Login:
Hasło:
-|| Anime Forever ||- Dragon Ball Nao Anime & Emulation Site SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
 
 

Gosu

Rasa: Saiya-jin czystej krwi
Płeć: Męska
Wiek: 26 lat
Charakter: Dobry - praworządny

Historia: **Kilka kartek z pamiętnika Talasa ...Ściągnąłem obuwie, spodnie, koszulkę. Założyłem kimono z plecionki i wszedłem na budo. Na środku stał Sensei. Zaczął się normalny trening. Rozgrzewka, rozciąganie, brzuszki, pompki i trening z partnerem. Niby to, co zawsze, ale nie mogłem się skupić. Coś nie dawało mi się skoncentrować nad tym, co robię. Nagle przykuł mój wzrok mężczyzna o wzroście około 190 cm. Był w czarnym, długim płaszczy. Miał czarne włosy prawie do ramion, rozgarnięte na bok, czarne oczy. Również wpatrywał się we mnie. Nagle usłyszałem głos: - Zostaniesz moim zastępcą. Nie mogłem pojąć skąd on się wziął. Uznałem, że się przesłyszałem, lecz po chwili znowu go usłyszałem: - Musisz nim zostać. Znów spojrzałem na postać w płaszczu. Dalej mi się przyglądała. - Podejdź - usłyszałem. Zrozumiałem jednocześnie, że to on tkwi w mojej głowie. Lecz nie reagowałem. Postać się rozpłynęła. Przez dalszą cześć treningu nie mogłem się skupić. Zauważył to mój nauczyciel. - Tobie na dzisiaj wystarczy - powiedział - idź już do domu przyjdź jutro. - Dobrze - odpowiedziałem. Zszedłem z maty. Przebrałem się i zamierzałem iść do domu. Lecz gdy wychodziłem z budynku usłyszałem: - Odwróć się. Odwróciłem się. Znów zauważyłem tą postać. Teraz widziałem ją dokładnie. - Nazywam się Gosu - zwrócił się do mnie. - Jaa... - chciałem odpowiedzieć. - Ty nazywasz się Talas.. wiem o tym. - Ale skąd?! - spytałem zdziwiony. - Obserwuje Cię od dawna. Dokładnie odkąd zacząłeś trenować sztuki walki. Patrzałem jak przychodzisz na każdy trening jak dajesz na nich z siebie wszystko. To mi się w Tobie spodobało. Wiem też, że masz pewną tajemnice - nagle zobaczyłem jak spod płaszczu zaczął wystawiać ogon - Też go masz prawda? - Tak, ale skąd to wiesz - nie usłyszałem odpowiedzi. - Jesteś Sayjanem... Czystej krwi ostatnim na Orionie. - Kim?? - pierwszy raz słyszałem te słowo. - Nic nie wiesz o swojej historii?! - Osobnik spytał się mnie zdziwiony. - Nie za bardzo. Gdy byłem bardzo mały zmarli moi rodzice. Ponoć w locie statku kosmicznego który miał awarie i rozbił się o meteoryt. Od czwartego roku życia opiekują się mną dziadkowie są dla mnie wszystkim. - Aha rozumiem. Widzę, że musisz poznać prawdę. - Prawdę? - powiedziałem zmieszany. - Tak, chodź za mną. Zaprowadzę Cię tam gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać - odpowiedział. - Dobrze. Ruszyliśmy. Przeszedliśmy dość spory kawałek drogi. Weszliśmy do pobliskiego lasu. Doszliśmy na polanę. Gosu się zatrzymał. - Cudowne miejsce - powiedziałem podziwiając pejzaż kwiatów połączonych z zielenią lasu. - Tak, cudowne - potwierdził. - Usiądź - wskazał mi dłonią pieniek, a sam zaczął mówić. - Jak już mówiłem jesteś Sayjanem czystej krwi. Sayjanie to dumny naród wojowników których siłą może sięgnąć niewyobrażalnego dla zwykłych ludzi poziomu. Ojczystą planetą ów wojowników jest Vejita. Została ona zniszczona przez Frizera. Był to pierwszy rok galaktyczny. Lecz Sayjanie przeczuli, że Frizer zaatakuje ich ukochaną planetę. Tak więc 10 lat przed tym wydarzeniem wysłali kapsuły czasowe, które miały przedłużyć ich egzystencje. Niestety nie wiadomo było kiedy wyjdą oni z czasoobiegu. Miano nadzieje, że około 150 roku kalendarza galaktycznego. Jednak tak się nie stało. Wydarzyło się to dopiero około 750 roku. Od tamtego momenty zaczeli tworzyć społeczeństwo wraz z ludźmi. Co doprowadziło, że z wyniku par ludzko-sayjanskich rodzili się pół-sayjanie. Którzy nie byli w stanie osiągnąć najwyższych pułapów możliwości Sayjan. W przeciągu wielu lat znikali Sayjanie prawdziwej krwi. Twoi rodzice byli ostatnimi z tego rodzaju wojowników. Sądzę, że dziadkowie nie chcieli powiedzieć kim są Sayjanie gdyż i tak sądzą, że