tuż nad huraganem było widać jakby oczy, ogromne oczy, Krisowi zaczęło wydawać się, że chmury to ręce, a churagan to tułów, brrrr, przeszły go ciarki.
Kris potrząsnął głową ogarniając wszystko, co tu zobaczył i był już spowrotem w komnacie, gdzie bestia naprawde się niecierpliwiła. Zaczął poruszać się wzdłuż ściany, coraz głębiej komnaty, wreszcie i zjawa obok miecza zaczęła spoglądać czasem na niego, czasem na bestie czekającą przy wejściu.
Monstrum niespodziewanie rzuciło się do środka, w stronę Krisa, a zjawa natychmiast wystawiła prawą ręke do przodu, a z niej wyleciał płonący wir powietrza, który ledwozatrzymywał bestię. Wtedy i bestia w kamiennej zbroi wyciągnęła drugą ręke do przodu, a z niej wylatywały pioruny i sople lodu. Złączył obie ręce, z których teraz wyleciał jeden potężny promień, niczym laser, jednak bestyjka z dużymi zębami zasłoniła się ogromną, bardziej upancerzoną łapą. Kris natychmiast pobiegł na tyły sali, gdzie był teraz bardziej bezpieczny. Walczyły w nim różne emocje, strach, chęć ucieczki z nim związana, ciekawość, chęć zostania oraz brawura - chęć walki i pomocy kamiennej postaci.
Monstrum o ostrych zębach ryknęło bardzo głośno i wysłało tym samym falę w stronę kamiennej postaci. Ta nie mogła się przed nią obronić, może nie uczyniła jej krzywdy, jednak przerwała wysyłanie wiązki światła w stronę monstrum, które już biegło w jej stronę. Monstrum machnęło łapą i trafiło kamienną postać, która jednak złapała jej łapę rękawicami. Z kamieni nagle wyleciały małe piorunki, które złączyły się i poraziły bestię. Rozwścieczyło to ją i to nieźle. Otwarła szeroko paszcze i machnęła nią, próbując przegryźć postać w kamiennej zbroi. Wtedy Kris przestał tylko patrzeć, wystrzelił kulę ki prosto w oko potwora, prosto w jedno z pięciu oczu, prawe-górne, a bestia natychmiast odruchowo odsunęła się od kamiennej postaci.
- Suroword - usłyszał Kris głos, który rozległ się w sali. Brzmiał niczym grzmot, podczas burzy, przeplatany dźwiękiem tnącego wiatru.
Kris nie wiedział o co chodzi, chwycił się za głowę obiema rękami i zaczął krzyczeć, gdyż nagle przeszył go okropny ból. Otworzył ostatkiem sił oczy i widział, jak z bestii o okropnie ostrych zębach wylatuje jakaś aura, ogarniająca cały pokój. Kris trzymajac wciąż kryształ w ręku ruszył w stronę wyjścia z sali, mając nadzieję, że ucieknie, mając tą złudną nadzieję. Musiał minąć oba monstra.
Szedł niemal się przewracając, potykał się i non-stop trzymał się za głowę, ściskając ją coraz mocniej i mocniej! Bolała go okropnie i zaczynała jeszcze gorzej. Wtedy, znalazł się przy obu bestiach wciąż walczących. Stał troche za kamiennym monstrum, wtedy patrząc na nie jedym wzrokiem zobaczył wciąż lewitujący w powietrzu miecz, do którego podszedł. Była to katana - oprócz dziwnych znaków na rękojeści i ostrzu nie różniła się od współczesnych katan. Kris jednak podniósł ją, intuicyjnie. Wtedy bestia w kamiennej zbroi spojrzała się na niego, a ten jakby dostał odwagi, poczuł się silny. Chwycił miecz w obie dłonie nie zwracając uwagi na ból głowy i aure wylatującą z bestii, która chciała go pożreć. Podbiegł do niej i uderzył w nią mieczem, który ledwo zrobił zadraśnięcie na jej pancerzu. Co jednak na to Kris? Nic, uderzał jak opentany, bez chwili przerwy. Bestia chciała go zgnieść łapą, ale ten uderzał tak szybko, jak nigdy. Prawie nie było widać ostrza ruszającego się z ogromną prędkością, a Kris balansując ciałem na lewo, prawo, do przodu i do tyłu wyglądał jakby tańczył. Kamienna bestia popatrzałą na Krisa, później na monstrum przed sobą i wreszcie coś zrobiła - mianowicie, rozpadła się, jakby wybuchła emitując jasne światło. Kris nic nie widział, poczuł tylko jak uderza o coś, lub coś w niego, dokładnie w plecy. Gdy zniknęło jasne światło zobaczył, że część sali się zawaliła, a po potworze o ostrych zębach zostały tylko szczątki.
Kris trzymając w jednej ręce miecz, a w drugiej kryształ, zaczął wracać do czekającego na zewnątrz człowieka, przed nim jednak była jeszcze długa droga. Gdy był w sali, z której zabrał wcześniej kryształ, zobaczył już trzeci raz bestię z odchylonymi do tyłu rogami, której czerwono-brązowe skóro-futro przeplatane było płomieniami.
- Zostaw kryształ i miecz - powiedziała bestia
- A jeśli nie? - zapytał nie pewny tego co mówi Kris, patrząc na jedno oko, cały obolały
- To sam go zabiorę - odpowiedziała spokojnie bestia
- Nie po to prawie tu umarłem, żeby odejść z pustymi rękami! - powiedział Kris podtrzymując mocniej prawą ręką miecz
- W takim razie giń - powiedziała znów spokojnie bestia, po czym otwarła paszcze i przystawiła do niej obie ręce. Między rękami i między zębami potwora zbierał się ogień, który wreszcie uformował kule, rodem przypominającą magme i wystrzelił ją w stronę Krisa.
Kris czuł jak zbliżająca się kula go ogrzewa, a zaraz, w ułamku sekundy, zobaczył jak jego ubranie pokrywa dym. Płonęło o zewnątrz, jak i od środka. Temperatura kuli była ogromna, pot spływał Saiyanowi po czole i spadał na ziemię. Kris widział tuż przed sobą kule, jedyne co zrobił, to zastawił się mieczem, a ten początkowo jakby siłował się z kulą, a za moment ją wciągnął. Ostrze jednak nie zrobiło się czerwone od gorąca, Saiyan dotknął je nawet - było chłodne.
Stojący przed nim potwór szykował już kolejną kulę, Kris wtedy zaczął uciekać jak tylko szybko mógł. Mijał korytarze słysząc wciąż słowa dziwnej melodii. Biegł dalej i dalej, aż wreszcie był w jaskini, opuścił ruiny. Zobaczył wtedy tuż przed sobą potwora, który przybył tutaj szybciej. Stał teraz i śmiał się swoim diabelnym głosem. Wyciągnął obie ręce na boki i otworzył paszczę, ładował kulę w obu rękach i między zębami. Kris wiedział, że to może być niebezpieczne, ale musiał stąd uciec.
- Z drogi kretonie! - zakrzyczał Kris, po czym ruszył w stronę wyjścia blokowanego przez monstrum.
Kris biegł, na początku się potykał, później znalazł jednak sposób na balansowanie, mały ruch mieczem, ramieniem lub głową pozwalał kompletnie zmienić kierynek ruchu i utrzymać się na nogach. Kris jednak nie przykładał do tego większej uwagi, ruszał się odruchowo. Gdy stał już przed potworem, to machnął mieczem. Poczuł, że gdy miecz się poruszył, to stał się jakiś inny - cięższy, a rękojeść odrobinke się powiększyła. Patrzał jak miecz, który trzymał przed chwilą w ręce zmienił kompletnie kształt i taki miecz leciał w stronę potwora. Przeciął go bez problemu, zresztą przeciął też dużą część skał w jaskini, które zawaliły się i upadły na Krisa...
Kris obudził się w dziwnym miejscu, miał opatrzone rany, obok niego siedział Hebrid i Regan. Był w jakimś małym pokoju, nie wiadomo gdzie. Na stoliku obok leżał kryształ, a miecz Kris wciąż trzymał w ręce, nie puścił go nawet na chwilę. Miecz dawno się odmienił, był teraz zwykłą kataną. Regan i Hebrid spojrzeli na Kris'a. po czym zaczęli mówić.
- Udało Ci się - powiedział Regan - Teraz może uda Mi się coś zrobić...
- Ale Regan! - zawołał Hebrid - Nie powinieneś, wiesz z czym to się wiąże!
- Wiem, jednak wole to niż słyszeć codzień krzyki miliony cierpiących ludzi - powiedział Regan - Poza tym, mówiłeś, że Mnie nie lubisz...
- No i co z tego? - zapytał Hebrid - To nie znaczy, że możesz dać się od tak zabić!
- Nie twój interes - powiedział Regan - I tak to zrobie, tylko jeszcze nie teraz
- Eh... No dobra - powiedział Hebrid - Ale jeszcze to przemyśl!
- Napewno - powiedział Regan - Więc, Kris, mogę zabrać kryształ?
- Jasne, tylko daj mi coś do picia, bo sucho w morde... - powiedział Kris
Hebrid lekko się roześmiał i przyniósł szklanke soku jabłkowo-pomaranczowego dla Kris'a, który wypił ją szybko i podziękował.
- Wiecie co? - zapytał Kris - Muszę się zbierać, z chęcią bym został, ale...
- Idź jak musisz - powiedział Regan - Dziękuje i powiem, że naprawde przysłużyłeś się wszystkim mieszkańcom Ziemi
- Nic wielkiego - powiedział Kris - "Dzień jak codzień"
- Ta, jasne... - powiedział Hebrid
- Właśnie, Hebrid, mam prośbe - powiedział Kris - Mógłbyś mi przechować ten miecz? - powiedział Kris nisko podnosząc trzymany w ręku miecz
- A dlaczego go nie weźmiesz? - zapytał Hebrid
- No wiesz... - powiedział Kris - Moi rodzice nic nie wiedzą, że tu jestem, a tak, to może uda mi się im wcisnąć, że byłem u kolegi... Żeby tylko łajza nie wypeplała!
- Heh - zaśmiał się Hebrid - Oczywiście. Wyrusz, kiedy tylko zechcesz.
Kris kiwnął głową i uśmiechnął się, czując, że oddaje broń w dobre ręce.
Saiyan był na planecie jeszcze jakiś czas, kilka dni. Potem wyruszył w drogę powrotną swoją ukrytą sondą kosmiczną dla trzech osób - no, ale przybył sam. Nie wypaliłoby raczej, gdyby zabrał jakiegoś kolege, bo rodzice by mu nie pozwolili... Kris był jeszcze kilka razy na Ziemi, oficjalnie, zapytał rodziców, czy może, a oni mu pozwolili. Jednak to było jakiś czas później, wtedy to poznał lepiej Hebrida, jednak wciąż nic, a nic nie wiedział o Ziemi, prócz tego, że już nie było wojny, a Hebrid nigdy nie wspomniał o tym, jak się skończyła...

Kris wrócił ze wspomnień do rzeczywistości i zobaczył przypięty do pasa pistolet. Wyciągnął go i zaczął dokładnie oglądać. Zobaczył, że tutaj jest coś, czego wcześniej nie było. Był przypięty do niego breloczek, a przy breloku kartka: "Przepraszam za miecz, zwróce coś równie wartościowego, gdy znajde, a narazie masz ten brylok - Daegurth". Kris się zaśmiał głośno. "Brylok XD" - pomyślał Kris - "Ten to ma tupet! Dał mi brylok w zamian za MÓJ miecz...". Kris po chwili doczytał dopisek "Post Scriptum" na kartce: "P.S. Strzel koncentrując energie na dłoni, w której rzymasz broń".
- Hmmm, wielkie mi rzeczy, strata amunicjii - powiedział do siebie Kris, po czym odblokował broń i uniósł ją do góry. Wymierzył, skoncentrował energię na ręce, a brelok zaczął się świecić.
"Co jest!?!" - pomyślał Kris. Patrząc w brelok wydawało mu się, jakby w środku bryloka z kryształu szalał ogień! Kris nacisnął spust broni, a zamiast zwykłego pocisku wyleciała kula ognia o kilku centymetrach promienia. Kula przy zderzeniu się z oddalonym o wiele tysięcy metrów drzewem, w które Kris celował z balkonu, eksplodowałą niszcząc i podpalając ją. "Dzięki..." - pomyślał Kris






Melodia z ruin świątyni - Oryg. "Song of Prayers(Ronzo Tribe)" z Final Fantasy X - (BTW. Strona czasami nie działa, warto spróbować jeszcze raz, jakby co, za chwilę)

C. D. N.
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Taki odcinek przedłużający akcje i wprowadzający do nowej. Enjoy ^^

Rozdział XXXVIII - Codzienność

Bart poszedł zobaczyć co u jego brata, otworzył powoli drzwi i zobaczył, że go nie ma. Nie przejął się jednak, gdyż był pewien, że wyszedł sam, a nie został wyniesiony. Nikt by się nie fatygował, żeby ładnie posprzątać pokój, a on to właśnie zrobił. Łóżka ładnie pościelane, odkurzona podłoga, czyste dywany. Jeszcze tak niedawno cały pokój był pełen brudu, a teraz lśnił czystością. Bart podszedł do okna i je zamknął, bo wiało do środka. Patrzał tak przez chwilę przez szybę zamkniętego okna, po czym wyszedł z pokoju.

[center]***[/center]

Kris myślał o Daegurthu - "kim on tak właściwie jest?" - Zastanawiało go wiele rzeczy: Niby jest jego mistrzem, ale wcale nie jest o dużo silniejszy. Potrafił zmienić wygląd Kła Żywiołów, wie naprawde dużo rzeczy, którymi nie chce się dzielić. Kim on wogóle jest? Dlaczego tak się zachowuje?
Jednocześnie będąc przy Daegurthu czuł się bezpiecznie, ale... Niepewnie, ta aura niepewności przepełniała jego ciało, gdy stał tuż obok, za każdym razem. Nie spodziewał się niczego złego, a jednak był niepewny, jednocześnie czuł ogromny przypływ adrenaliny. Sam nie potrafił sobie wyjaśnić dlaczego tak się dzieje...

[center]***[/center]

Bobercik wyszedł z domu, chciał się przewierzyć. Zaraz po tym jak opóścił progi mini-rezydencji Hebrida, to rozciągnął się głęboko wdychając powietrze, przy czym zamknął oczy. Poczuł zapach... Spaliny miejskie, ble. Otworzył oczy i ruszył przed siebie. Powoli dreptał po chodniku mijając ludzi i zwierzęta, typu: pies i kot. Nie zatrzymywał się - nie miał po co. Mijał budynki, patrzał się blisko i daleko.
Zobaczył, jak mała dziewczynka się przewróciła i zaczęła płakać. Nikt nawet palcem nie ruszył, żeby jej pomóc, przechodni tylko przechodzili obok. "Ehhh, odpowiedzialność grupowa" - pomyślał Bobercik - "Nikt się nie ruszy, dopóki to On nie zostanie wywołany do pomocy po imieniu...". Saiyan podszedł pod dziewczynke, tak przypominającą mu teraz małą Roksie. Otarł jej łzy i spojrzał na obdartą nóżke, którą opatrzył. Tak się zdażyło, że miał przy sobie bandaż... Ciekawe skąd? Dziewczynka wstała i mogła powoli chodzić.
- Jesteś tutaj sama? - zapytał Bobercik
- Nie, mama i tata tutaj gdzieś są - odpowiedziała dziewczynka
- A jak wyglądają? - zapytał Bobercik
- Mama jest ładną dziewczyną, a tata silnym chłopakiem - powiedziała dziewczynka
- Lol... A jak masz na imie? - zapytał Bobercik
- Cecylia - powiedziała dziewczynka
- Ładnie, chodź, poszukamy Twoich rodziców - powiedział Bobercik wystawiając prawą ręke w stronę dziewczynki.
Cecylia złapała ręke Saiyana i szła teraz z nim na poszukiwanie jej rodziców...

