Login:
Hasło:
-|| Anime Forever ||- Dragon Ball Nao Anime & Emulation Site SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
 
 

WireX

Rasa: Saiya-jin czystej krwi
Płeć: Męska
Wiek: 27 lat
Charakter: Dobry - dobrotliwy

Historia: Mam na imie WireX, a karty swojej historii zacząłem zapisywać 17 lat temu, a wyglądała ona mniej więcej tak...

Urodziłem sie na małej planecie zwanej HOPE zamieszkanej przez Saiyan. Jednak ród Saiyan, zamieszkujących te planetę różnił sie nico od pozostałych, my przede wszystkim miłowaliśmy pokój i chęć pomocy innym ludom we wszechświecie.

Jak każdy mieszkaniec naszej planety, od lat młodzieńczych wraz z moim bratem Allo byliśmy szkoleni, żeby zostać najpotężniejszymi wojownikami (obrońcami) we wszechświecie. Gdy mieliśmy 11 lat, nasza technika walki i umiejętności bojowe, wykraczały dużo ponad umiejętności najsilniejszych wojowników z naszej planecie, więc zostaliśmy wysłani na planetę EVOLUTION gdzie trafiają tylko najsilniejsi z naszej planety, żeby jeszcze bardziej rozwinąć niewiarygodna moc w nas drzemiącą.

Gdy dolecieliśmy na miejsce, udaliśmy się do Świątyni Ducha, gdzie wraz z bratem, po przejściu wstępnych testów zostaliśmy przyjęci na 5-letni trening, który miał z nas uczynić potężnych wojowników. Po zakończeniu treningu, nasza moc bojowa była niesamowita, nauczyliśmy sie różnych technik walki, które niedługo miały stać się bardzo przydatne po powrocie na nasza ojczystą planetę, na którą zamierzaliśmy natychmiast wyruszyć.

Po wylądowaniu naszym oczom ukazał się straszny widok... Nasza planeta była pogrążona w chaosie, wszędzie panoszyli się okrutni Icerzy, którzy najwidoczniej podbili naszą planetę, gdy my wyruszyliśmy na trening.

Gdy tylko wyszliśmy z naszego statku, zobaczyliśmy jak nasi przyjaciele walczą z grupka Icerów, ruszyliśmy im na pomoc. Szybko uporaliśmy się z przeciwnikami, którzy nie stanowili dla nas żadnego zagrożenia. Po rozmowie z przyjaciółmi dowiedzieliśmy się, że naszą planetę podbił potężny, Arctus, z którym nikt z naszych współbraci nie mógł się równać, wielu zginęło podczas próby przeciwstawiania się Arctus'owi, gdy ten przybył na nasza planetę. Niektórzy się poddali i żyją teraz w strachu, wykonując rozkazy Arctusa. Najsilniejsi, którzy przetrwali stworzyli ruch oporu zwany "Wojownikami Nadziei". Postanowiliśmy do nich dołączyć i oswobodzić nasz planetę z rąk tyrana.

Po roku dzięki naszej sile, którą zdobyliśmy podczas treningu na EVOLUTION, nasza sytuacja wyglądał wręcz zadowalająco, szeregi Icerów, zostały bardzo przerzedzone Przygotowaliśmy się do ostatniego ataku, który miał położyć kresy panowaniu tyrana. Przypuściliśmy frontalny atak na pałac Arctus'a, nasi współtowarzysze walczyli z Icerami jak równy z równym. Zaczęliśmy zdobywać przewagę wtedy do walki wkroczył Arctus...

Wraz z bratem postanowiliśmy, że będziemy walczyć z Arctus'em, a resztą Icerów zajęli się "Wojownicy Nadziei". Walka była zażarta i bardzo zacięta, walczyliśmy z Arctus'em jak równy z równym. Niestety po długiej walce, byliśmy już bardzo zmęczeni i szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę Arctus'a. Wtedy mój brat postanowił poświęcić życie dla dobra naszego ludu...

Walka została skończona, Arctus został pokonany na naszej planecie znów zaoponował pokój. Po tej walce, postanowiłem, że poświęcę swoje życie na walce w imię dobra. Pamiętam, że gdy byłem na treningu na planecie EVOLUTION, jeden z mistrzów powiedział, że na planecie ORION rządzi tyran Senfers, postanowiłem, że się tam udam i zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby również na tamtej planecie zapanował pokój.

Wsiadłem do statku i ruszyłem w stronę planety ORION, ale gdzie trafie zmierzając na te planetę sam nie wiem...

______________________________________________________________________________________________

ZAPISKI Z PRYWATNEGO DZIENNIKA:
______________________________________________________________________________________________

GALAKTYKA MARSARA
______________________________________________________________________________________________

"Planeta Cephei - pokój w pałacu Guru"


Po długim locie wylądowałem na planecie Eridani, nie był to cel mojej podróży, ale coś mi mówiło, że tutaj też spotkam wiele zła, z którym będę musiał sie zmierzyć. Gdy tylko wysiadłem ze swojego statku, spotkałem 2 żołnierzy, który niezbyt mile mnie przywitali. Zabrałem swój statek i poszedłem na lotnisko tak jak mnie o to proszono, tam od razu wpakowałem sie w jakieś kłopoty. Gdy tylko wszedłem na lotnisko usłyszałem krzyk kobiety i ruszyłem w tamtym kierunku. Po drodze dołączyły do mnie 2 osoby, moi obecni towarzysze: Kyra i Amfee. Razem wyszliśmy na dach by uratować tą kobietę, niestety przybyliśmy za późno, kobieta już nie żyła, a mężczyzna, który ją zabił, rzucił jaj ciało poza krawędź dachu. Kyra odrazu ruszył jaj na pomoc, a ja z Amfee przygotowaliśmy sie do walki. Pojedynek był trudny, lecz udało nam sie obezwładnić przeciwnika i przekazać go policjantom. Myśleliśmy, że tu zakończy się cała sprawa, lecz myliliśmy sie - to był dopiero początek. Zostaliśmy zatrzymani przez policje i oskarżeni o morderstwo tej kobiety, choć ewidentnym sprawcom był ten dziwnie wyglądający facet.

Po dotarciu na posterunek, który okazał sie całym kompleksem więziennym zostaliśmy przesłuchani i trafiliśmy do celi. Gdy przesłuchanie się skończyło poszliśmy na stołówkę coś zjeść i tam zaczęły sie kłopoty, pewnym ludziom najwidoczniej nie przypadliśmy do gustu, nie wynikała z tego żadna walka, ale poprzysięgli na nas zemstę. Po tym zajściu udaliśmy sie do kierownika placówki, żeby z nim porozmawiać o tym nie porozumieniu, którym było nasze niesłuszne zatrzymanie. Niestety nic nie udało nam sie wskórać, ale dowiedzieliśmy sie, że na tej planecie istnieje jakaś siła, która nazywa siebie rojem, a jej przywódcą jest okrutny tyran Icer zwany Kangax. Po rozmowie udaliśmy sie do celi. Kyra i ja ucięliśmy sobie mała drzemkę, a Amfee stał na czatach, bo wydawało się nam, że nie będzie tutaj zbyt spokojnie. Na rozwój wypadków nie musieliśmy długo czekać. Niedługo po tym jak zasnęliśmy, nasz "przyjaciel" ze stołówki przyprowadził jakiegoś opryszka, żeby sie z nami rozprawił. Walka trwała dość długo, ale jej wynik był z góry przesądzony, opryszek ze swoim ziemskim kolegą śpią teraz smacznie w naszej celi, a my ruszyliśmy korytarzem więzienia nie wiedząc gdzie się udać...

Po krótkiej chwili do ciemnego korytarza weszli strażnicy, poddaliśmy się bez walki, jednak oni nie chcieli nas słuchać. Zaprowadzili nas do naszej celi gdzie leżeli nie przytomni napastnicy którzy nas zaatakowali. Po krótkiej rozmowie prze krótkofalówkę strażnicy dostali rozkaz zaprowadzenia nas do swojego szefa. Po raz kolejny udaliśmy się do kierownika placówki. Na miejscu po krótkiej rozmowie zaproponował nam prace i w tym momencie z cienia wysunął się osobni, który kazał mówić na siebie Strzała...

Dowiedzieliśmy się na czym ma polegać nasza nowa praca. Na początku będziemy wykonywać misje zwiadowcze, a za czasem zostaną nam przydzielone trudniejsze zadania. Gdy skończyliśmy rozmawiać udaliśmy się do pojazdów, które miały zabrać nas na miejsce naszej pierwszej misji. W tym momencie nasze drogi z Amfem się rozeszły, on trafił do innego pojazdu niz Kyra i ja. W drodze na miejsce startu dowiedzieliśmy się na czym ma polegać nasza pierwsza misja.

Po wylądowanie na planecie Cephei, udaliśmy sie z Kyra pod mury nieznanego nam miast, gdzie mieliśmy zbadać przyczynę, zerwania kontaktów mieszkańców tego miasta z resztą planety. Gdy dotarliśmy do bram miasta, zauważaliśmy, że jest on kompletnie zniszczone, a na ulicach walają się ludzkie ciała. Nagle usłyszeliśmy krzyk kobiety. Ruszyłem jej na pomoc a Kyra mnie ubezpieczał. Nagle z budynku wyskoczył na nią jakiś Sayan i odgryzł jej ucho. Kyra odwrócił jego uwagę, a ja wysłałem tą kobietę w kapsule na planetę, z której przybyliśmy (teraz wiem, że to był wielki błąd...). Po zajęciu się kobieta owy Sayan rzucił się na mnie i zadał mi niegroźny cios rozcinając mi skórę, co później okazało się dość istotne. Po pokonaniu przeciwnika, rana zaczęła minie bardzo piec i zaczęła we mnie wzbierać chęć mordu, byłem bliski obłędu... nagle usłyszałem "połknij to szybko", gdy to połknąłem jakąś kapsułkę moje zmysły powróciły, a rana przestała piec. Okazało się, że pomocy udzieliła mi ta sama zakapturzona postać, którą zauważyłem na parkingu policyjnym, gdy byliśmy transportowani do więzienia. Od niej właśnie dowiedziałem się, że zostałem zarażony chorobą zwaną "zarazą", która rozprzestrzenia się poprzez kontakt zarażonego z krwią ofiary. Nawiązaliśmy rozmowę, lecz została ona przerwana, przez druga zakapturzona postać, po czym oboje odlecieli na północ. Razem z Kyrą ruszyliśmy za nimi.