nie ma kto Cię uczyć i trenować gdyż oni są już za starzy. Tak więc ostatnim Sayjanem które może posiąść tajemnice Veluxa jesteś Ty. - Veluxa? - Tak. Musisz zostać moim zastępcą i strzec go. - Lecz ja nie wiem nawet co to jest - odrzekłem. - Dowiesz się w odpowiednim czasie - usłyszałem. Nie zadowoliła mnie ta odpowiedz. Mimo to słuchałem dalej mojego towarzysza. - Musimy zacząć trenować. Najlepiej w górach na wyspie Gort. Tak więc będziesz musiał narazi opuścić znajomych i najbliższych. - Alee.... - Ale tylko Ty możesz przywrócić świetność naszemu ludowi - przerwał mi w pół zadania. Chwilkę się zawahałem. Lecz jego argumenty bardzo dobrze do mnie docierały. On sam był bardzo przekonujący. To jak mówił bardzo dobrze trafiało do odbiorcy. - Przemyśl to. Spotkamy się tu - odrzekł i znikł. - Czekaj!! Ale kiedy?! - wykrzyknąłem ale nadaremnie. Wróciłem do domu. Milczałem cały wieczór. Myślałem nad tym co dzisiaj przeżyłem. Starałem się zasnąć lecz nie mogłem. Non-stop o tym myślałem. Tak nie przespałem całej nocy. Rano wstałem z postanowieniem, że poświecę się dla mojego narodu mimo, że go nie znam do końca. W ten dzień nie poszedłem do szkoły. Zboczyłem z drogi i poszedłem w te miejsce gdzie wczoraj dowiedziałem się wiele o mojej historii. Gdy tam doszedłem on już tam stał. Wyglądał tak samo jak wczoraj. - Zdecydowałeś? - zapytał. - Tak. Postanowiłem poświęcić się dla tej sprawy. - Wyśmienicie. Jutro wyruszymy w drogę. Weź ze sobą tylko niezbędne rzeczy - to mówiąc znów zniknął. - Zacznę się chyba przyzwyczajać. Wałęsałem się cały dzień bez celu. Nie wiedziałem jak powiedzieć o tym dziadkom. O tym jak ich zostawiam po tym co dla mnie zrobili. Zaczęło się robić ciemno. Wróciłem do domu. Nie odezwałem się słowem do nich. Brakowało mi siły. Położyłem się spać. Spacer dobrze mi zrobił zasnąłem od razu. Wstałem jak co dzień rano. Zjadłem bułkę maślana. Dziadków nie było. Poszli jak każdego dnia rano do kościoła. Wykorzystując to, że ich nie ma spakowałem torbę. Napisałem im list. Potem wyleciałem z płaczem z domu. Biegłem bardzo długo. Dobiegłem W końcu na miejsce. Uspokoiłem się i jak nie trudno się domyśleć ujrzałem go. Mojego nowego trenera. - Ruszajmy! Dotknął mojego ramienia i natychmiast znaleźliśmy się w wyższej partii jednej z gór. - Ale jak?! - zapytałem całkowicie zaskoczony. - Niedługo się tego nauczysz. Teraz chodź pokaże Ci Twój nowy dom. Ruszył w stronę szczytu. Widok był cudowny. Rozciągał się na całe pasmo górskie. Szliśmy około 30 minut. W końcu doszliśmy to ustronnego miejsca gdzie było słychać tylko szum strumienia i śpiew ptaków. Moim oczom ukazała się niewielka drewniana chatka. Dach miała lekko spadzisty. - Wejdź - zaprosił mnie towarzysz który już w niej był. Tak też zrobiłem. Na środku pokoju był mały stolik na który wpadały przez okno strugi światła. Pod oknem z przeciwnej strony stały dwa pościelone łóżka. Była także szafa. Całość jednak wyglądała ponuro. - Będzie trzeba tu posprzątać - powiedziałem. - Zaraz tym się zajmiemy. Tak więc porządki szły szybko i sprawnie już w przeciągu godziny cały domek wyglądał tak jak powinien. Następnego dnia zaczęliśmy treningi. O około 8.00 rano poszliśmy na mała łąkę. - Tu będzie Twój pierwszy trening - powiedział. Na początku zwykłe rozciąganie i ogólna rozgrzewka. Lecz to co było dalej było dla mnie czymś niesamowitym. Gosu zaczął uczyć mnie jak panować nad swą energią wewnętrzną. Zaczęliśmy od lewitowania. Potem prześliśmy do latania. Po kilku tygodniach umiałem już atakować prostymi pociskami energii. Ciężko trenowałem. Umiałem już bardzo dużo. Nawet teleportacje na duże odległości. Na treningach już minęło 4 lata. Jak co dzień rano gdy szedłem z moim mentorem na trening... - Pamiętasz jak mówiłem, że musisz zostać moim następca? - spytał, - Tak - odpowiedziałem. - Tak więc teraz zrozumiesz moją historie i historie Veluxa. Nie cała lecz od czegoś musimy zacząć. Siadaj - wskazał na pieniek wśród kilku