[center]***[/center]

Adrian i Dyninio stoją na przeciw siebie. Lekki wiatr łagodnie przesuwa trawę, na której obaj są. Niewielka polanka wycichła - tak zwana "cisza przed burzą" nabrała znaczenia. Wojownicy stali naprzeciw siebie, przygotowując się do treningu. Obaj rzucili się w swoją stronę i gdy byli blisko siebie, to zaczęli walczyć wręcz, wręcz niesamowicie. Każdy cios był przemyślany, a jednak z łatwością uniknięty, bądź zablokowany przez rywala. Chociaż każdy cios trwał tylko ułamek sekundy, krótka chwila nie uwagi i ból od ciosu zagwarantowany, jednak obaj bohaterowie nie popełniali błędów. Trenowali w ten sposób przez jakiś czas, a potem zrobili sobie "Ćwiczenie", tzn. pompki, przysiady, bieganie, rozciąganie... "All in one" - czyli wszysto w jednym. Ćwiczyli tak do końca długiego i pracowitego dnia...

[center]***[/center]

Rayman czytał książke, gdy Bart przyszedł do salonu. Nie przeszkadzał mu więc i wyszedł z domu. Hebrid w spokoju mógł teraz posłuchać muzyki, tak i zrobił. Może nic nowego, ale jemu zawsze podobały się nieco "starsze nowości".
Saiyan otworzył drzwi domu i Roksia omal na niego nie wpadła, biegnąc jak burze.
- Przepraszam... - powiedziała Roksia patrząc na o wiele wyżeszego od siebie Barta
- Nic nie szkodzi - powiedział Bart - Gdzie tak pędzisz?
- Nigdzie, nie mam co robić, to sobie chodze - powiedziała Roksia
- Heh, to zupełnie jak ja - powiedział Bart - Idziesz się przejść?
- A co będziemy robić? - zapytała Roksia
- Hmmm... Wymyśle jakąś zabawe - powiedział Bart
- Super! - powiedziała Roksia - A jaką?
- Ciekawą i pasjonującą - powiedział Bart
- Jak to? - zapytała Roksia
- No, normalnie - powiedział Bart
- A czemu tak? - zapytała Roksia
- Ehhh... Dobra, chodź już XD - powiedział Bart
Bart i Roksia poszli nad rzeke, gdzie tak często ostatnio bywali. "Co Daegurth w niej widzi?" - myślał Bart patrząc na Roksie - "Bachor, jak każdy inny, on też taki kiedyś był". Roksia biegała i podskakiwała w kółko, okrążając Bart'a.
- To co, bawimy się w coś? - zapytała Roksia zatrzymując się przed Bart'em
- Hmmm... - zastanawiał się Bart - Może w berka?
- Gonisz! - zawołała Roksia dotykając Bart'a, po czym zaczęła uciekać
- Oj, oszukujesz mała - powiedział Bart - Heh, nie szkodzi, zaraz Cie złapie.
Bart zaczął gonić Roksie, która, mimo tego, że była jeszcze małą dziewczynką, uciekała bardzo szybko. Wreszcie jednak ją złapał mówiąc "Berek!". Roksia natychmiast się odwróciła i zaczęła biec w stronę uciekającego już Bart'a. Potknęła się o kamień, jednak utrzymała równowage i biegła dalej. Bart chciał troche ją zmęczyć, więc przyspieszył i biegł niemalże sprintem. Roksia powoli zostawała w tyle, jednak nie dawała za wygraną. Dysząc goniła dalej Bart'a. Wreszcie Bart zgubił Roksie i się cofnął, żeby ją znaleźć. Szedł, szedł... I nigdzie nie mógł jej znaleźć! Zgubił dziecko, normalnie XD A tu mu nagle Roksia zeskakuje z drzewa, dotyka go i woła "Berek!". Bart uśmiał się lekko i zaczął gonić Roksie...

[center]***[/center]

Rayman siedział w salonie czytając książke. Była to książka o klasztorach shaolin, z której pozyskał wiele informacji, jak i sposoby na przygotowanie się do wszystkiego, każdej okazji. Poznał też parę sposobów na koncentracje "chakry", czyli energii występującej w każdym człowieku. Mnisi z klasztoru Shaolin byli w tych czasach mistrzami w kontroli chakry, w praktyce to tylko oni wiedzieli, że chakra istnieje. Ninja, którzy kiedyś istnieli na ziemi, też używali chakry, jednak wraz z czasem przestali być potrzebni, a chakra odeszła w zapomnienie. Przeżyła tylko w klasztorach Shaolin, gdzie do dziś jest nauczana i opracowywane są sposoby jej użycia. Jednak nie ma podanych dokładniejszych informacji, gdyż klasztory są "zamknięte" dla przybyszów z zewnątrz.
Hebrid zaś słuchał muzyki, relaksując się przy tym. Prawie spał, ale jednak słuchał, każde brzmienie bębnów, skrzypce, pianino... Rozkosz...
Relena i Małgorzata siedziały na wyższym piętrze. Rozmawiały o różnych sprawach... No wiadomo, "damskie plotki", coś, co zawsze towarzyszy kobietom...

[center]***[/center]
(...)
- A jak ma na imie twój tata? Lub twoja mama? - zapytał Bobercik małą Cecylie
- Tata ma na imie tata, a mama mama - powiedziała dziewczynka
- A jak mówi mama do taty? - zapytał Bobercik
- "Kochanie" - powiedziała dziewczynka - A co?
- Nic, nic... - powiedział Bobercik - Co zrobić, co zrobić...
- Powtarzasz się - powiedziała Cecylia
- Nom, nom - powiedział Bobercik
- Fajnie, fajnie - powiedziała Cecylia
Bobercik wciąż myślał, co może zrobić w zaistniałej sytuacji. Oddać małą na policje? Dobre rozwiązanie, ale... Bobercik nie lubiał policji. Uważał policje za samozwańczych obrońców, którzy bronią tylko swojego interesu, a innym pomogą tylko, jak są w dobrym humorze.
- A jak masz na imie? - zapytała dziewczynka
- Ja? - zapytał Bobercik - Bobercik
- Bobalaka? - zapytała Cecylia - Fajnie, chodźmy do mamy!
-"Bobalaka"? - zapytał sam siebie Bobercik - Bez przesady... XD
Bobercik teraz dopiero wpadł na pomysł!
- A wiesz może gdzie mieszkasz? - zapytał Bobercik - Lub masz przy sobie legitymacje?
- Legizymatie? Nie mam nic takiego - powiedziała Cecylia - A mieszkam w takim ładnym domku
"Lol" - pomyślał Bobercik nic nie odpowiadając. Uśmiechnął się, nie mógł już być poważny przy takich odpowiedziach. Dziewczynka najwyraźniej się ucieszyła, bo zaraz po tym jak banan pojawił się na twarzy Saiyana, to i ona się uśmiechnęła.
- A dlaczego się przewróciłaś, biegłaś? - zapytał Bobercik
- Nie, szłam i się przewróciłam - powiedziała dziewczynka
- Szedłaś - poprawił Bobercik - A gdzie ostatnio byłaś z mamusią?
- W sklepie - powiedziała dziewczynka
- A co kupywała mama? - zapytał Bobercik
- Bluzeczke i sweterek, i jeszcze sweterek, i spodnie, i buciki... - wymieniała Cecylia licząc na palcach, raz poraz, zamiast jednego przesuwając dwa.
- To już jest jakaś poszlaka, chodźmy! - powiedział Bobercik
Bobercik poszedł z dziewczynką do pobliskiego sklepu z obuwiem, lecz tam nie było mamy dziewczynki. Sprawdzał tak każdy kolejny sklep z ubraniami, aż wreszcie znalazł właściwy. Wszedł do środka i widział, jak kobieta średniego wzrostu podchodzi do wysokiego mężczyzny.
- Nie ma jej! - powiedziała kobieta
- Nie panikuj, na pewno się znajdzie - powiedział mężczyzna - Dzieci nie rozpływają się w powietrzu
- Ale ona ma dopiero 9 lat! - powiedziała kobieta
- A ja jestem dopiero parę minut w tym mieście - powiedział mężczyzna, po czym obrócił głowę w stronę Bobercika idącego z Cecylią - Widzisz? Znalazła się zguba
Kobieta zaraz, gdy zobaczyła córeczke podbiegła do niej i mocno przytuliła płacząc. Po czywili wytarła łzy i spojrzała na nią, prosząc, by nigdy więcej tak nie robiła.
- Dziękuje za przyprowadzenie Cecylii - powiedziała kobieta
- Nic wielkiego - powiedział Bobercik - Nie miałem nic lepszego do roboty
- I tak jestem ogromnie wdzięczna - powiedziała kobieta i zobaczyła opatrzoną ranę na nodze dziewczynki - Co jej się stało?
- Jak ją spotkałem, to leżała na chodniku - powiedział Bobercik - Przewróciła się, więc ją opatrzyłem
- Jeszcze raz dziękuję - powiedziała kobieta
- Dzięki - powiedział mężczyzna, najprawdopodobniej ojciec małej, ściskając ręke Bobercikowi - Nie jesteśmy stąd, przyjechaliśmy tutaj do rodziny i tego by brakowało, żeby Cecylia nam się zgubiła
- Tak, rozumiem, chwila nieuwagi i koniec... - powiedział Bobercik
- Oj tak, oj tak... - powiedział mężczyzna - Nieważne, troszeczke się spieszymy, więc lepiej jak sobie pójdziemy.
- Oczywiście, miłego pobytu - powiedział Bobercik
- Aha, jeszcze jedno - powiedział mężczyzna i wyciągnął z kieszeni metalowy medalion - Przyjmij to wraz z podziękowaniem
- Ale... - nie zdążył skończyć Bobercik
- Żadnych sprzeciwów, do zobaczenia! - powiedział mężczyzna
- Do widzenia - odpowiedział Bobercik
Saiyan spojrzał na medalionik. Było to koło w okręgu, połączone z okręgiem cienkimi kawałkami stali, które były dosyć mocne. W kółku na środku była narysowana podkowa. Bobercik zrozumiał, że ten medalionik miał przynosić szczęście.

[center]***[/center]

Bart uciekał Roksi. Był już okropnie zmęczony, Roksia też, ale nie dawała za wygraną. Wreszcie upadła na ziemie i leżała tak, patrząc na chmury.
- Nic Ci nie jest? - zapytał Bart
- Nic - powiedziała Roksia - Tylko troche jestem zmęczona
Bart widział, jak spływa po niej pot i jak szybko oddycha. Przesadziła z tym "troche". Nie była tylko zmęczona, ale wyczerpana, prawie całkowicie. Bart dziwił się, że taka mała dziewczynka była w stanie go gonić przez taki czas.
- Już lepiej? - zapytał Bart widząc, że Roksia zwalnia tempo oddychania
- Lepiej - powiedziała powoli Roksia - Zjadłabym coś, a ty?
- Chyba czytasz mi w myślach - powiedział Bart - Po takim zmęczeniu należy nam się porządny obiad!
Roksia wstała i choć była zmęczona, to pobiegła w stronę domu Hebrida, Bart też biegł. W pewnym momencie zobaczył niewielką kałuże i przebiegając przez nią pokryła mu nogi do kostek. Patrząc na Roksie widział, jak ta przebiegła po powierzchni tej samej kałuży nie wpadając do niej.
- Jak to zrobiłaś? - zapytał Bart
- Co? - niewiedziała o co chodzi Roksia
- Przebiegłaś po wodzie - powiedział Bart
- Tak!?! - zapytała z niedowierzaniem Roksia i wróciła się do kałuży
- Spróbuj jeszcze raz - powiedział Bart
Roksia stanęła nogami na kałuży i natychmiast wpadła, troche wyżej niż po kostki, do wody. Nic z tego, nie umiała chodzić po wodzie - raz jej się udało przypadkowo i to wszystko. Bart zrozumiał o co chodziło Daegurthowi, to dziecko ma potencjał...
Wreszcie po pewnym czasie dotarli do domu Hebrida, gdzie zjedli obiad.

[center]***[/center]

Kris już od dawna nie wytrzymał, poszedł kiedy tylko mógł do Daegurth'a, by się z nim zobaczyć. Nie ważne po co, bez powodu, liczył na to, że odpowie na jego wszystkie pytania nawet, gdy go o to nie zapyta. W tym celu udał się do pokoju Daegurth'a, jednak widząc z balkonu, że Daegurth gdzieś idzie, po cichu zeskoczył na ziemię z balkonu i zaczął go śledzić.
Daegurth szedł w miejsce, gdzie wczoraj toczony był pojedynek, nawet nie zorientował się, że Kris go śledzi, a może udawał lub nie chciał się zorientować, w każdym razie szedł dalej. Doszedł wreszcie na miejsce, gdzie rozegrała się walka, w której Kris stracił miecz. Daegurth już z daleka widział jego rękojeść oddzieloną od leżącego kilka metrów dalej ostra, podszedł i zabrał rękojeść, po czym ostrożnie zabrał ostrze.
Gdy miał ostrze w ręku przyjrzał mu się dokładnie, obrócił pare razy, chuchnął na ostrze i wytarł je. Wyciągnął pochwe, do której wsadził ostrze, a rękojeść schował do kieszeni, po czym wrócił się do domu całyczas śledzony przez Kris'a. W pewnym momencie, zatrzymał się, przed domem i zaczął oglądać wokół siebie, wreszcie obrócił się w stronę, gdzie chował się Kris i popatrzał tam chwilę. Kris wiedział już, że koniec ze skradaniem się.
- Co chcesz zrobić z resztkami tego miecza? - zapytał Kris
- Może go naprawie, ale nic nie gwarantuje - powiedział Daegurth
- Ale to jest broń antyczna, robiona przez tysiące lat - powiedział Kris - Nie zdołasz jej sam naprawić
- Zobaczymy, w każdym razie nie zepsuje - powiedział Daegurth, wiedząc, że może naprawić ten miecz, a nawet ulepszyć - Chcesz czegoś? Okropnie boli mnie głowa, mógłbyś się spieszyć?
- Nie, nic, dzięki... - powiedział Kris, po czym poszedł do salonu w domu Hebrida
"Ale jak on chce naprawić miecz, który był robiony przez tysiące lat?" - pomyślał Kris - "Pamiętam jeszcze co czytałem w księdze z legendami, z której wiem o tym mieczu: Kieł Żywiołów, nazywany tak jest bowiem przez ludzi, był robiony przez tysiące lat w długim procesie hartowania, przerabiania i zaklinania. Wreszcie jednak powstał i służył ludziom przez miliony lat, lecz wreszcie poprostu zniknął. Nie ma mowy o stworzeniu drugiej takiej broni, ta jest jedyna". Kris usiadł przy stole nic już nie wiedząc.
Daegurth zaś zaniósł do pokoju części miecza i położył się spać. Ból głowy był nie do zniesienia, tak jakby to nie był zwykły ból. Daegurth wiedział, że to nie był zwykły ból, ale nie powiedział o tym ani słówka innym...
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Kris
Avanger
Posty: 2254
Rejestracja: wt lis 22, 2005 11:33 pm
Lokalizacja: Poznań

Post autor: Kris »

PIĘKNE! W PIErwyszym odcinku bardzo Duzo Krisa w drugim mniej ale i tak znakomicie :D normalnie fajnie
Obrazek

Obrazek
1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Rozdział XXXIX - Bestia uwolniona?