Ci dwaj osobnicy okazali się wojownikami guru Benorna, który zlecił nam bardzo poważna misje. Mieliśmy razem z Kyra dowiedzieć się kto lub co jest przyczyna zarazy, która rozprzestrzeniała się w zastraszającym tempie i w niedługim czasie mogła opanować cała planetę. Guru wysłał nas w rejon, w którym podejrzewał, że czegoś się dowiemy, gdy tylko wylądowaliśmy na miejscu, zaatakowały nas oddziały ZD uważając nas za dezerterów. Po zaciętej walce udało nam się wygrać, bitwa trwała tak długo, że aż się ściemniło i byliśmy zmuszeni się ukryć. Znaleźliśmy jakiś bunkier, który okazał się kopalnią informacji. Znaleźliśmy tam 2 żywych ludzi, którzy udzielili nam istotnych informacji na temat zarazy, niestety resztą pracowników była zarażona i musieliśmy ich zabić. Po uzyskaniu owych informacji wróciliśmy do Guru, gdzie po krótkiej naradzie wraz z innymi towarzyszami ruszyliśmy zniszczyć organizm (wielką bulwę), która była przyczyna zarazy. Tym razem walka była jeszcze trudniejsza, ale dzięki pomocy naszych nowych towarzyszy zakończyła się zwycięstwem a zaraza została powstrzymana.

______________________________________________________________________________________________

"Gdzieś na planecie X - zniszczone zabudowania"

Dawno nic tutaj nie pisałem, więc chyba nadeszła pora, żeby nadrobić zaległości.

Będzie to szybki opis wydarzeń, które miały miejsce, aż do tej chwili, a musze pisać szybko i zwięźle, gdyż w chwili obecnej znajdujemy się na obcej planecie i prowadzimy wojnę z siłami wroga, ale o tym będzie na samym końcu.


Po wydarzeniach związanych z zarazą na planecie Cephei zostaliśmy wysłani do laboratorium ZD, gdzie dowiedzieliśmy się, że ich naukowcy pracują, nad opanowaniem pasożyta, który wywoływał zarazę w celu stworzenia super żołnierza, jak nie trudno się domyślić eksperyment wymknął się z pod kontroli i pasożyt uciekł zarażając pracowników. Laboratorium było kompletnie zniszczone, wszędzie były porozrzucane ciała zabitych naukowców, podążając z Kyra po śladach krwi dotarliśmy do zmutowanego naukowca, z którym stoczyliśmy zaciętą, lecz wygrana walkę. Gdy już myśleliśmy, że możemy spokojnie wracać do pałacu Guru, zjawiło się jakichś 2 najemników, z którymi przyszło nam walczyć, niestety tą walkę pamiętam jak przez mgłę. Po prostu pamiętam, że zaczęliśmy walczyć, a następnym obrazem, który pamiętam jest pałac Guru.


Będą w pałacu Guru powiedział nam, że jest organizowany Miedzykrainowy Turniej Sztuk Walki. Kyra bardzo się ucieszył i odrazy postanowił wziąć w nim udział, ja natomiast wiedziałem, że to nie jest to, czego pragnę. Gdy Guru i Kyra udali się na turniej, ja udałem się na samotny trening w góry, gdzie poznałem potężną technikę zwana KAIOUKEN, a moja siła znacznie wzrosła.

Miałem już zamiar wracać, lecz natknąłem się na ścieżkę, której wcześniej nie spotkałem w tych górach mimo 2 tygodniowego treningu, bardzo mnie to zaciekawiło, wiec ruszyłem nią, aby sprawdzić gdzie mnie zaprowadzi. Na końcu ścieżki odnalazłem świątynie i wyznawców kultu Złotego Kielicha. Podczas mojej rozmowy z Przeorem, świątynia została zaatakowana a kielich skradziony. Obiecałem Przeorowi, że odzyskam ów magiczny kielich (tak oto rozpocząłem swoją własną pierwszą przygodę). Natychmiast wyruszyłem na poszukiwania, podczas których natknąłem się na grupkę saibmenów atakujących dwójkę ludzi. Ruszyłem im na pomoc, walka nie trwała długo, lecz niestety jeden z ludzi został poważnie ranny i pomogłem go odprowadzić do wioski (co poźniej okazało się bardzo dobry posunięciem). Gdy dotarliśmy na miejsce, dowiedziałem się, że Mateo i jego przyjaciel, walczą ze złem, które panoszy się na ich ziemiach. Mając już wrócić do poszukiwań kielicha, poszedłem z Mateo do sklepu i odziwo spotkałem przy nim jednego z napastników, którzy zaatakowali świątynię. Szybko wyjawił mi kto stoi za atakiem i gdzie go znajdę, udałem się na miejsce o którym mi powiedział i stoczyłem tam straszliwy pojedynek. Będąc blisko śmierci, rzuciłem wszystko na jedna kartę i zaatakowałem swoim najpotężniejszym atakiem, co przyniosło skutek. Gdy się ocknąłem stał nade mną Mateo i wojownik Guru, który cały czas mnie obserwował. Powiedział mi, że Guru wzywa mnie do siebie, ponieważ zbliżają się straszne czasy.

Po przybyciu do pałacu Guru, miałem okazje porozmawiać z Benornem na osobności. Mój mistrz po tym jak obserwował moje poczynania przy próbie odzyskania kielicha, zaproponował mi abym został jego uczniem. Był to dla mnie ogromny zaszczyt i bez dłuższego zastanowienia się, od razu się zgodziłem. Od tamtej chwili na moim stroju widnieje znak Guru.

Później w pałacu spotkałem Kyre i nowego towarzysza Kubiscyta, po krótkiej rozmowie, wszyscy razem z Benornem udaliśmy się na wojenną naradę, na której zostały omówione wszystkie sprawy dotyczące naszego udziału w wojnie, przeciwko najeźdźcy.

Gdy narada się skończyła wróciliśmy do pałacu, gdzie wszyscy przez chwilę porozmawialiśmy, a potem każdy z nas udał się w swoją stronę. Kubi poszedł spać, Kyra potrenować, a ja chciałem porozmawiać z Guru o Złotym Kielichu, który teraz jest pod moją opieką, niestety nasza rozmowa nie trwała zbyt długo, gdyż zostaliśmy zaatakowani, po krótkiej wymianie ciosów, wszyscy w trojkę (Kyra, Kubi i ja) staliśmy na dziedzińcu pałacu i spoglądaliśmy na naszych przeciwników (Szary, Czarny i Niebieski). Walka rozdzieliła się na 3 grupy: Kyra vs. Szary, Kubi vs. Czarny, ja vs. Niebieski. Kyra i ja po zaciętych pojedynkach uporaliśmy się z naszymi przeciwnikami, lecz niestety nawet w 3 nie byliśmy w stanie pokonać Czarnego, który zamienił się w SSJ i bez trudu nas pokonał.

Od przegranej walki minęły trzy dni, przez które wszyscy przygotowywaliśmy się do wyruszenia na wojnę. W końcu nadszedł ten dzień. Nasza trójka udała się na pokład statku, który było centrum dowodzenia. Lot nie trwał długo, po kilku godzinach wraz z naszymi oddziałami, zostaliśmy wysłani na planetę, w celu jej oswobodzenia z sił wroga.

Pierwsze starcie jak do tej pory okazało się najtrudniejsze, stoczyliśmy walkę z licznymi siłami wroga, broniącymi się w ogromnej twierdzy. Mimo ich zaciętej obrony z minuty na minutę zyskiwaliśmy przewagę, a w momencie gdy Kubi osiągnął SSJ,wróg zwyczajnie uciekł przez ogromy teleport, znajdujący się na dziedzińcu twierdzy.

Po krótkich oględzinach Twierdzy i ostrzale artyleryjskim przez wroga, znaleźliśmy nasz następny cel, znajdujący się w nie wielkiej odległości od nas. Ruszyliśmy prawie natychmiast. Tym razem wróg nie stawiał licznego oporu, przeciwko nam ruszyła zaledwie 4k wrogich żołnierzy, z którymi poradziliśmy sobie bez najmniejszych problemów. Problemy zaczęły się chwilę później, gdy z gruzów zniszczonego przez Kyre budynku używając eksplozji wydostał się dziwny człowiek, który nas zaatakował. Walka była trudna i zacięta, przyprawiła nam wiele kłopotów. Zakończyła się dopiero po wygraniu przez Kubiego pojedynku na KaMeHaMeHy, nasz wróg padł nie przytomny, ale to jeszcze nie było koniec naszych kłopotów. Po wygranej walce, jakaś nieznana moc opętała Kubiego, który się na nas rzucił, nigdy byśmy z nim nie wygrali, gdyby nie pewien starzec, który powiedział nam, że Kubiego ktoś kontroluje za pomocą radaru. Na początku nigdzie nie mogliśmy żadnego znaleźć, dopiero po pewnym czasie skonstatowaliśmy się z oddziałami, które zostały w Twierdzy i one zniszczyły znajdujący się tam radar. W chwili jego zniszczenia Kubiemu wróciły zmysły i wszystko dobrze się skończyło.

