Login:
Hasło:
-|| Anime Forever ||- Dragon Ball Nao Anime & Emulation Site SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER SSJ POWER
 
 

Ray

Rasa: Icer
Płeć: Męska
Wiek: 34 lat
Charakter: Neutralny - Zwykły Człowiek

Historia: Dzieciństwo... Podobno jest to najszczęśliwszy okres w życiu każdej istoty. Ze mną tak nie było. Zmarli moi rodzice i wychowywałem się na ulicy. Niestety potem zaczął się morderczy trening. Przygotwywano mnie i moich rówieśników do walki i zabijania. Na Taris, bo tak się nazywała moja rodzinna planeta, żyli sami Icerzy. Nie było nas wielu. Za to prowadziliśmy wiele wojen ze wszystkimi sąsiadami, w których gineliśmy, ale wrodzy ponosili wielokrotnie wieksze straty. Nasz król Zomar był niewiarygodnie potężny. To mu dawało władzę. Ogłosił się dożywotnim królem. Nam to nie przeszkadzało, gdyż był na tyle potężny, że wszytskie zdobyte Scoutery w jego pobliżu wybuchały. Następnie kazał kierować młodzików powyżej 100 jednostek siły na trening władania energią i walki. Tak więc uczono nas bitki oraz robiono nam swoiste pranie mózgu. Wierzylismy, że nikt oprócz nas w galaktyce się nie liczy. Po ukończeniu 15 lat przez najmłodszego z grupy włączono nas do armii jako elitarny oddział. Bylismy silniejsi niż przeciętny, starszy wojownk orazy byliśmy przygotowani do zabijania, choć niekoniecznie nasz charakter był zły do szpiku kości. Zomar był zachwycony takimi efektami treningu i kazał trenować więcej Icerów, nawet starszych. Nasza jednostka w pełni zgadzała się z poglądami króla i większości społeczeństwa. Po jakimś czasie prawie cała armia została wysłana na podbój planety zamieszkałej przez bliżej nie znane mi istoty. Oczywiście ja zaliczałem się do wysłanych wojowników. Lecieliśmy o własnych siłach przez kosmos, gdyż było nas za dużo na podróż statkami. Gdy dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazała się duża, zielona planeta. Pozornie życie płynęło na niej spokojnie. Ale to był tylko pozór. Gdy weszliśmy w atmosferę zaatakowały nas roboty. Każdy miał pole siłowe zdolne odbić większość naszych ataków oraz potężnie dizłko laserowe. Atakowaliśmy zaciekle, lecz na robotach nie robiło to większego wrażenia. Potem zmieniliśmy taktykę tak, że 10 żołnierzy atakowało 1 robota atakiem energetycznym. Ten sbosób walki okazał się skuteczny. Po chwili szala zwycięstwa przechyliła się na naszą stronę. Gdy zniszczyliśmy wszystkie roboty zaatakowali nas mieszkańcy planety, a raczej ich część, gdyż było ich około setki. Nie byli oni dla nas wyzwaniem, więc pozwoliliśmy im podlecieć na odległość kilku metrów. Wtedy niespodziewanie każdy z nich zdetonował przenośną bombę wywołując ogromny wybuch. Niestety siła eksplozji doszła do jądra planety niszcząc ją. Ja i kilku moich towarzyszy zdołaliśmy odlecieć na tyle daleko planety aby przeżyć. Zostaliśmy bardzo ciężko ranni, ale skierowaliśmy się w stronę Taris. Baliśmy się gniewu Zomara, gdyż z całej jego armii przeżyło tylko 6 niedoświadczonych wojowników. Lecieliśmy zatrwożeni z powrotem. Pewnego dnia po drodze zauważyliśmy jakąś chmarę kulek lecących w stronę centrum galaktyki. Zignorowaliśmy je i lecieliśmy dalej. Ku naszemu zdziwieniu na miejscu przywitano nas jak bohaterów. Sam Zomar zaprosił nas do siebie. Ujżeliśmy wielkiego na 2 metry Icera z dużymi rogami na głowie. - Witajcie bohaterowie- przywitał nas - Jestem bardzo szczęśliwy z waszego powrotu. Moi zwiadowcy już mi donieśli co się stało. Jestem z was dumny, że tu jesteście. Nie tylko dowiodliście swojej siły, ale przynosicie chwałe swojemu programowi szkoleniowemu, a zarazem mnie. Rozumiem, że jesteście zmęczeni i chcecie wypocząć. Przygotowałem dla was luksusowe apartamenty, a o nagrodzie pomówimy później. Idźcie i się rozgoście. - Po wygłoszeniu tej mowy, wyuczonej jakby na pamieć, bez słowa wyszliśmy i zostaliśmy zaprowadzeni do naszych apartamentów. Gdy już byłem w środku zdałem sobię sprawę z tego, że zapomniałem mu powiedzieć o tych kulkach, które mogłyby być sławnymi statkami