Daegurth strasznie się rzucał podczas snu, miał koszmar senny. Widać było pot na jego twarzy, jakby miał gorączke. Śniło mu się, że jakiś potwór niszczy wszystko, na początku zniszył miasto, jednak to mu nie wystarczyło i niszczył wszystko dalej. Saiyan obudził się, odruchowo siadając, wciąż niepewny swojego snu. "Już wkrótce zacznie się piekło..." - pomyślał Daegurth - "Musze iść...".
Saiyan powoli wstał. Wyszedł ze swojego pokoju, nie zobaczył nikogo jednak w salonie. Każdy gdzieś wyszedł. Daegurth z trudem znalazł Ki osoby, której szuka i ruszył w jej stronę. Wyszedł dosyć szybko z domu i po kilku minutach wyszedł z miasta, kierując się na niewielkie wzgórze. Tam właśnie stał Kris. Daegurth podszedł bliżej, Kris widział, że coś z nim nie tak. Trząsł się i parowało z niego, jakby był cały gorący.
- Kris, podejdź tu, prosze - powiedział Daegurth
- Tak? - zapytał Kris
- Słuchaj... Tylko Ty możesz zapobiec temu, co się może stać - powiedział Daegurth - Proszę, jeżeli masz coś do powiedzenia, to mów teraz
- Posłucham - powiedział Kris
- Dobrze - powiedział Daegurth, po czym wyciągnął coś zza płaszcza. Były to naboje do pistoletu. Dał je Krisowi - Słuchaj, to nie są zwyczajne naboje, one są unikalne, dlatego nie trać ich za wiele. Powiem Ci teraz z czym przyszedłem do Ciebie. Za niedługo, może kilka dni, miesięcy, może i nawet lat ulegne kompletnej przemianie. Nie będe już człowiekiem, a bestią, wtedy chce, abyś szybko wymierzył we mnie broń i mnie postrzelił. Zrozumiałeś?
- Tak, ale... Mam dwa pytania - powiedział Kris - W jaki sposób byle żelazna kulka może zranić Ciebie? Skąd ta pewność, dlaczego się masz zamienić?
- To nie są zwykłe kule, one są naprawde potężne, bez problemu przerwałyby prawie każdy pancerz - powiedział Daegurth - Zamienie się napewno, ze względu na swoje dawne czyny. To nie podlega dyskusji. Poprostu dla dobra wszystkich proszę, wole zginąć niż stracić kontrolę i zabijać.
- Dobrze - powiedział Kris licząc na to, że nigdy nie będzie musiał użyć specjalnych kul, które otrzymał od Daegurth'a, przynajmniej nie na nim. Jakie mogą być silne? Wolał nie sprawdzać...

[center]***[/center]

Bart i Roksia ćwiczyli, po tym jak Saiyan zobaczył, że dziewczynka przeszła po kałuży nie wpadając w nią głębiej, to wiedział, że coś takiego jest możliwe i próbował to wykonać. Początkowo całkowicie wpadał do wody, bez żadnego efektu, aż tu nagle, w którymś momencie wystawał trochę za bardzo z wody, gdy próbował stać na niej. Może to nie był duży sukces, ale pokazywał, że rodzą się owoce treningu, że coś się dzieje. Jeszcze kilka razy taka wysokość i Bart stałby na wodzie.
Roksia całyczas próbowała, ale dziewczynce wogóle nic nie wychodziło, nie udało jej się nic. Wpadała do wody, początkowo z niechęcią, a później to sama skakała by wpaść ^^ Wydawało jej się to bardzo zabawne, dlatego lekko odeszła od treningu. Jednak wciąż próbowała co jakiś czas chociaż na chwile stanąć na wodzie...
Bart czuł się dziwnie, jakby coś się miało za niedługo stać, dlatego starał się skoncentrować lepiej na treningu. Aura, którą czuł, niepewność, jakby był łapany przez tysiące rąk duchów... Brrrr, ciarki przeszły sałe jego ciało, przymknął lekko oczy i się schylił samemu próbując stać na wodzie...

[center]***[/center]

- Nie mogę się ruszyć! - powiedział Dyninio, ciężko sapiąc, niemalże leżąc
- Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja jestem w takim stanie - powiedział Adrian też oddychając z trudem
- Chyba odrobinke przesadziliśmy z treningiem - powiedział Dyninio
- ... Nieeee... - odpowiedzieli równo, patrząc na siebie, Adrian i Dyninio
- Co teraz? - zapytał Adrian
- Nie wiem, bo raczej do domu nie dojdziemy - powiedział Bobercik
- Nie narzekaj, bywało gorzej! - powiedział Adrian
Obaj wojownicy po wyczerpującym, okropnie długim, treningu wracali po należący się im odpoczynek. Z trudem stawiali krok za krokiem, wydawało im się niemożliwe dojście do celu, ale jednak dotarli. Gdy legnęli się na swoich łóżkach, to już nie wstali. Leżeli, nie przejmując się niczym, nie mieli siły, by czymkolwiek się przejmować.

[center]***[/center]

Bobercik był teraz w domu, jednak nie na długo. Planował wyjście już przez jakiś czas. Co było nowego? Na jego szyi widniał medalion, w kształcie okręgu z podkową w środku. Poprostu chciał go nosić na pamiątke, zaczął nawet częściej się uśmiechać, nawet teraz, gdy przechodził przez próg swojego pokoju był uśmiechnięty. Rozejrzał się po domu - nic ciekawego, więc zabrał sobie jabłko i poszedł na zewnątrz, przegryzając je po drodze. Gdy wyszedł z domu zastanawiał się - "gdzie by tu iść?" - poszedł więc za przeczuciem, szedł prosto, w lewo, w prawo, w prawo, prosto, w lewo, w lewo, w prawo, w prawo, prosto, w prawo i prosto. Zakrącił się i wrócił pod dom Hebrida. Zaśmiał się z tego faktu, nieźle go wiozło przeznaczenie, w kółko. Jednak faktycznie musiało mieć w tym jakiś interes, bo zobaczył wychodzącego powoli z domu Daegurth'a. Szedł powoli, lekko podtrzymując się za żołądek. Gdyby Bobercik mógł zobaczyć jego kryjącą się pod kapturem twarz, to wiedziałby, że coś jest nie tak - ale nie mógł, nie był cudotwórcą. Podszedł jednak pod mistrza-przyjaciela. Bez problemu go dogonił, w końcu tamten nie szedł szybko.
- Coś się stało? - zapytał Bobercik - Daegurth, to pytanie prywatne
- Ehhh - zajęczał lekko Daegurth - Żebyś wiedział...
- Więc jednak! - zdziwił się Bobercik, że Daegurth nareszcie coś o sobie - Co!?!
- Ahhhh - zajęczał z bólu znów Daegurth - Za niedługo...
- Co "Za niedługo"? - zapytał się Bobercik
- Słuchaj, proszę, bo nie mogę powtórzyć - powiedział Daegurth - Zabierz Roksię, Relene, Małgorzatę, Raymana... Jego się zapytaj
- Ale o co!?! - zapytał Bobercik
- Słuchaj - powiedział Daegurth, po czym zakaszlał przysłaniając usta rękami. Bobercik widział, jak na rękawach płaszcza Daegurth'a pojawiają się krople krwi - Za niedługo staniecie przed próbą, Broly Darkness może tym razem nie pomóc, ma własne życie przecież
- Ta, ciekawe co robi...? - zapytał sam siebie Bobercik
- Nie może mieć dziewczyny? - zapytał Daegurth - Mimo wszystko, ja nie mogę stąd iść, nie zdąże, dlatego ty musisz zabrać stąd wszystkich, których zdołasz. Licze, że Krisowi się uda...
- Czy jest coś, o czym nie wiem? - zapytał Bobercik
- Tak - Powiedział Daegurth - I lepiej żebyś nie wiedział, że zamieniam się w potwora, że stracę kontrolę nad sobą na zawsze, że będe zabijać, aż zniszcze całe życie, że możecie nie być w stanie mnie pokonać, że...
Po policzku Daegurth'a zaczęła spływać łza, Bobercik tego nie widział, sam zaś Saiyan przerwał w połowie zdania. Dlaczego łza poleciała z jego oka? Nikt prócz niego o tym nie wie, może to ze względu na przeszłość, albo i nie. Nie ważne, teraz liczyło się "tu i teraz".
- Dobrze - powiedział Bobercik - Ale jesteś pewien?
- Heh - zaśmiał się lekko Daegurth - Przypominasz mi Krisa, swoim charakterem...
- Nie przesadzaj - powiedział Bobercik - Ide, skoro mam się spieszyć, niech tak będzie...
- Żegnaj - powiedział Daegurth - I dziękuję... Przyjacielu...
- Podziękujesz mi osobiście, jak będzie po wystkim - powiedział Bobercik
- Heh, ale ty nie wylądujesz w piekle - zażartował Daegurth
- Ty też nie, wiec? - zapytał Bobercik - Dobra, spadam
Bobercik podszedł bliżej Daegurth'a i mocno go uścisnął. Mimo, że on czuł ból, będąc ściskanym przez Bobercika, to nawet nie jęknął. Ucieszył się raczej, że ktoś go wspiera. Usłyszał ciche słowa z ust Bobercika: "Trzymaj się!". Wywołały one uśmiech na jego twarzy. Nareszcie ktoś go polubił, ciężko było u niego z tym... Przynajmniej w tym wymiarze.
Bardzo szybko Bobercik pobiegł do domu Hebrida, wziął słowa Daegurth'a na poważnie. Zastał tam Relene i Małgorzate. Zabrał obie i prosił, dostłownie prosił, by uciekały stąd, bo całe miasto jest w niebezpieczeństwie. Początkowo upierały się, że nie pójdą, ale zgodziły się. Zabrały torebki i torby z ubraniami, a następnie poszły na autobus poza miasto...

[center]***[/center]

Kris myślał o Daegurthu - "kim on tak właściwie jest?" - Zastanawiało go wiele rzeczy: Skąd wie, co się z nim stanie? Co to za naboje od niego dostał? Dlaczego jest taki skryty? Kim on wogóle jest? Dlaczego tak się zachowuje?
Czuł się przy nim bezpiecznie, za bezpiecznie. Jakby nie mogło mu się nic stać, czuł, że ma nad głową ręke, która da się zmasakrować, ale nie pozwoli skrzywdzić jego. Nie mół tego wyjaśnić. Bał się, nie wiedział dlaczego tak jest, nie wiedział dlaczego będzie musiał go zabić...

[center]***[/center]

Adrian i Dyninio jeszcze smacznie hrapali, gdy Rayman przechadzał się po domu. Czuł "wiatr śmierci". Domagał się czyjejś śmierci, nie wiedział dlaczego tak jest i w jaki sposób może czuć taki wiatr - jednak go czuł. Nie wiedział co zrobić, skąd miał wiedzieć, był tylko kilkunastoletnim Raymanem. Jednak wiedział, że musi coś zrobić, wstał z krzesła i... Uderzył w stolik, na którym leżała gorąca herbata. Cały się poparzył i musiał wymyś sobie ubrania. "Super..." - pomyślał - "Lepiej być nie mogło". W tym momencie zapadła się pod nim podłoga i wpadł do piwnicy. "A jednak..." - pomyślał leżąc i lekko się śmiejąc Rayman. Szybko jednak się pozbierał i pobiegł, by znaleźć kogokolwiek, kto mógłby zaprzeczyć jego intuicji. Znalazł Adriana, próbował go obudzić, ale ten nawet nie drgnął. To samo Dyninio... "Musieli się chyba schlać!" - pomyślał Rayman - "Zostawić tylko tych pijaków na chwilę... Do AA trzeba ich zapisać!". Bohater wybiegł z domu, biegł, aż zobaczył trenującego z Roksią Bart'a. Podbiegł do niego i zdyszany mówił.
- Coś jest nie tak... - powiedział Rayman - Ale to nic wielkiego, prawda?
- Ray, chciałbym, chciałbym... - powiedział krótko Bart
Rayman zaciekawił się tym co robił Bart z Roksią. Stali na wodzie! Nie zanurzali się ani centymetra w wode, stali na jej powierzchni, jakby to była ziemia.Rayman był tym faktem naprawde zdziwiony. Opanowali chodzenie po wodzie... Z ciekawości sam spróbował, poszedł parę kroków do przodu i... Stał! Jak się zdziwił, że stał na wodzie, ale coś było nie tak. Spojrzał pod nogi, a tam pod nim leżała deska... Ale klapa, stanął na desce. Roksia i Bart zaczęli się śmiać i wtedy razem wpadli do wody. Zaraz jednak wynurzyły się ich głowy i wyszli na powierzchnię wody, podnieśli się, jakby wychodzili na brzeg.
- Jak wy to robicie? - zapytał Rayman
- Jeżeli byś trenował parę godzin, to by Ci się też udało - powiedział Bart - A przy Roksi, to tylko się uczyć ^^
- Jak to? - zapytał Rayman
- Ehhh, gdybyś widział co ona tu robiła... - powiedział Bart

[center]***[/center]

Bart dalej trenował balansowanie na wodzie. Stał zanurzony do klatki piersiowej w wodzie, jednak to wyżej, niż normalnie człowiek się unosi "stojąc w wodzie". Roksia zaś siedziała sobie na piasku i opalała się, mając zamknięte oczka patrzyła w stronę słońca. Bart nie patrzał na nią, ale skupiał się na treningu. Zaczął podnosić się wyżej, czuł to, coraz wyżej i wyżej, po minimetrze, ale do góry!
W pewnym momencie usłyszał: "Bart!" z tyłu, więc obrócił głowę i dostał piaskiem w oczy. Natychmiast wpadł do wody. To Roksia go rzuciła, śmiejąc się, gdy wpadł do wody. Bart wynurzył się i zaczął się rozglądać, jednak dziewczynki nigdzie nie były!
- Come out, where ever you are!(Wyłaź, gdziekolwiek jesteś) - powiedział Bart
Nie usłyszał jednak odpowiedzi i wyszedł z wodzy na piasczysty teren, wtedy dostał nagle czymś z głowe - był to grzyb!
- Roksia, bez przesady - powiedział Bobercik - Żeby grzybami rzucać...
Zaraz po tym, jak to powiedział dostał w głowę rybą XD Aż poczuł śluz na twarzy. Zwinnie jednak złapał rybę i wrzucił ją do wody. Na szczęście nic jej się nie stało.
- Tak się bawisz? - zapytał Bart - To zobaczymy!
Zaraz po tym jak Bart to powiedział, to zobaczył Roksię na kamieniu, między jedną, a drugą stroną brzegu. Stała i dziarsko śmiała się w głos. Saiyan zaczął biec w jej strone, w ciągu chwili znalazł się przy niej.
- Mam cię! - powiedzial Bart
- Heh, udało Mi się! - powiedziała Roksia - Patrz pod nogi!
Bart spojrzał pod nogi - stał na wodzie! Był w wielkim podziwie, a za chwile podziwiał rybki, gdyż z wrażenia wpadł do wody.
- Skąd wiedziałaś... - nie zdążył do końca zapytać Bart
- Z kątowni - powiedziała Roksia i zaczęła chodzić sobie powoli po wodzie - A co?
- TY! Chodzisz po wodzie! - powiedział Bart - Dawno już umiałaś!?!
- No... Tak, a co? - zapytała Roksia
- Kiedy dokładnie? - zapytał Bart
- To było jakiś... Tydzień temu - powiedziała Roksia - A teraz nauczyłam Ciebie ^^
- Super ^^ - powiedział Bart będąc już pewnym tego, że ta dziewczynka ma talent...