Na tym kończę ten wpis do mojego dziennika. Miało być krótko, ale tak jakoś się rozpisałem, bo nie wiem kiedy znów będę miał okazję żeby coś napisać...
______________________________________________________________________________________________

"Gdzieś na planecie X - w drodze na kolejną misje (Kyra się gdzieś zapodział)"

To tylko krótka notatka, ponieważ muszę zapisać to co mi się przyśniło...

Śniłem o sowim domu, o planecie na, której się urodziłem. Na początku sen był przyjemny, spacerowałem z swoją przyjaciółką i rozmawialiśmy o zmianach które zaszły na planecie po moim odlocie. Nagle niebo zrobiło się czarne i zaczęły powstawać na nim ogromne błyskawice, które w kontakcie z ziemią powodowały pożary lub zniszczenia budynków, zależy na co trafił. Nagle z nieba zaczął wyłaniać się ogromny statek kosmiczny...
W tym miejscu mój sen się urwał, mam nieodparte wrażenie, że to nie był sen tylko wizja tego co ma się wydarzyć...
Mam co to tego bardzo złe przeczucia...

Skontaktowałem się z dowództwem, żeby sprawdzili co się dzieje, na mojej ojczystej planecie, do tej pory czekam na odpowiedź...

Kubiego zarejestrował jakiś egzekutor do rejestru Super Wojowników.

Kyra gdzieś znikł, właśnie lecimy go szukać...

______________________________________________________________________________________________

"Na statku bazie - chwila spokoju między kolejnymi potyczkami, po tragicznych wydarzeniach"

Od ostatniego czasu gdy coś tu pisałem nie minęło zbyt wiele czasu, ale za do bardzo wiele się wydarzyło..., bardzo wiele dziwnych i tragicznych wydarzeń...

Gdy ruszyliśmy na poszukiwania Kyry, dolecieliśmy do dziwnej budowli w kształcie kopuły otoczonej polem siłowym, chwilkę nam zajęło zanim się z nim uporaliśmy, ale po kilku chwilach się przez nie przebiliśmy. Nie staraliśmy się z Kubim urządzić cichego wejścia - wbiliśmy się przez główne drzwi z dużym impetem, natrafiając za nimi za ostry opór przeciwnika. Wywiązała się zażarta walka między wojskami wroga a naszymi, lecz moim i Kubiego cele było odnalezienie Kyry. Dostając się do środka "kopuły" od razu wyczuliśmy Ki Kyry, gdy walka rozpoczęła się na dobre zostawiliśmy nasz wojska i ruszyliśmy w kierunku Ki Kyry. Odnaleźliśmy go w jakimś pomieszczeniu wyglądającym jak wnętrze jaskini, siedział na krześle ze spuszczona głową, a wokół niego walały się ciała zabitych demonów...

Gdy do niego podeszliśmy od razu czuć było w nim jakaś zmianę... to nie był ten sam Kyra sprzed kilku godzin. W momencie, gdy wstał, odraz rzucił nam się w oczy znak "M" na jego czole. Zaczął się do nas opryskliwie odnosić, mało się tam nie pokłóciliśmy, a potem wszystko tak szybko się rozegrało, że aż nie jestem pewien czy cos mi się nie pomieszało i czy nie pomylę faktów. W takim razie, żeby nie wprowadzać zamieszania napiszę od razu to, co pamiętam.

Gdy już ustaliliśmy, że naszym następnym ruchem będzie atak na główną bazę wroga na tej planecie Kyra wystrzelił jak z procy, nie dając nam nawet obmyślić żadnej strategii. Szybko zebraliśmy nasze oddziały i ruszyliśmy za nim. Po dotarciu w okolice bazy zobaczyliśmy, że radar emitujący sygnał do kontroli umysłów jest broniony przez 3 wielkie "pajęcze" maszyny, z którymi Kubi i Kyra już kiedyś walczyli. Kubi ze swoim oddziałem ruszył na bazę wroga a ja myślałem jak się pozbyć tych maszyn. W końcu wymyśliłem plan, który w ostatecznym rozrachunku pomógł nam wygrać tą potyczkę, która niestety była okupiona wielkimi stratami w wojsku. Przede wszystkim jak się niedawno dowiedziałem wśród zabitych był ktoś bliski mojemu sercu, tą osoba był Kyra. Kubi mi powiedział, że zginał w bezpośrednim pojedynku z jedną z tych wielkich "pajęczych" maszyn. Tę wiadomość dostałem przed chwilką i właśnie przelewam ją na papier, na którym w niektórych miejscach pojawiły się mokre plamy od łez...

______________________________________________________________________________________________

"Planeta X - chatka starszej kobiety"

Ostatnie wydarzenia były dość burzliwe i wszystko rozgrywało się bardzo szybko, dlatego postaram się to opisać jak najlepiej, nasza misja zakończyła się nie powodzeniem, ale może od początku...

Po krótkiej naradzie na statku bazie zostaliśmy wysłani z Kubim, jednym z podopiecznych Breshnev'a - Kane&em i niewielkim oddziałem, na statek będący na orbicie planety, na której właśnie się znajdujemy z misja ratunkową. Decyzja ta została podjęta, ponieważ od kilku godzin załoga statku milczała. Po dotarci na miejsce rozdzieliliśmy się na dwa zespoły, które ruszyły w różnych kierunkach. Jedne oddział poprowadził Kane, natomiast drugi Kubi, w którym ja się znalazłem. Przeszukując pomieszczenie po pomieszczeniu, nie natrafiliśmy na nikogo żywego, za to na korytarzy udało nam się natrafić na liczne siły wroga, które zmusiły nas do wycofywania się. Uciekając i zadając wrogowi jak największe straty udało nam się dotrzeć do jakiegoś pomieszczenie przypominającego szklarnie. W owym pomieszczeniu wywiązała się walka z mutantem innym niż te, które zmusiły nas do odwrotu. Dość szybko sobie z nim poradziliśmy. W szklarni znaleźliśmy dziwne owoce, z którymi wiąże się pewna zabawna historia (hehehe). Gdy opuściliśmy to pomieszczenie skierowaliśmy się na 3 pokład, na którym Kane odnalazł ocalałych naukowców. Gdy wracaliśmy na transportowiec, w dokach czekała na nas niemiła niespodzianka. Mutanty zablokowały nam drogę ucieczki. Kubi, dwóch Nameczan i ja postanowiliśmy, że odwrócimy ich uwagę, żeby reszta mogła się bezpiecznie dostać na transportowiec. Zmyłka się udała i po kilku chwilach już wracaliśmy na statek bazę, niestety w akcji zginął jedne z Nameczan. Gdy myśleliśmy, że już nic nam nie grozi nagle zaczęło trząść statkiem, a pilot powiedział, żebyśmy się czegoś złapali gdyż czeka nas twarde lądowanie na planecie, która nas "ściąga" ku swojej powierzchni. Dalej nie wiem co się działo, a dookoła zrobiło się ciemno...

Zbudził mnie znajomy głos, gdy otworzyłem oczy znajdowałem się na pięknej trawiastej łące, a nade mną stała moja przyjaciółka Shana. Nie wiem jak to się stało, ale wróciłem do domu, albo zostałem przez nią zbudzony z bardzo dziwnego snu, w którym poznałem Kyre, Amfiego, Kubiscyt'a, Breshnev'a, Benorn'a i przeżyłem wiele dziwnych przygód. Gdy się podniosłem mocno ją uściskałem i zacząłem jej opowiadać o moim dziwnym śnie, podczas drogi powrotnej do naszej wioski. Lecz nagle niebo poczerniało i zrobiło się bardzo ciemno. Momentalnie to, co myślałem, że jest rzeczywistością stało się koszmarem, a sen, o którym przed chwilą opowiadałem mojej przyjaciółce okazał się jednak rzeczywistością. Nagle z nieba zaczął wyłaniać się ogromny statek kosmiczny, dłoń mojej przyjaciółki wyślizgnęła się z mojej, a ona zaczęła się oddalać. Biegłem ile sił w nogach w jej kierunku, lecz już po chwili zniknęła mi z oczu, a w głowie pulsował mi jej okrzyk rozpaczy "WireX pomóż nam"

W tym momencie zbudziła mnie jakaś staruszka mówiąc, że chyba śnił mi się jakiś koszmar, bo krzyczałem. Mimo, że nie znałem tej kobiety opowiedziałem jej o tym co mi się śniło. Po prostu musiałem się tym z kimś podzielić. Na łóżku stojącym obok spał Kubi. Dowiedziałem się, że oprócz nas nikt nie przeżył katastrofy. Nie dość, że misja zakończyła się nie powodzeniem, to jeszcze nikt nie wiem, że żyjemy i że jesteśmy na tej planecie, ale to, co mnie najbardziej niepokoi to mój sen, który po raz kolejny mnie nawiedził...

Mam nadzieję, że to tylko sen i że Shana oraz reszta jest bezpieczna.

