[FanFick] Saiyan Power Forces
Moderator: Moderatorzy
Nie będę podpowiadać ale to ma coś wspólnego ze straszną postacią co była wcześniej napisana dużo wcześniej i związane to z Anime H... S..G nie chcę podpowiadać za bardzo niektórzy znają to Anime hehe ze mną w fanficku i tym na co Dae się zgodził będzie rozróba lepiej chorńcie s..je domyślcie się co to za pomysł był musicie uzupełnić sobie te wolne miejsca żęby wiedzieć co będzie ale nie wiem czy w następnym rozdziale da Dae
1. I tak miałem zamiar go dać - ale później XDMark pisze:a ja może dojdę a wogóle to zaproponowałem pomysł pewien Daemu a on się zgodził hehehe
3. Zgłoszenie przyjęte
4. Narazie robie sobie trocho odpoczynku i nie będe pisać za dużo - do końca tygodnia. Powód: Nie mam czasu siedzieć przed kompem...
Rozdział XXXXIV - Sojusznicy, czy skrytobójcy?
Lekki wiatr zawiał od zachodniej strony. Naprzeciw siebie stali dwaj mężczyźni. Patrzyli sobie w oczy. Jeden z nich się uśmiechał. Nieopodal w milczeniu i zazdrości stał kolejny mężczyzna. Dwóch patrzących na siebie stali w bezruchu, wreszcie i drugi się uśmiechnął mówiąc:
- Żeby mieć taki tupet, mam nadzieję, że jesteś gotów - powiedział Groly
- Jak zawsze - powiedział Dyninio podnosząc obie ręce nieco do góry i wysuwając lewą nogę do przodu. Stał w pozycji bojowej, lekko się schylił uginając kolana - Zacznij!
Saiyan Groly jednym skokiem dostał się obok Dyninia, zrobił to tak szybko, że ten ledwo zorientował się, że jest zagrożony. Groly zamachnął prawą ręką od dołu uderzając chcącego uniknąć Dyninia, który jęknął tylko z bólu czując twardą prawicę Grolyego gniotącą jego brzuch. Olimpianin przyjmując na siebie całą siłę brata Brolyego z impetem poleciał w tył. Leciał naprawde szybko, dosłownie przebijał się przez powietrze. Zatrzymał się po kilkudziesięciu metrach, poprzednio wbijając się w ziemię, o którą zarył po drodze kilkunastu metrów. Leżał w dziurze, którą sam wyrzeźbił przebijając się przez trawę i kamienie. Wszystko go bolało, po jednym uderzeniu Grolyego. "Kimże on jest? Czy to potwór!?!" - pomyślał Dyninio. Wiedział jednak, że nie ma do czynienia z potworem, a z Saiyanem, bratem legendarnego Brolyego - A może to był "Legendarny Groly", w którego cieniu Broly mógł się tylko chować? Nie miał pojęcia. Nie myślał o tym też za długo. Trzęsąc się z bólu, zimna i wysiłku powoli zaczął się ruszać. Wiatr, który niedawno mu nie przeszkadzał, teraz denerwował go strasznie. Wlatywał w pęknięcia i szpary w ubraniu, które powstały w wyniku przebijania się przez ziemię z kamieniami. Dyninio całyczas miał otwarte oczy. Widział jak Groly nie ma uśmiechu na twarzy, nie cieszyło go to, co zrobił. Stał daleko, bardzo daleko od Dyninia nie przejmując się nim. Myślał, że to koniec - mylił się.
Dyninio leżał na plecach, obrócił się z trudem na brzuch lekko odgarniając ziemię. Wtedy podniósł ręce i zaczął odpychać się od ziemi. Podniósł się na kolana. Wtedy powoli wstał na nogi i obrócił się. Przymknął lewe oko i ciężko dyszał. Stał skulony, pochylony do przodu, jego ręce luźno zwisały ku ziemi. Patrzał w dal ledwie widząc Grolyego.
- To nie ma sensu - powiedział Groly - Ty jesteś za słaby dla mnie, ja jestem za słaby dla niego... Jeszcze...
Dyninio tego nie słyszał. Nie mógł słyszeć. Dzieliło ich co najmniej dwadzieścia metrów, przez które przeleciał będąc uderzonym pięścią. "Taka siła..." - pomyślał Dyninio - "Żeby taką mieć... Nie czas na to teraz, myśl, co możesz zrobić, myśl..."
Stojący nieopodal Grolyego, a nieco dalej od wybitego przez właśnie niego Dyninia, stał Adrian wbijając swój wzrok w brata Brolyego. Nigdy nie widział kogoś tak potężnego. Wiedział, że on, Adrian, jest może o troche silniejszy od Dyninia, a ten oto tu Groly jednym atakiem prawie go unieruchomił na dobre. Saiyan nie wiedział, co by zrobił na miejscu swojego przyjaciela, ale wiedział jedno - nie poddałby się, jeszcze nie. Tak i zrobił Dyninio.
Olimpianin zrobił wymach całym ciałem w lewo, potem w prawo. Chciał się upewnić, czy może się ruszyć. Zaraz po tym ruszył do przodu, przechylił się, a nogi same układały mu się do przodu broniąc go przed przewróceniem się. Biegnąc w ten sposób zaczął krzyczeć, nie dlatego, bo był nienormalny - ale czuł ból na objętości wszystkich mięśni, które piekły go nieprzeciętnie. Każdy krok był dla niego jak wbicie miecza, z tą różnicą, że bardziej bolał i nie ranił go. Będąc kilka metrów przed wyprostowanym, pewnym siebie, Grolym otworzył drugie oko, przez co jego zasięg widzenia, jak i jakość, się polepszyły. Groly obrócił głowę w stronę Dyninia i powiedział.
- Nie walcz dalej, potrenuj, wróć, jak będziesz gotów - powiedział Groly
- Jestem gotów! - zawołał Dyninio przerywając bieg i rzucając się na przeciwnika z pięściami.
Na pięści, jaką zrobił Dyninio, pojawiła się poświata. Widać było, że wsadził w nią dużą część energii, jaką posiadał.
- Co!?! - zawołał Adrian widząc co robi Dyninio.
Adrian pierwszy raz widział coś takiego. On opracował podobny atak, ale nie taki. Ten był odrobinkę inny, miał tylko ten sam początek, ale Adrian najlepiej z bohaterów znał Dyninia. Właśnie to on z nim spędzał najwięcej czasu i wiedział, co będzie dalej. Przyglądał się chcąc zaspokoić ciekawość.
[center]***[/center]
"Co się stało?" - pomyślał - "Gdzie ja jestem... I czemu kręci mi się w głowie?". Czarnowłosy chłopak otworzył oczy. Był w jakimś pomieszczeniu, małym pokoju, którego ściany były z drewna. Powoli się podniósł i rozejrzał. Było mu raczej ciepło. Siedział na łóżku z białą kołdrą, którą był przykryty. Zrzucił ją z siebie, aby wstać. Jeszcze troszke kręciło mu się w głowie, dlatego dla pewności podparł się o ścianę, która była obok. Pokój miał jedno okno, przez które wpadało światło. Było lekko uchylone, zapewne w celu wymiany powietrza z pomieszczenia. Na ścianie wisiało kilka obrazów - zapewne kupionych i zawieszonych w niezmienionej postaci. Obok łóżka był mały stoliczek, na którym znajdowała się świeczka, nie zapalona.
Chłopak podszedł do okna, żeby rzucić okiem na okolice. Widział łąke, a w odległości kilkudziesięciu metrów las. Chmury były miejscami ciemne, mogłoby padać, jednak byłoby to dziwne, gdyż słońce było widać na niebie tuż obok ciemnych chmur.
Czarnowłosy nastolatek podszedł do drzwi wyjściowych z pokoju, jednak zawachał się chcąc je otworzyć. Miał przeczucie, że tam ktoś jest i bał się go. Słyszał tak jakby głos wewnętrzy, kazujący mu uciekać, jednak ciekawość była silniejsza. Mimo gwizdu, pisku, jaki słyszał spojrzał przez dziurkę od klucza. Nie widział jednak nikogo. Próbował coś podsłuchać - też nic. "O co wogóle chodzi?" - zastanawiał się. Wyprostował się, przełknął ślinę i nacisnął klamke. Drzwi wychyliły się do wnętrza pokoju, w którym był. Przeszedł na przedsionek, gdzie nie było nikogo. Idąc stanął na małym kawałku drewna, gałązce, która pękła pod jego nogami. Stanął jak wryty. Serce przyspieszyło bicie, trząsł się ze strachu. Wystarczyło jedno...
- Buuuu! - usłyszał obok siebie czarnowłosy chłopak
Nastolatek podskoczył i przewrócił się ze strachu. Serce biło mu jeszcze szybciej, obrócił się. Myślał, że nie żyje, a chłopak, którego widzi przed sobą, jest aniołem. Jednak białowłosy chłopak nie był aniołem i dużo mu do tego brakowało.
- Wstawaj, nie musisz czyścić mi podłogi - powiedział białowłosy chłopak
- Kim... Kim jesteś!?! - zapytał czarnowłosy nastolatek podnosząc się z podłogi. Jego serce powoli wracało do pracy w normalnych warunkach, a strach zanikał.
- Ja tu zadaje pytania - powiedział białowłosy - Usiądź przy stole, przyniose coś do jedzenia, pewnie jesteś głodny
"Jak jasna cholera!" - pomyślał czarnowłosy chłopak - "Złym pomysłem było wyjść z domu nie jedząc obiadu... Złym pomysłem było wyjść z domu...". Nastolatek podszedł do dębowego stołu i usiadł na jednym z twardych, drewnianych krzeseł. Był bardzo ciekawy kim jest ten chłopak, który z nim rozmawiał... Czy to nie ten sam, który niósł go na plecach, tam, w lesie? Czyżby go tutaj przyniósł?
- Częstuj się - powiedział białowłosy chłopak wchodząc do pokoju, po czym postawił talerz z kanapkami na stole
Nastolatek był bardzo głodny, ale trochę się krępował, chciał już sięgnąć po kanapkę, ale jego wzrok zetknął się ze wzrokiem białowłosego chłopaka i zrezygnował.
- Śmiało, nie gryzę - powiedział chłopak o włosach białych do ramion
W odpowiedzi na akcję nieznajomego nastolatek wziął kanapkę i zaczął ją jeść. Była nawet smaczna, przeciętna, tylko, że on był bardzo głodny. Zjadł jedną kanapkę, później drugą, trzecią... Chłopak o białych włosach uprzedził jego pytanie wskazując na stojącą z drugiej strony stołu wodę, której nastolatek nalał sobie do szklanki i wypił.
- Możesz już rozmawiać? - zapytał chłopak o białych włosach
- Yhym, a o czym? - zapytał nastolatek
- Kim jesteś i skąd się tam wziąłeś? - zapytał białowłosy chłopak
- Tam? - zapytał niepewien nastolatek
- Wyszedłeś zza drzewa i wtedy on rzucił się na ciebie - powiedział białowłosy chłopak
- Chodzi ci o tą bestię? Co to było!?! - zapytał czarnowłosy przypominając sobie potwora, jaki się na niego rzucił
- To ja tu zadaje pytania, więc? Kim ty wogóle jesteś? - zapytał białowłosy
- Nazywam się Radek i jestem dzieckiem Dasal'a i Karoliny Para - mówił nastolatek - Mam trzynaście lat i to chyba wszystko. Jestem zakręconym dzieckiem... Co więcej?
- Skąd się tam wziąłeś? - zapytał nieznajomy
- Nie wiem dlaczego, ale coś mnie tam ciągło... - kontynuował Radek - Usłyszałem ten dźwięk i...
- Jaki dźwięk? - dopytywał nieznajomy
- Raczej pisk, jakby trzeszczenie basów i krzyk operzystki na raz - powiedział Radek - Byłem ciekawy co to było i tam poszedłem, wtedy zobaczyłem...
- To wszystko, co chciałem wiedzieć. Wstań, proszę - powiedział nieznajomy
Radek choć nie wiedział dlaczego miał wstać, wstał.
- Obróć się w miejscu - powiedział nieznajomy - Szybko
Radek wciąż nie wiedział o co chodzi białowłosemu chłopakowi, ale zrobił to, o co prosił. Obrócił się w miejscu, a ten patrzał na niego, jakby czegoś szukał.
- Dobra, dzięki, już wiem kim jesteś - powiedział białowłosy - Twój ojciec mieszka na Ziemi?
- A jak? Przecież nie żyją ludzie na księżycu... - powiedział Radek
- Ehhh, ile ty jeszcze nie wiesz... Nie jesteś człowiekiem, twoja matka tak, ale ty nie - powiedział białowłosy - Szok? Dobra, wyjaśnie Ci, twój ojciec jest Saiyanem, nie wiem dlaczego i jak, ale zamieszkał na ziemi. Ty jesteś jego synem z ludzką kobietą, pół człowiekiem i pół saiyanem jednocześnie. Cieszysz się?
- Że co? - zapytał Radek nie wiedząc o co chodzi nieznajomemu
- Dobra, zapamiętaj to imie. Nazywam się Rauko i od teraz biorę cie pod swoją opiekę - powiedział nieznajomy - I słuchaj, opowiem Ci więcej o tym kim jesteś i kim są Saiyanie...
[center]***[/center]
Bobercik biegnąc mógł już zobaczyć koniec lasu. Od pewnego czasu widział wyższą od drzew bestię, która kiedyś była jego nauczycielem, jeżeli chodzi o sztuki walki. Teraz dopiero dostrzegł, że nie tylko w sprawach sztuk walki. On przekazywał mu całą swoją wiedzę, pozwalając samemu się domyślać i rozumować na swój sposób. Był dla niego jak... Jak brat, którego nigdy nie miał. Może nieczęsto coś mówił do niego, ale jeżeli już, to te słowa bardzo mu pomagały. Widział teraz Daegurtha przekształconego w bestie, nie czuł za bardzo więzi braterskiej, o jakiej przed chwilą wspominał. Czuł, że on tam jest, gdzieś wewnątrz ogromnej, kilkunasto-metrowej bestii jest jego przyjaciel, mistrz i prawie że brat - Daegurth.
Jego rozważania przerwał nagle Sesshomaru, słowami:
- Przygotuj się - powiedział Sesshomaru - Bądź gotowy na wszystko, nawet na śmierć i jeszcze jedno
- Co? - zapytał Bobercik
- Jeżeli będziesz chciał tam umrzeć, to wleć pod mój miecz - powiedział arogancko Sesshomaru
- Heh, super, gdy będe miał umrzeć to specjalnie dam się zabić tobie... - powiedział Bobercik
- Nie rozumiesz - powiedział Sesshomaru zatrzymując się, po chwili zatrzymał się i Bobercik. Podszedł do Youkai, a ten kontynuował - Ta bestia może zniszczyć wszystko, cały wymiar ten i może inne. Może nie być nikogo, kto ją powstrzyma, nikogo. Jeżeli więc miałbyś umrzeć, to wpadnij pod mój miecz, niech to ja przeleję twoją krew. Wtedy będe mógł odebrać całą twoją moc, powinienem stać się silniejszy od Daegurtha, wiele silniejszy
- A co ja z tego będe miał? - zapytał Bobercik - Dlaczego ty nie dasz się zabić?
Sesshomaru ruszył do dalszego biegu, dopiero po chwili odpowiedział.
- Są dwa powody - powiedział Sesshomaru - Po pierwsze, nie jesteś gotowy na przyjęcie mojej energii, rozsadziłoby cie, o ile byś wogóle nie zginął. A po drugie, jesteś tylko nędznym zwierzęciem, w porównaniu do mnie, prawdziwego Youkai
- Nieprawda - zaprzeczył Bobercik - To ty jesteś tylko nędznym Youkai w porównaniu do prawdziwego Saiyana...
Sesshomaru obrócił głowę i spojrzał Bobercikowi w oczy. Prawie nigdy nie patrzał nikomu prosto w oczy. Zaciekawiła go jednak odpowiedź Bobercika. "Prawdziwy Saiyan... Taki jak Daegurth, czyżby mógłby być i taki silny?" - zastanawiał się Sesshomaru. Szybko jednak spowrotem obrócił głowę w stronę bestii, która stała już niedaleko.
Bobercik i Sesshomaru zatrzymali się.
- Więc co robimy? - zapytał Bobercik - Szarża?
- Zły pomysł - powiedział Sesshomaru - Zabije nas zanim do niego dojdziemy
- A może zajdziemy go z dwóch stron? - zapytał Bobercik
- Ani ty, ani ja, nie będziemy w stanie go zranić, nawet atakując z dwóch stron - powiedział Sesshomaru - Zostaje tylko jedno...
- Co? - zapytał Bobercik
Sesshomaru zawahał się. Bobercik o tym nie wiedział, że on chciał chwycić za miecz i odciąć mu głowe. Nie uniknąłby. Zaczął ufać Sesshomaru, a ten... Chyba zaczął czuć więź łączącą go z Bobercikiem. Czy to była przyjaźń? Czy coś innego? Nie wiedział, nigdy nie czuł się tak dziwnie. A mógłby mieć tą upragnioną moc i uciekać z tego wymiaru...
- Musimy się zastanowić - powiedział wreszcie Sesshomaru przebijając się przez ryk jaki wydała bestia - Mamy tylko jedną szansą
- Więc może zaatakujemy razem, są szanse, że zrównamy mu siłą jak będziemy razem walczyć? - zapytał Bobercik
"Razem walczyć - pięknie brzmi" - pomyślał Sesshomaru. Nie miał jednak najmniejszego pojęcia jak to jest walczyć z kimś u boku. Jak dotąd miał sposobność korzystania tylko z usług Jakona, jego demoniego sługi, względnie Rin, małej dziewczynki, którą kiedyś ocalił. Ale nigdy nie współpracował z nikim, prócz... Inuyasha, jego brat, którego zabił w szale, którego tak się bał momentami...
- Dobrze - powiedział Sesshomaru nie wiedząc, co z tego będzie
Bobercik i Sesshomaru wybiegli zza drzew, po chwili byli w kraterze w jakim jeszcze przebywała bestia. Youkai wyciągnął swój potężny miecz i podniósł go lekko do góry - był gotów do ataku. Bobercik biegnąc starał się skupić swoją moc, choć to nie było łatwe. Przymknął na chwile oczy - wystarczyło, teraz był w stanie stosować wszystkie techniki ki, jakie znał. Czuł, że energia rozeszła się po całym jego ciele i zaczęła przepływać w nim, zupełnie jak krew, tylko z tą różnicą, że krew płynie w żyłach i tętnicach.
Sesshomaru ze względu na to, że był Youkai był w stanie zobaczyć energię niewysoko unoszącą się z Bobercika, który sam nie mógł jej widzieć. Tym razem Youkai cieszył się, że ta osoba walczy po jego stronie, a nie przeciwko jemu.
Monstrum obróciło głowę w stronę w stronę Bobercika i Sesshomaru. Youkai pobiegł od razu do przodu, Bobercik jednak spojrzał bestii głęboko w oczy, bardzo głęboko, jakby były zaczarowane...
Bobercik unosił się w powietrzu, w jakimś dziwnym, nie znanym sobie miejscu. Widział w oddali coś, planetę, do której się zbliżał. Całyczas była w ruchu, ruszała się każda jej cząstka, jakby była żywa... W miarę jak się zbliżał widział coraz wyraźniej. Bardzo duża część poruszających się obiektów to małe, lekko świecące kulki. Mniejsza niż ta pierwsza część, to potwory. Ogromne szkarady, które biegły w jednym kierunku - w kierunku smoka stojącego niedaleko Bobercika.