[center]***[/center]

Bobercik biegnął by powiedzieć Roksi, że ma uciekać stąd jak najszybciej. Zastał ją stojącą na powierzchni wody, jednak nie miał czasu na to, żeby się dziwić. Szybko, lekko zdyszany, powiedział:
- Roksia, masz stąd uciekać! - powiedział, a raczej zakrzyczał Bobercik
- Co się dzieje? - zapytał Bart
- Daegurth, coś jest nie tak! - powiedział Bobercik - Mówił coś o zamianie, o tym że traci kontrole i jakoś mu wierze!
- Więc to tak! - powiedział Rayman
- Szybko, musimy się pospieszyć! - powiedział Bart
Wszyscy zaczęli biec, by spotkać się z Daegurthem, nagle Roksia została zatrzymana przez Bobercika.
- Ty nigdzie nie idziesz! - powiedział Bobercik
- Ale... - nie zdążyła powiedzieć Roksia
- Nie chce by coś Ci się stało! - powiedział Bobercik
- Bobercik, nawet nie wiesz jaka ona jest silna - powiedział Bart
Bobercik spojrzał Bartowi w oczy. Widział w nich szczerość i jakby przerażenie, niedopowiedzenie, jednak nie było to nic negatywnego. Tak jakby obawiał się Roksi...
- Dobrze, ale Ty bierzesz za nią odpowiedzialność, rozumiesz? - zapytał Bobercik
- Jak nigdy - powiedział Bart
Roksia się uśmiechnęła i pobiegła wraz z resztą do Daegurth'a.

[center]***[/center]

Gdy byli już na miejsu, widzieli stojącego plecami do nich Daegurth'a, szedł też w jego stronę Kris. "Ufff, nic się nie dzieje" - pomyślał Bobercik - "Na całe szczęście!".
Wszyscy tu zgromadzeni podeszli bliżej Daegurth'a.
- Daegurth, mów natychmiast co się dzieje - powiedział Bart
Nie doczekał się jednak odpowiedzi, Saiyan stał w miejscu, słychać było jęczenie i słaby szept.
- Ukszszsz... Czeeeeee.... Kasszzzzzz eeeee - jęczał Daegurth, próbując coś powiedzieć
- Co mówisz? - zapytał Bart
- Ghhttuzzczeeee! - zajęczał głośniej Daegurth
Nagle Saiyan zaczął się trząść, jakby miał jakąś padaczke, jednak twardo stał na ziemi. Jego płaszcz zniknął, rozpłynął się w powietrzu i ukazała się skóra, pokryta futrem koloru brązowo-brunatnego. To "coś" było wyższe niż Daegurth, miało też ogromne kły... Same kły, nie miało innych zębów z zestawie, do tego cała zakrwawiona twarz...
- Wykonam twoje żądanie! - powiedział Kris celując bestii w głowę
Kris trzymał pistolet w broni pewnie, żegnał się z Daegurth'em w swoich myślach trwało to ułamek sekundy. Zaraz potem nacisnął na spust i w tym samym momencie poczuł, jak ktoś go popycha. Strzał chybił - kula poleciała wysoko w powietrze, nikt jej już nie zobaczył. To Bart popchnął Krisa.
- Co robisz!?! - zapytał Bart
- To jego wola, on kazał mi, żebym go zabił! - powiedział Kris
- Ale możemy go jakoś uratować! - powiedział Bart
- Sam nie mógł się uratować, a my to mamy zrobić? - zapytał Kris
- NIe mów... - nie zdążył powiedzieć Bart
- Bart, on ma racje - powiedział Bobercik - Nie mamy wyjścia, co jeżeli ta besta będzie tak silna, jak ta poprzednia?
- ... - nic nie odpowiedział Bart i się obrócił

Daegurth natomiast dalej się transformował, nawet gdy rozmawiali. Zawył bardzo głośno i spod jego skóry zaczął wyrastać pancerz, osadzony wszędzie kolcami długości kilku centymetrów, okropnie ostrymi i twardymi, jak cały pancerz. Oczy monstum pokryła krew, a na plecał wyrosło coś na kształt skrzydeł, z tą różnicą, że było sztywne, całkowicie zbudowane z pancerza. Bestia urosła jeszcze - dużo - kilka metrów! Miała teraz ok. cztery metry wysokości! Była wysoka jak drzewa i jeszcze powoli rosła! Nikt nie wiedział skąd taka bestia się mogła wziąć, skąd mogli wiedzieć? Nie mogli...
A przemiana dalej trwała, bestia wyła jeszcze głośniej gdy wyrosły jej ogromne rogi, które rozeszły się na całą głowę tworząc dla niej naturalny pancerz. Taka bestia stała teraz przed Krisem mierzącym w jej ogromną głowę.

- Żegnaj przyjacielu - powiedział Kris naciskając na spust
Kula z broni wyleciała. Nic nowego, przebijała powietrze zbliżając się do celu, ogromnego, kilku metrowego monstrum. Monstrum machnęło ręką w nadlatującą kulę, a jej ręka, mimo pancerza, została zmasakrowana, eksplodowała w połowie, jednak zatrzymała kulę wewnątrz której był kwas, pokrywający teraz kikut z łapy monstrum.
- WoW! - powiedział podniecony Kris, pocisk nie tylko przebił się przez pancerz, ale eksplodował i zostawił ładunek sprężonego kwasu... Prawie nie możliwe! Ale jednak, to były jego kule.
Kris wystrzelił następny pocisk, bestia jednak uniknęła schylając się nisko.
- Co!?! - zdziwił się Bobercik - To jest niewiarygodnie szybkie!
Nikt nie śmiał mu zaprzeczyć, gdyż kolejne strzały Krisa były z łatwością omijane przez ogromnego stwora. Kris jednak był na tyle inteligentny, że zaczął korzystać ze wszystkich przewag. Nie strzelał więcej, wiedząc, że stracił prawie cały magazynek. Całyczas liczył strzały - zawsze tak robił, zostały mu tylko trzy w magazynku. Obniżył jednak trochę broń, celował teraz w nogi monstrum. Bryloczek przyczepiony do pistoletu zaiskrzył się i z lufy broni wyleciała kula ognia, która leciała pod nogi potwora. Ten jednak wyskoczył do góry, żeby uniknąć. Wtedy Kris wystrzelił pozostałe trzy kule w jego stronę.
Bestia była bez szans, tak się każdemu wydawało, jednak jej nie znali, wogóle. Gdy kule miały się z nią zderzyć, to ona machnęła chitynowymi-nibyskrzydłami co pozwoliło jej nico się wznieść unikając kul.
Monstrum zawyło, nabrało powietrza w płuca i z całych sił wypuściło je na Krisa. Powietrze zapaliło się wylatując z ust ogromnej bestii, tworząc ogień pod ciśnieniem, lecący już nie tylko w stronę Krisa, ale też w stronę znajdujących się niedaleko Bart'a, Bobercika, Raymana i Roksi.
Kris natychmiast doskoczył do nich, nie wiedząc co robi. Stał i patrzał jak słup ognia zbliża się w jego stronę...



^^ ^^
U
\__/

Mam nadzieję, że się spodobał odcinek ^^
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Bobercik
SSJ 5
Posty: 2940
Rejestracja: pn lut 13, 2006 7:02 pm
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Bobercik »

Przeczytałem zaległe odcinki i powiem szczerze: bardzo mi się podobają. Tylko kiedy Bobercik pokaże tą swoją super, wielką moc? xD A tak na serio to czekam na Puszka :twisted:
Obrazek
Awatar użytkownika
Kris
Avanger
Posty: 2254
Rejestracja: wt lis 22, 2005 11:33 pm
Lokalizacja: Poznań

Post autor: Kris »

Imiona ci sie myliły..
Ale i tak znakomicie piszesz nawet wmiare duzo akcji
---------------------------------
Ciag Dalszy xD

W tej chwili w rece Krisa pojawił się jego miecz , a w drugiej Shuriken
no albo bedzie cos innego to juz ....
Obrazek

Obrazek
1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Kris pisze:Imiona ci sie myliły...
Tak? Kiedy, zacytuj plz, bo wydawało Mi się, że nie było pomyłek :cry:

Jakieś jeszcze uwagi? Śmiało, bez ogródek prosze ^^
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Kris
Avanger
Posty: 2254
Rejestracja: wt lis 22, 2005 11:33 pm
Lokalizacja: Poznań

Post autor: Kris »

Dae pisze:Co teraz? - zapytał Adrian
- Nie wiem, bo raczej do domu nie dojdziemy - powiedział Bobercik
LOOL BYLY JESZCZE 2 OJ CHYBA KTOS COS ZMIENIAL

Nic nie zmieniałem XD Dzięki, postaram się nast. razem nie rozkojarzać i pisać tak, jak powinno być. Sry... - Dae
Ostatnio zmieniony śr sty 17, 2007 9:25 pm przez Kris, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Obrazek
1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Dobra, moge dodać dwie postacie do FanFicka, wiem, że już dużo mam, ale co tam, postaram się :P


Miejsc wolnych: 1/2


Aby się zapisać należy wysłać formularz, umieszczony na stronie pierwszej tego tematu( http://ssjpower.net/forum/viewtopic.php?t=829 ), trzeba go skopiować i wypełnić, a następnie wysłać do Mnie przy pomocy PW(Prywatnej wiadomości, dla n00b-ów).

Nie będe mówić, kto się zakwalifikował, zgłoszenia "Kto pierwszy, ten lepszy" wchodzą teraz w grę. Nowy bohater dowie się, czy mu się udało dopiero w następnych odcinkach, gdy zostanie wprowadzony, doda to nutki tajemniczości :P

A więc, czekam! Nie zapomnieć wypełnić wszystkich pól!!!
Ostatnio zmieniony pt sty 19, 2007 4:32 pm przez Dae, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Rozdział XXXX - Pozornie najsłabszy