______________________________________________________________________________________________

"Statek baza - prywatna kajuta - w drodze na kolejną planetę wroga"

Gdy tylko Kubi się obudził opowiedziałem mu o wszystkim co dowiedziałem się od staruszki, po zakończonej rozmowie wyszliśmy z chaty aby przejść się trochę po mieście i zastanowić się co robić dalej. Niestety nie zawiele czasu mieliśmy na rozmyślania, bo chwilę po wyjściu z domku usłyszeliśmy krzyki i odgłosy walki dobiegające z wysokich murów znajdujących się na końcu miasta. Czym prędzej udaliśmy się w tamto miejsce, żeby zobaczyć co się dzieje. Po dotarciu nad mury, zobaczyliśmy, że grypka ludzi walczy z 3 dobrze nam znanymi przeciwnikami - mutantami. Od razu włączyliśmy się do walki, przeciwników było trzech. Z dwoma słabszymi poradziliśmy sobie bez większych problemów, natomiast z ostatnim przeciwnikiem szło nam dość opornie, ale po długiej i zaciętej walce udało nam się go pokonać. Gdy tylko mutant padł ludzie z miasta zaczęli nam dziękować za pomoc (właśnie dla takich chwil warto żyć, dla chwil w których możesz ocalić życie innym osobom) w pokonaniu najeźdźców. Po walce wróciliśmy do miasta i dowiedzieliśmy się, że na tej planecie jest wylęgarnia mutantów i postanowiliśmy, że wyruszymy ją zniszczyć. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że sami nie damy sobie rady, na szczęście od ludzi mieszkających w tym mieście dowiedzieliśmy się, że na tej planecie żyła prastara rasa, która gdzieś zniknęła, ale ruiny ich świątyni są na północ od miasta. Udaliśmy się tam czym prędzej, gdy chcieliśmy wejść do środka drogę zastawiło nam dwóch strażników, z którymi po zaciętej walce sobie poradziliśmy. Weszliśmy do wielkiej sali pełnej różnorakich skarbów, klejnotów i kamieni. Na środku sali paliło się ognisko, dookoła którego stały cztery dziwne posągi. Po długich męczarniach i różnych próbach udało nam się ożywić tylko jedną postać, niestety pozostała trójka posągów roztrzaskała się w drobny mak.

Z początku trudno było nam się dogadać z owym osobnikiem, ale po usilnych próbach udało nam się dojść do porozumienia. Kapłan - bo tak kazał nam na siebie mówić owy dziwny osobnik - powiedział, że pomoże nam pokonać zło szerzące się na tej planecie i pokaże nam potężną technikę zwaną "powszechną energią", dzięki której może uda nam się zniszczyć wylęgarnie mutantów. Gdy wyszliśmy z świątyni, kapłan pokazał nam tą technikę. Kilka chwil później przed wejściem do świątyni jak z pod ziemi wyrósł Kyra. Po krótki i dość oschłym powitaniu całą czwórką udaliśmy się do wylęgarni mutantów. Gdy dotarliśmy na miejsce i przedostaliśmy się przez pierścień chroniący wylęgarnie, na spotkanie wyszło nam kilku mutantów, dość szybko się z nimi uporaliśmy. Gdy my walczyliśmy z mutantami , kapłan zbierał powszechną energię, dzięki której miał zniszczyć bazę wroga. Po pokonaniu mutantów z głębi wylęgarni wyszedł nasz jak do tej pory najcięższy przeciwnik - Arghat. Walka była bardzo ciężka, szala zwycięstwa co chwila przechylała się z jednej strony na drugą. W pewnym momencie walki kapłan krzyknął, żebyśmy się odsunęli, gdy to zrobiliśmy w stronę wylęgarni pomknęła wielka kula powszechnej energii, zebrana z tej oraz pobliskich planet, emanowała z niej wielka moc. Kula lecąc w kierunku wylęgarni zabrała ze sobą Arghat'a. Po uderzeniu w budowle nastąpiła wielka eksplozja, gdy kurz opadł naszym oczom ukazały się ruiny wylęgarni. Myśleliśmy - byliśmy przekonani -, że to już koniec kłopotów na tej planecie, niestety myliliśmy się. Gdy zbieraliśmy się już do powrotów z gruzów zaczęła emanować niesamowicie silna energia, która bez wątpienia należała do Arghat'a. Po kilku chwilach przed nami stał Arghat, ale już zupełnie inny niż poprzednio - przeszedł jakąś transformacje, która sprawiła, że stał się jeszcze silniejszy.

Wtedy coś we mnie pękło... coś się narodziło... uczucie, które do tej pory czułem tylko raz w życiu, gdy walczyłem z Arctus'em zabójcą mojego brata. Całe zło które do tej pory widziałem utożsamiałem ze osobą Arghat'a, obwiniałem go za każdą zabitą istotę która widziałem. Nawet Icer Arctus, który zabił mojego brata w tej chwili był Arghat'em. Wściekłość i złość na Arghat'a we mnie eksplodowała, nie bacząc na nic w furii rzuciłem się na niego. Następną rzeczą, która pamiętam jest to że stałem naprzeciwko mojego wroga, lecz to nie byłem ja z przed ataku. Przeszedłem przemianę - moja wściekłość i złość pozwoliły mi przełamać granicę moich własnych możliwości - osiągnąłem stadium Super Saiya-jin'a.

Mimo mojej przemiany nadal byliśmy na straconej pozycji moc Arghat';a była nie wyobrażalna, ale mimo wszystko nie poddaliśmy się. Walczyliśmy z całych sił, z całego serca i gdy już prawie wygraliśmy wróg zachował się jak tchórz i uciekł. Po walce, gdy mieliśmy wrócić do miasta odezwał się mój scouter, dowiedzieliśmy się, że planeta została ewakuowana i za 10 minut zostanie zbombardowana, ponieważ na planecie jest bardzo dużo wylęgarni i nie poradzimy sobie w żaden inny sposób. Dostaliśmy namiary na transportowiec i udaliśmy się w podane miejsce.

Od tamtych wydarzeń minęły 4 miesiące, które spędziliśmy na statku bazie lecąc na nowo planetę wroga. Mam nadzieję, że następnym razem gdy spotkamy Arghat'a uda nam się go zabić i zakończyć ten koszmar...

______________________________________________________________________________________________

"Jaskinia - wieczór przy ognisku po roku treningu "

Ostatni miesiąc lotu minął nam spokojnie, bez żadnych nie miłych przygód. Na nowa planetę udałem się tylko z Kyra i wojskiem. Kubi był potrzebny na statku dlatego z nami nie ruszył. Po krótki rozpoznaniu na planecie natrafiliśmy na niewielki oddział wroga, który szybko rozbiliśmy. Przeciwnik wycofał się do jakiegoś tunelu, podążyliśmy za nimi. Przy pierwszej bramie prowadzącej do środka zostawiliśmy nie wielki oddział, który miał nie dopuścić, żeby ktoś inny zaatakował nas od tyłu. Przy następnej bramie spotkaliśmy strażnika, który nazywał się Arnold. Niestety mimo naszych usilnych prób nie wpuścił nas do środka, więc Kyra się gdzieś z nim przeteleportował. Ja z dwoma żołnierzami przedostaliśmy się przez bramę i zaczęliśmy infiltracje podziemnego miasta. Po paru godzinach spędzonych na obserwacjach, zauważyłem pewnego człowieka z obstawą ubranego w zbroje z logiem naszych wrogów. Chciałem do niego podejść i porozmawiać, ale drogę zaszło mi dwóch jego ochroniarzy, po krótkich wyjaśnieniach przepuścili mnie do człowieka zwanego Abarai (chyba tak miał na imię). Nasz konwersacja była dość interesująca i obfitowała w wiele ciekawych spostrzeżeń. Okazało się, że oni nie są naszymi wrogami, tylko z nimi utrzymywali kontakty, a zbroje i wyposażenie dostali od nich w ramach jakiejś wymiany handlowej. Gdy nasza rozmowa dobiegała końca nagle za nami pojawił się Kyra, Kubi i strażnik bramy do miasta. Kyra powiedział, że Arghat jest ba pobliskiej planecie i zaraz się tam przenosimy. Teleportacja była szybka i bezproblemowa - Kyra doskonale opanował tą technikę. Znaleźliśmy się w ruinach jakiegoś miasta, od razu wyczuliśmy energię Arghat'a nie była, aż tak duża, ale wiedzieliśmy, że potrafi ją ukrywać. Walka rozpoczęła się natychmiast i tak szybko jak się zaczęła również się skończyła. Przeliczyliśmy się ze swoimi możliwościami i ten potwór doskonale to wykorzystał. Załatwił nas jednym atakiem, Kyra i Kubi zostali trafieni i stracili przytomność, mi jakimś cudem udało się uniknąć jego ataku. Po tym uderzeniu stwierdził, że nie jesteśmy godnymi przeciwnikami i gdzieś zniknął. W momencie gdy ja starałem się ocucić Kyrę pojawił się Abarai z jakimś żołnierzem i zaproponował na 4 letni trening, dzięki któremu będziemy w stanie pokonać Arghat'a. Wraz z Kyrą, Kubim i Abarai przenieśliśmy się na planetę gdzie Breshniev, Xan Goran i Marin walczyli z naszym prześladowca. Niestety i oni nie dali mu rady, wszyscy musieliśmy się na razie wycofać. Gdy Kubi i Kyra odzyskali przytomność, zebraliśmy się wszyscy razem i rozważaliśmy propozycje treningu. Ja zgodziłem się od razu - chce być jeszcze silniejszy, by móc bronić innych przed takimi potworami jak Arghat. Po mnie zgłosili się następni. W taki oto sposób rozpoczęliśmy nasz trening.

Naszym trenerem jest Jako (czyt, Dżako), a trening trwa już od ponad roku...

______________________________________________________________________________________________

ZAŚWIATY
______________________________________________________________________________________________

"Piwnica w pałacu Segron'a"

Stoję, a właściwie siedzę właśnie przed portalem do krainy Hades w piwnicach pałacu władcy Zaświatów Segron'a, a niedaleko mnie śpi sobie diabełek smacznie pochrapując. Zaraz przejdę przez portal, ale nie wiem czy stamtąd wrócę, więc postanowiłem zrobić ten wpis do dziennika tak na wszelki wpadek , a teraz przejdę do tego jak się tutaj znalazłem...