Smok był ogromny, jego czerwone łuski odbijały dużą część światła, lśniły swym pięknym kolorem. Mimo to patrząc na "twarz" smoka Bobercikowi wydawało się, że to wciąż dziecko. Ale zaraz... Coś, albo ktoś jest tuż obok smoka. Była tam jasnoświecąca kulka, której olbrzym bronił przed chcącymi ją zgładzić bestiami. Machał ogonem, zionął ogniem, czy też rozgryzał potwory na kawałeczki. Bobercik mimowolnie tam poleciał, coś go tam ciągnęło. Zobaczył tam leżące ciało Daegurtha, a obok niego jasną kulkę. Podbiegł do niego i próbował go obudzić - nic to nie dało. Obrócił się w lewo i zobaczył jak jakieś trzy potory z ogromnymi szponami i ostrymi zębiskami rzuciły się na niego. Nie zdążył nic zrobić, nie zdążyłby. Ocaliło go machnięcie ogonem, którym smok zmiótł wszystkie trzy bestie.
- Nie powinienieś tu przychodzić - powiedział smok - To nie miejsce dla ciebie
- Co... Co tutaj się dzieje!?! - zapytał Bobercik - I jak ja tutaj przyszłem?
- Nawet nie wiesz, to wszystko wyjaśnia - spokojnie, telepatycznie odpowiedział smok. Drake nie lubiał mówić w sposób "normalny", bo język ludzki był bardzo trudny dla smoków - Jeszcze nie jest za późno, żeby stąd uciec
- A co z Daegurthem? - zapytał Bobercik - Czemu on tam leży, jest martwy?
- Można to tak nazwać - powiedział smok - Ta najjaśniejsza ze wszystkich kulek, to jego dusza, jednak nie wierzę by... Ciągle mnie zaskakujesz Daegurth!
Saiyan zwany Daegurthem nagle zmienił swój kształt, nie był już świecącą kulką, przybrał postać, swoją dawną postać. Miał wciąż długie rudo-czerwone włosy, nie miał na sobie zaś płaszcza, a długie granatowe, luźne spodnie i czarny podkoszulek z napisem: "Vinid Redon of the Sound". Bobercik i smok patrzyli na niego, ten się uśmiechał. Brat Roksi był zdziwiony, nieczęsto widział uśmiech na twarzy swojego nauczyciela, a teraz utrzymywał się przez dłuższy czas. Daegurth wolnym krokiem podszedł do Bobercika.
- Bobercik, udało ci się wejść w mój umysł, użyłeś telepatii, choć nie wiem jak - powiedział Daegurth - Nieważne, wciąż możesz mnie powstrzymać, masz
Saiyan wyciągnął ręke do przodu. Był w niej jakiś zwój, wyglądał na lekko zniszczony. Bobercik zabrał go i chciał otworzyć, ale Daegurth zatrzymał go.
- Nie, nie teraz. Jak stąd wyjdziesz, w normalnym świecie - powiedział Daegurth - On się sam zaktywuje. A teraz żegnaj, do zobaczenia w piekle...
- Że co? - zapytał Bobercik - Dałeś mi ten zwój, żebym cie zabił?
Zanim czegokolwiek się Bobercik dowiedział, to Daegurth zrobił jeden znak na prawej ręce, a Bobercik natychmiast zniknął.
- Drake, my chyba też się rozstaniemy - powiedział Daegurth - Powinieneś zyskać pełną kontrolę nad moim ciałem
- Jednak to ty mnie chowałeś przez tyle czasu... Dlaczego nie możesz z tym walczyć? - zapytał Drake - Dlaczego?
- Bo... Nie moge już... Opadam z sił, poza tym zasługuje na śmierć. Zabiłem większość z nich, teraz moja kolej... - powiedział Daegurth
- Ale ty chciałeś nawet ocalić tych, których nie zabiłeś - powiedział Drake - To czyn bardziej szlachetny, niż zły
- Szlachetny, czy nie, nie ukończony, spaprany na wszystkie fronty, wpieprzyłem się w to za bardzo, a teraz czeka mnie za to kara... - po twarzy Daegurtha spłynęła jedna maleńka łza, jednak ten wciąż się uśmiechał
- Dobrze wiesz, że to nie ty płaczesz - powiedział Drake - Dlatego właśnie powinieneś żyć
- Nie mam już siły, gdybym tylko był wystarczająco silny...
[center]***[/center]
Powieki Bobercika nagle się rozwarły, jego oczy spojrzały na świat, realny świat. Wydawało mu się, że minęło kilka minut, jednak zobaczył, że jak patrzał na bestie i ona na niego, tak było i teraz - z jedną różnicą: Saiyan trzymał w ręku zwój. Sesshomaru zobaczył, że coś jest nie tak, obrócił się w stronę Bobercika nie wiedząc, co on robi. Po chwili, jak obaczył zwój w ręce jego zrozumiał, jednak nie do końca. Wystarczyło mu to.
- No, dalej! - zawołał Sesshomaru - Nie wiem co tam masz, ale to napewno ważne!
- Ale... To może go zabić, ostatecznie, a ja... Widziałem go... - powiedział Bobercik - Rozmawiałem z nim i...
- Nie ważne, dawaj ten zwój, jak go nie umiesz użyć! - zawołał Sesshomaru
Bobercik spojrzał na zwój, potem na zbliżającego się w jego stronę Sesshomaru. Coś nim targnęło, nie chciał oddać pergaminu do rąk Youkai, powoli go zaczął rozwijać. Chciał przestać, ale nie mógł, jakby coś, albo ktoś, zawładnął jego ciałem. Po chcili cały pergamin był widoczny, nie był już zwninięty, widać było wielobarwne napisy na jego powierzchni, które zaczęły się świecić tak jasnym światłem, że nie dało się nawet ich odczytać. Nagle pergamin rozpadł się na kawałeczki, które rozpłynęły się w powietrzu. Bobercik zamknął oczy, nie panował nad sobą, czuł wszystko co się dzieje, ale nie mógł się ruszyć, ani nic powiedzieć. Stał tak przez chwilę. Nie widział, że wokół niego pojawiły się jasno-świecące kulki, które dosyć powoli krążyły wokół niego. Szybko i pewnie otworzył oczy i podniósł prawą ręke do góry. Kulki natychmiast, jak na komendę, poleciały w tamtą stronę. Następnie Bobercik machnął prawą ręką w dół, a kulki w powietrzu pokryły się ogniem. Wokół świecących jasno-niebieskim kolorem kulek latały teraz smugi czerwonego ognia. Kulki zderzyły się z ziemią i... Zniknęły. Ziemia zaczęła się trząść, zrobiło się gorąco, naprawde gorąco...
[center]***[/center]
Kris szedł przez białe pustkowia. Było mu troche zimno i czuł się samotny. Dopiero teraz zrozumiał, że przyjść tutaj samemu, to był głupi pomysł. Szybko wyszedł z domu i jak tylko mógł biegł na tą całą "Arktyke", której lokalizacje pokazywała mu mapa. Początkowo było tak sobie, biegł przez łąki, lasy i miasta. Z czasem jednak zrobiło się chłodniej. Saiyan poczuł wtedy, jakby coś w nim odżyło, przyspieszył i prawie wogóle się nie męczył. Sam niewiedział dlaczego. Jednak później robiło się coraz zimniej, a przyrodę zaczął pokrywać śnieg. W miarę czasu, dużo zimnego śniegu, który ledwo się trzymał w niektórych miejscach. Kris dziwił się jak malutkie drzewka mogą wytrzymać pod takim potężnym masywem śniegu. Po jeszcze chwili nie widział nawet jednego drzewka, a ocean śniegu. Nie od parady miejsce w którym się znajdował nazywało się "Oceanem Szalejących Śniegów". Podobno zamieć śnieżna panowała tutaj prawie cały rok, zupełnie jak teraz. Widoczność była naprawde słaba, Kris nie mógł widzieć swojej ręki, jak wyciągnął ją daleko przed siebie. Do tego nie mówiąc o chłodzie, jaki tutaj panował. Jedyną jego szansą była mapa w notesie Daegurth'a, który ani myślał przemoknąć - był bowiem wodoszczelny. "Jeszcze troche i będe na miejscu" - myślał Kris - "Ciekawe, jak tam będzie... I kim jest ta Shiva?"
[center]***[/center]
Roksia biegała sobie po wodzie, gdy zorientowała się, że ktoś ją śledzi, patrzy się z ukrycia. Nie była pewna kto i gdzie dokładnie, wiedziała, że od strony położonego na zachód lasu. Nie przejmowała się tym, narazie, wiedziała, że jeżeli ten ktoś naprawde ją szpieguje, to znajdzie okazje do zdemaskowania go. Znalazła. Chłopięca głowa wyjrzała zza jednego drzewa i przyglądała jej się chwilkę za długo. Roksia obejrzała się w tamtą stronę, a po chwili chłopak schował się za drzewem.
- Wychodź - zawołała Roksia
Daleko od niej pojawił się chłopak o włosach koloru blond. Saiyanka podeszła bliżej niego.
- Jak ty to robisz? - zapytał chłopak - To jest, chodzisz po wodzie, co?
- Trzeba trenować - powiedziała Roksia - A jak masz na imię?
- Jestem Mark, miło mi poznać - powiedział blondyn
- Roksia - powiedziała szybko Saiyanka
- Nauczysz mnie chodzić po wodzie? - zapytał Mark
- Tego nie da się nauczyć od razu - powiedziała Roksia - Ale możesz spróbować.
Dziewczynka powiedziała Mark'owi wszystko co zapamiętała z pergaminu, z którego uczyła się chodzić powodzie. Troche zajęło to czasu, zanim chłopak zrozumiał, jednak zaraz po tym, wystarczyło kilka prób by stał na wodzie. Roksia była pod wrażeniem! Mark nie utrzymywał się jeszcze tak dobrze jak ona, ale potrafił stać na wodzie, a nawet powoli chodzić.
- Gdzie się tego nauczyłeś? - zapytała Roksia
- Kontroli energii? Trenowałem długo - powiedział Mark - Opłacało się ^^
- Chodź, muszę cie komuś przedstawić... - powiedziała Roksia. Mark się nie sprzeciwiał.
[center]***[/center]
Olbrzymie dwa potwory stały na przeciw siebie, oba wyglądały strasznie, jednym z nich był przemieniony Daegurth. Po chwili jeden z nich się rozpłynął, a nad przemienionym Daegurthem widać było ogromnego smoka. Daegurth leżał bezradnie, niewiadomo gdzie, nie miał kontroli nad ciałem, Drake przestał zabijać - narazie. Zniknął, po prostu zniknął...
Nagle Bart obudził się ze snu i zobaczył jak ktoś otwiera drzwi...
Lekki wiatr zawiał od zachodniej strony. Naprzeciw siebie stali dwaj mężczyźni. Patrzyli sobie w oczy. Jeden z nich się uśmiechał. Nieopodal w milczeniu i zazdrości stał kolejny mężczyzna. Dwóch patrzących na siebie stali w bezruchu, wreszcie i drugi się uśmiechnął mówiąc:
- Żeby mieć taki tupet, mam nadzieję, że jesteś gotów - powiedział Groly
- Jak zawsze - powiedział Dyninio podnosząc obie ręce nieco do góry i wysuwając lewą nogę do przodu. Stał w pozycji bojowej, lekko się schylił uginając kolana - Zacznij!
Saiyan Groly jednym skokiem dostał się obok Dyninia, zrobił to tak szybko, że ten ledwo zorientował się, że jest zagrożony. Groly zamachnął prawą ręką od dołu uderzając chcącego uniknąć Dyninia, który jęknął tylko z bólu czując twardą prawicę Grolyego gniotącą jego brzuch. Olimpianin przyjmując na siebie całą siłę brata Brolyego z impetem poleciał w tył. Leciał naprawde szybko, dosłownie przebijał się przez powietrze. Zatrzymał się po kilkudziesięciu metrach, poprzednio wbijając się w ziemię, o którą zarył po drodze kilkunastu metrów. Leżał w dziurze, którą sam wyrzeźbił przebijając się przez trawę i kamienie. Wszystko go bolało, po jednym uderzeniu Grolyego. "Kimże on jest? Czy to potwór!?!" - pomyślał Dyninio. Wiedział jednak, że nie ma do czynienia z potworem, a z Saiyanem, bratem legendarnego Brolyego - A może to był "Legendarny Groly", w którego cieniu Broly mógł się tylko chować? Nie miał pojęcia. Nie myślał o tym też za długo. Trzęsąc się z bólu, zimna i wysiłku powoli zaczął się ruszać. Wiatr, który niedawno mu nie przeszkadzał, teraz denerwował go strasznie. Wlatywał w pęknięcia i szpary w ubraniu, które powstały w wyniku przebijania się przez ziemię z kamieniami. Dyninio całyczas miał otwarte oczy. Widział jak Groly nie ma uśmiechu na twarzy, nie cieszyło go to, co zrobił. Stał daleko, bardzo daleko od Dyninia nie przejmując się nim. Myślał, że to koniec - mylił się.
Dyninio leżał na plecach, obrócił się z trudem na brzuch lekko odgarniając ziemię. Wtedy podniósł ręce i zaczął odpychać się od ziemi. Podniósł się na kolana. Wtedy powoli wstał na nogi i obrócił się. Przymknął lewe oko i ciężko dyszał. Stał skulony, pochylony do przodu, jego ręce luźno zwisały ku ziemi. Patrzał w dal ledwie widząc Grolyego.
- To nie ma sensu - powiedział Groly - Ty jesteś za słaby dla mnie, ja jestem za słaby dla niego... Jeszcze...
Dyninio tego nie słyszał. Nie mógł słyszeć. Dzieliło ich co najmniej dwadzieścia metrów, przez które przeleciał będąc uderzonym pięścią. "Taka siła..." - pomyślał Dyninio - "Żeby taką mieć... Nie czas na to teraz, myśl, co możesz zrobić, myśl..."
Stojący nieopodal Grolyego, a nieco dalej od wybitego przez właśnie niego Dyninia, stał Adrian wbijając swój wzrok w brata Brolyego. Nigdy nie widział kogoś tak potężnego. Wiedział, że on, Adrian, jest może o troche silniejszy od Dyninia, a ten oto tu Groly jednym atakiem prawie go unieruchomił na dobre. Saiyan nie wiedział, co by zrobił na miejscu swojego przyjaciela, ale wiedział jedno - nie poddałby się, jeszcze nie. Tak i zrobił Dyninio.
Olimpianin zrobił wymach całym ciałem w lewo, potem w prawo. Chciał się upewnić, czy może się ruszyć. Zaraz po tym ruszył do przodu, przechylił się, a nogi same układały mu się do przodu broniąc go przed przewróceniem się. Biegnąc w ten sposób zaczął krzyczeć, nie dlatego, bo był nienormalny - ale czuł ból na objętości wszystkich mięśni, które piekły go nieprzeciętnie. Każdy krok był dla niego jak wbicie miecza, z tą różnicą, że bardziej bolał i nie ranił go. Będąc kilka metrów przed wyprostowanym, pewnym siebie, Grolym otworzył drugie oko, przez co jego zasięg widzenia, jak i jakość, się polepszyły. Groly obrócił głowę w stronę Dyninia i powiedział.
- Nie walcz dalej, potrenuj, wróć, jak będziesz gotów - powiedział Groly
- Jestem gotów! - zawołał Dyninio przerywając bieg i rzucając się na przeciwnika z pięściami.
Na pięści, jaką zrobił Dyninio, pojawiła się poświata. Widać było, że wsadził w nią dużą część energii, jaką posiadał.
- Co!?! - zawołał Adrian widząc co robi Dyninio.
Adrian pierwszy raz widział coś takiego. On opracował podobny atak, ale nie taki. Ten był odrobinkę inny, miał tylko ten sam początek, ale Adrian najlepiej z bohaterów znał Dyninia. Właśnie to on z nim spędzał najwięcej czasu i wiedział, co będzie dalej. Przyglądał się chcąc zaspokoić ciekawość.
[center]***[/center]
"Co się stało?" - pomyślał - "Gdzie ja jestem... I czemu kręci mi się w głowie?". Czarnowłosy chłopak otworzył oczy. Był w jakimś pomieszczeniu, małym pokoju, którego ściany były z drewna. Powoli się podniósł i rozejrzał. Było mu raczej ciepło. Siedział na łóżku z białą kołdrą, którą był przykryty. Zrzucił ją z siebie, aby wstać. Jeszcze troszke kręciło mu się w głowie, dlatego dla pewności podparł się o ścianę, która była obok. Pokój miał jedno okno, przez które wpadało światło. Było lekko uchylone, zapewne w celu wymiany powietrza z pomieszczenia. Na ścianie wisiało kilka obrazów - zapewne kupionych i zawieszonych w niezmienionej postaci. Obok łóżka był mały stoliczek, na którym znajdowała się świeczka, nie zapalona.
Chłopak podszedł do okna, żeby rzucić okiem na okolice. Widział łąke, a w odległości kilkudziesięciu metrów las. Chmury były miejscami ciemne, mogłoby padać, jednak byłoby to dziwne, gdyż słońce było widać na niebie tuż obok ciemnych chmur.
Czarnowłosy nastolatek podszedł do drzwi wyjściowych z pokoju, jednak zawachał się chcąc je otworzyć. Miał przeczucie, że tam ktoś jest i bał się go. Słyszał tak jakby głos wewnętrzy, kazujący mu uciekać, jednak ciekawość była silniejsza. Mimo gwizdu, pisku, jaki słyszał spojrzał przez dziurkę od klucza. Nie widział jednak nikogo. Próbował coś podsłuchać - też nic. "O co wogóle chodzi?" - zastanawiał się. Wyprostował się, przełknął ślinę i nacisnął klamke. Drzwi wychyliły się do wnętrza pokoju, w którym był. Przeszedł na przedsionek, gdzie nie było nikogo. Idąc stanął na małym kawałku drewna, gałązce, która pękła pod jego nogami. Stanął jak wryty. Serce przyspieszyło bicie, trząsł się ze strachu. Wystarczyło jedno...
- Buuuu! - usłyszał obok siebie czarnowłosy chłopak
Nastolatek podskoczył i przewrócił się ze strachu. Serce biło mu jeszcze szybciej, obrócił się. Myślał, że nie żyje, a chłopak, którego widzi przed sobą, jest aniołem. Jednak białowłosy chłopak nie był aniołem i dużo mu do tego brakowało.
- Wstawaj, nie musisz czyścić mi podłogi - powiedział białowłosy chłopak
- Kim... Kim jesteś!?! - zapytał czarnowłosy nastolatek podnosząc się z podłogi. Jego serce powoli wracało do pracy w normalnych warunkach, a strach zanikał.
- Ja tu zadaje pytania - powiedział białowłosy - Usiądź przy stole, przyniose coś do jedzenia, pewnie jesteś głodny
"Jak jasna cholera!" - pomyślał czarnowłosy chłopak - "Złym pomysłem było wyjść z domu nie jedząc obiadu... Złym pomysłem było wyjść z domu...". Nastolatek podszedł do dębowego stołu i usiadł na jednym z twardych, drewnianych krzeseł. Był bardzo ciekawy kim jest ten chłopak, który z nim rozmawiał... Czy to nie ten sam, który niósł go na plecach, tam, w lesie? Czyżby go tutaj przyniósł?
- Częstuj się - powiedział białowłosy chłopak wchodząc do pokoju, po czym postawił talerz z kanapkami na stole
Nastolatek był bardzo głodny, ale trochę się krępował, chciał już sięgnąć po kanapkę, ale jego wzrok zetknął się ze wzrokiem białowłosego chłopaka i zrezygnował.
- Śmiało, nie gryzę - powiedział chłopak o włosach białych do ramion
W odpowiedzi na akcję nieznajomego nastolatek wziął kanapkę i zaczął ją jeść. Była nawet smaczna, przeciętna, tylko, że on był bardzo głodny. Zjadł jedną kanapkę, później drugą, trzecią... Chłopak o białych włosach uprzedził jego pytanie wskazując na stojącą z drugiej strony stołu wodę, której nastolatek nalał sobie do szklanki i wypił.