Saiyan-jinów. Pszedłem do jego sali tronowej i zobaczyłem uchylone drzwi. Usłyszałem cichą rozmowę: - Panie, wszystko idzie po naszej mysli. Mój... - tutaj na chwilę zatrzymał się, zapewne widząc spojrzenie Zomara - Chciałem powiedzieć Twój pomysł z zabiciem tych głupców był wspaniały. Nie dość, że pozbyliśmy się głownego zagrożenia do obalenia tronu to jeszcze zwiększyliśmy Twoje poparcie dzięki tym chłystkom co przeżyli. Na dodatek mamy naprawdę silną grupkę wojowników. Ten najsilniejszy i chyba najstarszy...tak chyba nazywa się Ray... ma ponad 10 000 BP! Według moich informacji jest on w pierwszej dziesiątce wojowników na tej planecie. Moglibyśmy zrobić z niego świetnego sługusa i Twojego straznika. - słowa te były wypowiadane bardzo szybko, podnieconym głosem. - Tak masz rację. Niestety on jest bardzo inteligentny i mógłby się szybko zorientować, że nim manipulujemy. Trzeba z nim postępować bardzo ostrożnie - zagrzmiał Zomar. Usłyszawszy te słowa doznalem silnego szoku. Szybko skierowałem się do swojej komnaty i zacząłem myśleć o ostatnich zdarzeniach. Nie spałem całą noc. Nastepnego ranka powiedziałem o tym co wczoraj zaszło swoim kolegom. Oni mi nie uwierzyli. Zasmucony udałem się do swojej komnaty. Po jakimś czasie do pomieszczenia wpadło kilkunastu strażników. Dwóch z nich złapało mnie za ramię, a trzeci w rękawiczkach przycisnął jakieś małe pudełeczko do mojej dłoni. Następnie powiedział: - Pójdziesz z nami zdrajco.- na to odrzekłem - Ale ja nic nie zrobiłem! - Strażnik z demonicznym uśmieszkiem ogłuszył mnie... Obudziłem się na środku gęsto zaludnionego placu przed pałacem króla Zomara. Byłem związany energetycznymi kajdanami. Po chwili zorientowałem się, że jestem w Skarcicielu. Była to nasza wersja tzw. gilotyny z energetycznym ostrzem zasilanym przez kilku wojowników. Pod podestem znajdowały się tysiące moich braci. Najbliżej był Zomar wraz ze sługami, sąd oraz moi kompani. Sędzia uciszył tłum podnosząc prawą rękę. W mgnieniu oka zapanowała cisza. Następnie wzniósł się w górę na pare metrów i odczytał wyrok: - Ja, sędzia najwyższy planety Taris, na mocy powieżonego mi prawa skazuję tego oto żołnierza imieniem Ray na śmierć w Skarcicielu za akt zdrady i próbę ludobójstwa.- mówił to spokojnym, lecz donisłym i głośnym głosem. Od razu odpowidziałem: - Jak to? Przecież nic nie zrobiłem. O co tu chodzi? - sędzia szybko mnie skarcił słowam: - Proszę o spokój! Uzasadnienie wyroku: kilkanaście godzin temu winny namawiał swoich towarzyszy do zdrady oraz nastawał na dobre imię naszego wielkiego władcy, króla Zomara. Następnie po uzyskaniu odmowy udał się w okolice jądra naszej planety i tam rozstawił ładunki neutronowe o ogromnej sile rażenia. Na szczęscie jego koledy powiadomili nas o akcie zdrady, a my w porę znaleźliśmy winnego. Miał on w ręku zdalny detonator. W ostatniej chwili ten oto strażnik - tutaj wskazał na ponurego Icera, który mnie ogłuszył - wyrwał mu go za pomocą telekinezy i nie doprowadził do wybuchu. Aby udowodnić winę zebraliśmy ślady DNA z detonatora. Oczywiście były to ślady winnego. Ładunki już zneutralizowano. Proszę wykonać wyrok... - Po wypowiedzeniu tych słów wiedziałem, że tak okrutnie wrobiony nie mam szans na przeżycie. Próbowałem się uwolnić, lecz byłem za słaby. Tłum krzyczał: -Zabić zdrajce!!!- W tym momencie na niebie pokazała się znajoma mi chmara kulek. *Tak!* pomyślałem *Jestem uratowany!*. Byli to Saiyani. Szybko wyszli ze swoich statków, umieścili sztuczny księzyc na niebie i jako małpy zaatakowały Taris. Rozpoczęła się krwawa walka. Z tego co zauważyłem nawet Zomar został na polu bitwy żeby walczyć. Trup ścielił się gęsto, a ja skuty leżałem w Skarcicielu. Na szczęście w moje kajdany uderzył jakiś atak energetyczny z ust jednej z małp. Byłem wolny! Cichaczem, czując, że nic mnie tu nie trzyma przedostałem sie do pustago pałacu i tam znalazłem szybki statek. Wsiadłem na jego pokład i odleciałem. Miałem wielkie szczęście, gdyż ani jeden pocisk we mnie nie trafił. Cudem odleciałem...