Wydarzenia, które sprawiły, że się tu znalazłem miały miejsce mniej więcej rok po rozpoczęciu naszego treningu z Jako. Wszyscy położyliśmy się spać, ale sen ten nie trwał zbyt długo ponieważ zbudził nas krzyk Marin, jak chwilę później się okazało została ona ugryziona przez jakieś małe zwierzątko, wszyscy nie zawracali sobie tym głowy, ale ja chciałem się dowiedzieć co to było i można powiedzieć, że moja ciekawość mnie zgubiła. Kilkadziesiąt minut później bardzo trafne okazało się stwierdzenie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła (hihihi)...

Gdy Marin opowiedziała co się wydarzyło, a ja się dowiedziałem gdzie owo zwierzątko uciekło, nie zważając na innych udałem się na jego poszukiwania. Po krótkiej wędrówce przez jaskinie dotarłem do sterty gruzów, z których dało się słyszeć ciche warczenie. Nie zwracając na nic uwagi włożyłem głowę w szczelinę między głazami i ujrzałem owo śmieszne zwierzątko, niestety później już nie było mi do śmiechu. Nagle coś zaczęło mnie wypychać ze szczeliny, stawiałem opór, ale na nic się to zdało, po kilku sekundach lekko zataczałem się do tyłu a przede mną stało 3 ryboludzi. Nie chciałem z nimi walczyć, dlatego nie atakowałem, pozwoliłem im zrobić pierwszy ruch. Wtedy pojawił się Kyra z pomocą. Wyminąłem ataki kilku stworów, ale niestety nie wszystkich. Siła uderzenia była tak silna, że odleciałem na kilka metrów i wpadłem w między bierki Bresh'a i Xan'a, którzy właśnie rozgrywali kolejna pasjonującą partię. Bresh się troszkę zdenerwował i odrzucił mnie do ryboludzi, ale był tak zafascynowany bierkami, że trochę mu nie wyszło i cisnął mną o ścianę, co spowodowało, że nie byłem w stanie na czas zjawić się koło Kyry, który zostało ogłuszony i zaciągniety przez te dziwne stworzenia do korytarz z którego przyszli. Poprosiłem Bresh'a o pomoc, który momentalnie zjawił się przy mnie, niestety jego pomoc okazała się bardziej przeszkodą niż pomocą, ponieważ gdy zamieniał się w SSJ emanował tak potężną energią, że jaskinia tego nie wytrzymała i zaczęła się zawalać przysypując nas gruzami. Gdy wydostaliśmy się spod kamieni, wszyscy wspólnie wyruszyliśmy na poszukiwania Kyry. Po drodze Bresh pokłócił się z Marin i gdzieś zniknął, Kubi też gdzieś się zapodział i zostałem sam z Marin i Xan'em, co później okazało się fatalne w skutkach. Po pewnym czasie dotarliśmy nad jakieś podziemne jezioro, Marin zauważyła, że coś się zanurza w jego głąb i czym prędzej ruszyła za tym czymś. Ja również chciałem się za tym udać i jednocześnie w razie czego w miarę swoich możliwości pomóc Marin, drogę jednak zastąpił mi Xan, bo wcześniej się trochę poróżniliśmy i nie chciał mnie przepuścić. Tak szczerze powiedziawszy to chciał mnie zabić jednak jego 2 pierwsze ataki się nie powiodły, tak prawdę mówiąc to nawet nie wiem czemu nie trafił, bo nawet się nie broniłem. Gdy go poprosiłem, żeby się odsunął, bo chce uratować przyjaciela posłuchał mnie, myślałem wtedy, że już mu przeszło, niestety myliłem się. Gdy go minąłem zobaczyłem jak Marin wyskakuje z wody, a za nią wynurza się jakiś wielki potwór. Gdy tylko stwór się pojawił zrobiło się bardzo zimno a całe jezioro zamarzło więżąc stwora.

Następna rzeczą którą pamiętam był jasny blask, który raził mnie w oczy gdy je otworzyłem i dziwne pomarańczowe niebo. Wstałem oszołomiony na równe nogi nie wiedząc gdzie jestem. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem bardzo długą kolejkę białych obłoczków a nie daleko nich dziwnego stwora z rogami na głowie. Jak się niedługo potem dowiedziałem od tego dziwnego czegoś z rogami, te białe obłoczki to dusze zmarłych, a ja trawiłem do zaświatów. Ten dziwny osobnik kazał mi się udać do wielkiego budynku, do którego była ustawiona ta strasznie długa kolejka dusz. Nie kazał mi stać w kolejce więc ominąłem tego białego tasiemca i udałem się bezpośrednio do budynku. W środku stanąłem przed biurkiem, przy którym siedział taki sam stworek jak ten co kazał mi tam przyjść tylko, że mniejszy. Powiedział mi, że mam się udać Drogą Węża do pałacu władcy zaświatów, aby podjąć u niego trening. Jak powiedział tak też zrobiłem.

Przemierzając Drogę Węża jak na nieboszczyka poczułem się bardzo głodny, rozejrzałem się i niedaleko za krawędzią drogi zobaczyłem miskę z owocami, chciałem do niej podlecieć, jednak niestety z niewiadomych przyczyn straciłem całą swoją moc, nie umiałem już kontrolować swojego KI. Gdy się tak męczyłem próbując zdobyć jedzenie, usłyszałem cichy chichot, gdy się obraziłem w kierunku z którego pochodził, zabrzmiał on za moimi plecami, gdy ponownie się odwróciłem zobaczyłem małego człowieczka na chmurce. Po rozmowie z tym człowieczkiem dowiedziałem się wszystkiego o tym co się wydarzyło w zaświatach.

Przed moim przybyciem do tego miejsca władzę sprawował tutaj Segron, a przy wielkim biurku, które widziałem w rejestracji zmarłych dusz zasiadał Yemma, ale pewnego dnia z pałacu Segron'a Drogą Węża do zaświatów przybyło wiele diabłów (te dziwne stworzonka z rogami, o których wcześniej pisałem) , a sam Segron i Yemma gdzieś zniknęli. Postanowiłem, że dotrę do pałacu i dowiem co się stało z prawowitym władca zaświatów. W przebyciu Drogi Węża bardzo pomógł mi mały człowieczek z chmurki, w ułamku sekundy przeniósł nas na koniec drogi pod pałac Guru. Niestety w tym miejscu mój towarzysz mnie opuścił i od tej chwili musiałem radzić sobie sam, na szczęście odzyskałem swoją moc i znów byłem w stanie kontrolować swoje KI. Po dotarciu do sali tronowej i jej oględzinach pod tronem, który został przewrócony znalazłem zejście do piwnicy, tam znalazłem dziwny roztrzaskany posąg przypominający jakąś postać i jeszcze dziwniejszy portal. Chwilę później usłyszałem chrapanie i zobaczyłem kolejnego diabła. Obudziłem go i po krótkiej rozmowie wiedziałem już wystarczająco dużo, żeby móc podjąć jakieś kolejne kroki. Roztrzaskany posąg należał do Segron'a a za jego przemianą w kamień stoi diabeł Furtago, którego muszę zabić aby władca zaświatów odzyskał swoją prawdziwą postać.

Teraz siedzę przed portalem dokonując tego możliwe, że ostatniego wpisu, bo nie wiem co mnie czeka po drugiej stronie portalu, a niedaleko mnie smacznie sobie chrapie diabeł. Mam nadzieję, że to nie jest mój ostatni wpis, bo jest jeszcze wiele spraw, które muszę załatwić i wiele osób, które muszę spotkać. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze spotkać z Kyrą, Kubim, Bresh'em i Marin, ale przede wszystkim mam nadzieję, że uda mi się wrócić na moją ojczystą planetę i dowiedzieć się co się dzieje z Shaną i resztą, bo mój koszmar nadal nie daje mi spokoju...

______________________________________________________________________________________________

"Tajny pokój w pałacu Segron'a"

Dokonując tego wpisu siedzę właśnie w fotelu w tajnym pokoju w pałacu Segron'a. Przede mną w kominku tańczą płomienie ognia, a na moich kolanach spoczywa cudowny miecz z przepięknymi kamieniami osadzonymi w rękojeści. W fotelu obok siedzi Segron i obmyśla plan jak przywrócić ład i porządek w zaświatach, w którym ja odegram chyba dość znaczącą role. Mam nadzieję, że sprostam temu zadaniu i nie zawiodę władcy Zaświatów, ale może od początku, żeby osoby które kiedyś znajdą ten dziennik dowiedziały się jak w ogóle trafiłem do tego pokoju po przejściu przez ten dziwny portal...

Gdy przeszedłem przez portal znajdujący się w piwnicach pałacu Guru, znalazłem się w wielkim kanionie o bardzo stromych i wysokich ścianach, nad moją głową udało mi się zauważyć zarys jak się mogłem tylko domyślać Drogi Węża, którą jeszcze kilka minut wcześniej podążałem. W oddali zauważyłem zarysy jakichś budowli, nie wiedząc gdzie iść, ruszyłem w tamtym kierunku. Po kilkunastu minutach marszy dotarłem do pierwszych zabudowań. W tej samej chwili z budynku wyglądającego na wartownie usłyszałem krzyk, rozkazujący mi abym się nie ruszał i tak nie wiedziałem co ze sobą zrobić więc tak też uczyniłem. Po chwili przybiegł jakiś diabeł i wdaliśmy się w rozmowę, z której dowiedziałem się, że diabły chcą przedostać się do świata żywych i wszystkich zniszczyć. Licząc na głupotę diabła skłamałem, że chce się zemścić na ludzkości i do nich dołączyć. Mięśniak łykał wszystko co mu powiedziałem i zaprowadził mnie do swojego dowódcy Pedro.