- Możesz już rozmawiać? - zapytał chłopak o białych włosach
- Yhym, a o czym? - zapytał nastolatek
- Kim jesteś i skąd się tam wziąłeś? - zapytał białowłosy chłopak
- Tam? - zapytał niepewien nastolatek
- Wyszedłeś zza drzewa i wtedy on rzucił się na ciebie - powiedział białowłosy chłopak
- Chodzi ci o tą bestię? Co to było!?! - zapytał czarnowłosy przypominając sobie potwora, jaki się na niego rzucił
- To ja tu zadaje pytania, więc? Kim ty wogóle jesteś? - zapytał białowłosy
- Nazywam się Radek i jestem dzieckiem Dasal'a i Karoliny Para - mówił nastolatek - Mam trzynaście lat i to chyba wszystko. Jestem zakręconym dzieckiem... Co więcej?
- Skąd się tam wziąłeś? - zapytał nieznajomy
- Nie wiem dlaczego, ale coś mnie tam ciągło... - kontynuował Radek - Usłyszałem ten dźwięk i...
- Jaki dźwięk? - dopytywał nieznajomy
- Raczej pisk, jakby trzeszczenie basów i krzyk operzystki na raz - powiedział Radek - Byłem ciekawy co to było i tam poszedłem, wtedy zobaczyłem...
- To wszystko, co chciałem wiedzieć. Wstań, proszę - powiedział nieznajomy
Radek choć nie wiedział dlaczego miał wstać, wstał.
- Obróć się w miejscu - powiedział nieznajomy - Szybko
Radek wciąż nie wiedział o co chodzi białowłosemu chłopakowi, ale zrobił to, o co prosił. Obrócił się w miejscu, a ten patrzał na niego, jakby czegoś szukał.
- Dobra, dzięki, już wiem kim jesteś - powiedział białowłosy - Twój ojciec mieszka na Ziemi?
- A jak? Przecież nie żyją ludzie na księżycu... - powiedział Radek
- Ehhh, ile ty jeszcze nie wiesz... Nie jesteś człowiekiem, twoja matka tak, ale ty nie - powiedział białowłosy - Szok? Dobra, wyjaśnie Ci, twój ojciec jest Saiyanem, nie wiem dlaczego i jak, ale zamieszkał na ziemi. Ty jesteś jego synem z ludzką kobietą, pół człowiekiem i pół saiyanem jednocześnie. Cieszysz się?
- Że co? - zapytał Radek nie wiedząc o co chodzi nieznajomemu
- Dobra, zapamiętaj to imie. Nazywam się Rauko i od teraz biorę cie pod swoją opiekę - powiedział nieznajomy - I słuchaj, opowiem Ci więcej o tym kim jesteś i kim są Saiyanie...
[center]***[/center]
Bobercik biegnąc mógł już zobaczyć koniec lasu. Od pewnego czasu widział wyższą od drzew bestię, która kiedyś była jego nauczycielem, jeżeli chodzi o sztuki walki. Teraz dopiero dostrzegł, że nie tylko w sprawach sztuk walki. On przekazywał mu całą swoją wiedzę, pozwalając samemu się domyślać i rozumować na swój sposób. Był dla niego jak... Jak brat, którego nigdy nie miał. Może nieczęsto coś mówił do niego, ale jeżeli już, to te słowa bardzo mu pomagały. Widział teraz Daegurtha przekształconego w bestie, nie czuł za bardzo więzi braterskiej, o jakiej przed chwilą wspominał. Czuł, że on tam jest, gdzieś wewnątrz ogromnej, kilkunasto-metrowej bestii jest jego przyjaciel, mistrz i prawie że brat - Daegurth.
Jego rozważania przerwał nagle Sesshomaru, słowami:
- Przygotuj się - powiedział Sesshomaru - Bądź gotowy na wszystko, nawet na śmierć i jeszcze jedno
- Co? - zapytał Bobercik
- Jeżeli będziesz chciał tam umrzeć, to wleć pod mój miecz - powiedział arogancko Sesshomaru
- Heh, super, gdy będe miał umrzeć to specjalnie dam się zabić tobie... - powiedział Bobercik
- Nie rozumiesz - powiedział Sesshomaru zatrzymując się, po chwili zatrzymał się i Bobercik. Podszedł do Youkai, a ten kontynuował - Ta bestia może zniszczyć wszystko, cały wymiar ten i może inne. Może nie być nikogo, kto ją powstrzyma, nikogo. Jeżeli więc miałbyś umrzeć, to wpadnij pod mój miecz, niech to ja przeleję twoją krew. Wtedy będe mógł odebrać całą twoją moc, powinienem stać się silniejszy od Daegurtha, wiele silniejszy
- A co ja z tego będe miał? - zapytał Bobercik - Dlaczego ty nie dasz się zabić?
Sesshomaru ruszył do dalszego biegu, dopiero po chwili odpowiedział.
- Są dwa powody - powiedział Sesshomaru - Po pierwsze, nie jesteś gotowy na przyjęcie mojej energii, rozsadziłoby cie, o ile byś wogóle nie zginął. A po drugie, jesteś tylko nędznym zwierzęciem, w porównaniu do mnie, prawdziwego Youkai
- Nieprawda - zaprzeczył Bobercik - To ty jesteś tylko nędznym Youkai w porównaniu do prawdziwego Saiyana...
Sesshomaru obrócił głowę i spojrzał Bobercikowi w oczy. Prawie nigdy nie patrzał nikomu prosto w oczy. Zaciekawiła go jednak odpowiedź Bobercika. "Prawdziwy Saiyan... Taki jak Daegurth, czyżby mógłby być i taki silny?" - zastanawiał się Sesshomaru. Szybko jednak spowrotem obrócił głowę w stronę bestii, która stała już niedaleko.
Bobercik i Sesshomaru zatrzymali się.
- Więc co robimy? - zapytał Bobercik - Szarża?
- Zły pomysł - powiedział Sesshomaru - Zabije nas zanim do niego dojdziemy
- A może zajdziemy go z dwóch stron? - zapytał Bobercik
- Ani ty, ani ja, nie będziemy w stanie go zranić, nawet atakując z dwóch stron - powiedział Sesshomaru - Zostaje tylko jedno...
- Co? - zapytał Bobercik
Sesshomaru zawahał się. Bobercik o tym nie wiedział, że on chciał chwycić za miecz i odciąć mu głowe. Nie uniknąłby. Zaczął ufać Sesshomaru, a ten... Chyba zaczął czuć więź łączącą go z Bobercikiem. Czy to była przyjaźń? Czy coś innego? Nie wiedział, nigdy nie czuł się tak dziwnie. A mógłby mieć tą upragnioną moc i uciekać z tego wymiaru...
- Musimy się zastanowić - powiedział wreszcie Sesshomaru przebijając się przez ryk jaki wydała bestia - Mamy tylko jedną szansą
- Więc może zaatakujemy razem, są szanse, że zrównamy mu siłą jak będziemy razem walczyć? - zapytał Bobercik
"Razem walczyć - pięknie brzmi" - pomyślał Sesshomaru. Nie miał jednak najmniejszego pojęcia jak to jest walczyć z kimś u boku. Jak dotąd miał sposobność korzystania tylko z usług Jakona, jego demoniego sługi, względnie Rin, małej dziewczynki, którą kiedyś ocalił. Ale nigdy nie współpracował z nikim, prócz... Inuyasha, jego brat, którego zabił w szale, którego tak się bał momentami...
- Dobrze - powiedział Sesshomaru nie wiedząc, co z tego będzie
Bobercik i Sesshomaru wybiegli zza drzew, po chwili byli w kraterze w jakim jeszcze przebywała bestia. Youkai wyciągnął swój potężny miecz i podniósł go lekko do góry - był gotów do ataku. Bobercik biegnąc starał się skupić swoją moc, choć to nie było łatwe. Przymknął na chwile oczy - wystarczyło, teraz był w stanie stosować wszystkie techniki ki, jakie znał. Czuł, że energia rozeszła się po całym jego ciele i zaczęła przepływać w nim, zupełnie jak krew, tylko z tą różnicą, że krew płynie w żyłach i tętnicach.
Sesshomaru ze względu na to, że był Youkai był w stanie zobaczyć energię niewysoko unoszącą się z Bobercika, który sam nie mógł jej widzieć. Tym razem Youkai cieszył się, że ta osoba walczy po jego stronie, a nie przeciwko jemu.
Monstrum obróciło głowę w stronę w stronę Bobercika i Sesshomaru. Youkai pobiegł od razu do przodu, Bobercik jednak spojrzał bestii głęboko w oczy, bardzo głęboko, jakby były zaczarowane...
Bobercik unosił się w powietrzu, w jakimś dziwnym, nie znanym sobie miejscu. Widział w oddali coś, planetę, do której się zbliżał. Całyczas była w ruchu, ruszała się każda jej cząstka, jakby była żywa... W miarę jak się zbliżał widział coraz wyraźniej. Bardzo duża część poruszających się obiektów to małe, lekko świecące kulki. Mniejsza niż ta pierwsza część, to potwory. Ogromne szkarady, które biegły w jednym kierunku - w kierunku smoka stojącego niedaleko Bobercika.
Smok był ogromny, jego czerwone łuski odbijały dużą część światła, lśniły swym pięknym kolorem. Mimo to patrząc na "twarz" smoka Bobercikowi wydawało się, że to wciąż dziecko. Ale zaraz... Coś, albo ktoś jest tuż obok smoka. Była tam jasnoświecąca kulka, której olbrzym bronił przed chcącymi ją zgładzić bestiami. Machał ogonem, zionął ogniem, czy też rozgryzał potwory na kawałeczki. Bobercik mimowolnie tam poleciał, coś go tam ciągnęło. Zobaczył tam leżące ciało Daegurtha, a obok niego jasną kulkę. Podbiegł do niego i próbował go obudzić - nic to nie dało. Obrócił się w lewo i zobaczył jak jakieś trzy potory z ogromnymi szponami i ostrymi zębiskami rzuciły się na niego. Nie zdążył nic zrobić, nie zdążyłby. Ocaliło go machnięcie ogonem, którym smok zmiótł wszystkie trzy bestie.
- Nie powinienieś tu przychodzić - powiedział smok - To nie miejsce dla ciebie
- Co... Co tutaj się dzieje!?! - zapytał Bobercik - I jak ja tutaj przyszłem?
- Nawet nie wiesz, to wszystko wyjaśnia - spokojnie, telepatycznie odpowiedział smok. Drake nie lubiał mówić w sposób "normalny", bo język ludzki był bardzo trudny dla smoków - Jeszcze nie jest za późno, żeby stąd uciec
- A co z Daegurthem? - zapytał Bobercik - Czemu on tam leży, jest martwy?
- Można to tak nazwać - powiedział smok - Ta najjaśniejsza ze wszystkich kulek, to jego dusza, jednak nie wierzę by... Ciągle mnie zaskakujesz Daegurth!
Saiyan zwany Daegurthem nagle zmienił swój kształt, nie był już świecącą kulką, przybrał postać, swoją dawną postać. Miał wciąż długie rudo-czerwone włosy, nie miał na sobie zaś płaszcza, a długie granatowe, luźne spodnie i czarny podkoszulek z napisem: "Vinid Redon of the Sound". Bobercik i smok patrzyli na niego, ten się uśmiechał. Brat Roksi był zdziwiony, nieczęsto widział uśmiech na twarzy swojego nauczyciela, a teraz utrzymywał się przez dłuższy czas. Daegurth wolnym krokiem podszedł do Bobercika.
- Bobercik, udało ci się wejść w mój umysł, użyłeś telepatii, choć nie wiem jak - powiedział Daegurth - Nieważne, wciąż możesz mnie powstrzymać, masz
Saiyan wyciągnął ręke do przodu. Był w niej jakiś zwój, wyglądał na lekko zniszczony. Bobercik zabrał go i chciał otworzyć, ale Daegurth zatrzymał go.
- Nie, nie teraz. Jak stąd wyjdziesz, w normalnym świecie - powiedział Daegurth - On się sam zaktywuje. A teraz żegnaj, do zobaczenia w piekle...
- Że co? - zapytał Bobercik - Dałeś mi ten zwój, żebym cie zabił?
Zanim czegokolwiek się Bobercik dowiedział, to Daegurth zrobił jeden znak na prawej ręce, a Bobercik natychmiast zniknął.
- Drake, my chyba też się rozstaniemy - powiedział Daegurth - Powinieneś zyskać pełną kontrolę nad moim ciałem
- Jednak to ty mnie chowałeś przez tyle czasu... Dlaczego nie możesz z tym walczyć? - zapytał Drake - Dlaczego?
- Bo... Nie moge już... Opadam z sił, poza tym zasługuje na śmierć. Zabiłem większość z nich, teraz moja kolej... - powiedział Daegurth
- Ale ty chciałeś nawet ocalić tych, których nie zabiłeś - powiedział Drake - To czyn bardziej szlachetny, niż zły
- Szlachetny, czy nie, nie ukończony, spaprany na wszystkie fronty, wpieprzyłem się w to za bardzo, a teraz czeka mnie za to kara... - po twarzy Daegurtha spłynęła jedna maleńka łza, jednak ten wciąż się uśmiechał
- Dobrze wiesz, że to nie ty płaczesz - powiedział Drake - Dlatego właśnie powinieneś żyć
- Nie mam już siły, gdybym tylko był wystarczająco silny...
[center]***[/center]
Powieki Bobercika nagle się rozwarły, jego oczy spojrzały na świat, realny świat. Wydawało mu się, że minęło kilka minut, jednak zobaczył, że jak patrzał na bestie i ona na niego, tak było i teraz - z jedną różnicą: Saiyan trzymał w ręku zwój. Sesshomaru zobaczył, że coś jest nie tak, obrócił się w stronę Bobercika nie wiedząc, co on robi. Po chwili, jak obaczył zwój w ręce jego zrozumiał, jednak nie do końca. Wystarczyło mu to.
- No, dalej! - zawołał Sesshomaru - Nie wiem co tam masz, ale to napewno ważne!
- Ale... To może go zabić, ostatecznie, a ja... Widziałem go... - powiedział Bobercik - Rozmawiałem z nim i...
- Nie ważne, dawaj ten zwój, jak go nie umiesz użyć! - zawołał Sesshomaru
Bobercik spojrzał na zwój, potem na zbliżającego się w jego stronę Sesshomaru. Coś nim targnęło, nie chciał oddać pergaminu do rąk Youkai, powoli go zaczął rozwijać. Chciał przestać, ale nie mógł, jakby coś, albo ktoś, zawładnął jego ciałem. Po chcili cały pergamin był widoczny, nie był już zwninięty, widać było wielobarwne napisy na jego powierzchni, które zaczęły się świecić tak jasnym światłem, że nie dało się nawet ich odczytać. Nagle pergamin rozpadł się na kawałeczki, które rozpłynęły się w powietrzu. Bobercik zamknął oczy, nie panował nad sobą, czuł wszystko co się dzieje, ale nie mógł się ruszyć, ani nic powiedzieć. Stał tak przez chwilę. Nie widział, że wokół niego pojawiły się jasno-świecące kulki, które dosyć powoli krążyły wokół niego. Szybko i pewnie otworzył oczy i podniósł prawą ręke do góry. Kulki natychmiast, jak na komendę, poleciały w tamtą stronę. Następnie Bobercik machnął prawą ręką w dół, a kulki w powietrzu pokryły się ogniem. Wokół świecących jasno-niebieskim kolorem kulek latały teraz smugi czerwonego ognia. Kulki zderzyły się z ziemią i... Zniknęły. Ziemia zaczęła się trząść, zrobiło się gorąco, naprawde gorąco...
[center]***[/center]
Kris szedł przez białe pustkowia. Było mu troche zimno i czuł się samotny. Dopiero teraz zrozumiał, że przyjść tutaj samemu, to był głupi pomysł. Szybko wyszedł z domu i jak tylko mógł biegł na tą całą "Arktyke", której lokalizacje pokazywała mu mapa. Początkowo było tak sobie, biegł przez łąki, lasy i miasta. Z czasem jednak zrobiło się chłodniej. Saiyan poczuł wtedy, jakby coś w nim odżyło, przyspieszył i prawie wogóle się nie męczył. Sam niewiedział dlaczego. Jednak później robiło się coraz zimniej, a przyrodę zaczął pokrywać śnieg. W miarę czasu, dużo zimnego śniegu, który ledwo się trzymał w niektórych miejscach. Kris dziwił się jak malutkie drzewka mogą wytrzymać pod takim potężnym masywem śniegu. Po jeszcze chwili nie widział nawet jednego drzewka, a ocean śniegu. Nie od parady miejsce w którym się znajdował nazywało się "Oceanem Szalejących Śniegów". Podobno zamieć śnieżna panowała tutaj prawie cały rok, zupełnie jak teraz. Widoczność była naprawde słaba, Kris nie mógł widzieć swojej ręki, jak wyciągnął ją daleko przed siebie. Do tego nie mówiąc o chłodzie, jaki tutaj panował. Jedyną jego szansą była mapa w notesie Daegurth'a, który ani myślał przemoknąć - był bowiem wodoszczelny. "Jeszcze troche i będe na miejscu" - myślał Kris - "Ciekawe, jak tam będzie... I kim jest ta Shiva?"
[center]***[/center]
Roksia biegała sobie po wodzie, gdy zorientowała się, że ktoś ją śledzi, patrzy się z ukrycia. Nie była pewna kto i gdzie dokładnie, wiedziała, że od strony położonego na zachód lasu. Nie przejmowała się tym, narazie, wiedziała, że jeżeli ten ktoś naprawde ją szpieguje, to znajdzie okazje do zdemaskowania go. Znalazła. Chłopięca głowa wyjrzała zza jednego drzewa i przyglądała jej się chwilkę za długo. Roksia obejrzała się w tamtą stronę, a po chwili chłopak schował się za drzewem.
- Wychodź - zawołała Roksia
Daleko od niej pojawił się chłopak o włosach koloru blond. Saiyanka podeszła bliżej niego.
- Jak ty to robisz? - zapytał chłopak - To jest, chodzisz po wodzie, co?
- Trzeba trenować - powiedziała Roksia - A jak masz na imię?
- Jestem Mark, miło mi poznać - powiedział blondyn
- Roksia - powiedziała szybko Saiyanka
- Nauczysz mnie chodzić po wodzie? - zapytał Mark
- Tego nie da się nauczyć od razu - powiedziała Roksia - Ale możesz spróbować.
Dziewczynka powiedziała Mark'owi wszystko co zapamiętała z pergaminu, z którego uczyła się chodzić powodzie. Troche zajęło to czasu, zanim chłopak zrozumiał, jednak zaraz po tym, wystarczyło kilka prób by stał na wodzie. Roksia była pod wrażeniem! Mark nie utrzymywał się jeszcze tak dobrze jak ona, ale potrafił stać na wodzie, a nawet powoli chodzić.
- Gdzie się tego nauczyłeś? - zapytała Roksia
- Kontroli energii? Trenowałem długo - powiedział Mark - Opłacało się ^^
- Chodź, muszę cie komuś przedstawić... - powiedziała Roksia. Mark się nie sprzeciwiał.
[center]***[/center]
Olbrzymie dwa potwory stały na przeciw siebie, oba wyglądały strasznie, jednym z nich był przemieniony Daegurth. Po chwili jeden z nich się rozpłynął, a nad przemienionym Daegurthem widać było ogromnego smoka. Daegurth leżał bezradnie, niewiadomo gdzie, nie miał kontroli nad ciałem, Drake przestał zabijać - narazie. Zniknął, po prostu zniknął...
Nagle Bart obudził się ze snu i zobaczył jak ktoś otwiera drzwi...