Potężny słup ognia zbliżał się w strone Krisa z ogromną prędkością. Ogień naprawde "rozgrzał temperature", w ciągu ułamka sekundy zrobiło się okropnie gorąco. Bobercik patrzał z rozszerzonymi oczyma na zbliżającą się śmierć, Roksia stała nie wiedząc co robi. Bart... Bart nie patrzał na ogień, stał do niego tyłem, nawet nie był do końca przekonany, że leci w jego strone.
"To już koniec?" - pomyślał Bobercik - "Nie, to nie może być tak!"
"Co się dzieje!?!" - myślała Roksia patrząc na zbliżający się słup ognia, a potem na brata bojąc się
"Nie..." - pomyślał Kris - "To Mi powierzył zadanie powstrzymania go, a ja... Zawiodłem... Dlaczego, dlaczego to musi się tak skończyć? Musi? Nie, nie... Nie musi!"
Kris wyprostował ręke, w której leżał pistolet. Zaczął się nagrzewać, z powodu panującej tu temperatury, a brelok zwisający z jego uchwytu pojaśniał. Kris spojrzał do jego środka, widział ogromną kulę ognia wewnątrz okrągłego, kształtem przypominającego perłę, bryloka. Patrzał się na brelok, starając się coś wymyślić, wtedy to wewnątrz breloka zniknęła kula ognia, a pojawiła się jakaś kopuła. Kris przyglądał jej się przez ułamek sekundy, a następnie skoncentrował część energii w prawej ręce, jednocześnie przekazując ją do broni. Nacisnął spust i... Z broni wyleciała fala gęstego, czerwonego ognia, która otoczyła go i jego przyjaciół. Ogień zamienionego Daegurth'a nie przedarł się przez utworzoną z gęstego ognia kopułę Kris'a. Monstrum wreszcie przestało wysyłać falę ognia, w tym momencie zniknęła i chroniąca bohaterów kopuła.
Kris był pod podziwem, nie doceniał wcześniej tego bryloku. Niby byle rzecz, a już uratowała mu życie, a nawet nie tylko jemu. "Uratowała?" - pomyślał Kris. Przecież walka się jeszcze nie skończyła.
Bobercik rozejrzał się wokół, jakby nie wierząc, że żyje. Spojrzał na spopielone obok drzewa, spopielone kamienie i nagrzaną, pełną pyłu i popiołów ziemię.
- Ten... Ogień... - powiedział Bobercik - Spalił wszystko, nawet kamienie!
- Ja chce do domu! - powiedziała Roksia
- Temperatura ponad 5000 stopni celsiusa... - powiedział Bobercik - Niesamowite...
- Nie pora na gadke, nasz kolega się niecierpliwi - powiedział Kris
Monstrum stało na leżących pod nim, palących się drzewach, nie zawracając sobie nimi głowy. Przyglądał się Krisowi, jakby się czymś zaciekawił. Wystawił swoje zębiska w okropnym uśmiechu, Kris'a przeszły ciarki. Jakieś dziwne uczucie poczuł wewnątrz siebie, dziwne pieczenie, strach, czuł się zdezorientowany.
Nie mógł się ruszyć, jakby coś przytrzymywało go przy ziemi, kontrolowało, nie mógł się zorientować co to jest, to dziwne, piekące uczucie... Jednak Kris reagował na bodźce zewnętrzne, czuł ciepło otoczenia, wiedział, że musi się ruszyć, mimo piekącego uczucia ruszył w stronę monstrum, ładując szybko kolejny magazynek.
Biegnąc szybko zmienił magazynek, potwór stał, a przelatujące ptaki nabiły się na jego ostre kolce wrośnięte w pancerz.
Na niebie widać było znaki, jakie zostały po wielkim pożarze, ogromne chmury pyłu, ciekawiące wszystkich z miasta, nikt jednak nie chciałby się tutaj znaleźć.
Kris wyskoczył w stronę potwora, który uniknął i posłał ręke w jego strone. Saiyan miał sposób, w stronę nadlatującej ręki skierował pistolet i strzelił. Potwór natychmiast zatrzymał ręke widząc co robi Kris i lekko ją cofnął, by uniknąć śmiertelnego strzału, od którego stracił już połowę drugiej ręki. Kris stał teraz blisko potwora, to była jego szansa, zaczął strzelać w niego z tej odległości. Strzelał tak szybko, że zanim poprzedni pocisk wyleciał z broni, to już leciał następny. W ten sposób stworzył efekt karabinu pół-automatycznego. Z okropnej twarzy monstrum nie znikał przerażający uśmiech, bestia przymknęła lekko oczy, rozszerzając je jednocześnie. Zaczął unikać przed strzałami, unikał tak okropnie szybko, że za nim zostawał smug cienia, ślad, który znikał dopiero po chwili. Wyglądało to niesamowicie! Taki ogromny potwór unikał przed każdą, maleńką kulą.
Kris wciąż nie przerywał ognia, zapewniało mu to bezpieczeństwo, potwór nie mógł go uderzyć, gdyż musiał unikać, a może nie chciał uderzyć? Tylko monstrum o tym mogło wiedzieć. O ile potrafiło myśleć...
Kris wciąż licząc pozostałe w magazynku naboje, wyciągnął kolejny magazynek strzałów, nie przerywając ognia i załadował go w ułamku sekundy, tylko na chwilę zwalniając ostrzał.
Bobercik nie mógł więcej patrzeć, jak Kris się stara, a on nic nie robi. Ruszył w stronę monstrum i zaczął strzelać do niego kulami ki. Potwór nawet się nie przejął, kule trafiały w bestie, ale odbijały się od jej pancerza, jak piłeczka ping-pongowa od stołu do tenisa stołowego. Bobercik się wkurzył, że potwór nawet nie zwraca uwagi na jego ataki i ruszył na niego gotów do walki wręcz. Chciał go kopnąć, ale jedyne co mu się udało, to lekko ugiąć pancerz. Zdołało to jednak zwrócić uwagę bestii.
Kris wiedział, że nie może tracić więcej niesamowitych strzał, przymknął jedno oko, a patrząc drugim, zza lufy pistoletu, wystrzelił prosto w głowę bestii. Monstrum wyskoczyło wysoko do góry, unikając strzału, a jednocześnie odsłaniając lecącego za jego głową Bobercika. Kula mierzona w bestię leciała teraz w stronę Bobercika, który widząc ją czuł jakby czas się zatrzymał. Kula z bardzo małą prędkością leciała w jego stronę - tak mu się zdawało. Kris wisiał w powietrzu, bestia wysoko nad nimi oboma, a kula przebijając powietrze, robiąc tak jakby trzy spirale łamanego powietrza, zbliżała się powoli do niego. Całe życie przeleciało mu przed oczyma - Planeta, na której mieszkał, rodzice, których stracił, Roksia, którą kochał, Bart, którego lubił, Kris, z którym się uwielbiał śmiać, Adrian i Dyninio, których podziwiał za siłę, Daegurth, którego tajemnice wciąż były sekretem.
Nagle czas znów stał się wrócił do normy, a kula uderzyła w Bobercika, który momentalnie upadł na ziemię. Kris patrzał, jak Bobercik upada, nie spodziewając się nadchodzącego z góry ciosu. Bestia uderzyła go kikutem ręki, a ten spadł na ziemię wbijając się w nią do połowy.
Potwór bestialko się zaśmiał, a ten śmiech rozległ się echem po okolicy, przerażając wszystkich. Wielu ludzi uciekało z miasta widząc potwora z daleka, niektórzy bardziej ciekawscy byli częścią pyłu i popiołu, jaki został po drzewach, kamieniach i nie tylko. Wojsko chciało zabić bestie, ale nie reagowała na nic, a strzały ze zwykłych broni rikoszetem(rikoshetem?) odbijały się, trafiając w oddziały specjalne.
Bestia obróciła się i zabiła ich wszystkich jednym, potężnym podmuchem powietrza. Nawet nie była to fala ognia, a zwykłe, sprężone powietrze, które rozrywało ich ciała, najpierw kompletnie je masakrując, tnąc, kłując i przebijając we wszelkich miejscach na ciele. Roksia widziała coś dziwnego, wcześniej tego nie dostrzegła - z każdego rozerwanego człowieka wylatywało coś, co natychmiast, z ogromną prędkością wpadało w przemienionego Daegurtha.
Monstrum, po uporaniu się z bezsilnym wojskiem, obróciło się w stronę Roksi i Bart'a. Powoli zaczęło iść w ich stronę. Dziewczynka cofała się powoli drżąc ze strachu.
- Boję się! - powiedziała Roksia - Bart, Bart!
Saiyan stał plecami do zbliżającego się monstrum. Przypomniał sobie słowa Bobercika: "Dobrze, ale Ty bierzesz za nią odpowiedzialność, rozumiesz?". "Rozumiem" - pomyślał Bart - "Ale... Ja nie..."
W tym momencie pojawił się Rayman, niewiadomo gdzie się podział, w każdym razie był teraz tutaj, obok Bart'a.
- Adrian i Dyninio śpią, nie dobudzi się ich - powiedział Rayman - Bart, musimy sobie poradzić sami!
Bart nie odezwał się ani słowem, wciąż stał, nie ruszał się, był przerażony, że bestia ta jest jego bratem, którego tyle szukał, którego tak kochał, a teraz jest mordercą.
- Jak sobie chcesz - powiedział Rayman - Ja nie dam temu czemuś zniszczyć życia i tutaj!
Ręce małego chłopca stały się srebrne, co oznaczało, że zmieniły się w okropnie twarde, metalowe rękawice. Co dziwne, jego zbroja stała się krwisto czerwona, a w oczach pojawił się ogień, płonący tak jak jego gniew. Bestia zobaczyła małego Raymana i wypuściła w jego strone strumień powietrza, które nabrał poprzednio w płuca. Rayman wskoczył na pędzący w jego stronę wiatr i płynął na nim, pod prąd, jakby był na desce surfingowej. Doleciał do samego potwora i uderzył go metalowymi rękami, monstrum odleciało od potężnego uderzenia metalem parę centymetrów do tyłu, a na jego pancerzu pojawiła się mała rysa. Bestia szybko zrobiła piruet wciągając Raymana w stworzony w ten sposób wiatr i uderzając go ręką. On jednak odbił ję od niej i wystrzelił kulę energii w stronę ogromnej bestii. Ta jednak, jakby zażartowała sobie z Raymana, otwarła paszczę i zjadła kulę ki, a raczej rozgryzła ją w zębiskach, a zaraz potem uderzyła Raymana ręką. Rayman nie uniknął i wraz z ręką bestii zderzył się z ziemią, w którą został wgnieciony. Gdy bestia podniosła łapsko, to Rayman leżał już odmieniony, cały posiniaczony, gdzieniegdzie zakrwawiony, w dużej szczelinie.
Bestia nie przejmowała się już Raymanem, poszła w stronę Bart'a i Roksi. Roksia przytuliła się do Bart'a, wciąż nie ruchomego.
- Ja nie chce umierać! - powiedziała Roksia płacząc
Potwór stawiał kolejne kroki, jeden za drugim zbliżając się do małej dziewczynki i Saiyana. Ta zaś trząsła się ze strachu, Bart prawie że płakał starając się zapanować nad umysłem, nad ciałem, nad wszystkim i ogarnąć to.
Bestia stała tuż przy nich, machnęła ręką, Roksia krzyknęła z całych sił nie chcąc umierać.
W Bart'cie nagle coś się przerwało, jakby pęknął mur, który odgradzał go od rzeczywistości, lina, która trzymała go z dala od świata. Saiyan nagle zatrzymał nadlatującą ręke bestii. Pojawiła się wokół niego błękitna aura i wrzeszcząc uwalniał drzwmiącą w nim moc. Bart odepchnął łapę i skoczył w stronę potwora. Jedym potężnym uderzeniem odsunął go o metr do tyłu, potwór chciał uderzyć go łapą, ale Bart wystawił w stronę nadlatującej łapy swoją ręke i zawołał: "Big Bang Attack!". Kula odbiła ręke bestii, jednak nie uszkodziła jej ani troche. Bart jednak zdobył cenny czas na przygotowanie się do ataku. Skupił energię wewnątrz siebie, w samym środku układu pokarmowego, między wątrobą a żołądkiem, po czym przeniósł ją do obu rąk. Na rękach pokazały się kule, które Bart wypuszczał z ogromną prędkością każdą kulę, w stronę stojącą nieopodal bestii. Pociski ki jednak odbijały się od pancerza bestii - nie na długo. W każdy odbity pocisk wlatywała kolejna kula wystrzelona przez Bart'a, w ten sposób udało się Saiyanowi pokryć pancerz bestii kulami ki na prawie całej objętości. W pewnym momencie Bart przestał wypuszczać kolejne kule, a "pancerz z kul" eksplodował odrzucając bestię kilkanaście metrów w tył. Na pancerzu monstrum było widać wyraźne rysy, a kolce wystające z bardzo twardej naturalnej zbroi ugięły się lekko, niektóre nawet nadłamały.
Bestia twardo upadła na ziemię, która zatrząsła się pod jej ciężarem. Szybko wstała, nie miała już uśmiechu na twarzy, raczej widać było wiejący z niej gniew. Zawyła z całych sił. Bart w tym momencie zorientował się, co się święci, otworzył szeroko oczy i rozglądał się wokół. Widział, przez ułamek sekundy, ale widział niewyobrażalnie szybki ruch bestii. Mógł uniknąć ale... Wolał mocno popchnąć Roksię, która poleciała kilkanaście metrów dalej.
Dziewczynka patrzała, jak za Bart'em pojawiło się monstrum, jakby teleportowało się i natychmiast uderzyło go w plecy tnąc skóre Saiyana. Bart zakrzyczał z bólu, jakiego dotąd nie doświadczył - nie tylko skóra na plecach została przecięta, ale ciepło jakie panowało wokół całkowicie powiększało cierpienie Bart'a. Bestia nie zaprzestała na jednym ataku, biła Bart'a z ogromną prękością, rękami i nogami, na przemian. Bart latał jęcząc z bólu. Wreszcie bestia złapała go w swoje ogromne łapska z ostrymi pazurami i przyglądała mu się dokładnie. Patrzała tak na niego, gniotąc go, wtedy Bart zakrzyczał bardzo głośno, mając całyczas zamknięte oczy. Nie miał siły ich otworzyć. Gdyby je otworzył, to zobaczyłby krótki błysk w oku bestii, która puściła Saiyana, a ten upadł na ziemię.
Monstrum patrzało się na swoją ręke przez chwilę, po czym obróciło się w stronę Bart'a i patrzało na niego. Ręka potwora podniosła się do góry, a ręka ustawiła tak, by jednym uderzeniem pociąć całego Bart'a na kawałki.
- Nieeeee! - zakrzyczała Roksia - Zostaw go ty potworze!
Potwór obejrzał się w stronę dziewczynki, przerwał planowaną akcje, ale najwidoczniej znalazł nową. Obrócił się bokiem do Bart'a, patrząc wprost na dziewczynke przed nim. Na twarzy potwora znów pojawił się uśmiech, a po zębach płynęła krew. Bestia ruszyła w stronę Roksi i natychmiast zmaterializowała się przed nią z ręką gotową do ataku, jednak mała dziewczynka, z racji tego, że była zwinna i niewielka uniknęła ciosu o włos, po czym uderzyła bestię w pancerz z całej siły nogą. Bestia nawet nie drgnęła od ciosu, sama jednak odsunęła się do tyłu.
- Jak mogłeś, ty potworze! - zakrzyczała dziewczynka stojąc twardo na ziemi - Jak...!?!
Ręce Roksi uformowały się w pięści, które trzymała bardzo mocno. Dziewczynka wprost drżała z nerwów, jakie teraz czuła. Skuliła się lekko do środka, uginając ręce w łokciach, nogi w kolanach i przechylając się do przodu.
- AAAAAAAA!!!! - zakrzyczała dziewczynka prostując się i wystawiając ręce i nogi na boki
Pojawił się ogromny wybuch na polu walki. Bestia zakryła się jedną ręką przed nadlatującą w jej stronę falą energii spowodowaną potężną eksplozją. Była to tak niesamowita moc, że nadkruszyła cały pancerz bestii, prawie kompletnie go niszcząc. Roksia przestała krzyczeć i stała teraz prosto z dala patrząc w oczy bestii.
Wyskoczyła w jej strone, mimo, że była bardzo daleko od niej. Naokoło dziewczynki pojawiła się biała aura. Bestia widziała zbliżającą się Roksie, więc wystrzeliła z ust kilka ognistych kul. Roksia jednak unikała je, jakby odbijając się od powietrza, wciąż zbliżając się do bestii. Monstrum rozpłynęło się w powietrzu, jednak nie dla Roksi. Ta natychmiast zatrzymała się w powietrzu i odbiła się do góry, do miejsca w którym pojawiała się ogromna bestia. Dziewczynka uniknęła zbliżającą się do niej łape i krzycząc uderzyła w monstrum, które odleciało kilka metrów wyżej od potężnego uderzenia.
Roksia zatrzymałą się w powietrzu i zaczęła koncentrować swoją energię, na wpół płacząc, uświadamiając sobie, co ta bestia zrobiła z jej bratem i przyjaciółmi. Biała aura otaczająca jej ciało powiększyła się kilkakrotnie. Dziewczynka wisząc w powietrzu ustawiła obie ręce obok siebie, za plecami. Między rękoma pojawiła się mała niebieska kula ki, która rzucała bardzo jasne promienie wokół.
- Kamehame! - krzyczała dziewczynka mając w oczach łzy
Kula między rękami Roksi się powiększyła, miała kilkanaście centymetrów średnicy. Dziewczynka oddaliła lekko ręce od siebie, by kula się między jej małymi rękami mieściła. Po policzkach Roksi płynęły już łzy. Promienie świetlne jakie wylatywały z kuli stały się jeszcze jaśniejsze, aura otaczająca dziewczynke zebrała się bliżej niej, zagęściła.
- HAAAAA! - zakrzyczała Roksia prostując ręce w stronę spadającej z góry bestii
Monstrum widziało jak z rąk małej, ledwo jedno metrowej dziewczynki, wylatuje ogromna fala energii o średnicy trzech metrów. Z twarzy okropnej gadziny zniknął uśmiech. Fala z ogromną prędkością zbliżała się do przemienionego Daegurth'a przebijając powietrze po drodze. Wokół fali leciały smugi zbieranego przez nią powietrza, tworząc tak jakby małe, trące promienie krążące wokół fali.
Potwór zasłonił się ręką, jedyną jaką w tej chwili miał, chciał najwidoczniej obiema, ale zamiast prawej górej kończyny miał tylko mały kikut.
Potężna fala uderzeniowa zderzyła się z bestią, zasłaniającą się przed uderzeniem. Jednak siła grawitacji nie działała Roksi na korzyść, przyciągała poczware w jej stronę. Monstrum powoli zbliżało się do Roksi, fala która ich dzieliła strasznie zwalniała ten proces, jednocześnie kalecząc bestię i kompletnie niszcząc jej pancerz. Bestia już była prawie na miejscu, już miała zniszczyć falę potężnym machnięciem ręki i zabić dziewczynke, gdy ta krzyknęła z całych sił i wylatująca z jej rąk fala powiększyła się. Bestia teraz nie mogła wygrać z falą, która eksplodowała między Roksią, a nią.
Roksia upadła na ziemię, straciła przytomność. Leżała w ogromnej dziurze jaką zrobiła spadając na kamienie, przez które się przebiła.
Co zaś tyczy się bestii. Spadła z bardzo wysoka na ziemię powodując jej mocne zatrząśnięcie i wgniecenie. Monstrum się podniosło, czegoś jednak mu brakowało - nie miało całej lewej ręki. Do tego było całe zakrwawione swoją gęstą i szybko krzepnącą krwią. Stało tak, ledwo utrzymując się na nogach. Po chwili upadło na kolana. Będąc na kolanach zawyło z całych sił. Z lewego ramienia zaczęło coś wychodzić - pojawiła się nowa kość, a potem kolejne i kolejne, które pokrywały się żyłami, tętnicami i mięśniami. W ciągu kilku chwil nową ręke pokryłą skóra, a potem pancerz znów wyrósł spod niej. Bestia wyrwała sobie kikut po prawej ręce, a efekt powtórzył się. Teraz była w pełni sprawna, oblizała twarz swoim długim językiem ze swojej i nie swojej krwi. Ruszyła w stronę leżącej, na wpół żywej Roksi, jednak zatrzymała swój wzrok na niebie. Patrzała tak przez chwile po czym zniknęła, nie wiadomo gdzie...