Z nim nie poszło już tak łatwo, w sumie z nim nie poszło w ogóle. Od razu zorientował się, że wciskam mu kit i wywiązała się miedzy nami walka, jak później się okazało była to bardzo ciężka i szczęśliwie wygrana przeze mnie potyczka. Na początku gdy zamieniłem się w Super Wojownika przewyższałem nie znacznie Pedro mocą i wydawało mi się, że walka będzie bardzo wyrównana, ale mimo wszystko uda mi się ją wygrać. Po paru atakach wykonanych przeze mnie i przez niego, Pedro również dokonał transformacji i moje szanse na zwycięstwo drastycznie zmalały, przewyższał mnie swoją mocą mniej więcej dziesięciokrotnie. Byłem przekonany, że nie uda mi się wygrać tej potyczki, ale mimo wszystko nie poddałem się. Walczyłem z całych sił, dałem z siebie 110% możliwości i po bardzo zaciętej walce, obfitującej w duże wyładowanie energii udało mi się pokonać bestię. Choć tak naprawdę Pedro sam się zabił używając techniki Mega Eksplozji, próbując w ten sposób unicestwić również mnie. Resztkami sił próbowałem zablokować jego cios...

Następna rzeczą która pamiętam jest jakaś ręka na mojej klatce piersiowej i błękitna aura postaci do której należała owa ręka. Dzięki mocy Shimago (później dowiedziałem się, że jest to zaginiony Kaioshin) zacząłem odzyskiwać siły, ale jednocześnie on tracił własne siły witalne, nie chcąc spowodować jego śmierci strąciłem jego rękę z siebie. Próbowałem porozmawiać z Shimago, ale jedyne co się od niego dowiedziałem to to, że muszę iść do Segron'a i powiedzieć mu, że oni nadchodzą. Nie wiedziałem jak mam to zrobić, ponieważ byłem przekonany, że Segron jest zamieniony w kamień, bo nie udało mi się zabić Furtago, który zamienił go w posąg. Wiedziałem, że nie mogę tu zostać w takim stanie. Wziąłem Kaioshin'a na ręce i ruszyłem w stronę portalu, licząc, że po drugiej stronie uda mi się, odnaleźć małego człowieczka na chmurce, którego spotkałem wcześniej. Miałem nadzieję, że pomożemy on wrócić do pełni sił i uzdrowi Shimago. To co zobaczyłem po drugiej stronie portalu przeszło moje oczekiwania...

Gdy przeszedłem przez portal znów znalazłem się w pałacu Guru, wszytsko wyglądało tak prawie samo. Różniły się tylko dwie rzeczy owy strażnik portalu nie żył, myślałem, że zabili go inne diabły za to że pozwolił mi przejść przez portal. Jednak ta myśl szybko została rozwiana przez postać, której głos usłyszałem za sobą. Jak się chwilę później okazało z rozmowy, był to Segron we własnej osobie przywrócony do życia po zabiciu Pedro. Z rozmowy władca Zaświatów dowiedział się o obecnej sytuacji panującej w jego królestwie, o tym jak Shimago znalazł się w Hadesie. Po tej rozmowie udaliśmy się do tajnego pokoju. Tam w dowód wdzięczności za przywrócenie Guru do życia, Segron ofiarował mi miecz, który teraz spoczywa na moich kolanach. Razem z Guru mam przywrócić ład w Zaświatach, mam nadzieję ze sprostam powierzonemu mi zadaniu i znów ład zagości w tej krainie...

______________________________________________________________________________________________

GALAKTYKA MARSARA
______________________________________________________________________________________________

"Gdzieś pod drzewem na nieznanej mi planecie."

Nie sądziłem, że powrót do świata żywych może być tak bolesny dla duszy i serca... Nie udało mi się dotrzymać obietnicy, którą sobie złożyłem przed wyruszeniem na poszukiwania Furtago, nie udało mi się przywrócić ładu i spokoju w Zaświatach, choć może tak się stało, ale mi nic o tym nie wiadomo, gdyż opuściłem tę krainę w pośpiechu pozostawiając wszystko w rękach Segorn'a, ale może opowiem wszystko po kolei...

Po rozmowie z Władcą Zaświatów w tajnym pokoju, ustaliliśmy, że ja udam się na poszukiwania demona zwanego imieniem Furtago, a Segron będzie starał się uwolnić Yemme z rąk piekielnych najeźdźców. Przed wyruszeniem na poszukiwania demona Władca Zaświatów nauczył mnie kilku bardzo przydatnych technik sztuk walki, które na pewno z czasem wykorzystam.

Swoje poszukiwania zacząłem w miejscu, w którym moja przygoda w Zaświatach się zaczęła, czyli w "rejestracji" dusz zmarłych. Po odwiedzeniu małego diabełka i krótkiej rozmowie z nim dowiedziałem się gdzie mogę się spodziewać odnaleźć demona, którego poszukiwałem. Udałem się w miejsce, o którym poinformował mnie diabeł z "rejestracji". Po dotarciu na miejsce przede mną stała wielka wartownia, a z jej szczytu odezwał się do mnie jakiś diabeł zakazujący mi przejścia. Po krótkiej aczkolwiek burzliwej wymianie zdań, zostałem zaatakowany przez 5 przeciętnej siły demonów, szybko bym się z nimi uporał, jednak okazało się, że walczyłem z Furtago, który użył techniki "Rozdzielenia", po scaleniu w jedną postać walka już nie była tak łatwa. Była to długa i męcząca walka, szala zwycięstwa przechylała się to z jednej strony na drugą, w końcu jednak udało mi się pokonać te bestię, chociaż zwycięstwo prawie okupiłem śmiercią. Po wygranym pojedynku znalazłem się na jedynej istniejącej platformie, która się chwiała i w każdej chwili groziła zawalaniem. Obok mnie leżało ciało Furtago, nie wiem, co mną kierowało, ale postanowiłem przeszukać ciało mojego wrogo. Okazało się to bardzo trafną decyzją, gdyż w jednej z kieszeni jego ubrania znalazłem małą czerwoną kulkę emanującą dziwnym światłem. Nie wiedząc, co z nią zrobić ze złości cisnąłem nią o platformę. Kulka się rozsypała w drobny mak a z jej wnętrza zaczął wypływać dziwny czerwony płyn, który później zamienił się w portal, podobny do tego, który odkryłem w piwnicy pałacu Guru. Mając do wyboru, albo śmierć w momencie zawalenie się platformy, albo przejście przez portal nie pozostało mi nic innego jak wybrać tę druga opcję.

Po przejściu przez portal moim oczom ukazał się straszny widok wszędzie leżały ciała zabitych demonów i Kaioshinów, a nad moja głową toczyła się prawdziwa batalia pomiędzy siłami demonów i Kaioshinów. W niedalekiej odległości stał pałac z okien, którego Kaioshini ostrzeliwali demony. Chciałem się dostać do środka, żeby się dowiedzieć czy w jakiś sposób mogę pomóc Kaioshinom. W drodze do pałacu musiałem omijać wiele pocisków i ataków energetycznych, będąc już prawie przy samym pałacu nagle straciłem przytomność. Przed moimi oczami przemknęły wspomnienia chwil przeżytych na MarSarze od momentu mojego lądowania na Eridani, poprzez walkę z zarazą na Cephei, spotkanie Mateo i odzyskanie Złotego Kielicha, wyruszenie na wojnę z mutantami i jej przebieg z wszystkim złymi (śmierć Kyry) i dobrymi (przemiana w SSJ; poznanie Bresha, Marin) momentami, aż do felernego dnia, w którym poniosłem śmierć. Gdy owe obrazy przemknęły przed mymi oczami udało mi się je otworzyć i spostrzegłem, że stoją nade mną dwa demony z wycelowanymi we mnie potężnymi atakami energetycznymi, których na pewno bym nie przeżył. Gdy już byłem pogodzony ze śmiercią demony nagle przestały gromadzić energię a ich głowy zsunęły się z ich karków i opadły na ziemię. Następnie ich ciała runęły za ich głowami, a w miejscu, w którym jeszcze niedawno stały demony pojawił się Segron, który swoim mieczem ściął głowy demonom i uratował mi życie. Po tym zdarzeniu razem udaliśmy się do pałacu.

W pałacu w wielkiej sali obrad poznałem wszystkich najważniejszych Kaioshinów i podzieliłem się z nimi informacjami, które udało mi się wyciągnąć, od Furtago przed jego śmiercią. Teraz już wszystko było jasne. Wszyscy wiedzieli, co trzeba zrobić, aby przywrócić ład w Zaświatach. Głównym sprawca całego zamieszania i buntu demonów, był ich Mistrz Hagen, który po odkryciu w zamierzchłej przeszłości sposoby na dostanie się do świata żywych, pragnął teraz zrealizować swój nikczemny plan unicestwienia wszystkich żywych istot. Po naradzie przed wyruszeniem na ostateczną bitwę Segron poprosił mnie abym chwile z nim porozmawiał w cztery oczy. Właśnie wtedy powiedział mi, że jak tylko nadarzy się okazja mam się przedostać do świata żywych przez portal, który prawdopodobnie otworzy Mistrz demonów.

Teraz, gdy tak siedzę pod tym drzewem, zastanawiam się czy Segron specjalnie nie pozwolił Hagenowi otworzyć portalu, żebym mógł powrócić do świata żywych.

Plan był prosty. Wraz z grupką Kaioshinów miałem ostrzeliwywać demony z pewnej odległości, aby wprowadzić w ich szeregi zamieszanie, podczas którego Segron zajmie się Mistrzem demonów. Plan zadziałał idealnie, demony nie wiedziały, co się dzieje a Władca Zaświatów mógł ruszyć by powstrzymać otwarcie portalu. Jednak przybyliśmy o kilka sekund za późno w momencie, w który Segron ruszył na Hagena on zdążył już otworzyć portal do świata żywych, pamiętając obietnicę, którą złożyłem Segron'owi, czym prędzej ruszyłem w stronę portalu. W momencie, gdy przez niego przechodziłem poczułem wielką eksplozje i doskonale wiedziałem, co to oznacz, to Segron poświęcił swoje życie używając Mega Eksplozji, aby zamknąć portal do świata żywych i zabić Mistrza Demonów.