Rozdział XXXXV - Ifrit & Shiva, ciepło i mróz
Radek kiwnął głową pokazując, że rozumie to co mówi mu Rauko. Jak się dowiedział Rauko też jest Saiyanem. Teraz wiedział już więcej o tym kim jest i dlaczego poszedł tam, o tym pisku w jego głowie, o tym, że jest pół-saiyanem i pół-człowiekiem, bardzo nieczęstą mieszanką obu ras, gdyż Saiyanie zazwyczaj nienawidzili ludzi, uważali się za najlepszą rasę we wszelkich względach i tępili inne. To właśnie ich zgubiło, ich pycha zżerała ich samych, a oni nie potrafili z tym walczyć. Rauko opowiedział też młodemu pół-saiyanowi o przemianach w Oozaru, o podbojach i misjach Saiyanów, o wszystkim, co o nich wiedział. Na szczęście zarówno Rauko, jak i Radka nie mieli obaj ogonów, które do przemiany były potrzebne.
- Więc mój ojciec nie jest człowiekiem - mówił na głos Radek wciąż nie do końca w to wierząc, jednak zaraz dokończył - to dlatego zawsze byłem silniejszy od rówieśników, szybszy, mądrzejszy... Tak?
- Prócz tego ostatniego, to tak. Mądrość musiałeś odziedziczyć po matce - powiedział Rauko - Masz naprawde wielkie szczęście, że tam byłem akurat ja, a nie kto inny
- W sumie tak... Ale dlaczego tak uważasz? - zapytał Radek
- Prawie go pokonałem, a wtedy przyszedłeś ty, zostawiłem go i pewnie teraz ma się dobrze, lepiej niż wcześniej - powiedział Rauko
Radek nic nie odpowiedział. Czuł się naprawde głupio, skoro mógł Rauko zabić tego potwora... Tą ogromną, potężną i siejącą strach bestię, która siała zniszczenie, to powinien to zrobić, nie bacząc na niego. Nie mógł jednak cofnąć czasu, by tam nie iść, choć bardzo tego chciał...
- Dobra, mniejsza o to - powiedział Rauko - Jak na pół-saiyana jesteś bardzo silny, czas sprawdzić jak bardzo
- Co przez to rozumiesz? - zapytał Radek
- Sparring, przed domem, zaraz - powiedział Rauko
- Ale że jak!?! Bić się chcesz? - zapytał zszokowany Radek - Ja nie lubie się bić!
- To dobrze, bo nie będziesz bić siebie, ale mnie. A teraz chodź, albo cie wyniose - powiedział Rauko
Radek i Rauko wyszli z domu. Ten pierwszy nie zabardzo wiedział w jakie tarapaty się wpakował, ale mimo tego trząsł się - ze strachu, jak i z podniecenia. Nikt nigdy nie wyzwał go na walke, nie w taki sposób. Czuł się dobrze, jego Saiyańska duma urosła, odrodziła się w mgnieniu oka, jednak ludzkie uczucia wykazywały się strachem.
[center]***[/center]
Roksia wracając do domu Hebrida napotkała trenującego Raymana. Poszedła do niego razem z Mark'iem, którego mu przedstawiła mówiąc od razu, że nauczył się chodzić po wodzie w ciągu chwili. Rayman się zdziwił, ale nie wierzył, dopóki nie zobaczył, a gdy już zobaczył to szczęka mu opadła.
- Skąd to umiesz? - zapytał Rayman - Wygląda jakbyś już trenował coś podobnego
- Trenowałem, nauczyłem się kilku rzeczy - powiedział Mark - Jednak to nie dla was
- Pokaż, pokaż! - zawołał Rayman
Mark przez chwilę na niego popatrzał, a potem powiedział: "Dobrze". Stanął wyprostowany. Ułożył ręce w jakiś dziwny znak i całyczas go tak trzymał. Rayman i Roksia nie byli tacy wprawieni w wykrywaniu energii, by wiedzieć co się dzieje z energią Mark'a. Po chwili zawołał: "Henge!" i wokół niego pojawiła się chmura dymu. Wisiała nad nim przez chwilę, dopiero później opadła. Rayman zrobił się cały czerwony, a Roksia nie wiedziała co się dzieje. Tam, gdzie przed chwilą stał Mark była naga kobieta, blondynka o długich włosach. Była bardzo zgrabna i miała małe, zgrabne piersi. Patrzała na Raymana mówiąc: "Rayman", używając przy tym całego swego wdzięku. Wysyłała całusy w strony zarumienionego Raymana i nagle... Znów pokazała się mgła, a gdy znikła to stał tam Mark śmiejąc się z Raymana w głos.
- Haha! Rayman, dobre, no nie? - zapytał Mark
Rayman dopiero teraz potrząsł głową odzyskując przytomność. Tylko kiwnął głową w odpowiedzi na "tak".
- Roksia, miałaś mnie przedstawić komuś, Raymanowi, czy komuś innemu? - zapytał Mark
- Komuś innemu, nazywa się Bart. Chodź - powiedziała Roksia i ruszyli w stronę domu Hebrida
[center]***[/center]
Nagle Bart obudził się ze snu, widział jak ktoś otwiera drewniane drzwi do pomieszczenia. Zapaliło się wtedy więcej niebieskich ogni, we wszystkich wyznaczonych do tego miejscach. Początkowo Bart nie poznał kto to jest, gdyż miał założoną togę i kaptur na sobie. Jednak ściągnął kaptur zaraz jak wszedł do środka.
- Tevion... - powiedział Bart mając już niewiele siły
- Bart! - zawołał Tevion niedowierzając - Przepraszam, już cię stąd wyciągam!
Tevion machnął kilka razy ręką, wokół której zaczęły latać małe kuleczki w różnych kolorach. Po chwili wystawił ją w stronę Barta, a te wleciały w znak na ziemi i zdezaktywowały go. Bart wiedział co miał robić. Od razu wstał i wyszedł, zaraz po tym jak to zrobił bariera znów się włączyła.
- Przepraszam, ale to jest sposób na nieproszonych gości - powiedział Tevion - Gdyby ktoś chciał się teleportować obok zamku bez zezwolenia, to wpada właśnie w takie miejsce i musi czekać, aż ktoś przyjdzie go uwolnić. Ty wpadłeś akurat do mojej bariery, ciesz się
- Nie ważne, czy się cieszę z tego, czy nie - powiedział Bart - Mam ważną sprawę Tevion, bardzo ważną
- Tak? A jaką? - zapytał Tevion
- Mój brat zamienił się w ogromne monstrum, naprawde wielką bestię i niszczy wszystko co napotka na swojej drodze! - powiedział szybko Bart - Da się to jakoś powstrzymać? Może twoja magia pomoże?
Tevion opóścił na chwilę wzrok pogrążając się w myślach. Zaczął rozumieć wiele rzeczy, za wiele, jednak potrzebował wciąż odpowiedzi.
- Jak wyglądał twój brat? - zapytał otwarcie Tevion - Zanim się zamienił, rzecz jasna
- Miał długie rudo-czerwone włosy... - powiedział Bart, po czym przerwał mu Tevion
- Był dosyć wysoki, miał tak jakby tatuaż na lewym ramieniu pokazujący smoka, jego oczy były puste, bardzo głębokie - powiedział Tevion
- Skąd wiesz? - zapytał Bart
- Wiem już kim jest ten cały Daegurth, to imie Vinida w innym wymiarze. Chcąc uchronić wymiary przed zniszczeniem wymyślił nowe imię, by nie mógł być rozpoznany pod starym - powiedział Tevion - Mówiłeś, że się zamienił, tak? A na jak długo?
- Na kilka dni - powiedział Bart
- Niedobrze, naprawde niedobrze... - powiedział Tevion - Nie macie w waszym wymiarze psioników?
- Psioników? - zapytał Bart nie wiedząc o co chodzi
- Tak, ludzi potrafiących kontrolować innych przy pomocy telepatii, dokładniej o nich mi chodzi - powiedział Tevion - Nie macie?
- Nie, a co? - zapytał Bart
- To dobrze, bo Vinid... Daegurth kazałby takiemu komuś, żeby go zabił i dałby mu specjalny zwój - powiedział Tevion - Dobra, teraz chodź, muszę cie nauczyć parę rzeczy
Tevion widział, że z Bart'em jest coś nie tak. Domyślił się, że to bariera go tak sponiewierała i jest opuszczony z sił. Zazwyczaj ludzie po jednym dotknięciu bariery są prawie martwi, on się jednak nawet trzymał. "Nic dziwnego" - pomyślał Tevion - "W końcu to brat Vinida". Arcymag zrobił kilka kułek ręką, a jego palce rysowały zieloną smugą znak. Wtedy wyprostował ręke a zielona kulka poleciała w stronę Bart'a. Gdy go dotknęła całe jego ciało pokryła aura tego samego koloru, która po chwili znikła. Bart zobaczył, że wszystkie rany się zagoiły, a siły wróciły mu na nowo. Niesamowite... Nie miał teraz jednak czasu, musiał się spieszyć, wiedział o tym.
[center]***[/center]
Radek stał naprzeciw saiyana zwanego Rauko. Patrzeli sobie w oczy. Ich włosy latały na lekkim wietrze. Ten pierwszy przełknął ślinę w lekkim strachu. Wiedział jakimś sposobem, że nie będzie tu za ciekawie. Rozbolała go od tego nawet głowa, która pulsowała mocno co ułamek sekundy.
- Gotów? - zapytał spokojnie Rauko
- Jasne! - zawołał Radek starając się ukryć strach. Rauko wiedział, że ten młody chłopak ukrywa strach i dlatego się uśmiechnął. "Może coś z niego będzie" - pomyślał.
Radek wciąż patrzał w oczy Rauko, które po chwili, w ułamku sekundy, znikły! Młody pół-saiyan otworzył oczy jak tylko mógł ze zdziwienia. Rauko kompletnie rozpłynął się w powietrzu. Pół-saiyan zaczął się rozglądać szukając białowłosego chłopaka, jednak nigdzie go nie widział.
- Nie patrz oczami, ale sercem - powiedział głos ze wszystkich stron
Radek nie zrozumiał o co chodzi, wciąż szukał Rauko patrząc się na wszystkie strony, jednak nie mógł go zobaczyć nawet na sekundke. W pewnym momencie poczuł, że boli go brzuch. Poleciał kilka metrów do tyłu zanim się zatrzymał i upadł na kolana. Wypluł ślinę z ust, po czym z ogromnym trudem nabrał trochę powietrza.
- Nie polegaj na wzroku, masz za słaby wzrok - znów odezwał się głos ze wszystkich stron - Spróbuj wyczuć gdzie jestem, spróbuj usłyszeć, tak jak wtedy, ten dziwny dźwięk, niczym pisk, gwizd
Radek zamknął oczy, nie dlatego, że słuchał rad, ale z bólu. Dostał naprawde mocno i choć o tym nie wiedział, to nie raz, ale dwa razy z bardzo dużą prędkością. Zakasłał dwa razy trzymając się oburącz za brzuch. Czuł, że dziwne ciarki przechodzą całe jego ciało, zaczęło kręcić mu się w głowie. powoli otworzył oczy. Widział wszystko jak przez mgłę, wszystko się kręciło. Zobaczył jakąś smugę przez tą mgłę, nie wiedział co to jest, nie myślał o tym. Usłyszał z jej strony słaby pisk i poczuł powiew wiatru. Nagle smuga przesunęła się nad niego, a potem za niego, z ogromną prędkością poruszała się całyczas wokół Radka, który starał się ją śledzić. Zamknął oczy i znów je otworzył, jednak już jej nie zobaczył. Czuł się słabo, jednak stanął na nogach.
- Nawet jeśli cie zobacze, to co mogę zrobić? - zapytał Radek
- Wystarczy, że mnie raz uderzysz, albo rzucisz, czymkolwiek - powiedział głos Rauko ze wszystkich stron - Wtedy przestane cie atakować
"Super" - pomyślał Radek - "Ledwo go widziałem, a mam go uderzyć...". Radek stał w bezruchu, ruszała się tylko jego klatka piersiowa podczas nabieraniu i oddawaniu powietrza z płuc. Poczuł nagle ból, ze wszystkich członków, z każdej części ciała. Leciał bezwładnie raz to do przodu, a raz do tyłu, raz w lewo i czasem w prawo. W końcu upadł na ziemię. Leżał z trudem oddychając i nagle coś jakby w nim pękło, coś się odblokowało. Z trudem opadł jedną ręke na ziemi chcąc się podnieść. Podnosząc się zaczął krzyczeć z bólu. Jego mięśnie nie były w stanie nawet wykonać takiej pracy...
Jednak Radek nie dawał za wygraną. Krzyczał i wokół leżącego na ziemi Radka zaczął krążyć z ogromną prędkością wiatr, zrywając trawę i piasek, podrywając je do lotu w koło, wokół Radka. Z jego ciała zaczęła wylatywać biała aura, która nie wydostawała się jednak za stworzoną przez wiatr barierę, tornado. Krążyła powoli wokół Radka, który z trudem się podniósł, a gdy tak się stało, aura nagle się rozpłynęła, a wiatr osłabł, zrzucając na ziemię uniesioną wcześniej trawę i piasek.
Rauko był zdziwiony, nie wierzył by ktoś mógł za pierwszym razem, przy pierwszej walce użyć energii ki. Nigdy czegoś takiego nie widział, ale znał odpowiedź, wiedział dlaczego tak było: To wszystko było sprawą krwi, która płynęła w Radku.
Ojciec Radka był Saiyanem, teraz było to pewne, musiał odziedziczyć po ojcu część genów, gdyż tylko Saiyanie mają taką wolę walki, człowiek nie próbowałby już się podnieść. Rauko wiedział, że Radek nigdy nie miał okazji sprawdzić swoje Saiyańskie zdolności, które ukrył w sobie głęboko, razem z siłą jaką mu dawały. Zamknął ją za niewidzialną barierą, która przed chwilą pękła, raz na zawsze.
Radek stał teraz patrząc na swoje ręce. Nie wierzył w to co zrobił, chociaż był świadom, że to miało miejsce. Nagle odchylił się do tyłu, potem podskoczył, wystawił ręke w prawo do bloku. Wszystko było robione odruchowo, część jego krwi tego właśnie chciała. W ręke którą wystawił poczuł uderzenie, bardzo mocne, jednak umiejętnie robiąc obrót zminimalizował je i zrobił zamach drugą ręką - nie trafił.
Nagle Rauko pokazał się tuż przed Radkiem, który zrobił bardzo szybki cios kierowany w jego twarz. Saiyan jednak bardzo szybko złapał pięść kierowaną w jego stronę i wykręcił ręke Radka, po czym popchnął go do przodu.
- Wystarczy - powiedział Rauko - Nie wierzyłem, że wogóle coś z tego będzie, ale zrobie z ciebie wojownika
- Ha, i to jeszcze jakiego - powiedział Radek, a na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech
Nagle Radek dostał w twarz od Rauko i upadł na ziemię. Wypluł krew z ust, w jego oczach pojawiły się łzy, które ani śmiały wyjść poza oczodoły.
- Za co? - zapytał Radek leżąc na ziemi, na plecach, wsparty rękami z lekko podniesioną glową
- Musisz kontrolować się, ten uśmiech nie był proszony - powiedział Rauko - To był uśmiech typowego saiyańskiego barbarzyńcy, nie chce tu takich, musisz nad tym panować, zawsze!
[center]***[/center]
Dyninio biegł w stronę Grolyego, który z łatwością uderzył go pięścią, jednak ta przeleciała przez Dyninia, który się rozpłynął, niczym mgła. Została w tym miejscu tylko energia, trochę energii, która i po chwili się rozpłynęła w powietrzu. Dyninio zaś, czego nie spodziewał się Groly, pojawił się za nim i uderzył go z całych sił ręką, w której skupił tak wiele energii. Brat Brolyego, mimo że był tak potężny, to poczuł atak, nawet znacznie. Energia wydostając się z ręki Dyninia spowodowała eksplozję, która wyrzuciła Grolyego daleko, kilkanaście metrów dalej. To jednak nie był koniec. Dyninio, niewiadomo skąd, pojawił się obok Grolyego, którego z przewrotu uderzył nogą, wołając: "Senten!".
Groly z ogromną prędkością zaczął zbliżać się do ziemi, jednak przed samą ziemią rozłożył ręce i nogi na boki zatrzymując się w powietrzu. Nie minęła sekunda, a ten zniknął, po prostu rozpłynął się w powietrzu. Dyninio powoli zbliżał się do ziemi spadając, jednak nie dotarł do niej, poczuł okropny ból przeszywający całe jego ciało. To Groly kopnął go w głowę, tak, że ten wyleciał jeszcze wyżej w powietrze. Groly wystawił w jego stronę obie ręce, na których pojawiła się złota kula, rosnąca coraz bardziej i bardziej. W ciągu paru sekund nabrała ogromnych rozmiarów, kilka metrów średnicy.
"Cholera, to go zmiecie!!!" - pomyślał Adrian, po czym świadomie użył swojej najnowszej techniki. To był jedyny sposób na dotarcie obok Grolyego na czas. Zamknął oczy, widział, a raczej czuł, energię Grolyego i znikomą energię Dyninia. Skupił się jak tylko mógł, wyobraził sobie, że znajduje się obok Grolyego. Jego energia zaczęła przemieszczać się w tamtą stronę z ogromną prędkością. W ciągu sekundy, może dwóch znalazła się tam cała, razem ze swoim właścicielem - Adrianem.
Całe przemieszczenie wyglądało bardzo dziwacznie, Dyninio z trudem widział je jednym okiem. Chciał spojrzeć na Adriana, wiedząc, że to wystarczy aby prosić go o pomoc. Wiedział też, że Adrian mu nie odmówi.
Powietrze przed Adrianem zaczęło drgać, falować, zupełnie jak woda. Nagle Adrian w nie wpadł i wyleciał z tego tunelu tuż przy Grolym, obok jego ogromnego pocisku. Powietrze przestawało falować zaraz po tym, jak przeleciał przez jego część Adrian, tuż za nim.
Adrian otwarł oczy, złączył obie ręce stykając ze sobą nadgarstki i schylił się. Wyprostował ręce uderzając w Grolyego, a dokładniej w jego wystawione w stronę Dyninia ręce. Groly podniósł je do góry, a pocisk, który miał między rękoma wyleciał mijając spadającego z wysoka Dyninia o włos, jednak pocisk był tak potężny, że Dyninio zaczął wirować, gdy ten przeleciał obok niego.
- Chciałeś go zabić!?! - zapytał Adrian upadając na lewe kolano. Wiedział, że ta technika, którą właśnie zastosował, zabrała mu ogromną ilość energii. Ki przelatując przez powietrze do innego miejsca rozpływała się, tylko pewna jej część doleciała do wyznaczonego miejsca. Reszta po prostu rozpłynęła się. Tą właśnie energią dysponował teraz Adrian, który nie potrafił udoskonalić tej techniki, jeszcze nie, nie znał kontroli Ki lub innych sposobów na tyle dobrze, aby ją ulepszyć.
- Ja... Przepraszam, poniosło mnie - powiedział Groly, po czym skierował swój wzrok na Adriana - Na szczęście mnie powstrzymałeś.
Groly rozpłynął się w powietrzu. Adrian nie był przekonany co do jego przeprosin, zamknął oczy i starał się wyczuć jego moc. Czuł, że zbliża się z ogromną prędkością do Dyninia. Otworzył oczy, wiedząc, że nic nie może już zrobić. Patrzał bezradnie jak... Jak Groly pojawia się obok Dyninia, łapie go i łagodnie sprowadza na ziemię.
- Zabiore cie do domu Hebrida - powiedział Groly - Tam odpoczniesz. Przepraszam...
- Heh, khe - zaśmiał się Dyninio wypluwając po części krew z ust - Chyba jednak nie byłem w stanie...
- Byłeś - powiedział Groly - Oj, żebyś wiedział, że byłeś...
[center]***[/center]
Śnieg padał dalej, zamieć szalała chcąc poderwać Saiyana w górę i rozszarpać go, ten jednak nie dawał za wygraną. Zasłonił się kocem, który zabrał na drogę i patrząc na mape w notesie szedł dalej, zbliżając się do oznaczonej tam świątyni. Po chwili był na miejscu, stanął i starał się rozglądać, jednak nic nie widział. "Gdzie jest ta głupia świątynia!?!" - zastanawiał się Kris - "Kurcze, zaraz zamarzne!". Kris widział, że jest dokładnie w tym miejscu, które pokazuje mapa. Zaczął biegnąć w miejscu, by choć trochę się ogrzać. Wtedy to śnieg pod jego nogami się zapadł, a ten krzyknął spadając w dół.