[center]***[/center]

Bobercik powoli otworzył oczy. "Czy ja umarłem?" - pomyślał Bobercik nie czując nic. Widział nad swoją głową kłęby dymu i chmury. Podniósł się i rozejrzał. Otaczały go resztki drzew i pył. "Jednak nie, ale jak?" - pomyślał Bobercik, po czym schylił głowę. Do naszyjnika, który miał na szyi przyczepiona była kula. Bobercik szybko zdjął medalion i wyrzucił go. Zaraz po tym kula na medalionie eksplodowała rozszczepiając wokół dużo kwasu. Część kwasu poleciała też w stronę Bobercika, który jednak żeby się uchronić przed nim rzucił w jego stronę sweter. Kwas trafił w ubranie i razem z nim upadł na ziemię, po drodze do niej kompletnie je zżerając. "Ufff, było blisko..." - pomyślał Bobercik, po czym podniósł głowę. Widział wysoko na niebie bestię, a tuż pod nią swoją siostrę, która nie dawała za wygraną. Na wpół płacząc dziewczynka walczyła tak, jak nikomu dotąd się nie udało. Wreszcie Bobercik zobaczył jak jego siostra wystrzeliła ogromną falę energetyczną, która wreszcie wybuchła. Bobercik nie przejmując się monstrum pobiegł w stronę miejsca, w które upadła jego mała, dzielna siostrzyczka...

[center]***[/center]

- Trzymaj się! - krzyczał Bobercik biegnąc - Jeszcze tylko chwilke!
Bobercik biegł tak szybko jak mógł, mijał resztki wszystkiego, co zostało na polu bitwy - drzew, kamieni, kości ludzkich i zwierzęcych, błagając boga o to, żeby jej nic się nie stało. Biegnął, biegnął i wreszcie zobaczył małą wbitą w ziemię. Podbiegł do niej natychmiast i wyciągnął ją z dołu. Obejrzał ją dokładnie, ale nie wiedział co robić. Dziewczynka byłą prawie martwa, nie oddychała, jej serce nie biło. Leżała, a jej skóra z każdą sekundą bladła coraz bardziej. Krew ciekła z jej ust, czerwieniąc całą twarz. Głowa z tyłu była częściowo rozbita. W oczach Bobercika pojawiły się łzy. Nie wiedział co robić, a jego kochana siostrzyczka umierała...




UUuuuuu, Roksia umiera :( Nieciekawie się robi, ale jeżeli chcecie wiedzieć co się stanie, to musicie przeczytać następny odcinek...

BTW. Mam nadzieję, że się podobało ^^ Piszcie co sądzicie o odcinku plz ^^
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Bobercik
SSJ 5
Posty: 2940
Rejestracja: pn lut 13, 2006 7:02 pm
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Bobercik »

Bardzo fajny odcinek Dae :cry: moja kochana siostrzyczka umiera :cry: życie jest okropne :cry: ale na szczęście dokopała tej bestii :twisted: czekam na kolejny fascynujący odcinek
Obrazek
Awatar użytkownika
Kris
Avanger
Posty: 2254
Rejestracja: wt lis 22, 2005 11:33 pm
Lokalizacja: Poznań

Post autor: Kris »

fajny odcinek tylko w ostatnich zdaniach jest smutny zawsze jest trudno kiedy druga osoba odejdzie ze swiata zywych
Obrazek

Obrazek
1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >
Awatar użytkownika
GokuSSJ = Dyninio
SSJ 2
Posty: 109
Rejestracja: sob maja 28, 2005 5:28 pm
Lokalizacja: Olsztynek
Kontakt:

Post autor: GokuSSJ = Dyninio »

Jeden z lepszych odcinkow :] Szkoda ze cala walke przespałem ale mam nadzieje ze wkrocze w jakim momencie i sobie to odbije :D

A besta zyje nadal ? ;]
Zapraszam wszystkich fanow anime[a jest ich tutaj chyba duzo :) ] Na moje najnowsze forum o tematyce anime

www.ssjanime.fora.pl
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Rozdział XXXXI - Broń

Bobercik starał się pomóc siostrze, zerwał kawałek podkoszulki i obwiązał jej głowę. Nie oddychała, a on nie wiedział jak ją reanimować - nigdy się tego nie uczył. Gdyby chociaż uważał, gdy kiedyś były pokazy, to by wiedział, żałował że był taki głupi. Klęczał teraz bezczynnie prawie płacząc obok siostry. Zamknął oczy wmawiając sobie, że to tylko zły sen, że nic się nie stało, Roksia bawi się z Daegurthem, albo z rodzicami... Tak, z jego kochającymi rodzicami, których ledwo pamiętał...
Nagle Saiyan poczuł, że ktoś łapie go za ramię. Otworzył oczy i obrócił głowę. Stał przed nim dość wysoki chłopak o długich białych włosach i czerwono-niebieskich oczach. Nosił czerwono-bordowy płaszcz sięgający troche poniżej kolan. Na jego twarzy nie było widać wzruszenia. Powiedział cicho obojętnym głosem.
- Ja się tym zajmę - powiedział białowłosy
Bobercik odsunął się licząc na to, że nieznajomy coś zdziała. Czy mógł jednak coś zrobić? Nie był pewien...
Białowłosy chłopak schylił się nad dziewczynką, sprawdził jej tętno po czym dotknął klatki piersiowej, by sprawdzić czy może oddycha(ruch przeponą). Mała jednak ani nie miała tętna, ani nie oddychała. Chłopak wiedział, że jest już najprawdopodobniej martwa, do tego po opatrunku na głowie spodziewał się, że jeszcze ma uszkodzoną czaszke.
- Sorry, nie pomoge jej - powiedział chłopak - jest już martwa
Bobercikowi opadła głowa, a z oczu zaczęły cieknąć strumieniem łzy. Nie mógł sobie wybaczyć tego, że pozwolił jej tu przyjść, a teraz staciła przez to życie. Wbił palce w ziemię, mocno je ściskając uformował pięści. "Roksia..." - pomyślał Bobercik
- Żartowałem - powiedział nieznajomy, po czym powiedział - Jest w drodze do innego świata, to nie znaczy, że nie trafi na rondo i nie zawróci
- Rondo? - zapytał Bobercik
- Ehhh, patrz! - powiedział chłopak, po czym podniósł lekko prawą ręke do góry i zaczął nią machać w koło, a potem w poziomie i w pionie. Na palcach prawej ręki pojawiły się jasne światełka, które zostawiały mały smóg, ślad w powietrzu. Po chwili takiego machania wyprostował ręke i powiedział spokojnie "Raise!". Z jego ręki wyleciała jasno świecąca kulka, która wpadła w Roksie, a raczej przeniknęła do jej ciała. Roksie pokryła jasna poświata, która i po chwili znikła.
Dziewczynka złapała nagle oddech i otwarła oczy. Z każdą chwilą oddychała spokojniej, po kilku sekundach podniosła się i rozejrzała. Nie wiedziała co się stało, ostatnie co pamiętała, to walka z monstrum.
- Straciłam przytomność? - zapytała Roksia
- Heh, coś z tej samej branży - powiedział nieznajomy
- Kim jesteś? - zapytała dziewczynka
- Znudzonym chłopakiem - powiedział białowłosy, po czym obrócił się i zaczął iść
Bobercik nie mógł uwierzyć własnym oczom, patrzał to na Roksię, to na odchodzącego młodzieńca. Gdy chłopak odszedł, to Saiyan przytulił Roksię bardzo mocno. Mógł już jej więcej nie zobaczyć, mogła odejść bezpowrotnie. Uświadomił sobie też co miał na myśli Bart, mówiąc że Roksia nie jest wcale słaba. Był zdziwiony jej siłą, tym jak zachowała się na polu walki. Walczyła wręcz niesamowicie, nigdy nie widział kogoś, kto by tak walczył. Bobercik jednak miał już dość, chciał odpocząć, ale najpierw musiał sprawdzić, czy inni są cali. Wypuścił Roksie z rąk i wstał, po czym rozejrzał się w koło.
Nieopodal ktoś leżał na ziemi. Szybko tam podbiegł i zobaczył Bart'a. Z trudem oddychał - jednak oddychał. Widać było, że nie będzie się mógł ruszać przez najbliższy czas. Chyba miał złamane kości, Bobercik pomyślał, że wyjdzie z tego, wychodził z gorszych rzeczy. Kazał Roksi zrobić jakieś nosze, a sam poszedł szukać dalej. Rozglądał się, patrząc w każde wgłębienie i skałe, wreszcie znalazł Raymana. Lekko nim potrząsł, a ten się obudził, przynajmniej otworzył oczy.
- Mamusiu, daj mi jeszcze pospać - powiedział Rayman
- Synku, już czas do szkoły - zażartował Bobercik
- Jeszcze pięć minut... - powiedział Rayman zamykając oczy
Bobercik potrząsnął jeszcze raz Raymanem, a ten wstał i od razu rozglądał się gdzie jest to monstrum. Po chwili Bobercik wskazał palcem miejsce w którym byli Bart i Roksia, a Rayman pobiegł tam, by pomóc Roksi w robieniu noszy.
- Hej, Bobercik - Saiyan usłyszał głos z daleka, po czym się obrócił
Widział Krisa, stojącego przy drzewie, opierał się o nie ledwie oddychając. Bobercik podszedł do niego powoli. Idąc do niego wiedział, że coś nie gra, gdy był kilka metrów od niego zobaczył, że ma przebite udo kawałkiem drzewa, który wystawał z obu stron nogi.
- Czekaj, zaraz to wyciągne... - powiedział Bobercik
- Nawet nie próbuj, nie chcę się wykrwawić - powiedział Kris
- Faktycznie... - załamał się Bobercik - To może pomoge Ci chodzić, a w domu Cie opatrzymy
- Dobra, chodź tu ty łosiu - powiedział Kris
Bobercik podszedł do Krisa i pomagał mu iść. Kris podpierał się na Boberciku idąc w strone Bart'a. Kris zobaczył w jakim stanie jest jego przyjaciel i pomyślał - "Heh, ja przynajmniej moge chodzić". Rayman i Roksia zrobili nosze z patyków i ubrań, które odpowiednio powiązali. Potem Bobercik na chwilę zostawił Krisa przy nogach Bart'a, a sam poszedł obok jego głowy. Przenieśli go na nosze. Kris źle stanął i upadł na ziemię, trzymając się za nogę.
Roksia i Rayman wzięli nosze i nieśli Bart'a do domu Hebrida, a Kris podpierając się o Bobercika szedł, choć starał się czasem iść sam, ale niezbyt mu to wychodziło, a gdy wyobrażał sobie jak uderza twarzą w ziemie, to wogóle rezygnował z takiej możliwości!

Po niedługim czasie wszyscy znaleźli się w domu Hebrida. Adrian i Dyninio dalej spali, obudzili się dopiero, gdy usłyszeli żart Krisa: "Playboy idzie!". Podskoczyli obaj i rozejrzeli się wkoło, nie widzieli nawet telewizora.
- Co się stało? - zapytał Dyninio
- Ehhh, długo by opowiadać... - powiedział Bobercik
- Spróbuj - powiedział Adrian
Gdy Bobercik opowiadał Adrianowi i Dyninowi co się stało, to Kris zastanawiał się - "skąd Roksia miała taką moc?" - nie tylko Bobercik widział jak walczyła. Kris przyglądał się teraz dziewczynce, która starała się dobudzić Bart'a, ale jej nie wychodziło. "Skąd w niej taka moc?" - zastanawiał się Kris, lecz wreszcie dała o sobie znać jego rana i aż go zakręciło z bólu.
- Bobercik, albo zaraz wezwiesz tu lekarza, albo sam go będziesz potrzebował! - powiedział Kris
- No wiesz Kris, niestety zgubiłem numer do Twojego psychiatry... - zażartował Bobercik
- Chyba zgubiłeś numer do własnego mózgu, a teraz dzwoń bo Cie pogryze, a ostrzegam, nic jeszcze dzisiaj nie jadłem! - zagroził Kris ukazując swoje zęby w uśmiechu
- Ała, to by bolało, no dobra, Adrian, Dyninio, wybaczcie musze pomóc Krisowi - powiedział Bobercik i poszedł zadzwonić do lekarza.
O dziwo lekarz szybko przyjechał i opatrzył zarówno Bart'a, jak i Krisa.
- Ludzie, coście robili? - zapytał wysoki lekarz z krótką czarną bródką i baczkami
- Nie uwierzyłby pan - powiedział Kris
- Spróbuj - powiedział lekarz
- Walczyliśmy z ogromnym potworem, w którego zamienił się kolega - powiedział Kris
- Ehhh, czekaj - powiedział lekarz sięgając do kieszeni, z której wyciągnął jakąś kartke i podał ją Krisowi - Zadzwoń, to bardzo dobry psychoanalityk
- Wiedziałem, że pan nie uwierzy - powiedział Kris - Ale pan nawet nie ma pojęcia o jakich rzeczach pan jeszcze nie wie...
- Dobra, to czas na mnie - powiedział lekarz - Mam zaraz spotkanie z pacjentką
Lekarz zabrał swoje nader-skomplikowane sprzęty i wyszedł z domu.
- Ufff, ten nietolerancyjny palant bez wyobraźni mnie już wkurzał... - powiedział Dyninio
- Nie tylko ciebie. Ciekawe, skąd się tacy biorą? - zapytał Adrian retorycznie
- Z kątowni XD - odpowiedział Bobercik i wrócił do swojej opowieści, w której pominął walkę Roksi z przemienionym Daegurth'em.
Adrian i Dyninio byli zdumieni, że tak mocno spali. Nie tylko przespali walke, ale i nawet nie wyczuli zmian w mocy wokół nich, a ta musiała być ogromna, przecież takie monstrum nie ma kilku jednostek ki, co najmniej kilkaset, powinni coś poczuć, nawet gdy spali.
- Adrian, czy my naprawe przesadziliśmy z treningiem? - zapytał Dyninio
- Nie, raczej nie, to musi być coś innego - powiedział Adrian - Ktoś, albo coś, nie chciało żebyśmy tam byli
- Może masz racje... - powiedział Dynino - Ale co?

[center]***[/center]

W międzyczasie odbywała się niezbyt udana rozmowa dwóch ludzi. Ludzi? Dobre pytanie, nie było to takie pewne. Byli w jakimś pomieszczeniu, podobnym do holu pałaców, ale znacznie mniejszym. Jedna osoba wchodziła przez ogromne wrota, druga czekała patrząc przez okno, będąc obróconą plecami do pierwszej.
- Pani - powiedziała osoba, która weszła do holu kłaniając się - Przynosze wiadomości
- Mów - powiedział ewidentnie kobiecy głos
- Jereth poległ próbując wykonać zadanie, jednak wykonał je jego wspólnik, Rend - mówił spokojnie i pewnie mężczyzna - Jeżeli reszta wykona zadania, to za niedługo twój plan, pani, się ziści
- A co z Daegurthem i tymi jego śmiesznymi ludźmi? - zapytała kobieta lekko przechylając głowę w stronę rozmówcy, jednak wciąż nie obracając się
- I tu jest kłopot, bo... - nie zdążył dokończyć mężczyzna, gdyż kobieta obróciła się szybko i jednym ruchem ręki pocięła go na kawałki, jakby miała coś ostrego w ręku
- Imbecyle, nawet nie potraficie poradzić sobie z takim prostym zadaniem - powiedziała kobieta patrząc jak członki ciała mężczyzny spadają na ziemię, zostawiając ślady czerwonej krwi na pięknej wykładzinie
Niespodziewanie wyszedł ktoś w czarnym jak szata nocy płaszczu zza filara i przyklęknął na jednym kolanie. Stał tak w bezruchu przez pewien czas.
- Możesz wstać - powiedziała kobieta, a osoba w płaszczu się podniosła - Chociaż ty coś potrafisz, wolałabym mieć cie przy sobie, ale lepiej jeżeli ktoś się tym zajmie. Pamiętaj, nie śpiesz się.
Postać w płaszczu rozpłynęła się w powietrzu, a na jej miejscu pojawił się mroczny obłok, który przez jakiś jeszcze czas wisiał w powietrzu, zanim zniknął kompletnie. Nastała cisza, kobieta obróciła się w stronę okna.
- Już niedługo... - powiedziała kobieta, cokolwiek miało to znaczyć...