W taki o to sposób zakończyłem swoją przygodę w Zaświatach i niestety nie udało mi się dotrzymać obietnicy złożonej przed samym sobą, że przywrócę ład w tej krainie. Mam tylko nadzieję, że Segron żyje i udało mu się powstrzymać Hagena. Siedzę teraz pod tym drzewem, przede mną rozpościera się piękny widok zachodzącego słońca na tle spokojnie falujących traw w letnich ciepłych powiewach wiatru. Siedzę tak i zastanawiam się co zrobić dalej. Dzięki pobytowi w Zaświatach moja moc znacznie wzrosła, nauczyłem się wielu przydatnych technik. Moje serce jest rozdarte między dwiema możliwościami dalszej podróży. Nie wiem czy poszukać Kyry, Kubiego i reszty i wrócić na wojnę, aby ją raz na zawsze zakończyć czy udać się na swoją ojczysta planetę, aby w końcu dowiedzieć się co się tam tak naprawdę dzieje.
______________________________________________________________________________________________

"Mój pokój w akademii sztuk walk "WireX & Mateo Art's""

Jest to mój pierwszy wpis od około 3-4 lat, nie pamiętam dokładnie ile czasu minęło, straciłem rachubę czasu jak i sens życia po powrocie z Zaświatów. Lecz teraz znów moje życie nabrało sensu, dzięki mojemu przyjacielowi z dawnych i obecnych czasów. Ale może po kolei, bo w sumie jest, co opowiadać...

Wszystko zaczęło się tego samego dnia, gdy odzyskałem życie. Zastanawiałem się co mam dalej z sobą uczynić. Zamierzałem albo odnaleźć swoich towarzyszy Kyrę i Kubiego, bądź dzięki technice teleportacji udać się na swoja ojczystą planetę. Niestety nie udało mi się dokonać niczego, nad czym się zastanawiałem, KI Kubiego, ani Kyry nie mogłem nigdzie namierzyć, mimo moich wielkich starań i pomocy Benorn'a, tak jakby zapadli się gdzieś pod ziemię - to był pierwszy cios, który dostałem od losu tego dnia. Niestety drugi był jeszcze potężniejszy, nie mogąc znaleźć swoich przyjaciół, postanowiłem, że udam się na swoją ojczysta planetę, aby dowiedzieć się, co się tam dzieje, niestety i te próby spełzły na niczym, w żadne sposób nie mogłem się tam przenieść tak jak by planeta znikła z kosmosu - właśnie wtedy się załamałem...

Spędziłem prawie rok w pałacu Benorn.a snując się bez celu, nawet treningi i rozmowy z Guru nie sprawiały mi radości tak jak miało to miejsce jeszcze kiedyś. Wtedy mój mistrz natchnął mnie do działania i nadał nowy sens mojemu życiu - pamiętam te słowa jak by powiedział mi je przed chwilą, a minęły już prawie dwa lata od tamtego czasu, brzmiały one tak: "Idź mój uczniu i nauczaj innych tego, co podpowiada CI serce". Z początku nie wiedziałem, co mój mistrz miał na myśli, ale po nocy spędzonej w moim pokoju na medytacji poczułem w sercu żar i wiedziałem, co należy uczynić. Następnego dnia pożegnałem się z moim mistrzem i ruszyłem w drogę.

Po dotarciu na miejsce, odnalazłem swojego przyjaciela Mateo i przedstawiłem mu swój plan, który bardzo mu się spodobał i od razu zaczęliśmy wprowadzać go w życie. Z pieniędzy, które mu kiedyś ofiarowałem i z moich własnych oszczędności razem, z Mateo otworzyliśmy szkołę sztuk walk, która miała szkolić przyszłych obrońców tej planety oraz całego układu MarSara.

Tak oto odzyskałem sens życia i przez dwa lata szkoliłem wraz z Mateo ludzi mających potencjał, aby w przyszłości stać się wielkimi wojownikami. Wiele razy w raz z nimi zapobiegaliśmy różnym przestępstwom i kataklizmom nawiedzającymi ta planetę, pomagaliśmy okolicznej ludności zyskując ich szacunek i wdzięczność.

Siedzę teraz w sowoim pokoju i pisząc tą notkę, mam nadzieję, że spotkam jeszcze kiedyś Kyre, Kubiego i Shanę...
______________________________________________________________________________________________

"Pokój w motelu gdzieś na pustkowiu"

Niedługo po skończeniu swojej poprzedniej notatki w dzienniku do mojego pokoju w szkole wpadł Mateo ze swoją córeczką na ramieniu, udając samolot. Gdy to zobaczyłem moje serce naprawdę się radowało widząc mojego przyjaciela w takim radosnym nastroju. Rozmowa między nami jak zawszę płynęła bez większych kłopot do momentu, w którym dostałem wiadomość od Benorn'a, że w jego pałacu pojawili się Kyra i Kubi, to sprawiło, że nie po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem co robić. Nie chciałem opuszczać Mateo, oraz nie chciałem zostawić swoich przyjaciół w potrzebnie, moje uczucia walczyły miedzy sobą...

W końcu zdecydowałem, pożegnałem się moim przyjacielem i jego córeczką i natychmiast udałem się do pałacu Benorn'a. Na miejscu przywitałem się ze przyjaciółmi, których nie widziałem przez ponad 4 lata. Niestety nie mieliśmy dużo czasu na rozmowy, ponieważ Benorn miał dla nas złe wieści. Przez te 4 lata stało się wiele złego, Segrig zebrał wielką armie demonów, zaczął terroryzować mieszkańców Eridani i podbijać miasto po mieście. Mimo iż wiedzieliśmy, że jest od nas potężniejszy postanowiliśmy mu jakoś przeszkodzić. Zamierzaliśmy odbijać miasta spod jego panowania, niestety znów wszystko poszło nie tak...

Mieliśmy się przenieść w pobliże jednego z miast za pomocą tarcz teleportacyjnych Benorn'a, niestety Kyra nie lubi tego środka "podróżowania" i postanowił, że sam się przeniesie. W tym miejscu nasze drogi się rozeszły, Kubi i ja trafiliśmy w dobre miejsce natomiast Kyra przeniósł się zupełnie gdzie indziej. Nim zdążyliśmy sportem go namierzyć i udać się w tamto miejsce, Kyra wpadł się w poważne tarapaty. Po teleportacjai znajdowaliśmy się przed wielkim zamkiem, gdy tylko się tam pojawiliśmy poczuliśmy, że KI Kyry gwałtownie zaczęło spadać, od razu ruszyliśmy mu na pomoc, ale drogę zastąpiła nam armia demonów. Nie byliśmy w stanie nic zrobić, jedyne co nam pozostało to ucieczka i chęć pomszczenia śmierci Kyry.

Po tych strasznych wydarzeniach wróciliśmy do pałacu Benorn'a i zaczęliśmy intensywnie trenować. Nasze wysiłki przyniosły dość dobry efekt, dzięki Kubiemu nauczyłem się nowej bardzo pożytecznej techniki zwanej "Fuzją", dzięki której dwie postacie łączyły się w jedna o wiele potężniejszą. Po wielu próbach w końcu udało nam się poprawnie scalić, dzięki czemu powstała nowa osoba zwana KubiX'em. Nasze treningi obserwował jeden z Wojowników Guru, z którym postanowiliśmy się zmierzyć, aby sprawdzić nasz nowe możliwości po scaleniu. Niestety Wojownik mimo naszej fuzji i transformacji w Super Saiya-jin'a był od nas silniejszy, więc nie walczył na 100% swoich możliwości. Walka była zacięta i sprawiła nam wiele radości, dzięki naszemu uporowi i mniejszej mocy przeciwnika udało nam się go pokonać. Niestety podczas walki zostały uwolnione takie pokłady energii, że pałac Benorn'a tego nie wytrzymał i rozleciał się w drobny mak.

Po tych wydarzeniach Benorn przeniósł się do domu Bresh'a , a my z Kubim wyruszyliśmy w drogę, aby odbić jak największą ilość miast z rąk okrutnego tyrana Segriga.
______________________________________________________________________________________________

HOPE
______________________________________________________________________________________________

"Wąwóz - baza rebeliantów na moje ojczystej planecie HOPE"

Nasza wędrówka z Kubim przez zniszczoną przes Segriga Eridani, nie przynosiła zadowalających efektów. Kierując się do kolejnego miasta, zapewne zniszczonego jak pozostałe, drogę zastąpił nam jeden z wojowników Benorn'a, mówiąc, że ma dla mnie złe wiadomości, po czym wyciągnął rękę w której trzymał kopertę i wręczył mi ją. Gdy tylko ją otworzyłem i spojrzałem na to co jest w środku nogi się pode mną ugięły i padłem na kolana. W środku znajdowały się zdjęcia z mojej ojczystej planety, która tak jak przeczuwałem i widziałem w swoich snach była od okupacją jakiejś wrogiej siły. Na zdjęciach były jakieś wielkie fabryki oraz obozy pracy zlokalizowane w ich pobliżu. Nie mogliśmy się tam przenieść przy pomocy Teleportacji, ale później przypomniało mi się, że mam przy sobie kapsułę, którą przybyłem na Eridani, właśnie dzięki niej rozpoczęliśmy podróż na moją planetę.