Upadł na śnieg, po którym jeszcze przed chwilą biegł w miejscu, miał szczęście, bo tuż obok był twardy lód. Saiyan widział, że śnieg, niczym kopuła, pokrywa miejsce, w którym teraz był. Najpierw długo wpadał w dziurę, potem wpadł tutaj, kilkadziesiąt metrów pod śniegiem. Była tu ogromna szczelina, w której nie widział prawie nic - światło tutaj prawie nie docierało z zewnątrz. Jednak nie było aż tak zimno i nie było zamieci śnieżnej.
Kris wstał i strzepał śnieg z ubrania. "Jak ja stąd wyjdę?" - zastanawiał się patrząc w górę, na dziurę, przez którą tutaj wpadł. Było to prawie jedyne miejsce, z którego było widać wpadające światło, jednak nie jedyne. Kris widział też inne, dwa światełka, w oddali, nie potrafił powiedzieć jak daleko. Poszedł tam, szybkim krokiem, mimo, że było zimno, nie przeszkadzało mu to. Była to dla niego dobra temperatura, czuł się jak w domu, jednak coś nie dawało mu spokoju. Rozglądał się ciągle, to na lewo, to na prawo, jakby ktoś lub coś tam było. Wiedział jednak, że musi iść za światłem, to jego jedyna szansa.
[center]***[/center]
Bart szedł teraz za Tevionem, arcymagiem królestwa Redreth. Mijał jedną komnatę, za drugą, a wszyscy strażnicy, których spotkał, kłaniali mu się nisko, tak jak Bart'owi, bardzo zdziwionemu tym faktem.
- Mamy mało czasu, musisz tam dotrzeć, zanim przemieni się bezpowrotnie - powiedział Tevion - Nie moge tam iść sam, bo nie wrócę tutaj, nie umiem chodzić między wymiarami, jak Daegurth, nawet on ma z tym trudności
- Tak apropo, kim on tutaj jest? - zapytał Bart
- Sobą, chodź, nie ma czasu! - zawołał Tevion
Po chwili arcymag i Saiyan wkroczyli do jakiejś ogromnej sali z księgami, nie była to jednak zwykła biblioteka, a zbiór najważniejszych ksiąg w królestwie, na zamku Deshar. Tevion podbiegł do jednej z półek i zamknął oczy. Podniósł prawą ręke i powiedział: "Vinid to rune shinaide eto", a do jego ręki wleciała nagle jakaś księga. Tevion otworzył ją na jakiejś stronie i wyciągnął zwój, pustą kartkę, spod togi. Uniósł ręke nad zwój i machnął nią dwa razy. Za każdym razem wylatywało z niej coś czarnego - był to magiczny tusz, który wypełniał zwój słowami. Tevion przygotowywał zaklęcie, choć Bart o tym nie wiedział. Po chwili Tevion zamknął księge i dał zwój Bartowi.
- Słuchaj uważnie - powiedział Tevion - Otworzysz ten zwój i przeczytasz wszystko co tam pisze, poradzisz sobie, tylko się nie pomyl! I powiedz Daegurthowi, że następnym razem ma osobiście do mnie przyjść, albo jak ja się tam przejde to... Aha, muszę coś dopisać do zwoju.
Tevion chwycił tym razem normalne pióro i napisał coś na końcu, po czym dał zwój Bartowi.
- Wystarczy, że go przeczytasz - powiedział Tevion - Ale musisz to zrobić tuż obok Daegurtha, aby to słyszał! Donturoni!
Bart nagle zniknął, otworzył oczy już w dobrze mu znanym wymiarze. Zwój, przy pomocy którego przeniósł się do innego wymiaru leżał na półeczce, zaś w jego ręce znajdował się inny. Bart ścisnął go mocno mówiąc: "Wytrzymaj!", po czym wybiegł z pokoju. Minął Roksie, Marka i Raymana mówiąc do nich "Nie teraz!". Wybiegł, jak tylko szybko mógł...
[center]***[/center]
Kris wiedział już co to były za światełka. Stał przed ogromnym budynkiem, niczym z lodu, jednak nie był on ani ciepły, ani zimny, jakby nie miał temperatury. Był zbudowany ze specjalnego kryształu, który tylko w kilku miejscach był przezroczysty. Światełka zaś były to magiczne lampy pokazujące drogę i oświetlające wejście.
Saiyan podszedł do niewielkich drzwi, części ogromnych wrót, znacznie większych od tych pierwszych(czyli drzwi). Nie było jednak klamki, a nawet dziurki od klucza. Kris jednak wystawił ręke w miejsce, gdzie klamka być powinna, a ta się tam zmaterializowała. Nacisnął ją, otwierając drzwi, po czym wszedł do środka.
Wszystkie ściany były zrobione z tego samego kryształu, co zewnętrzna część świątyni. Odbijało się od nich głuche echo piosenki modlitewnej, którą Kris już znał. Teraz jednak śpiewała ją tak jakby kobieta(można posłuchać, daje link na końcu). Kris zamknął za sobą drzwi, a klamka znów zniknęła. Ten zaczął się rozglądać. Wszędzie było jasno, ściany odbijały światło, które świeciło jasno w innym pomieszczeniu. Saiyan zastanawiał się jak ktoś mógł zbudować taką budowle, przecież była niesamowita!
Bohater podszedł pod ścianę i zaczął jej się przyglądać. Była jak lustro, widział siebie naprzeciw, a raczej swoje odbicie. "Heh, ale ja piękny jestem" - pomyślał Kris. To, że spojrzał na tą ścianę uratowało mu życie. Zobaczył w odbiciu jak coś się do niego zbliża, szybko się odwrócił i zobaczył białego wilka, ogromnego białego wilka z okropnie długimi, i zapewne ostrymi, kłami. Nie chciał tego sprawdzać.
Zwierzę miało około półtora metra wysokości. Patrzało na Saiyana swoimi zimnymi, ciemno niebieskimi oczyma, z których Kris nie mógł wyczytać żadnych emocji, jakby ten potwór nie miał serca, uczuć, tylko pustka. Zwierzę zawarczało i rzuciło się na Krisa, który uniknął skacząc do góry, a następnie zrobił zły ruch - wystrzelił kulę ki w przerośniętego białego wilka. Ta faktycznie go zmiotła, ale jednak to nie był koniec, gdy zderzyła się ze ścianą, to odbiła się od niej, a potem od następnej i następnej. Kula ki Krisa latała teraz sprawiając zagrożenie nawet jemu, nie musiał zaś się przejmować wilkiem, który zaraz po tym jak przebiła go kula zamienił się w dziurawą statuetkę z lodu.
Kris wiedział, że pocisk, który wypuścił, może narobić wiele szkód, nie tylko jemu, ale i całej świątyni. Będąc pewien swej odległości, wycelował by wystrzelić kolejną kulę ki. Śledził lot kuli i nagle, szybko wypuścił kolejną. Kule energetyczne, dające więcej światła w pomieszczeniu, zderzyły się ze sobą i eksplodowały. Eksplozja wywołała jasny błysk i nic więcej, nie była w stanie spopielić, ani uszkodzić ścian świątyni.
Saiyan rozejrzał się wokół, przyjrzał się ścianom i sufitowi, wyglądało wszystko dla niego jakby labirynt. Gdzieniegdzie ciągnęły się dziwne wyżłobienia w podłodze i na ścianach, a nawet na suficie. Biegły do innych miejsc, innych pomieszczeń, do których kierował się teraz Kris. Ruszył wciąż patrząc na odbijający się obraz na ścianach, dawało mu to większe szanse na przetrwanie, gdyby został zaatakowany. Nie został, miał naprawde ogromne szczęście, gdyż minął najpotężniejszego strażnika świątyni o włos, dzieliło ich zaledwie kilka metrów od siebie. Kris jednak wszedł w zakręt, a potwór udał się w drugą stronę. Kris poszedł zaś prosto do "komnaty przyzwań".
[center]***[/center]
(...)Bobercik machnął prawą ręką w dół, a kulki w powietrzu pokryły się ogniem. Wokół świecących jasno-niebieskim kolorem kulek latały teraz smugi czerwonego ognia. Kulki zaczęły wirować, kręcić w koło, ruszając się tak zderzyły się z ziemią. Początkowo nic się nie działo, poza tym, że Bobercik mimowolnie zamknął oczy, jakby ktoś go kontrolował. Po chwili je otworzył mówiąc: "Summon creature: Ifrit!". Ziemia zaczęła się trząść, pękała w niektórych miejscach, tuż obok Bobercika, który bał się tego, co się dzieje. Jednak wciąż był pod wpływem kontroli dziwnego zwoju od Daegurtha, nie mógł się ruszać, nie mógł okazać strachu w żaden sposób.
Ze szczelin w ziemi zaczęła wypływać pomaranczowo-czerwona maź - była to magma, która wydostając się z ziemi zamieniała się w lawę. Zaczęło robić się cieplej, lawa topiła kamienie, powstawały toksyczne opary, które jednak mijały Bobercika, lecąc na wietrze w stronę lasu. Ziemia trzęsła się jeszcze bardziej niż wcześniej i nagle ogromna rogata bestia wyskoczyła spod jej powierzchni, wybijając Bobercika wysoko do góry.
Potwór miał brązowo-czerwoną skóre, gdzieniegdzie pokrytą czerwono-pomaranczowym futrem. Miał też ogromne rogi i dość obszerną paszczę. Gdzieniegdzie pokrywały go płomienie, latając po nim jak zupełnie chciały. Był teraz wysoko w powietrzu, razem z Bobercikiem, którego złapał i wylądował na ziemi, wbijając w nią swoje pazury u ogromnych nóg, robiąc dość znaczne wgniecenie w ziemi, dziurę, która jednak w porównaniu z wielkością bestii była jak porównanie wielkości Ziemi do wielkości Słońca. Potwór postawił Bobercika na ziemi, a ten odzyskał już kontrolę nad swoim ciałem.
- Co to za potwór!?! - zapytał po cichu niedowierzając Sesshomaru
Bobercik patrzał na bestie, która wyskoczyła spod niego, a ta spojrzała na niego. Patrzyli tak przez chwilę, aż bestia się odwzwała.
- Co mam robić? - zapytało monstrum
- Ifrit... Zaatakuj potwora przed tobą - powiedział Bobercik
Ifrit, bo tak zwał się potwór do diabła podobny, maczany w ogniach piekielnych, obejrzał się w stronę Daegurth'a do którego doskoczył i zaatakował go, uderzając swoimi ogromnymi łapami. Daegurth, a raczej monstrum, którym był, zawyło z bólu i szybko samo oddało Ifritowi, uderzając go tnącymi szponami. Ifrit zablokował się rogami i odskoczył. Stanął w lekkim rozkroku i otworzył paszczę, w której zaczęło krążyć i podgrzewać się powietrze. Po chwili między zębami Ifrita była ogromna kula ognia... Nie, to była nawet kula lawy! Ifrit wyskoczył w powietrze i wystrzelił kulę w stronę monstum, które zablokowało się skrzydłami, zaczęło jednak wyć, gdy skrzydła topniały pod wpływem okropnie gorącej mazi, lawy. Nadaremnie monstrum nabrało powietrza w usta i wysłało strumień ognia w stronę Ifrita, który był na ogień w stu procentach odporny, co więcej, nawet go leczył. Ifrit doskoczył do Daegurth'a przemienionego w potwora i zaatakował go raz, potem drugi i trzeci. Pierwszy atak był zwykłym uderzeniem pazurami, którymi Ifrit zranił monstrum. Później Ifrit wybił z całej siły monstrum do góry, Daegurth wyleciał kilka metrów do góry. Wtedy Ifrit zaatakował poraz trzeci. Wyskoczył wysoko do góry i splótł palce u rąk, po czym od góry zaatakował Daegurtha rękoma, uderzył go bardzo mocno, tak, że wbiło go w ziemię. Monstrum jednak podniosło się i rzuciło na Ifrita. Przepychali się razem, wyglądało na to, że Ifrit wygra, jednak wtedy monstrum zaatakowało Ifrita okonem, oplotło go nim i rzuciło o ziemię. Ifrit zawył z bólu, jednak "nie stracił zimnej krwi", szybko się podniósł odbijając się od ziemi, unikając tym samym kolejnego ataku ogonem. Ifrit spojrzał na Bobercika, oszołomionego jego siłą.
- Hellfire? - zapytał Ifrit nie będąc pewien, czy może zastosować atak zwany Hellfire(ang. "Ogień piekielny")
- Hellfire? - nie wiedział o co chodzi Ifritowi Bobercik - Hellfire!
Na twarzy Ifrita pojawił się szyderczy uśmiech, który pokazywał prawie wszystkie jego zęby. Wokół niego zaczęło krążyć powietrze, zmieniając swój kolor pod wpływem ciepła. W końcu Ifrit wyskoczył wysoko w powietrze i uniósł obie ręce wysoko do góry. Zawisł na moment na niebie, a nad unoszącymi się rękami pojawiło się coś. Początkowo była to malutka kulka ognia, z czasem jednak rosła, coraz bardziej i bardziej. Urosła do naprawdę ogromnych rozmiarów, wyglądała zupełnie jak kula magmy, a może to była kula magmy? Jednak wydawało się to niemożliwe, aby w taki sposób powstała kilkunastometrowa kula, pełna ognia, który skakał po jej powierzchni. Ifrit wygiął się do tyłu jak tylko mógł, słychać było jak "strzelają" mu kości. Nagle ruszył rękami do przodu, wyrzucając ogromną kulę na stojącego na ziemi Daegurtha.
[center]***[/center]
Saiyan stał pośrodku ogromnej komnaty. Tuż przed nim był ogromny kryształ, tym razem był to najzwyklejszy kryształ lodu. Kris go dotknął, jednak puścił jeszcze szybciej, niż pomyślał. Był tak okropnie zimny, ledwo odczepił od niego palec prawej ręki. Kris przyglądał się kryształowi i choć ciężko było, to zobaczył, że coś jest wewnątrz niego. Była to niebieskoskóra kobieta, która miała na sobie zaledwie małe części dziwnego ubrania. Miała zamknięte oczy, zupełnie jakby spała, Kris pomyślał, że mogło coś się jej stać i chciał ją uwolnić z tego lodowego więzienia. Uderzył w kryształ lodu, a wtedy ona otwarła oczy i wbiła je w niego. Kris czuł wiejący od niej chłód, wystraszył się jej wzroku, ale nie pokazywał tego.
- Wyciągnę cie stamtąd! - zawołał Kris do uwięzionej w lodzie kobiety
Lód zaczął drżeć, a po chwili Saiyan usłyszał kobiecy głos.
- Odejdź stąd śmiertelniku, wcale nie musisz mnie uwalniać - odezwał się głos
- Jak to, nic ci nie jest? - zapytał Kris
- Odejdź - powtórzył dziwny głos, jakby telepatyczny
Kris zrobił krok do tyłu, jakby w obawie przed tym, że coś mu się stanie. Spojrzał jeszcze raz w oczy kobiety zamkniętej w lodzie, wiedział, że nie może odpuścić, nie teraz, przeszedł całą tą drogę, by znaleźć Shive... Ale zaraz, może to jest ta Shiva?
- Czy ty jesteś Shiva? - zapytał Kris - Jeśli tak, to proszę, pomóż mi i już stąd znikam!
- Czemu niby miałabym ci pomóc? - zapytała kobieta, z pewnością Shiva
- Bo cie o to proszę! - powiedział Kris - Bądź taka miłą i...
Zanim dokończył, to zobaczył że lód zaczyna pękać. Po chwili Shiva machnęła raz ręką, a cały pokrywający ją lód zniknął, złamał się na kawałeczki. Kobieta stała teraz przed Krisem, poprawiła sobie ciemno-niebieskie włosy i podeszła pod Krisa, który już z dala czuł więjące od niej zimno. Nie przeszkadzało mu to jednak, ten chłód wydawał mu się normalny, naturalny.
- Proszę, Shiva, pomóż mi! - powiedział Kris
- Skąd wiesz, że można mnie tutaj znaleźć? - zapytała Shiva - Nie widziałam tutaj żywej duszy przez wiele lat
- Od przyjaciela, z jego notesu, który zostawił dla mnie - powiedział Kris - Od Daegurth'a
- Więc od niego... - powiedziała Shiva po czym opóściła wzrok na ziemię - Jaki on teraz jest?
- Zamienił się w potwora, ogromną i okropną bestię - powiedział Kris
Shiva patrzała na Krisa niedowierzając, tak, jakby kiedyś dobrze go znała.
- A skąd go znasz? - zapytał Kris
- Kiedyś, dawno temu, przyzwał mnie poraz pierwszy - powiedziałą Shiva - I puścił mnie wolno. Nikt tego nigdy nie zrobił, zawsze odsyłali mnie spowrotem.
- Przyzwał? Odsyłali? - zapytał Kris nie rozumiejąc
- Bo widzisz, on był jedyną osobą, która nie uważała Esperów za potwory, jedyną osobą, która wzywała nas nawet, kiedy nie było trzeba, żeby z nami porozmawiać, zapytać jak się czujemy... On był inny, niż pozostali, jedyny w swoim rodzaju - powiedziała Shiva patrząc Krisowi głęboko w oczy
- Wiem coś o tym... - powiedział Saiyan
- Więc w czym ci mam niby pomóc? - zapytała Shiva
Kris ściągnął z pleców miecz i wyciągnął kryształ oraz kilka flakoników zza pasa. Wyjaśnił Shivie, że potrzebuje temperatury zera absolutnego, aby "wzmocnić wiązania w mieczu".
- Niełatwe zadanie - powiedziała Shiva - Ale pomogę cię, odsuń się.
Kris odszedł dalej, o wiele dalej. Stał przy ścianie i patrzał co robi Esper stający przed nim.
Kobieta odsunęła się nieco od miecza, obok którego Kris postawił kryształ i stanęła tak, aby była bokiem do Krisa. Nie chciała zranić go tym, co zaraz zrobi. Powiedziała po cichu: "Diamond Dust" i nabrała trochę powietrza w usta, po czym zaczęła powoli je wypuszczać, trzymając otwartą ręke tuż pod strumieniem śniegu i lodu, chłodu, jaki wylatywał z jej ust. To mroźne powietrze leciało na miecz, ale nie tylko. Leciało i dalej, tworząc ogromne sople i kryształy lodu w połowie pomieszczenia. Kris miał szczęście, że nie był za blisko, bo by zamarzł, z pewnością. Shiva dalej wypuszczała powietrze z ust i wtedy miecz zaczął się zmieniać. Na początku zmienił się jego kolor, na czysto czarny, jakby pochłaniał światło. Później zaczął wchłaniać lód, który go otaczał, w ten sposób nabierał niebieskiego koloru. Na sam koniec kryształ leżący obok roztopił się i wleciał w miecz. Dokładniej wpłynął weń. Miecz zaczął lśnić i lekko świecić we wszystkich kolorach tęczy, po chwili jednak nabrał zimnego, niebieskiego koloru. Tylko rękojeść była koloru ciemnego, gdzieniegdzie przepasana czerwienią i bordem(kolorem bordowym). Kobieta przestała wypuszczać powietrze, wyprostowała się i podniosła prawą ręke do góry, pstryknęła palcami, a lód natychmiast pękł. Na ziemi leżał miecz, piękny, cały, o lśniącym w niebieskim kolorze ostrzu. Kris podszedł bliżej miecza. Zmieszał czarną, niebieską i zieloną fiolkę, a następnie wylał otrzymaną w ten sposób maź o kolorze czarnym na ostrze miecza. Oostrze zaczęło świecić jasnym światłem, a po chwili zmieniło trochę swój kolor. Nadal było niebieskie, tak jak przed chwilą, ale gdzieniegdzie przechodziły czarne, zielone i ciemno-granatowe paski wzdłuż miecza, jakby były namalowane, jednak nie była to farba, miecz był przesiąknięty mazią na dobre. Została Krisowi czerwona fiolka, której nie wypił, wylał ją na rękojeść, z której zaczęła lecieć para, jakby się podpalała. Po chwili rękojeść zrobiła się nieco jaśniejsza.