[center]***[/center]

Minęło kilka godzin, Bart odzyskał przytomność, jednak wciąż był cały obolały. Wypytywał o to co się stało, Kris mu powiedział pomijając to, jak walczyła Roksia. Nie chciał o tym mówić, jak on był słaby w stosunku do małej dziewczynki, która sama prawie pokonała monstrum. Czy był to strach? Nie, raczej wstyd, Kris się troche wstydził, dlatego pominął ten fragment.
Tuż po przesłuchaniu opowieści Bart zaczął się zastanawiać "Kim mógł być ten chłopak?" - pomyślał Bart. Niespodziewanie przyszedł, tuż po walce i pomógł Roksi tak bezinteresownie. Bart wyczuwał tutaj typowy podstęp, ale w jakim celu był on zrobiony? Tego nie wiedział.
Bobercik siedział uśmiechając się. Nieznajomy pomógł mu, był mu szczerze wdzięczny, uratował jego kochaną i jedyną siostrzyczke. Bezinteresownie, a może miał w tym swój interes? Nie ważne, nie chciał dopuścić do drugiej takiej sytuacji, Roksia już nigdy nie będzie zmuszana do takiej walki, do żadnej walki. Nie musi przeżywać tego co on, walczyć o przetrwanie, powinna cieszyć się życiem. Tego właśnie chciał. Najważniejsze było dla niego to, że Roksia teraz żyje, że może cieszyć się jej uśmiechem, jej humorem, sprytem, siłą i być z niej dumny...
Bart poszedł do swojego pokoju, gdzie się położył na łóżku, jednak zobaczył, że coś jest nie tak. Łóżko wyglądało jakoś innaczej, sprawdził to...

[center]***[/center]

- Kris! - zawołał Bart z pokoju
- Ide! - odpowiedział Kris, nie spiesząc się. Wstał powoli z kanapy, rozciągnął się i ruszył w stronę drzwi do pokoju Bart'a. Po kilku sekundach stał przed nimi, nacisnął klamke w dół, a drzwi się uchyliły do środka pokoju. Kris wszedł spokojnie, zasilając wnętrze o jeszcze jedną osobę - Tak?
- Spójrz pod łóżko Daegurth'a - powiedział Bart
Kris podszedł pod jego łóżko, myśląc, że pewnie zostawił tam bajzel, a Bart chce sobie z niego jaja, gwarą mówiąc, zrobić. Schylił się i spojrzał pod deski. Zobaczył jakąś dosyć dużą walizke, wysunął ją spod łóżka i zostawił obok niego.
- Co to jest? - zapytał Kris
- Ja widziałem tylko kartke z napisem "KRIS" - powiedział Bart - Więc cie zawołałem
Zaciekawiony Kris stanął nad dosyć sporą walizką patrząc na nią dłuższą chwilę. Wreszcie schylił się i uklęknął na obu kolanach. Wyciągnął ręce do przodu i nacisnął przyciski otwierające walizke, a ta lekko uchyliła się do góry. Kris podniósł do końca górną pokrywę i zobaczył ostrze swojego miecza, a tuż pod nim rękojeść, położone w specjalnie dla tego przeznaczonych miejscach. Kris patrzał na to i zobaczył, że ostrze jest jakieś inne, jakby mniej ostre, nie lśniło starym blaskiem. To samo mógł powiedzieć o rękojeści, nie wyglądała najlepiej, wyglądała jakby to była zakurzona, przyrdzewiała broń, do tego w dwóch częściach. Kris zobaczył kartke przyczepioną obok broni, widocznie była to instrukcja dla niego.
"Jeżeli to czytasz, to znaczy, że nie mogę zrobić Ci broni, tak jak to planowałem. Przepraszam... Przez obserwacje chciałem zobaczyć, jaka broń będzie dla ciebie najlepsza, może właśnie miecz nie jest Ci przeznaczony? Może jakaś inna broń jest dla Ciebie? Nie wiem, nie zdążyłem tego sprawdzić. Jednak nie wszystko stracone, moge cie poprowadzić, krok po kroku, do zrobienia broni, jeżeli się dobrze zastanowisz, to wrzuć tą kartke do ognia. Zastanów się, bo wcale nie będzie to łatwe... Zresztą jak nic we wszechświecie. Sam zrobiłem tylko 75%, to niby dużo, ale 25% pozostałe jest okropnie trudne, poza tym jeszcze zostało znaleźć materiał... I rodzaj broni... Zastanów się, dobrze! - Daegurth".
- Dzięki Bart - powiedział Kris biorąc kartkę - Idziesz na uroczyste spalenie karteczki?
- Wiesz co, długo nad tym myślałeś :P - powiedział Bart
- No przecież! Całą wieczność, całą wieczność... - odpowiedział Kris uśmiechając się, po czym jeszcze raz spojrzał na zawartość walizki i ją zamknął.
Bart wraz z Krisem wyszli z pokoju, byli teraz w salonie, gdzie znajdował się jedyny w domu kominek, przy którym możnabyło się ogrzać. Był też świetnym miejscem na pogawędke i zabawę - szczerze mówiąc było to miejsce uniwersalne. Nie chodzi o to, że było tam ciepło, ale czuło się coś miłego będąc przy tym ognisku, jakby ktoś nad tobą czuwał... Swego czasu Bobercik myślał, że to magia, jednak później przestał tak uważać, po prostu - był cały dom i kominek, dwie różne części. Przy tej drugiej stał teraz Kris jeszcze raz patrząc na kartke. "Wrzucić do ognia?" - pomyślał Kris - "Spali się, ale co to da?"
Kris jednak wrzucił kartkę szybko na płonące kawałki drewna, zrobił to szybko, jakby zaczął głębiej myśleć, to zapewne uznałby wrzucenie kartki z papieru w ogień za bezsens i nie zrobiłby tego. Kartka leżała przez chwilę na drewnie - wogóle się nie paląc. Rozłożyła się, mimo, że Kris mocno ją zmiął przed wrzuceniem do kominka. Na jej tylnej części zaczęło się coś pojawiać, jakieś znaczki, których nikt nie był w stanie odczytać. Kris kiedyś jednak je widział, w świątyni, tak dawno temu, bardzo podobne, różniły się tylko troszke. Nie przejmował się tym, patrzał co się dzieje. Nagle napis zniknął, rozpadając się w ogniu, a kartka spaliła się w niecałą sekundę. Kris patrzał w kominek, ale nic się nie działo. Nagle zobaczył jak ogień w kominku wzrasta, był naprawde wysoki i zapewne bardzo gorący. W ogniu zobaczył Daegurth'a. Jak to możliwe?
- Da... Daegurth? - zapytał Bart w niepewności
- Witaj Kris, spaliłeś kartke - powiedział Daegurth widoczny w ogniu - Więc wierzysz, że będziesz w stanie naprawić ten miecz? Albo zrobić nowy? Lub wogóle zrezygnować z miecza, jako broni, a zrobić inną? Bardzo ciekawe, przypominasz mi mnie, też lubiałem wyzwania, nawet nie wiedząc jakie są trudne
- Skąd się tu wziąłeś? - zapytał Kris
- Może o tym nie wiesz - ciągnął dalej, nie przerywając sobie Daegurth - ale właśnie spaliłeś jedyną pamiątke o mnie, kartke, rękopis. Nie często piszę, a mniemam, że nie żyje kiedy oglądasz ten przekaz. Właśnie, pewnie się zorientowałeś, że to tylko przekaz? Za chwile zniknie, zostanie tylko troszke dymu, który wyleci kominem z domu. Ale przejdźmy do rzeczy. Chcesz mieć broń - dobrze, może okażesz się być dobrym kowalem i wykłujesz ją sobie. Młotek mam, mam dużo składników, mam części twojego miecza i wyciągnięty z niego kryształ. Pewnie nawet nie wiesz o jego istnieniu. Heh, złe określenie, kryształ, uwięziłem w krysztale to, co było w mieczu, a nie. Więc, walizke można otworzyć jeszcze raz, jest tam ukryty przycisk. Jeżeli widzisz tą wiadomość, to się nacisnął, więc teraz bez problemu otworzysz obie części walizki. Jednak jest jedna uwaga: NIE RUSZAJ KRYSZTAŁU, DOPÓKI NIE BĘDZIESZ MIAŁ GOTOWEJ BRONI, bo inaczej może być bardzo nie miło.
Bobercik wszedł do salonu i zobaczył w płomieniach Daegurth'a. Otworzył szeroko oczy i podbiegł tam w pośpiechu. Gdy był dosyć blisko, to zobaczył, że jest to tylko hologram. jak? Gdy ogień na chwilę się obniżał, to część Daegurth'a znikała.
- Przekaz w ogniu? - zapytał retorycznie Bobercik - Heh, ten to ma pomysły, nie mógł zrobić hologramu?
- Cicho, słucham - powiedział Kris
- No już, dobra - odpowiedział Bobercik
- W drugiej części walizki znajdziesz notes elektroniczny, w którym zobaczysz jak się robi bronie, jest prawie identyczna zasada dla wszystkich. Ja oczywiście nie znam wszystkich rodzajów broni, jeżeli jesteś kreatywny i zaryzykujesz, to rób na swój sposób. Może więc zadasz pytanie: dlaczego nie mogłem zrobić miecza, gdy miałem wszystkie składniki? Nie mam odpowiednich narzędzi i warunków. Niebieski ogień by się przydał, ale takiego nie znajdziesz, do tego obcęgi, najlepiej z kathinu, którego nie posiadam. Jeżeli chcesz drewnianą broń, to nie ma sprawy, sam kiedyś lubiałem drewno, ale szybko się łamie, nawet magiczne. - powiedział Daegurth - Idź więc Krisie, jeżeli Ci się uda to zniszcz notes elektroniczny, wrzuć go najlepiej do ognia. Są tam moje sposoby na robienie broni, oczywiście nie dawałem takich, którym byś nie sprostał, więc nie licz na super broń. Skąd będziesz wiedział, że broń jest dobra? Gdy przyłożysz kryształ, o którym wcześniej wspominałem, to powinien zacząć świecić we wszystkich kolorach tęczy. Wtedy zrób ostatnią rzecz - wrzuć kryształ i broń do wody o temperaturze absolutnego zera, czyli bardzo niskiej, że tak powiem. Wtedy broń będzie gotowa i jeżeli wszystko zrobiłeś dobrze, to zobaczysz jaka będzie mocna. Aha, masz jeszcze mały prezent ode mnie, w walizce jest czarna, niebieska, czerwona i zielona fiolka, każda bardzo malutka. Możesz zmieszać czarną z niebieską i zieloną, otrzymasz taką dziewną maź, którą możesz wylać na ostrze miecza, ale dopiero jak będziesz wiedział, że jest odpowiedni, czyli po tym jak kryształ będzie świecić w kolorach tęczy. A co z czerwoną fiolką? Nie wypij, możesz ją wylać na rękojeść miecza. To będzie wszystko. Pozwól, że skorzystam z tej chwili i... Bart, przepraszam, że musiałeś przez to wszystko przejść. Bobercik, przepraszam za Sesshomaru, ale to ja go zamknąłem w tamtej komnacie, fartem, nie wiedziałem co z nim potem zrobić i o nim zapomniałem. Kris, twoja... Nie jestem pewien, ale chyba znałem twoją matkę, a przynajmniej jej część. Może to zabrzmiało głupio, ale...
Ogień zaczął strasznie się trząść, obniżał się i wzrastał, Daegurth był cały zamazany, ledwo było słychać co mówi.
- Szkoda, że nie mogę powiedzieć Ci więcej o twojej matce, znałem ją, ty nie, pewnie chciałbyś o niej wiedzieć... - powiedział Daegurth - Adrian, przepraszam, że nie mogłem zakończyć nad tobą eksperymentów, chociaż byłeś długo na planecie, nie zauważyłem tego. Dyninio, chciałem się z tobą zmierzyć w zawodach, ale nic z tego, za późno. Rayman, skoro nie żyje, to... Nic nie dadzą moje przeprosiny, nie chciałem zabijać twojej rodziny, ale nie mogłem się powstrzymać, ta rządza krwi... Roksia, do ciebie na końcu, nie bez powodu. Masz duży talent, większy niż inni, znałem tylko jedną osobę z takim talentem... Siebie, jednak ja go wykorzystałem tylko w małym stopniu, ty możesz stać się silniejsza ode mnie w mgnieniu oka... No, może w ciągu paru lat treningu... Bobercik, ona ma talent, dzięki tobie, ale nie zrozumiesz tego... Żegnajcie, przepraszam i dziękuje za wszystko...
Hologram zniknął, a dym wytworzony po obrazie Daegurth'a natychmiast wyleciał przez komin i zniknął. Kris się zaciekawił, że Daegurth nie pożegnał się z nim, dlaczego? Nie wiedział, teraz poszedł do walizki i od razu otworzył drugą część, o której wcześniej nie wiedział. Zobaczył kryształ o którym mówił jego mistrz, był to niewielki niebieski kryształ, wyglądał jak walec zaostrzony z obu stron. Wewnątrz widział jakieś napisy, których nie rozumiał. Widział dokładnie takie same w jaskini, w sali, gdzie znalazł Kieł Żywiołów, na środu zali, na suficie. Nie wiedział co znaczą, ale zapewne coś ważnego. Kris wziął notes elektroniczny o którym mówił Daegurth i włączył go, od razu powitało go przyjazne menu i napis: "Młot i kowadło to mózg i serce, a siła i spryt to dusza kowala". Napis trafny, tak się mu wydawało. Kris zobaczył, jak wyskoczyło menu i miał do wyboru opcje:
- Opis robienia broni
- Animacje robienia broni w 3D
- Rodzaje broni + animacje
Nie długo patrzał, na to menu, gdyż wyskoczyło mu automatycznie następne, najpierw podświetlając napis: "Rodzaje broni + animacje". Kris zobaczył kilkanaście rodzajów broni, po czym zobaczył, że jest to jedna z czterech stron. Na dole, w prawym rogu, był komunikat: "Znaleziono 47 rodzajów broni". Kris pomyślał, że będzie narazie mieszkał w tym pokoju, o ile Bart się zgodzi. Ten nie miał sprzeciwu, wręcz przeciwnie - cieszył się, że nie będzie miał sam pokoju, lubiał z kimś dzielić pokój - w odróżnieniu od łoża, które rezerwował tylko dla dziewczyn!
Kris miał teraz dużo zabawy, bardzo długo siedział przy notesie patrząc na rodzaje broni, obserwując animacje z nimi i ich opis zrobiony przez Daegurth'a, dokładnie opisane zasady działania - wszystko. Zajęło mu to dużo czasu, wiele się działo, gdy ten był pochłonięty tworzeniem nowej broni.