Po dotarciu na miejsce, wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż jak stąd odlatywałem. Kompletnie nie poznawałem swojej ojczystej planety, pozostało nam błądzenie po omacku. W niewielkiej odległości od nas wyczuliśmy 2 niewielkie KI, gdy tam dotarliśmy zobaczyliśmy dwie postacie (chłopaka i dziewczynę) uciekające przed dwiema maszynami z mackami. Razem z Kubim udało nam się pokonać maszyny i uratować dwójkę młodych Saiya-jin'ów. Podczas, krótkiej rozmowy udało nam się dowiedzieć, że planeta została przez kogoś zaatakowana a lud wzięty do niewoli w celu pracy w fabrykach. Zaraz po tym w naszym kierunku zaczęła lecieć chmara podobnych maszyn, które niedawno zniszczyliśmy. Zdołaliśmy im uciec i schronić się w ruinach miasta, do którego skierowały nas dzieciaki.

Właśnie w tych ruinach pierwszy raz od 5 lat zobaczyłem swoją przyjaciółkę Shanę. Była jeszcze piękniejsza niż gdy opuszczałem HOPE. Nasze spotkanie po latach, było dość interesujące. Padliśmy sobie w ramiona, a później otrzymałem kilka ostrych kuksańców za to, że opuściłem ją i mój lud, zaraz po zwycięstwie nad Arctus'em. Nasz uścisk przerwał Kubi dość znaczącym chrząknięciem, dodając, że to chyba niezbyt odpowiednia chwila na czułości. Shana od razu ode mnie odskoczyła i cała się zarumieniła. Gdy tylko opuściliśmy ruiny miasta i ruszyliśmy w kierunku bazy rebeliantów, których Shana była przywódczynią. Zaatakował nas jakiś Nameczanin wraz z #10, stawialiśmy z Kubim opór, ale nawet po scaleniu nie mieliśmy z nim szans i zostaliśmy pokonani.

Po tych wydarzeniach ocknęliśmy się z moim przyjacielem, w jakimś dziwnym lochu. Nad nami stał Nameczanin wraz z numerem 10 - śmiali się - i powiedział, że ten loch stanie się naszym ostatnim grobem. Niestety dla niego mylił się. Po wielu godzinach błąkania się po lochu i zniszczeniu kilkunastu wrogich maszyn udało nam się wydostać z lochu. Jednak na jego końcu czekał nas prawdziwy sprawdzian w postaci walki z #9. Walka była ciężka i zacięta, ale dzięki znajomości techniki fuzji udało nam się w końcu pokonać wroga i stanąć wolnymi na świeżym powietrzu.

Po walce ruszyliśmy dalej szukając Shany i reszty rebeliantów, nagle zaatakowała nas burza piaskowa, która dał na się we znaki. Ciężko był nam oddychać, a w usta mieliśmy pełno piasku. Burza tak szybko jak się zaczęła, równie szybko się skończyła. Zaraz po niej Kubi, źle się poczuł więc podbiegłem do niego, żeby mu pomoc. W tym momencie, ktoś chwycił mnie za kark i rzucił daleko za siebie, a sam ruszył w kierunku Kubiego. Jednym ciosem powalił go na ziemię, a następnie korzystając z techniki teleportacji gdzieś się z nim ulotnił. Starałem się wyczuć Ki przyjaciela i ruszyć mu na pomoc - niestety nic nie wyczułem. Nie mogąc nic poradzić na znikniecie towarzysza, ruszyłem w kierunku innego znanego mi Ki (małej dziewczyny uratowanej chwilę po przybyciu na planetę). Gdy już tam dotarłem okazało się, że znajduje się ona w grupce rebeliantów, zmierzających do swojej głównej bazy. Wśród grupki rebeliantów był Koga i Ragnar, którzy w skrócie powiedzieli mi co się dzieje. Grupa na którą trafiłem, zmierzała do bazy w wąwozie, goniona przez #5 z innymi maszynami. Natomiast baza w wąwozie miała niedługo zostać zaatakowana przez #8. Na domiar złego Shana została przerwana i jest przetrzymywana w (nie pamiętam :P). Postanowiłem pomóc im szybciej dostać się do wąwozu, gdy już przeniosłem wszystkich na miejsce, Ragnar powiedział, że #8, będzie w bazie za około godzinę. Postanowiłem, że nie będziemy z nim walczyć, tylko uciekniemy do schronu z czasów wojny z Arctus'em. Mam nadzieje, że to będzie dobra decyzja...
______________________________________________________________________________________________

"Szpital w obozie rebeliantów"

Moje obawy były bezpodstawne, a ucieczka do schronu z czasów wojny z Arctusem, okazała się trafna decyzją. Mimo upływu 5 lat schron był W idealnym stanie, Wszystkie urządzenia W jakie zaopatrzyliśmy się W tamtych czasach działały bez żadnych problemów, a dodatkowy sprzęt który ze sobą przynieśliśmy oraz zapasy prowiantu starczyły by na kilka lat walki z okupantem. Jednak już na początku po przeniesieniu się do schronu trafiliśmy na pierwszą niewielką przeszkodę, okazało się, że byliśmy śledzeni przez Androida #8. Dzięki mojej szybkiej reakcji udało mi się odciągnąć #8 od naszej nowej kryjówki. Po ciekawej lecz łatwej walce sztuczny człowiek został pokonany, a dzięki naszym naukowcom oraz pomocy Ragnara udało nam się go przeprogramować tak aby służył nam. Można powiedzieć, że był to punkt zwrotny w wojnie przeciwko maszynom, które najechał moją ojczyznę. Android #8 miał stałe połączenie z głównym komputerem znajdującym się W bazie wroga, dzięki czemu znaliśmy każdy ruch przeciwnika i dużo łatwiej było nam się zorganizować W obronie.

Pierwszą informacją jaką zdobyliśmy dzięki pomocy "ósemki", była lokalizacja obozu, W którym przetrzymywana była Shana. Doskonale wiedziałem, że będzie to trudna misja, ale wydostanie Shany z rak wroga było warunkiem koniecznym do spełnienia, jeśli chcieliśmy wygrać ta wojną ~ Shana od dawna była uważana za przywódczynie rebeliantów i tylko z jej pomocą, charyzmą oraz faktem, że lud poszedł by za nią w ogień mieliśmy szanse wyzwolić nasza planetę. Plan był prosty i okazał się nadspodziewanie skuteczny; Wraz z około setką rebeliantów przeniosłem się W pobliże obozu, gdzie przetrzymywali moją przyjaciółkę. Zadaniem rebeliantów było narobienie zamieszania i odwrócenie uwagi, podczas gdy ja miałem zakraść się do środka i uwolnić Shanę. Z początku plan działał bez zarzutów i wszystko układało się po naszej myśli, jednak gdy uwolniłem Shanę, W całym obozie rozległ się alarm i uruchomiony został jakiś system obronny, który nie pozwalał skorzystać z techniki teleportacji. Jedynym wyjściem z sytuacji było przebicie się na zewnątrz przez hordy nadciągających maszyn, to akurat nie było dużym problemem, ponieważ maszyny nie stanowiły dla nas żadnej przeszkody, padały jak muchy jedna po drugiej jednak najgorsze czekało na zewnątrz. Gdy razem z Shaną wydostaliśmy się na zewnątrz naszym oczom ukazał się straszny widok, na placu leżało około 30 ciał rebeliantów pozbawionych kończyn oraz głów, a pośrodku nich stał Android #5, który wyrywał nogę kolejnej ofierze. Gdy tylko nas

spostrzegł rzucił ciało rebelianta, gdzieś daleko za siebie i z ogromną prędkością leciał W naszym kierunku. Długo się nie zastanawiając przeszedłem W stadium SSJ i ruszyłem z pełnym impetem na przeciwnika - wywiązała się walka, która wiedziałem, ze nie będzie łatwa, ponieważ mój przeciwnik dysponował podobnym a może nawet wyższym poziomem mocy niż ja. Szala zwycięstwa co raz przechylała się z jednej strony na drugą, naj gorsze jednak było to, że ja powoli traciłem siły, a mój przeciwnik wciąż dysponował takim samym poziomem mocy, nie było widać po nim zmęczenia, ani bólu. W końcu zacząłem przegrywać, a każdy kolejny cios przeciwnika był szybszy i sprawiał więcej bólu niż poprzedni. Postanowiłem, że postawię wszystko na jedną kartę, zebrałem resztki energii, które posiadałem i zaatakowałem przeciwnika DAE. On jednak skontrował mój atak i nasze fale zrównały się ze sobą, siłowaliśmy się tak przez ponad minutę, szybko zacząłem opadać z siła a atak przeciwnika zbliżał się do mnie, w tym momencie kątem oka dostrzegłem jak Shana wzbija sie W powietrze i atakuje #5 Ki Blastem W plecy. Ten gdy został trafiony zachwiał sie i stracił na chwilę koncentrację co natychmiast postanowiłem wykorzystać. Odnalazłem w sobie resztki energii, które włożyłem w atak, w momencie gdy energia opuszczała moje ciało straciłem przytomność na skutek wycięczenia organizmu.

Ocknąłem się 2 dni później w schronie w pomieszczeniu, które zostało przerobione na szpital. Shana spała na krześle obok moj ego łóżka trzymając mnie za rękę. Teraz już wiem czyj głos wołał mnie gdy byłem nie przytomny i sprawił, że powróciłem do świata żywych.
______________________________________________________________________________________________

"Dalsze zapiski"

Skończyło mi się meijsce do historii :) Dalsze zapiski pod tym adresem:
https://docs.google.com/document/d/1irEsW3AXSNdhKiQFp0nUEJ1377awlmkzneQk6hfO834/edit

Osiągnięcia: Osiągnął transformację SSJ, poprawnie z fuzjował się z Kubiscytem.
 
Online: 02