Minęła chwila czasu, zanim Saiyan podniósł miecz. Bał się, że będzie miał temperaturę absolutnego zera, jednak Shiva przekonała go, że nie ma, że jego rękojeść jest teraz zaczarowana i może jej spokojnie dotknąć. Wtedy Kris podniósł miecz za rękojeść.
Jego rękojeść była ciepła, jakby dokładnie dopasowana, o temperaturze, jaką chciałby mieć Kris. Do tego cały miecz był taki lekki... Saiyan prawie nie czuł go w rękach. Gdy ruszał mieczem, nieważne jak szybko, za nim zostawała niebieska smuga, która po chwili znikała. Kris chciał dotknąć ostrza, ale Shiva powstrzymała go zabierając mu miecz.
- Nie dotykaj tego ostrza - powiedziała Shiva - Ono jest zabójcze
- Rozumiem... Ale jak ja go będe nosić? - zapytał Kris
Shiva szybko machnęła ręką, wokół ostrza zrobił się lód, A może to nie był lód? Kris zorientował się, że jest to identyczny kryształ z jakiego jest zrobiona cała świątynia, nie przepuszcza on wogóle ciepła. Saiyan odebrał swój miecz od SHivy i zawiesił go na plecach. Uśmiechnął się do niej zadając pytanie.
- Jak ci się odwdzięcze? - zapytał Kris
- Wystarczy, że czasem mnie wezwiesz - powiedziałą Shiva
- Ale jak? - zapytał Kris
- Nie jesteś summonerem? - zapytała Shiva - Wyjaśnie ci...
Shiva wyjaśniła Krisowi jak może ją wezwać, ten szybko pojął i powiedział, że z pewnością ją wezwie, niekoniecznie, aby walczyła, jak to zwykli ją wzywać summonerzy.
- Żegnaj więc, Shiva, do zobaczenia! - powiedział Kris odwracając się
- Żegnaj - odpowiedziała Shiva stając na środku sali, a wokół niej pojawił się znów kryształ lodu, zakrywający ją całkowicie...
Dobra, nie chce mi się narazie więcej pisać, zostawiam do czytania kolejny rozdział FanFicka, mam nadzieję, że się podoba ^^ Enjoy ^^
Pieśń ze świątyni(Song of Prayers[FFX]
Radek kiwnął głową pokazując, że rozumie to co mówi mu Rauko. Jak się dowiedział Rauko też jest Saiyanem. Teraz wiedział już więcej o tym kim jest i dlaczego poszedł tam, o tym pisku w jego głowie, o tym, że jest pół-saiyanem i pół-człowiekiem, bardzo nieczęstą mieszanką obu ras, gdyż Saiyanie zazwyczaj nienawidzili ludzi, uważali się za najlepszą rasę we wszelkich względach i tępili inne. To właśnie ich zgubiło, ich pycha zżerała ich samych, a oni nie potrafili z tym walczyć. Rauko opowiedział też młodemu pół-saiyanowi o przemianach w Oozaru, o podbojach i misjach Saiyanów, o wszystkim, co o nich wiedział. Na szczęście zarówno Rauko, jak i Radka nie mieli obaj ogonów, które do przemiany były potrzebne.
- Więc mój ojciec nie jest człowiekiem - mówił na głos Radek wciąż nie do końca w to wierząc, jednak zaraz dokończył - to dlatego zawsze byłem silniejszy od rówieśników, szybszy, mądrzejszy... Tak?
- Prócz tego ostatniego, to tak. Mądrość musiałeś odziedziczyć po matce - powiedział Rauko - Masz naprawde wielkie szczęście, że tam byłem akurat ja, a nie kto inny
- W sumie tak... Ale dlaczego tak uważasz? - zapytał Radek
- Prawie go pokonałem, a wtedy przyszedłeś ty, zostawiłem go i pewnie teraz ma się dobrze, lepiej niż wcześniej - powiedział Rauko
Radek nic nie odpowiedział. Czuł się naprawde głupio, skoro mógł Rauko zabić tego potwora... Tą ogromną, potężną i siejącą strach bestię, która siała zniszczenie, to powinien to zrobić, nie bacząc na niego. Nie mógł jednak cofnąć czasu, by tam nie iść, choć bardzo tego chciał...
- Dobra, mniejsza o to - powiedział Rauko - Jak na pół-saiyana jesteś bardzo silny, czas sprawdzić jak bardzo
- Co przez to rozumiesz? - zapytał Radek
- Sparring, przed domem, zaraz - powiedział Rauko
- Ale że jak!?! Bić się chcesz? - zapytał zszokowany Radek - Ja nie lubie się bić!
- To dobrze, bo nie będziesz bić siebie, ale mnie. A teraz chodź, albo cie wyniose - powiedział Rauko
Radek i Rauko wyszli z domu. Ten pierwszy nie zabardzo wiedział w jakie tarapaty się wpakował, ale mimo tego trząsł się - ze strachu, jak i z podniecenia. Nikt nigdy nie wyzwał go na walke, nie w taki sposób. Czuł się dobrze, jego Saiyańska duma urosła, odrodziła się w mgnieniu oka, jednak ludzkie uczucia wykazywały się strachem.
[center]***[/center]
Roksia wracając do domu Hebrida napotkała trenującego Raymana. Poszedła do niego razem z Mark'iem, którego mu przedstawiła mówiąc od razu, że nauczył się chodzić po wodzie w ciągu chwili. Rayman się zdziwił, ale nie wierzył, dopóki nie zobaczył, a gdy już zobaczył to szczęka mu opadła.
- Skąd to umiesz? - zapytał Rayman - Wygląda jakbyś już trenował coś podobnego
- Trenowałem, nauczyłem się kilku rzeczy - powiedział Mark - Jednak to nie dla was
- Pokaż, pokaż! - zawołał Rayman
Mark przez chwilę na niego popatrzał, a potem powiedział: "Dobrze". Stanął wyprostowany. Ułożył ręce w jakiś dziwny znak i całyczas go tak trzymał. Rayman i Roksia nie byli tacy wprawieni w wykrywaniu energii, by wiedzieć co się dzieje z energią Mark'a. Po chwili zawołał: "Henge!" i wokół niego pojawiła się chmura dymu. Wisiała nad nim przez chwilę, dopiero później opadła. Rayman zrobił się cały czerwony, a Roksia nie wiedziała co się dzieje. Tam, gdzie przed chwilą stał Mark była naga kobieta, blondynka o długich włosach. Była bardzo zgrabna i miała małe, zgrabne piersi. Patrzała na Raymana mówiąc: "Rayman", używając przy tym całego swego wdzięku. Wysyłała całusy w strony zarumienionego Raymana i nagle... Znów pokazała się mgła, a gdy znikła to stał tam Mark śmiejąc się z Raymana w głos.
- Haha! Rayman, dobre, no nie? - zapytał Mark
Rayman dopiero teraz potrząsł głową odzyskując przytomność. Tylko kiwnął głową w odpowiedzi na "tak".
- Roksia, miałaś mnie przedstawić komuś, Raymanowi, czy komuś innemu? - zapytał Mark
- Komuś innemu, nazywa się Bart. Chodź - powiedziała Roksia i ruszyli w stronę domu Hebrida
[center]***[/center]
Nagle Bart obudził się ze snu, widział jak ktoś otwiera drewniane drzwi do pomieszczenia. Zapaliło się wtedy więcej niebieskich ogni, we wszystkich wyznaczonych do tego miejscach. Początkowo Bart nie poznał kto to jest, gdyż miał założoną togę i kaptur na sobie. Jednak ściągnął kaptur zaraz jak wszedł do środka.
- Tevion... - powiedział Bart mając już niewiele siły
- Bart! - zawołał Tevion niedowierzając - Przepraszam, już cię stąd wyciągam!
Tevion machnął kilka razy ręką, wokół której zaczęły latać małe kuleczki w różnych kolorach. Po chwili wystawił ją w stronę Barta, a te wleciały w znak na ziemi i zdezaktywowały go. Bart wiedział co miał robić. Od razu wstał i wyszedł, zaraz po tym jak to zrobił bariera znów się włączyła.
- Przepraszam, ale to jest sposób na nieproszonych gości - powiedział Tevion - Gdyby ktoś chciał się teleportować obok zamku bez zezwolenia, to wpada właśnie w takie miejsce i musi czekać, aż ktoś przyjdzie go uwolnić. Ty wpadłeś akurat do mojej bariery, ciesz się
- Nie ważne, czy się cieszę z tego, czy nie - powiedział Bart - Mam ważną sprawę Tevion, bardzo ważną
- Tak? A jaką? - zapytał Tevion
- Mój brat zamienił się w ogromne monstrum, naprawde wielką bestię i niszczy wszystko co napotka na swojej drodze! - powiedział szybko Bart - Da się to jakoś powstrzymać? Może twoja magia pomoże?
Tevion opóścił na chwilę wzrok pogrążając się w myślach. Zaczął rozumieć wiele rzeczy, za wiele, jednak potrzebował wciąż odpowiedzi.
- Jak wyglądał twój brat? - zapytał otwarcie Tevion - Zanim się zamienił, rzecz jasna
- Miał długie rudo-czerwone włosy... - powiedział Bart, po czym przerwał mu Tevion
- Był dosyć wysoki, miał tak jakby tatuaż na lewym ramieniu pokazujący smoka, jego oczy były puste, bardzo głębokie - powiedział Tevion
- Skąd wiesz? - zapytał Bart
- Wiem już kim jest ten cały Daegurth, to imie Vinida w innym wymiarze. Chcąc uchronić wymiary przed zniszczeniem wymyślił nowe imię, by nie mógł być rozpoznany pod starym - powiedział Tevion - Mówiłeś, że się zamienił, tak? A na jak długo?
- Na kilka dni - powiedział Bart
- Niedobrze, naprawde niedobrze... - powiedział Tevion - Nie macie w waszym wymiarze psioników?
- Psioników? - zapytał Bart nie wiedząc o co chodzi
- Tak, ludzi potrafiących kontrolować innych przy pomocy telepatii, dokładniej o nich mi chodzi - powiedział Tevion - Nie macie?
- Nie, a co? - zapytał Bart
- To dobrze, bo Vinid... Daegurth kazałby takiemu komuś, żeby go zabił i dałby mu specjalny zwój - powiedział Tevion - Dobra, teraz chodź, muszę cie nauczyć parę rzeczy
Tevion widział, że z Bart'em jest coś nie tak. Domyślił się, że to bariera go tak sponiewierała i jest opuszczony z sił. Zazwyczaj ludzie po jednym dotknięciu bariery są prawie martwi, on się jednak nawet trzymał. "Nic dziwnego" - pomyślał Tevion - "W końcu to brat Vinida". Arcymag zrobił kilka kułek ręką, a jego palce rysowały zieloną smugą znak. Wtedy wyprostował ręke a zielona kulka poleciała w stronę Bart'a. Gdy go dotknęła całe jego ciało pokryła aura tego samego koloru, która po chwili znikła. Bart zobaczył, że wszystkie rany się zagoiły, a siły wróciły mu na nowo. Niesamowite... Nie miał teraz jednak czasu, musiał się spieszyć, wiedział o tym.
[center]***[/center]
Radek stał naprzeciw saiyana zwanego Rauko. Patrzeli sobie w oczy. Ich włosy latały na lekkim wietrze. Ten pierwszy przełknął ślinę w lekkim strachu. Wiedział jakimś sposobem, że nie będzie tu za ciekawie. Rozbolała go od tego nawet głowa, która pulsowała mocno co ułamek sekundy.
- Gotów? - zapytał spokojnie Rauko
- Jasne! - zawołał Radek starając się ukryć strach. Rauko wiedział, że ten młody chłopak ukrywa strach i dlatego się uśmiechnął. "Może coś z niego będzie" - pomyślał.
Radek wciąż patrzał w oczy Rauko, które po chwili, w ułamku sekundy, znikły! Młody pół-saiyan otworzył oczy jak tylko mógł ze zdziwienia. Rauko kompletnie rozpłynął się w powietrzu. Pół-saiyan zaczął się rozglądać szukając białowłosego chłopaka, jednak nigdzie go nie widział.
- Nie patrz oczami, ale sercem - powiedział głos ze wszystkich stron
Radek nie zrozumiał o co chodzi, wciąż szukał Rauko patrząc się na wszystkie strony, jednak nie mógł go zobaczyć nawet na sekundke. W pewnym momencie poczuł, że boli go brzuch. Poleciał kilka metrów do tyłu zanim się zatrzymał i upadł na kolana. Wypluł ślinę z ust, po czym z ogromnym trudem nabrał trochę powietrza.
- Nie polegaj na wzroku, masz za słaby wzrok - znów odezwał się głos ze wszystkich stron - Spróbuj wyczuć gdzie jestem, spróbuj usłyszeć, tak jak wtedy, ten dziwny dźwięk, niczym pisk, gwizd
Radek zamknął oczy, nie dlatego, że słuchał rad, ale z bólu. Dostał naprawde mocno i choć o tym nie wiedział, to nie raz, ale dwa razy z bardzo dużą prędkością. Zakasłał dwa razy trzymając się oburącz za brzuch. Czuł, że dziwne ciarki przechodzą całe jego ciało, zaczęło kręcić mu się w głowie. powoli otworzył oczy. Widział wszystko jak przez mgłę, wszystko się kręciło. Zobaczył jakąś smugę przez tą mgłę, nie wiedział co to jest, nie myślał o tym. Usłyszał z jej strony słaby pisk i poczuł powiew wiatru. Nagle smuga przesunęła się nad niego, a potem za niego, z ogromną prędkością poruszała się całyczas wokół Radka, który starał się ją śledzić. Zamknął oczy i znów je otworzył, jednak już jej nie zobaczył. Czuł się słabo, jednak stanął na nogach.
- Nawet jeśli cie zobacze, to co mogę zrobić? - zapytał Radek
- Wystarczy, że mnie raz uderzysz, albo rzucisz, czymkolwiek - powiedział głos Rauko ze wszystkich stron - Wtedy przestane cie atakować
"Super" - pomyślał Radek - "Ledwo go widziałem, a mam go uderzyć...". Radek stał w bezruchu, ruszała się tylko jego klatka piersiowa podczas nabieraniu i oddawaniu powietrza z płuc. Poczuł nagle ból, ze wszystkich członków, z każdej części ciała. Leciał bezwładnie raz to do przodu, a raz do tyłu, raz w lewo i czasem w prawo. W końcu upadł na ziemię. Leżał z trudem oddychając i nagle coś jakby w nim pękło, coś się odblokowało. Z trudem opadł jedną ręke na ziemi chcąc się podnieść. Podnosząc się zaczął krzyczeć z bólu. Jego mięśnie nie były w stanie nawet wykonać takiej pracy...
Jednak Radek nie dawał za wygraną. Krzyczał i wokół leżącego na ziemi Radka zaczął krążyć z ogromną prędkością wiatr, zrywając trawę i piasek, podrywając je do lotu w koło, wokół Radka. Z jego ciała zaczęła wylatywać biała aura, która nie wydostawała się jednak za stworzoną przez wiatr barierę, tornado. Krążyła powoli wokół Radka, który z trudem się podniósł, a gdy tak się stało, aura nagle się rozpłynęła, a wiatr osłabł, zrzucając na ziemię uniesioną wcześniej trawę i piasek.
Rauko był zdziwiony, nie wierzył by ktoś mógł za pierwszym razem, przy pierwszej walce użyć energii ki. Nigdy czegoś takiego nie widział, ale znał odpowiedź, wiedział dlaczego tak było: To wszystko było sprawą krwi, która płynęła w Radku.
Ojciec Radka był Saiyanem, teraz było to pewne, musiał odziedziczyć po ojcu część genów, gdyż tylko Saiyanie mają taką wolę walki, człowiek nie próbowałby już się podnieść. Rauko wiedział, że Radek nigdy nie miał okazji sprawdzić swoje Saiyańskie zdolności, które ukrył w sobie głęboko, razem z siłą jaką mu dawały. Zamknął ją za niewidzialną barierą, która przed chwilą pękła, raz na zawsze.
Radek stał teraz patrząc na swoje ręce. Nie wierzył w to co zrobił, chociaż był świadom, że to miało miejsce. Nagle odchylił się do tyłu, potem podskoczył, wystawił ręke w prawo do bloku. Wszystko było robione odruchowo, część jego krwi tego właśnie chciała. W ręke którą wystawił poczuł uderzenie, bardzo mocne, jednak umiejętnie robiąc obrót zminimalizował je i zrobił zamach drugą ręką - nie trafił.
Nagle Rauko pokazał się tuż przed Radkiem, który zrobił bardzo szybki cios kierowany w jego twarz. Saiyan jednak bardzo szybko złapał pięść kierowaną w jego stronę i wykręcił ręke Radka, po czym popchnął go do przodu.
- Wystarczy - powiedział Rauko - Nie wierzyłem, że wogóle coś z tego będzie, ale zrobie z ciebie wojownika
- Ha, i to jeszcze jakiego - powiedział Radek, a na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech
Nagle Radek dostał w twarz od Rauko i upadł na ziemię. Wypluł krew z ust, w jego oczach pojawiły się łzy, które ani śmiały wyjść poza oczodoły.
- Za co? - zapytał Radek leżąc na ziemi, na plecach, wsparty rękami z lekko podniesioną glową
- Musisz kontrolować się, ten uśmiech nie był proszony - powiedział Rauko - To był uśmiech typowego saiyańskiego barbarzyńcy, nie chce tu takich, musisz nad tym panować, zawsze!
[center]***[/center]
Dyninio biegł w stronę Grolyego, który z łatwością uderzył go pięścią, jednak ta przeleciała przez Dyninia, który się rozpłynął, niczym mgła. Została w tym miejscu tylko energia, trochę energii, która i po chwili się rozpłynęła w powietrzu. Dyninio zaś, czego nie spodziewał się Groly, pojawił się za nim i uderzył go z całych sił ręką, w której skupił tak wiele energii. Brat Brolyego, mimo że był tak potężny, to poczuł atak, nawet znacznie. Energia wydostając się z ręki Dyninia spowodowała eksplozję, która wyrzuciła Grolyego daleko, kilkanaście metrów dalej. To jednak nie był koniec. Dyninio, niewiadomo skąd, pojawił się obok Grolyego, którego z przewrotu uderzył nogą, wołając: "Senten!".
Groly z ogromną prędkością zaczął zbliżać się do ziemi, jednak przed samą ziemią rozłożył ręce i nogi na boki zatrzymując się w powietrzu. Nie minęła sekunda, a ten zniknął, po prostu rozpłynął się w powietrzu. Dyninio powoli zbliżał się do ziemi spadając, jednak nie dotarł do niej, poczuł okropny ból przeszywający całe jego ciało. To Groly kopnął go w głowę, tak, że ten wyleciał jeszcze wyżej w powietrze. Groly wystawił w jego stronę obie ręce, na których pojawiła się złota kula, rosnąca coraz bardziej i bardziej. W ciągu paru sekund nabrała ogromnych rozmiarów, kilka metrów średnicy.
"Cholera, to go zmiecie!!!" - pomyślał Adrian, po czym świadomie użył swojej najnowszej techniki. To był jedyny sposób na dotarcie obok Grolyego na czas. Zamknął oczy, widział, a raczej czuł, energię Grolyego i znikomą energię Dyninia. Skupił się jak tylko mógł, wyobraził sobie, że znajduje się obok Grolyego. Jego energia zaczęła przemieszczać się w tamtą stronę z ogromną prędkością. W ciągu sekundy, może dwóch znalazła się tam cała, razem ze swoim właścicielem - Adrianem.