innych drzew. Usiadłem. - Obecnie mam 200lat - spojrzałem na niego jak na nieboszczyka - Tak 200lat. Ciekawi Cię pewnie dlaczego nie mam zmarszczek. Otóż Sayjanie nie starzeją się, ale nie miałem o tym mówić. Kiedyś gdy byłem jeszcze młody mieszkałem na planecie Vex. Planeta było wielkości Ziemi. Zamieszkiwali ją nameczanie oraz Sayjanie mieszkaliśmy w zgodzie. Na Vex panował wielki i dobroduszny namek o imieniu Aster. Jego rządy kierowały się ku pokojowi. Wioska która zamieszkiwałem nosiła nazwę Amir. Była położona wysoko w górach. Żyłem tam w małej chatce podobnej to tej w której my teraz mieszkamy wraz z moim ojcem. Miał on na imię Lex. Był on wielkim wojownikiem. Trenował mnie od najmłodszych lat. Uczył panować nad sobą i energią duchową. Niestety nie przykładałem się specjalnie czego później bardzo żałowałem... Treningi głównie odbywały się w górach. W wieku 10 lat potrafiłem już latać i atakować pociskami KI. To było jednak niczym w porównaniu do mocy mego ojca. Nieraz podglądałem jak on trenuje. To co widywałem było zaskakujące. Potrafił wywoływać eksplozje o wielkiej sile, a potem wszelkie zniszczenia cofać. Na treningach minęło mi do 17 roku życia. To znaczy aż do tragicznego dnia w którym mój ojciec zginał. Jak co dzień o około 9.00 szliśmy na trening. Jednak nawet nie przebyliśmy pół drogi, a zatrzymał nas tajemniczy osobnik. Nie odzywał się słowem. Był Icerem lecz jego imienia nie poznałem. Natychmiastowo zaatakował mojego ojca. Starał się go kopnąć w splot. Mój ojciec jednak zblokował jego atak. "Kim jesteś powiedział?" napastnik tylko odpowiedział "Gdzie jest Velux?! Oddaj mi go!!" "Nigdy!!" Odkrzyknął mój ojciec. Rozpoczęli walkę. Trwała bardzo długo siły były wyrównane. Ja sam usunąłem się za pobliską skałę. Wiedziałem, że i tak nie dam mu rady. Lex'owi zaczynało brakować sił. Coraz to silniejsze ciosy docierały do niego. W końcu upadł na ziemie. "Gdzie jest Velux?! Pytam ostatni raz!!" powiedział nieznajomy "Nigdy!" usłyszał w odzewie. Icer przygotowywał się do ostatniego ciosu. Gdy nagle znikąd ukazał się Aster nasz król. Uderzył napastnika, który odleciał na kilkanaście metrów. "Przekaż mu co zdołasz" powiedział nameczanin. Ojciec mnie zawołał. Podeszłem do niego. "Pochyl się i słuchaj... Dawno temu gdy Ciebie jeszcze nie było nawiedzili mnie bogowie Sayjan. Przynajmniej za owych się uważali. Przekazali mi Veluxa, świętą wodę naszej rasy. Miałem jej strzec. A gdy umrę miał zastąpić mnie mój potomek. Niedługo się to stanie sądzę, że nie jesteś jeszcze gotowy aby go chronić tak więc ukryłem go w odpowiednim miejscu. Aster powie Ci gdzie on jest" każde kolejne słowo wykańczało mojego ojca "Musisz go strzec za wszelką cenę! M...u...s...i...s.......zzzzzzz". W tym momencie umarł. Bardzo przeżyłem jego śmierć. Długo nie mogłem się z nią pogodzić. Lecz w końcu postanowiłem wziąć się w garść i odnaleźć Veluxa. Tak więc starałem się o spotkanie z Astrem. Jednak dowiedziałem się, że jest ciężko chory i nie mogę się z nim spotkać. Dzień po mojej wizycie zmarł. Straciłem wszelką nadzieje, że mogę znaleźć Velux. Mimo to zacząłem go szukać. Pierwszy raz od urodzenia opuściłem Vex. Wyleciałem kapsułą kosmiczną na Orion. Potem tu trenowałem pod bacznym okiem mojego nowego guru, Taursa. Spędziłem tam kilka lat, aż w końcu przez przypadek dowiedziałem się o tym, że pewien starzec na tamtej planecie wie nieco o owym Velux. Spotkałem się z nim. Stwierdził, że nie jestem godzien go jeszcze pilnować. Bardzo ta wiadomość mnie zdenerwowała, ale także i zmobilizowała. Trenowałem bardzo intensywnie przez kolejne trzy lata. Aż w końcu znów wyruszyłem na spotkanie ze starcem... Hhm zbliża się południe resztę opowiem Ci później teraz wracajmy na obiad bardzo zgłodniałem. - Dobrze - odpowiedziałem. Wróciliśmy do domu. Minęło już kilka dni odkąd mi to opowiadał a nadal nie dokończył. Może zrobi to dzisiaj?

Osiągnięcia: Osiągnął transformacje SSJ i SSJ 2.
 
Online: 01