Wylądowałem na dziwnej planecie. Niestety mój statek sie rozbił i straciłem przytomność. Obudziłem się w jakimś zbiorniku z wodą. Obok mnie, w takich samych zbiornikach było dwóch Saiyan i jedna Saiyanka. Gdy wydostałem się ze zbiornika, zobaczyłem, że ci Saiyani są ode mnie silnijsi. Nie zaatakowałem ich, gdyż byłem wdzięczny tej rasie za ocalenie mnie. Zapoznałe się z nimi. Była to Vidia, Zook oraz Ivan. Dowiedziałem się od nich, że jesteśmy na Pangei. Razem walczylismy żeby się wydostać z tego laboratorium. Później okazało się, że Vidia jest chora. Przy nich moje obyczaje złagodziały, więc pomogłem innym odszukać dla niej lek. Dowiedzieliśmy się, że i my jesteśmy chorzy, więc była to dla nas dodatkowa motywacja. Po wykonaniu zadania dziwnym trafem przeniosłem się na inną, tym razem słąwna planetę. Był to Smoczy Księżyc. Poznałem tam Traingle'a - dzielnego nameczańskiego wojownika, walczącego w imie dobra, Oniera - tyrana, któryego imperium podbiło Smocze Wyspy i Księżyc, Szuma i Jonatana oraz Micra - młodych saiyan, jak się później okazało Micro był Kaioshinem, Blade'a - dziwnego człowieka, o któtym jakiś dziwak mówił, że jest demonem i innych. Tak naprawdę Blade jest zagadką, bo teraz zmienił wygląd, ale poznaję go po zachowaniu oraz po tym, że dalej zwą go Blade. Uczestniczyłem w ratowaniu Smoczych Wysp, zniszczonych przez złego ducha siedzącego w Ragnarze, sam zadając mu wraz z Mamrem ostateczny cios. W tym zadaniu bardzo pomogła nam Eliana, przybrana matka Szuma. Później Smocze Wyspy były kilkakrotnie atakowane, lecz prawdzie zagrożenie stanowili dla nas złe stworzenia przybyłe z zaświatów. Wtedy na Smoczy Księzyc trafili moi starzy znajomi: Vidia i Ivan. Niestety jeszcze się nie uporalismy z najedźcami, ale pomogą nam w tym Eliana oraz Duchowi Wojownicy, czyli bardzo dziwni ludzie, którzy do walki wysyłają swojego ducha, a nie ciała. Mam nadzieję, że się nam powiedzie...

Osiągnięcia: Osiągnął transformację Przemiana Icera - stopień 5.
 
Online: 01