Całe przemieszczenie wyglądało bardzo dziwacznie, Dyninio z trudem widział je jednym okiem. Chciał spojrzeć na Adriana, wiedząc, że to wystarczy aby prosić go o pomoc. Wiedział też, że Adrian mu nie odmówi.
Powietrze przed Adrianem zaczęło drgać, falować, zupełnie jak woda. Nagle Adrian w nie wpadł i wyleciał z tego tunelu tuż przy Grolym, obok jego ogromnego pocisku. Powietrze przestawało falować zaraz po tym, jak przeleciał przez jego część Adrian, tuż za nim.
Adrian otwarł oczy, złączył obie ręce stykając ze sobą nadgarstki i schylił się. Wyprostował ręce uderzając w Grolyego, a dokładniej w jego wystawione w stronę Dyninia ręce. Groly podniósł je do góry, a pocisk, który miał między rękoma wyleciał mijając spadającego z wysoka Dyninia o włos, jednak pocisk był tak potężny, że Dyninio zaczął wirować, gdy ten przeleciał obok niego.
- Chciałeś go zabić!?! - zapytał Adrian upadając na lewe kolano. Wiedział, że ta technika, którą właśnie zastosował, zabrała mu ogromną ilość energii. Ki przelatując przez powietrze do innego miejsca rozpływała się, tylko pewna jej część doleciała do wyznaczonego miejsca. Reszta po prostu rozpłynęła się. Tą właśnie energią dysponował teraz Adrian, który nie potrafił udoskonalić tej techniki, jeszcze nie, nie znał kontroli Ki lub innych sposobów na tyle dobrze, aby ją ulepszyć.
- Ja... Przepraszam, poniosło mnie - powiedział Groly, po czym skierował swój wzrok na Adriana - Na szczęście mnie powstrzymałeś.
Groly rozpłynął się w powietrzu. Adrian nie był przekonany co do jego przeprosin, zamknął oczy i starał się wyczuć jego moc. Czuł, że zbliża się z ogromną prędkością do Dyninia. Otworzył oczy, wiedząc, że nic nie może już zrobić. Patrzał bezradnie jak... Jak Groly pojawia się obok Dyninia, łapie go i łagodnie sprowadza na ziemię.
- Zabiore cie do domu Hebrida - powiedział Groly - Tam odpoczniesz. Przepraszam...
- Heh, khe - zaśmiał się Dyninio wypluwając po części krew z ust - Chyba jednak nie byłem w stanie...
- Byłeś - powiedział Groly - Oj, żebyś wiedział, że byłeś...
[center]***[/center]
Śnieg padał dalej, zamieć szalała chcąc poderwać Saiyana w górę i rozszarpać go, ten jednak nie dawał za wygraną. Zasłonił się kocem, który zabrał na drogę i patrząc na mape w notesie szedł dalej, zbliżając się do oznaczonej tam świątyni. Po chwili był na miejscu, stanął i starał się rozglądać, jednak nic nie widział. "Gdzie jest ta głupia świątynia!?!" - zastanawiał się Kris - "Kurcze, zaraz zamarzne!". Kris widział, że jest dokładnie w tym miejscu, które pokazuje mapa. Zaczął biegnąć w miejscu, by choć trochę się ogrzać. Wtedy to śnieg pod jego nogami się zapadł, a ten krzyknął spadając w dół.
Upadł na śnieg, po którym jeszcze przed chwilą biegł w miejscu, miał szczęście, bo tuż obok był twardy lód. Saiyan widział, że śnieg, niczym kopuła, pokrywa miejsce, w którym teraz był. Najpierw długo wpadał w dziurę, potem wpadł tutaj, kilkadziesiąt metrów pod śniegiem. Była tu ogromna szczelina, w której nie widział prawie nic - światło tutaj prawie nie docierało z zewnątrz. Jednak nie było aż tak zimno i nie było zamieci śnieżnej.
Kris wstał i strzepał śnieg z ubrania. "Jak ja stąd wyjdę?" - zastanawiał się patrząc w górę, na dziurę, przez którą tutaj wpadł. Było to prawie jedyne miejsce, z którego było widać wpadające światło, jednak nie jedyne. Kris widział też inne, dwa światełka, w oddali, nie potrafił powiedzieć jak daleko. Poszedł tam, szybkim krokiem, mimo, że było zimno, nie przeszkadzało mu to. Była to dla niego dobra temperatura, czuł się jak w domu, jednak coś nie dawało mu spokoju. Rozglądał się ciągle, to na lewo, to na prawo, jakby ktoś lub coś tam było. Wiedział jednak, że musi iść za światłem, to jego jedyna szansa.
[center]***[/center]
Bart szedł teraz za Tevionem, arcymagiem królestwa Redreth. Mijał jedną komnatę, za drugą, a wszyscy strażnicy, których spotkał, kłaniali mu się nisko, tak jak Bart'owi, bardzo zdziwionemu tym faktem.
- Mamy mało czasu, musisz tam dotrzeć, zanim przemieni się bezpowrotnie - powiedział Tevion - Nie moge tam iść sam, bo nie wrócę tutaj, nie umiem chodzić między wymiarami, jak Daegurth, nawet on ma z tym trudności
- Tak apropo, kim on tutaj jest? - zapytał Bart
- Sobą, chodź, nie ma czasu! - zawołał Tevion
Po chwili arcymag i Saiyan wkroczyli do jakiejś ogromnej sali z księgami, nie była to jednak zwykła biblioteka, a zbiór najważniejszych ksiąg w królestwie, na zamku Deshar. Tevion podbiegł do jednej z półek i zamknął oczy. Podniósł prawą ręke i powiedział: "Vinid to rune shinaide eto", a do jego ręki wleciała nagle jakaś księga. Tevion otworzył ją na jakiejś stronie i wyciągnął zwój, pustą kartkę, spod togi. Uniósł ręke nad zwój i machnął nią dwa razy. Za każdym razem wylatywało z niej coś czarnego - był to magiczny tusz, który wypełniał zwój słowami. Tevion przygotowywał zaklęcie, choć Bart o tym nie wiedział. Po chwili Tevion zamknął księge i dał zwój Bartowi.
- Słuchaj uważnie - powiedział Tevion - Otworzysz ten zwój i przeczytasz wszystko co tam pisze, poradzisz sobie, tylko się nie pomyl! I powiedz Daegurthowi, że następnym razem ma osobiście do mnie przyjść, albo jak ja się tam przejde to... Aha, muszę coś dopisać do zwoju.
Tevion chwycił tym razem normalne pióro i napisał coś na końcu, po czym dał zwój Bartowi.
- Wystarczy, że go przeczytasz - powiedział Tevion - Ale musisz to zrobić tuż obok Daegurtha, aby to słyszał! Donturoni!
Bart nagle zniknął, otworzył oczy już w dobrze mu znanym wymiarze. Zwój, przy pomocy którego przeniósł się do innego wymiaru leżał na półeczce, zaś w jego ręce znajdował się inny. Bart ścisnął go mocno mówiąc: "Wytrzymaj!", po czym wybiegł z pokoju. Minął Roksie, Marka i Raymana mówiąc do nich "Nie teraz!". Wybiegł, jak tylko szybko mógł...
[center]***[/center]
Kris wiedział już co to były za światełka. Stał przed ogromnym budynkiem, niczym z lodu, jednak nie był on ani ciepły, ani zimny, jakby nie miał temperatury. Był zbudowany ze specjalnego kryształu, który tylko w kilku miejscach był przezroczysty. Światełka zaś były to magiczne lampy pokazujące drogę i oświetlające wejście.
Saiyan podszedł do niewielkich drzwi, części ogromnych wrót, znacznie większych od tych pierwszych(czyli drzwi). Nie było jednak klamki, a nawet dziurki od klucza. Kris jednak wystawił ręke w miejsce, gdzie klamka być powinna, a ta się tam zmaterializowała. Nacisnął ją, otwierając drzwi, po czym wszedł do środka.
Wszystkie ściany były zrobione z tego samego kryształu, co zewnętrzna część świątyni. Odbijało się od nich głuche echo piosenki modlitewnej, którą Kris już znał. Teraz jednak śpiewała ją tak jakby kobieta(można posłuchać, daje link na końcu). Kris zamknął za sobą drzwi, a klamka znów zniknęła. Ten zaczął się rozglądać. Wszędzie było jasno, ściany odbijały światło, które świeciło jasno w innym pomieszczeniu. Saiyan zastanawiał się jak ktoś mógł zbudować taką budowle, przecież była niesamowita!
Bohater podszedł pod ścianę i zaczął jej się przyglądać. Była jak lustro, widział siebie naprzeciw, a raczej swoje odbicie. "Heh, ale ja piękny jestem" - pomyślał Kris. To, że spojrzał na tą ścianę uratowało mu życie. Zobaczył w odbiciu jak coś się do niego zbliża, szybko się odwrócił i zobaczył białego wilka, ogromnego białego wilka z okropnie długimi, i zapewne ostrymi, kłami. Nie chciał tego sprawdzać.
Zwierzę miało około półtora metra wysokości. Patrzało na Saiyana swoimi zimnymi, ciemno niebieskimi oczyma, z których Kris nie mógł wyczytać żadnych emocji, jakby ten potwór nie miał serca, uczuć, tylko pustka. Zwierzę zawarczało i rzuciło się na Krisa, który uniknął skacząc do góry, a następnie zrobił zły ruch - wystrzelił kulę ki w przerośniętego białego wilka. Ta faktycznie go zmiotła, ale jednak to nie był koniec, gdy zderzyła się ze ścianą, to odbiła się od niej, a potem od następnej i następnej. Kula ki Krisa latała teraz sprawiając zagrożenie nawet jemu, nie musiał zaś się przejmować wilkiem, który zaraz po tym jak przebiła go kula zamienił się w dziurawą statuetkę z lodu.
Kris wiedział, że pocisk, który wypuścił, może narobić wiele szkód, nie tylko jemu, ale i całej świątyni. Będąc pewien swej odległości, wycelował by wystrzelić kolejną kulę ki. Śledził lot kuli i nagle, szybko wypuścił kolejną. Kule energetyczne, dające więcej światła w pomieszczeniu, zderzyły się ze sobą i eksplodowały. Eksplozja wywołała jasny błysk i nic więcej, nie była w stanie spopielić, ani uszkodzić ścian świątyni.
Saiyan rozejrzał się wokół, przyjrzał się ścianom i sufitowi, wyglądało wszystko dla niego jakby labirynt. Gdzieniegdzie ciągnęły się dziwne wyżłobienia w podłodze i na ścianach, a nawet na suficie. Biegły do innych miejsc, innych pomieszczeń, do których kierował się teraz Kris. Ruszył wciąż patrząc na odbijający się obraz na ścianach, dawało mu to większe szanse na przetrwanie, gdyby został zaatakowany. Nie został, miał naprawde ogromne szczęście, gdyż minął najpotężniejszego strażnika świątyni o włos, dzieliło ich zaledwie kilka metrów od siebie. Kris jednak wszedł w zakręt, a potwór udał się w drugą stronę. Kris poszedł zaś prosto do "komnaty przyzwań".
[center]***[/center]
(...)Bobercik machnął prawą ręką w dół, a kulki w powietrzu pokryły się ogniem. Wokół świecących jasno-niebieskim kolorem kulek latały teraz smugi czerwonego ognia. Kulki zaczęły wirować, kręcić w koło, ruszając się tak zderzyły się z ziemią. Początkowo nic się nie działo, poza tym, że Bobercik mimowolnie zamknął oczy, jakby ktoś go kontrolował. Po chwili je otworzył mówiąc: "Summon creature: Ifrit!". Ziemia zaczęła się trząść, pękała w niektórych miejscach, tuż obok Bobercika, który bał się tego, co się dzieje. Jednak wciąż był pod wpływem kontroli dziwnego zwoju od Daegurtha, nie mógł się ruszać, nie mógł okazać strachu w żaden sposób.
Ze szczelin w ziemi zaczęła wypływać pomaranczowo-czerwona maź - była to magma, która wydostając się z ziemi zamieniała się w lawę. Zaczęło robić się cieplej, lawa topiła kamienie, powstawały toksyczne opary, które jednak mijały Bobercika, lecąc na wietrze w stronę lasu. Ziemia trzęsła się jeszcze bardziej niż wcześniej i nagle ogromna rogata bestia wyskoczyła spod jej powierzchni, wybijając Bobercika wysoko do góry.
Potwór miał brązowo-czerwoną skóre, gdzieniegdzie pokrytą czerwono-pomaranczowym futrem. Miał też ogromne rogi i dość obszerną paszczę. Gdzieniegdzie pokrywały go płomienie, latając po nim jak zupełnie chciały. Był teraz wysoko w powietrzu, razem z Bobercikiem, którego złapał i wylądował na ziemi, wbijając w nią swoje pazury u ogromnych nóg, robiąc dość znaczne wgniecenie w ziemi, dziurę, która jednak w porównaniu z wielkością bestii była jak porównanie wielkości Ziemi do wielkości Słońca. Potwór postawił Bobercika na ziemi, a ten odzyskał już kontrolę nad swoim ciałem.
- Co to za potwór!?! - zapytał po cichu niedowierzając Sesshomaru
Bobercik patrzał na bestie, która wyskoczyła spod niego, a ta spojrzała na niego. Patrzyli tak przez chwilę, aż bestia się odwzwała.
- Co mam robić? - zapytało monstrum
- Ifrit... Zaatakuj potwora przed tobą - powiedział Bobercik
Ifrit, bo tak zwał się potwór do diabła podobny, maczany w ogniach piekielnych, obejrzał się w stronę Daegurth'a do którego doskoczył i zaatakował go, uderzając swoimi ogromnymi łapami. Daegurth, a raczej monstrum, którym był, zawyło z bólu i szybko samo oddało Ifritowi, uderzając go tnącymi szponami. Ifrit zablokował się rogami i odskoczył. Stanął w lekkim rozkroku i otworzył paszczę, w której zaczęło krążyć i podgrzewać się powietrze. Po chwili między zębami Ifrita była ogromna kula ognia... Nie, to była nawet kula lawy! Ifrit wyskoczył w powietrze i wystrzelił kulę w stronę monstum, które zablokowało się skrzydłami, zaczęło jednak wyć, gdy skrzydła topniały pod wpływem okropnie gorącej mazi, lawy. Nadaremnie monstrum nabrało powietrza w usta i wysłało strumień ognia w stronę Ifrita, który był na ogień w stu procentach odporny, co więcej, nawet go leczył. Ifrit doskoczył do Daegurth'a przemienionego w potwora i zaatakował go raz, potem drugi i trzeci. Pierwszy atak był zwykłym uderzeniem pazurami, którymi Ifrit zranił monstrum. Później Ifrit wybił z całej siły monstrum do góry, Daegurth wyleciał kilka metrów do góry. Wtedy Ifrit zaatakował poraz trzeci. Wyskoczył wysoko do góry i splótł palce u rąk, po czym od góry zaatakował Daegurtha rękoma, uderzył go bardzo mocno, tak, że wbiło go w ziemię. Monstrum jednak podniosło się i rzuciło na Ifrita. Przepychali się razem, wyglądało na to, że Ifrit wygra, jednak wtedy monstrum zaatakowało Ifrita okonem, oplotło go nim i rzuciło o ziemię. Ifrit zawył z bólu, jednak "nie stracił zimnej krwi", szybko się podniósł odbijając się od ziemi, unikając tym samym kolejnego ataku ogonem. Ifrit spojrzał na Bobercika, oszołomionego jego siłą.
- Hellfire? - zapytał Ifrit nie będąc pewien, czy może zastosować atak zwany Hellfire(ang. "Ogień piekielny")
- Hellfire? - nie wiedział o co chodzi Ifritowi Bobercik - Hellfire!
Na twarzy Ifrita pojawił się szyderczy uśmiech, który pokazywał prawie wszystkie jego zęby. Wokół niego zaczęło krążyć powietrze, zmieniając swój kolor pod wpływem ciepła. W końcu Ifrit wyskoczył wysoko w powietrze i uniósł obie ręce wysoko do góry. Zawisł na moment na niebie, a nad unoszącymi się rękami pojawiło się coś. Początkowo była to malutka kulka ognia, z czasem jednak rosła, coraz bardziej i bardziej. Urosła do naprawdę ogromnych rozmiarów, wyglądała zupełnie jak kula magmy, a może to była kula magmy? Jednak wydawało się to niemożliwe, aby w taki sposób powstała kilkunastometrowa kula, pełna ognia, który skakał po jej powierzchni. Ifrit wygiął się do tyłu jak tylko mógł, słychać było jak "strzelają" mu kości. Nagle ruszył rękami do przodu, wyrzucając ogromną kulę na stojącego na ziemi Daegurtha.
[center]***[/center]
Saiyan stał pośrodku ogromnej komnaty. Tuż przed nim był ogromny kryształ, tym razem był to najzwyklejszy kryształ lodu. Kris go dotknął, jednak puścił jeszcze szybciej, niż pomyślał. Był tak okropnie zimny, ledwo odczepił od niego palec prawej ręki. Kris przyglądał się kryształowi i choć ciężko było, to zobaczył, że coś jest wewnątrz niego. Była to niebieskoskóra kobieta, która miała na sobie zaledwie małe części dziwnego ubrania. Miała zamknięte oczy, zupełnie jakby spała, Kris pomyślał, że mogło coś się jej stać i chciał ją uwolnić z tego lodowego więzienia. Uderzył w kryształ lodu, a wtedy ona otwarła oczy i wbiła je w niego. Kris czuł wiejący od niej chłód, wystraszył się jej wzroku, ale nie pokazywał tego.
- Wyciągnę cie stamtąd! - zawołał Kris do uwięzionej w lodzie kobiety
Lód zaczął drżeć, a po chwili Saiyan usłyszał kobiecy głos.
- Odejdź stąd śmiertelniku, wcale nie musisz mnie uwalniać - odezwał się głos
- Jak to, nic ci nie jest? - zapytał Kris
- Odejdź - powtórzył dziwny głos, jakby telepatyczny
Kris zrobił krok do tyłu, jakby w obawie przed tym, że coś mu się stanie. Spojrzał jeszcze raz w oczy kobiety zamkniętej w lodzie, wiedział, że nie może odpuścić, nie teraz, przeszedł całą tą drogę, by znaleźć Shive... Ale zaraz, może to jest ta Shiva?
- Czy ty jesteś Shiva? - zapytał Kris - Jeśli tak, to proszę, pomóż mi i już stąd znikam!
- Czemu niby miałabym ci pomóc? - zapytała kobieta, z pewnością Shiva
- Bo cie o to proszę! - powiedział Kris - Bądź taka miłą i...
Zanim dokończył, to zobaczył że lód zaczyna pękać. Po chwili Shiva machnęła raz ręką, a cały pokrywający ją lód zniknął, złamał się na kawałeczki. Kobieta stała teraz przed Krisem, poprawiła sobie ciemno-niebieskie włosy i podeszła pod Krisa, który już z dala czuł więjące od niej zimno. Nie przeszkadzało mu to jednak, ten chłód wydawał mu się normalny, naturalny.
- Proszę, Shiva, pomóż mi! - powiedział Kris
- Skąd wiesz, że można mnie tutaj znaleźć? - zapytała Shiva - Nie widziałam tutaj żywej duszy przez wiele lat
- Od przyjaciela, z jego notesu, który zostawił dla mnie - powiedział Kris - Od Daegurth'a
- Więc od niego... - powiedziała Shiva po czym opóściła wzrok na ziemię - Jaki on teraz jest?
- Zamienił się w potwora, ogromną i okropną bestię - powiedział Kris
Shiva patrzała na Krisa niedowierzając, tak, jakby kiedyś dobrze go znała.
- A skąd go znasz? - zapytał Kris
- Kiedyś, dawno temu, przyzwał mnie poraz pierwszy - powiedziałą Shiva - I puścił mnie wolno. Nikt tego nigdy nie zrobił, zawsze odsyłali mnie spowrotem.