[center]***[/center]

Adrian wyszedł, myślał o tym jak mógł wyglądać Daegurth. Raz widział jego przemianę, ale podobno to było nic, w porównaniu z obecną. "Czy ta bestia jest aż tak silna?" - myślał Adrian. Nagle coś zrozumiał i chwycił się jedną ręką za głowę. Zrozumiał, że Daegurth nie bez powodu zachowywał się tak, jak się zachowywał, dlatego był dla niego taki surowy, bo dostrzegł w nim coś, czego nie widział w innych, a on to wszystko odrzucał, starał się o tym nie myśleć, jednak tego dnia, nikt tego nie pamiętał, nawet Adrian ledwie...

[center]***[/center]

Adrian patrzał na świat zza szkła, był w fioletowej mazi, w jakiejś komorze. Nie wiedział gdzie jest, ani tym bardziej dlaczego tu jest. Przed nim stał jakiś doktorek, który nagle spojrzał na lapkę przyczepioną do sufitu, zaczęła świecić w jakimś kolorze, Adrian nie wiedział w jakim, bo fioletowa maź kompletnie zmieniała kolory świata. Był jednak w stranie usłyszeć głośny wybuch, a potem strzały i krzyki. Po chwili do pokoju ktoś wbiegł i zdyszany zaczął mówić.
- Słuchaj, on ma się tu nie dostać! - zawołał mężczyzna, który wbiegł do pokoju z Adrianem i jakimś naukowcem
- Kto to jest? - zapytał naukowiec - I jak mam mu to powiedzieć?
- Nie ważne, szef powiedział, że jeżeli go tu wpuścisz, to zginiesz! Rozumiesz? - zapytał mężczyzna
- Poczekaj tutaj - powiedział naukowiec obracając się w stronę Adriana - Chyba i tak byś stąd nie wyszedł
Jednak naukowiec nie wyłączył ekranu, na którym pojawił się obraz. Adrian nie wiedział kim jest człowiek pokazywany na ekranie, miał na sobie czarno-brązowy płaszcz, tyle było widać. Naukowiec podszedł pod człowieka i najwyraźniej z nim rozmawiał, ten jednak ani nie drgnął. Naukowiec zaczął coś krzyczeć, machając rękami, wreszcie człowiek w płaszczu chwycił go za ramię i coś powiedział, a następnie odszedł.
Naukowiec wrócił do pokoju, mężczyzna natychmiast wyszedł, patrząc na naukowca dziwnie, że tak szybko się z tym uporał. Wtedy naukowiec otworzył się przed Adrianem, powiedział wszystko co się tam działo.

- Kim jesteś!?! - zapytał naukowiec podchodząc do mężczyzny w płaszczu
- Nieważne, ale widze, że coś tu jest nie tak i zaraz chce wiedzieć co, inaczej sam się przekonam, ale nie będe taki miły - powiedział mężczyzna w płaszczu
- Słychaj, tutaj nie dzieje się nic ciekawego - powiedział naukowiec
- Tak, to mieszkanie naukowca, tak? - zapytał człowiek w płaszczu
- Nie, tak... - nie mógł się zdecydować naukowiec - Dobra, słuchaj, kamery nie nagrywają dźwięku, więc mogę ci powiedzieć, ale obiecaj, że stąd pójdziesz
- Niczego nie obiecuje, prócz tego, że nie zabiję cie jeżeli mi powiesz o co tutaj chodzi - powiedział człowiek w płaszczu
Naukowiec obejrzał się za człowieka, widział trupy leżące po drodze do miejsca w którym stał i dużą dziurę w ścianie. Wystraszył się, mógł naprawde umrzeć i to nie od ręki swojego brutalnego szefa, ale od czegoś znacznie gorszego.
- Dobra, tutaj prowadzone są eksperymenty, nie na ludziach, on nie jest człowiekiem - powiedział naukowiec - Podobno jest z innej planety, widać to w jego kodzie DNA, jeżeli wiesz o co mi chodzi. Nigdy czegoś takiego nie widziałem...
- Co z nim robicie? - zapytał człowiek w płaszczu
- Testujemy różne rzeczy, zabraliśmy jego DNA i testujemy, chcemy stworzyć wojownika doskonałego, a raczej preparat, który zamienia zwykłego człowieka w wojownika idealnego - powiedział naukowiec
- Czy on wam pozwolił? Wiecie jak on cierpi? Wiecie jak cierpi przez to świat, wszystko wokół? - zapytał człowiek w płaszczu
- Nie rozumiem - powiedział naukowiec
- Muszę go uwolnić, jeżeli tego nie zrobie, to będzie potworem, rozumiesz? - powiedział człowiek w płaszczu - Bo właśnie potwora z niego robicie. Powiem ci, że też nie jestem człowiekiem, a jakoś się uchowałem
- Ty też!?! - zdziwił się naukowice - Ale, nie błagam, nie idź tam, oni...
- Co oni? - zapytał człowiek w płaszczu
- Powiedzieli, że zabiją moją rodzinę, że mają ludzi i kontakty, że wiedzą co mają robić, jeżeli coś zepsuje! Błagam - powiedział naukowiec machając rękami, praktycznie krzyczał
Człowiek w płaszczu podszedł bliżej i chwycił go za ramię.
- Dobrze, nie pójde tam, ale zrozum, że on cierpi - powiedział człowiek w płaszczu - Daj mu żyć, on myśli, mówi, jest jak każdy człowiek, tylko o wiele silniejszy, to nie powód, że ma być wykorzystany do eksperymentów.
Dziwny nieznajomy obrócił się i poszedł z tego miejsca, naukowiec patrzał jak odchodzi, a potem wrócił do swojego pokoju, gdzie był Adrian.

Adrian pamiętał, że od tego momentu naukowiec nie podawał mu połowy składników, często z nim starał się rozmawiać, ale Adrian tylko mrugał. W pewnym momencie skojarzył, że rozumie, więc komunikował się ze swoim eksperymentem. Nawet czasem prowadzili konwersacje, tylko, że Adrian nie mógł mówić przez szło, za którym był trzymany, więc pokazywał tylko migowo. Wiedział teraz kim był mężczyzna, który tam przyszedł. To był on, Daegurth, chciał mu pomóc, usłyszał jego żal, ból, głuche płacze bez łez, ale jednocześnie nie chciał by coś się stało naukowcowi, który miał najwyraźniej dobre serce...

[center]***[/center]

Dyninio wyszedł na zewnątrz i rozglądał się. Wiedział, że bestia nie śpi, spodziewał się ataku w każdej chwili, w każdym miejscu, niezależnie od okoliczności. Musiał być ostrożny, bardzo ostrożny, nie chciał, by powtórzyło się to co wtedy...

Młody saiyan, Dyninio, wstał wcześnie rano, jak zwykle. Rozciągał się, poranna gimnastyka była stałym elementem jego życia od kiedy trafił na planetę Olimpia. Jego rodzice nie wymagali od niego wygranej za każdym razem, ale on podejmował każde, dosłownie każde wyzwanie. Dzisiaj miało nadejść kolejne, którego się nie spodziewał.
Tuż po gimnastyce wyszedł z domu, chciał pobiegać wokół stadionu. Stadion - bardziej pasowało by określenie mega budynek! Miał ogromne rozmiary, wewnątrz były boiska do wszystkich znanych dziedzin sportu, dosłownie wszystkich. Zawsze było tam głośno, zanim skończył się mecz lub zawody, to już zaczynały się następne. Było to miejsce, które "nigdy nie spało". Aby przebiegnąć wokół całego Stadium, bo tak był nazywony stadion, Dyninio musiał pokonać 300 kilometrów biegiem, by zrobić pełne koło wokół Stadium. O marszu nie było mowy, nie mógł sobie na to pozwolić.
Miał już zaczynać bieg, spojrzał ostatni raz na miejsce, z którego wybiegał, na zieleń wokół, gdy nagle usłyszał jakiś dziwny dźwięk, który przeszył jego umysł. Nie wiedział co to było, pierwszy raz czuł, słyszał, coś takiego. Jednak nie przejmował się, miał przebiegnąć dystans jaki sobie wyznaczył, zaczął więc bieg trzymając w ręku butelkę z wodą. Wiedział, że bez niej pewnie by nie wytrzymał, a nawet jeśli to byłby tak odwodniony, że padłby po ukończeniu biegu.
Mijając metr za metrem, stawiając kolejne kroki zbliżał się do ukończenia pierwszego kilometra trasy. Wiatr orzeźwiał, był taki delikatny, jakby sam pozwalał biegnąć młodemu Saiyanowi dalej. Dyninio myślał wtedy tylko o tym co zrobić, by stać się lepszym, mieć jakieś porządne wyniki, bo na jego koncie jak dotąd była tylko jedna wygrana, jeden tak drogi mu puchar za biegi indywidualne, który stał w jego domu na miejscu widocznym i był wielkim odznaczeniem dla Dyninia. Pierwszy kilometr załatwił w dwie minuty i kilka sekund, biegł dalej. Poczuł łagodny zapach jakiejś potrawy, zrobiło mu się troche żal, że nie zjadł porządnego śniadania, a jedynie przekąsił coś wysoko energetycznego, żeby mieć siły. Nie mógł się doczekać aż skończy, nie tylko dlatego, że pójdzie na śniadanie, ale i dlatego, bo mógł sprawdzić jak wiele dały mu dotychczasowe treningi, ile może przebiegnąć sprintem, co jest w stanie zrobić. Przebiegł drugi, trzeci, czwarty kilometr, a nie zmęczył się ani troszke. Przynajmniej tak się wydawało, nawet jemu, biegł nie zwracając uwagi na to czy jego ciało potrzebuje odpoczynku, czy nie. Zamknął na chwile oczy, mógł sobie na to pozwolić, nie stał przed nim nikt, a droga była całkowicie prosta. Biegł tak i poczuł, że coś jest nie tak - powietrze zaczęło pachnieć jakoś inaczej, miało jakiś metaliczny posmak, Dyninio otworzył oczy i zobaczył w oddali stojącą postać. Miała dość dobrą sylwetkę, z pewnością był to mężczyzna, był jednak za dalego by powiedzieć coś więcej. Jednak wkrótce odległość się zmniejszyłą, Dyninio zobaczył jak tuż za mężczyzną leżały trupy, ślady krwi ciągły się jeszcze daleko wzdłuż prostej drogi. Biegacz nie mógł zobaczyć końca czerwonej smugi, miejsca gdzie kończyły się porozrzucane na drodze trupy i ich szczątki, posiekane ciała i poodcinane członki. Otworzył oczy szeroko ze zdziwienia, jak i usta w niedowierzaniu, nie wiedząc co się dzieje. Im bardziej zbliżał się do mężczyzny patrzącego w jego stronę, tym szybciej biło jego serce, a w głowie wydzielał się coraz głośniejszy pisk, jakby go ostrzegał, chciał stamtąd odciągnąć. Ten jednak nie przerywał biegu, wreszcie był kilka metrów od mężczyzny. Nawet się nie zatrzymał, przebiegł obok nieznajomego, który nawet nie drgnął. Dyninio wciąż nie zwalniał widząc już z bliska zmasakrowane ciała - kobiety, dzieci, mężczyźni, starcy, a nawet trupy zwierząt. Czasem sam nie mógł rozróżnić leżącego w krwi ciała, które było zmasakrowane do takiego stopnia, że nie wiedział nawet gdzie są ręce, nogi, głowa... Nic z części ciała ludzkich, zwierzęcych. Nie mógł nawet niekiedy powiedzieć, czy biegnie po drodze, czy po krwi, gdyż czasem się rozwidlała. Wreszcie, kilkaset metrów od nieznajomego zwolnił i się zatrzymał. "Co ja robię!?!" - pomyślał - "Ci Olimpianie... Wszyscy martwi, dzieci, kobiety, mężczyźni, starcy... To on ich zabił? Jak mógł!?! Bestia! Ja... Muszę coś z tym zrobić, dać mu nauczkę...". Jego myśli przerwał cichy gwizd. Dyninio intuicyjnie uchylił się w lewo i poczuł jak coś przebija jego prawy policzek. Po chwili widział, że był to dziwny sztylet bez uchwytu. Obrócił się szybko, widział jak mężczyzna o dość dobrze rozwiniętej sylwetce i długich, zanidbanych, brązowych włosach rzucił w jego stronę kilka następnych ostrzy. Tym razem jednak widział wszystkie, co pozwoliło mu na uniknięcie ich bez problemu. Ostrza mijając Dyninia wydały z siebie gwizd, który strasznie denerwował Dyninia. Ten wyciągnął ręce przed siebie, zawołał "HAAA!", na dłoniach młodego saiyana pojwiło się jasne światło, a potem opuściło dłonie formując małą kulke z energi, która jasno świeciła. Miała kilka cali średnicy, jednak jej jasne złoto-żółte światło rozchodziło się na kilka metrów. Mężczyzna zobaczył zbliżającą się kulę i nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd, w jego ręku pojawił się miecz który z łatwością przeciął kulę kompletnie ją niszcząc. Na jego twarzy znajdował się uśmiech, okropny uśmiech, który lekko przeraził Dyninia. Ten czuł jak krew z policzka spływa po gardle na klatkę piersiową.

Dyninio nie chciał już sobie przypominać co było dalej, chwycił się za bliznę na prawym policzku. Ten mężczyzna... Był po chwili nie do poznania, zmasakrował go, nie chciał przypominać sobie szczegółów...

[center]***[/center]

"Te bronie są świetne!" - pomyślał Kris przeglądając wciąż notes elektroniczny, który zostawił mu Daegurth - "Nawet nie wiedziałem o ich istnieniu... Jednak, sprawdzając statystyki wychodzi na to, że najlepszy jest miecz, który i tak najbardziej lubię... Tak, czas się zastanowić, czy robić miecz nowy, czy naprawić ten gotowy...".
"Miecz, broń, która jest tak bardzo lubiana, dająca poczucie bezpieczeństwa, dzięki zaostrzonemu kawałkowi zimnej niczym lód stali lub innego stopu. Praktyczne przedłużenie ręki, pozwalające zmieniać bieg wydarzeń, a jednak, jest to tylko narzędzie. Czy jest możliwe zrobienie miecza z własną duszą, charakterem? Kto to wie, może Kris, może nie, może Daegurth, może nikt... Broń bez właściciela jest bez niczego, a czym właściciel jest bez broni?"
- Wiem - powiedział na głos Kris dokonując wyboru
- Co wiesz? - zapytał Bart zaciekawiony nagłym słowem, przerywającym ciszę w pokoju
- Naprawię swoją broń i już nie dopuszczę do jej zniszczenia, nigdy! - powiedział Kris wierząc we własne słowa - Nieuwadze powiem precz, raz na zawsze!
- Heh, nieuwadze powiesz precz? - zapytał Bart - Nawet nie słyszysz jak Ci głośno burczy w brzuchu!
Kris musiał przyznać przyjacielowi racje. Jego brzuch nie tylko chciał, ale w drastyczny sposób domagał się jedzenia...
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Kris
Avanger
Posty: 2254
Rejestracja: wt lis 22, 2005 11:33 pm
Lokalizacja: Poznań

Post autor: Kris »

Wspaniały odcinek !! dosłownie niesamowity ciekawe kim jest ten nieznajomy :D hmm i ciekawe czy naprawię swoją broń
Obrazek

Obrazek
1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >
ODPOWIEDZ