- Przyzwał? Odsyłali? - zapytał Kris nie rozumiejąc
- Bo widzisz, on był jedyną osobą, która nie uważała Esperów za potwory, jedyną osobą, która wzywała nas nawet, kiedy nie było trzeba, żeby z nami porozmawiać, zapytać jak się czujemy... On był inny, niż pozostali, jedyny w swoim rodzaju - powiedziała Shiva patrząc Krisowi głęboko w oczy
- Wiem coś o tym... - powiedział Saiyan
- Więc w czym ci mam niby pomóc? - zapytała Shiva
Kris ściągnął z pleców miecz i wyciągnął kryształ oraz kilka flakoników zza pasa. Wyjaśnił Shivie, że potrzebuje temperatury zera absolutnego, aby "wzmocnić wiązania w mieczu".
- Niełatwe zadanie - powiedziała Shiva - Ale pomogę cię, odsuń się.
Kris odszedł dalej, o wiele dalej. Stał przy ścianie i patrzał co robi Esper stający przed nim.
Kobieta odsunęła się nieco od miecza, obok którego Kris postawił kryształ i stanęła tak, aby była bokiem do Krisa. Nie chciała zranić go tym, co zaraz zrobi. Powiedziała po cichu: "Diamond Dust" i nabrała trochę powietrza w usta, po czym zaczęła powoli je wypuszczać, trzymając otwartą ręke tuż pod strumieniem śniegu i lodu, chłodu, jaki wylatywał z jej ust. To mroźne powietrze leciało na miecz, ale nie tylko. Leciało i dalej, tworząc ogromne sople i kryształy lodu w połowie pomieszczenia. Kris miał szczęście, że nie był za blisko, bo by zamarzł, z pewnością. Shiva dalej wypuszczała powietrze z ust i wtedy miecz zaczął się zmieniać. Na początku zmienił się jego kolor, na czysto czarny, jakby pochłaniał światło. Później zaczął wchłaniać lód, który go otaczał, w ten sposób nabierał niebieskiego koloru. Na sam koniec kryształ leżący obok roztopił się i wleciał w miecz. Dokładniej wpłynął weń. Miecz zaczął lśnić i lekko świecić we wszystkich kolorach tęczy, po chwili jednak nabrał zimnego, niebieskiego koloru. Tylko rękojeść była koloru ciemnego, gdzieniegdzie przepasana czerwienią i bordem(kolorem bordowym). Kobieta przestała wypuszczać powietrze, wyprostowała się i podniosła prawą ręke do góry, pstryknęła palcami, a lód natychmiast pękł. Na ziemi leżał miecz, piękny, cały, o lśniącym w niebieskim kolorze ostrzu. Kris podszedł bliżej miecza. Zmieszał czarną, niebieską i zieloną fiolkę, a następnie wylał otrzymaną w ten sposób maź o kolorze czarnym na ostrze miecza. Oostrze zaczęło świecić jasnym światłem, a po chwili zmieniło trochę swój kolor. Nadal było niebieskie, tak jak przed chwilą, ale gdzieniegdzie przechodziły czarne, zielone i ciemno-granatowe paski wzdłuż miecza, jakby były namalowane, jednak nie była to farba, miecz był przesiąknięty mazią na dobre. Została Krisowi czerwona fiolka, której nie wypił, wylał ją na rękojeść, z której zaczęła lecieć para, jakby się podpalała. Po chwili rękojeść zrobiła się nieco jaśniejsza.
Minęła chwila czasu, zanim Saiyan podniósł miecz. Bał się, że będzie miał temperaturę absolutnego zera, jednak Shiva przekonała go, że nie ma, że jego rękojeść jest teraz zaczarowana i może jej spokojnie dotknąć. Wtedy Kris podniósł miecz za rękojeść.
Jego rękojeść była ciepła, jakby dokładnie dopasowana, o temperaturze, jaką chciałby mieć Kris. Do tego cały miecz był taki lekki... Saiyan prawie nie czuł go w rękach. Gdy ruszał mieczem, nieważne jak szybko, za nim zostawała niebieska smuga, która po chwili znikała. Kris chciał dotknąć ostrza, ale Shiva powstrzymała go zabierając mu miecz.
- Nie dotykaj tego ostrza - powiedziała Shiva - Ono jest zabójcze
- Rozumiem... Ale jak ja go będe nosić? - zapytał Kris
Shiva szybko machnęła ręką, wokół ostrza zrobił się lód, A może to nie był lód? Kris zorientował się, że jest to identyczny kryształ z jakiego jest zrobiona cała świątynia, nie przepuszcza on wogóle ciepła. Saiyan odebrał swój miecz od SHivy i zawiesił go na plecach. Uśmiechnął się do niej zadając pytanie.
- Jak ci się odwdzięcze? - zapytał Kris
- Wystarczy, że czasem mnie wezwiesz - powiedziałą Shiva
- Ale jak? - zapytał Kris
- Nie jesteś summonerem? - zapytała Shiva - Wyjaśnie ci...
Shiva wyjaśniła Krisowi jak może ją wezwać, ten szybko pojął i powiedział, że z pewnością ją wezwie, niekoniecznie, aby walczyła, jak to zwykli ją wzywać summonerzy.
- Żegnaj więc, Shiva, do zobaczenia! - powiedział Kris odwracając się
- Żegnaj - odpowiedziała Shiva stając na środku sali, a wokół niej pojawił się znów kryształ lodu, zakrywający ją całkowicie...
Dobra, nie chce mi się narazie więcej pisać, zostawiam do czytania kolejny rozdział FanFicka, mam nadzieję, że się podoba ^^ Enjoy ^^
Pieśń ze świątyni(Song of Prayers[FFX]
Rozdział XXXXVI - Słowa nadziei: Prawdziwe znaczenie siły
- Tu jesteś - powiedziała kobieta wychodząc zza drzewa - Myślałam, że już cie nie znajde
Radek obejrzał się w bok, gdzie stała zakapturzona kobieta w płaszczu. Ściągnęła kaptur. Miała blond włosy spięte w swego rodzaju kok.
- Czego chcesz Iri? - zapytał Rauko odwracając wzrok od Radka. Na jego twarzy pojawiła się dziwna mina, jednak nikt nie wiedział, że jest lekko zdenerwowany
Z cienia wyszła kolejna postać, miała na sobie czarny płaszcz i była niska. Podeszła szybko pod Rauko, Radek nawet nie widział jak się rusza.
- Nie mów do Pani po imieniu - odezwał się dziecinny głos spod kaptura
- Od kiedy to się tak denerwujesz Celes? - zapytał Rauko
Iri, nazywana także "Pani, spojrzała na małego chłopca stojącego niedaleko Rauko. Zbadała go od stóp do głów swym wzrokiem. Radek patrzał też na nią, wcale nie byłą brzydka, szczerze mówiąc nie widział jeszcze ładniejszej kobiety. Po chwili "Pani" odwróciła wzrok od Radka i spojrzała na Rauko zbliżając się do niego wolnym krokiem.
- Mam dla ciebie... - powiedziała Pani, jednak przerwał jej Rauko
- Jestem zajęty na najbliższy miesiąc - powiedział Rauko
- Nie przerywaj Pani - odezwał się dziecięcy, dziewczęcy głos spod kaptura niewielkiej osoby - Albo naucze cie dobrych manier
Rauko spojrzał na dziewczyne w płaszczu i zachichotał. Wiedział, że ta nie może mu nic zrobić, lata ciężkiego treningu robiły swoje. Iri stała teraz tuż przed Rauko wbijając w niego swoje mroczne, fiołkowe oczy.
- Rauko, nie ma odmowy - powiedziała wreszcie Iri - Musisz wykonać to zadanie
- Już sobie nie radzicie i myślicie, ża wam pomoge? - zapytał Rauko - Niedoczekanie
Dziewczyna w płaszczu nie wytrzymała tonu z jakim Rauko odnosił się do jej Pani, szybkim ruchem, lekko bezmyślnie, chciała zaatakować Rauko. Gdy się ruszyła po prostu znikła, pojawiła się przed samym Rauko trzymając w ręku jakiś sztylet. Zaczęła bezmyślnie ciąć powietrze przed Rauko, aż wreszcie i była na tyle blisko by zranić jego. On jednak tylko prawą ręką złapał dłoń trzymającą ostrze i ścisnął tak, że dziewczyna puściła broń jednocześnie padając na kolana i cicho jęcząc z bólu.
- Iri, pilnuj jej, bo stanie jej się krzywda - powiedział Rauko - Sama się prosi
Rauko puścił ręke dziewczyny. Wystawała teraz poza płaszcz, była niewielka i miała gładką, dziecinną cerę. Była teraz jednak prawie cała sina i czerwona, zaczęła dopiero odzyskiwać normalny kolor po chwili. Rauko nie chwycił tej ręki tak od parady, ścisnął ją dosyć mocno, prawie złamał dwie kości u ręki Celes.
- Celes, nie zwracaj na niego uwagi - powiedziała Iri patrząc na swoją najwierniejszą sługę, po czym spojrzała znów na Rauko - W mieście, zaprowadzi cie jeden z moich ludzi, znajduje się grupka ludzi, a może i nieludzi. Masz ich zabić, wszystkich.
- Jak będe miał ochotę - powiedział Rauko. Celes przez chwilę chciała mu zwrócić uwagę, że nie powinien tak mówić do Pani, ale chwyciła się za ręke i lekko skuliła klnąc Rauko w myślach - Teraz jestem zajęty i nie chce widzieć żadnego z twoich ludzi
- Ty tego nie rozumiesz, znalazł się ktoś tak silny jak ty - powiedziała Iri - A może i nawet silniejszy, dlatego cie potrzebuje, możesz się wykazać i wtedy zostaniesz hojnie wynagrodzony
- A co ty mi możesz zaoferować? - zapytał Rauko zaciekawiony propozycją
- Pewien kryształ, który należał kiedyś do mężczyzny o imieniu Daegurth - powiedziała Iri, a twarz Rauko nabrała powagi - Podobno ma wielką moc, jednak nie umiałam z niego nic wydobyć do dzisiaj, zupełnie nic
Saiyan zaczął się poważnie zastanawiać. Znał Daegurth'a, dobrze go znał. Nikt nie znał go tak dobrze jak on, przynajmniej tak uważał, gdyż to właśnie on był jego bratem.
Daegurth wędrował przez wymiary i w innym wymiarze właśnie spotkał jego, Rauko. Ten drugi miał kiedyś brata, ale umarł, został zabity, bestialsko, podobno. Jednak naprawde zdarzyło się coś innego.
Wiele lat temu urodziły się bliźniaki, Daegurth i Bart. Miało się urodzić tylko jedno dziecko - Bart, który nie spowodowałby żadnych urazów matki, jednak za sprawą tajemniczej, potężnej techniki urodził się też Daegurth. Jednak aby się urodził nie wystarczyło tylko użyć techniki, nie wystarczyło tylko ciało Daegurtha, prawdziwego ojca Bart'a, którego imie zostało przeniesione na jego brata. Potrzeba było znacznie więcej. Drake był tylko jednym z wielu składników. Żądanie składników do tej techniki zadziałało okropnie, przeszło przez barierę wymiarów i zabrało brata Rauko, gdy miał zaledwie niecały roczek. Wtedy Rauko jeszcze nie istniał, był młodszy od Daegurtha, wyczuł jednak, że to jego brat, Saiyan z krwi i kości.
A teraz Iri, samolubna kobieta, oferowała mu kryształ, którego moc podobno jest ogromna. Wiedział, że ta nie blefuje, nie mogła, zabiłby ją za to i ona o tym wiedziała.
Rauko obrócił się w stronę Radka, nie patrzał jednak na niego. Opóścił wzrok nisko, na ziemię, lekko schylając też głowę. Wydawało się, że zawiesił się, że na nic nie reaguje, jednak tak nie było.
- Rauko? - zapytał Radek
- Tak? - Saiyan od razu podniósł głowę i patrzał w stronę Radka
- Kim jest ten Daegurth i co to za ludzie? - zapytał Radek chcąc wiedzieć
- Daegurth jest moim bratem, a to jest założycielka i członkini Witsue, organizacji mającej na celu zmiane świata - powiedział Rauko
- Że co!?! - zapytała Iri otwierając oczy szeroko ze zdziwienia - Daegurth to twój brat!?!
- Niby tak - powiedział Rauko obracając głowę w stronę rozmówcy, po czym opowiedział w jaki sposób został jego bratem. Pewnego dnia po prostu ten przyszedł i powiedział, że jest jego bratem
- Nie wiedziałam... Gdzie on teraz jest? - zapytała Iri
- To nie jest ważne, nie jest już Saiyanem, ani żadnym z człekokształtnych - zadziwił swoją wiedzą Rauko - Zamienił się w olbrzymią bestię, która sieje postrach w mieście. Słyszałaś o niej?
Kobieta opuściła głowę pogrążona w swoich myślach. "W olbrzymią bestię..." - pomyślała kobieta wciąż nie odrywając wbitego w ziemię wzroku.
- Misja nie ważna - powiedziała Iri - Możesz robić co chcesz, Rauko
- Iri - powiedział Saiyan, a kobieta podniosła głowę i wbiła w niego swój wzrok. Teraz jej fiołkowe oczy nie emanowały złem, a raczej rozpaczą, jednak nikt nie mógł dokładnie określić o czym myśli, nikt, prócz niej samej - A co z tym kryształem?
- Celes przyniesie ci go, jutro - powiedziała "Pani" - A teraz żegnaj Rauko
- Narazie Iri - powiedział Rauko
Kobieta odeszła, tuż obok niej szła Celes, prawie wogóle nie wydając żadnych dźwięków, jakby jej tam nie było, skradała się w unikalny sposób idąc obok Iri, która wciąż była pogrążona w swoich myślach.
Rauko obrócił się w stronę Radka i spojrzał w jego oczy.
- Od dzisiaj możesz mówić do mnie "Mistrzu" - powiedział Rauko - I zapomnij o tym, że wrócisz do domu
- Ale... Mama i tata będą się martwić! - powiedział Radek
- Załatwie to, zostawie im kartkę, że zabrałem cie na trening - powiedział Rauko
- Ale jak to na trening? I ich to ma uspokoić!?! - zapytał Radek - I skąd wiesz gdzie ja mieszkam!?!
- Za wiele pytań - powiedział Rauko - Twój ojciec to zrozumie, znajde go i uspokoi go to. A jeśli nie, to ja go uspokoje
- Jak to ty go uspokoisz!?! - zapytał Radek
- Wiesz co? Idź spać - powiedział Rauko, po czym zjawił się za Radkiem - Dobranoc!
Saiyan uderzył swojego "ucznia" kantem dłoni w szyję, a ten upadł bezwładnie pogrążony we śnie, mdlejąc.
"Muszę odpocząć" - pomyślał Rauko - "I jeszcze raz wszystko przemyśleć..."
[center]***[/center]
(...)Ifrit wygiął się do tyłu jak tylko mógł, słychać było jak "strzelają" mu kości. Nagle ruszył rękami do przodu, wyrzucając ogromną kulę magmy na stojącego na ziemi Daegurtha.
Bart wybiegł z lasu i zobaczył stojących obok siebie Bobercika i Sesshomaru, jednak nie tam utkwił jego wzrok. Patrzał teraz na Ifrita, potwora, który przyśnił mu się niedawno i na Daegurth'a, w którego stronę leciała ogromna kula ni to lawy, ni to ognia.
Gdy Ifrit wyrzucił kulę rycząc przy tym głośno, niczym drapieżny lew, pantera, czy inny zwierz, to kula lecąc zostawiała za sobą smugę ognia. Esper spadł na ziemię wbijając się w nią lekko, w końcu nie był ani mały, ani lekki.
Ogromny ogniopodobny pocisk z ogromną prędkością leciał w stronę zamienonego w bestię Daegurth'a, który stał i bezradnie patrzał jak ten się zbliżał. Bart złączył ręce i w nie chuchnął mając nadzieję, że jego brat to przeżyje, jakby się modlił o to jednocześnie.
Gdy kula już miała uderzyć Daegurtha ten odskoczył na bok unikając bezpośredniego starcia z pociskiem, jednak to nie był koniec ataku. Pocisk eksplodował zderzając się z ziemią, wyrzucił we wszystkich kierunkach lawę, tworząc z tego miejsca mini piekło. Lawa płynęła wszędzie, a toksyczne opary unosiły się wysoko nad ziemią. Daegurth dostał kawałkiem lawy, a część wpłynęła też pod niego. Jego ogromne łapy ze szponami zaczęły się topić, tak jak i zbroja na którą spadła lawa. Daegurth ryczał bardzo głośno, jego odbijający się echem ryk można było nawet usłyszeć w Jerd, oddalonym kilka kilometrów od lasu mieście.
Sesshomaru zasłonił twarz ubraniem broniąc się przed toksycznymi oparami, kazał też zrobić to samo Bobercikowi, który posłuchał. Bart też nie chciał umierać, dlatego wyskoczył z pola, w którym działała toksyczna chmura, która zakryła całego Daegurtha.
Minęło troche czasu zanim wiatr rozwiał chmurę. Monstrum stało, chociaż ciężko jest to nazwać staniem. Praktycznie nie miało dolnych kończyn, połowa ogona się stopiła i duża część pancerza. Widać było kości wystające spod zakrwawionych resztek pancerza. Daegurth nie ruszał się, jeżeli nie liczyć tego, że trząsł się z bólu nie mogąc tego opanować. Nie miał siły nawet, aby wydać z siebie ryk, który choć troche uspokoiłby go. Nagle coś się zaczęło dziać.
Ifrit przyglądał się jak Daegurth topnieje, ginie po jego potężnym ataku. Nie mógł zniknąć dopóty, dopóki nie pokona przeciwnika lub nie zostanie odesłany, dlatego stał i czekał. Nie miał pojęcia co się zaraz stanie.
Manstrum padło na ziemię, została tylko mała część jego ciała, gdy zaczęła z niego unosić się czerwona aura, energia, która niczym chmura zaczęła pokrywać pozostałe ciało Daegurtha. Monstrum zaczęło się podnosić, chmura zastępowała znisczone części ciałą Daegurtha. Po chwili zawył ile miał sił i jego głowa upadła.
Chmura dalej się roznosiłą, ogon zrobił się zupełnie inny, potem ogromne skrzydłą i głowa - szyja znacznie się wydłużyła. Chmura na chwilę zakryła cały widok, widać było tylko czerwoną chmurę, która po chwili znikła przenikając przez stojącą w tamtym miejscu kreature. Był tam ogromny czerwony smok, Bobercik już raz go widział, wiedział, że to Drake.
Smok zionął ogniem przez nozdrza przeczyszcając je, po czym spojrzał na Ifrita. Drake stał na lawie, która nie czyniła mu najmniejszej szkody. Bez problemu wyłowił swoim wzrokiem Sesshomaru i Bobercika stojących nieco dalej. Nie wiedział jednak, że jest tu Bart, nie spodziewał się tego.
- Bobercik - odezwał się smok swoim okropmnie niskim głosem odbijającym się echem od wszystkiego - Zrobiłeś dokładnie to o co prosił Daegurth, teraz możesz odwołać Ifrita.
- Ale jak? - zapytał Saiyan
- Powiedz mu, że może już iść - odezwał się Drake
Tak zrobił i Bobercik, a Ifrit odskoczył zamieniając się w płomienie, które i po chwili znikły na dobre.
Bart patrzał na ogromnego smoka, Drake, który stał przed nim. Wyszedł wreszcie z ukryć lasu, zza pokrytych resztkami liści drzew i odezwał się do gada.
- Drake! - zawołał głośno Bart
Smok obrócił się w stronę Bart'a, a raczej ruszył swoją glową tak, aby go widzieć. Po chwili obrócił się dopiero całkowicie i oderwał się od ziemi jednym, potężnym machnięciem skrzydeł, które spowodowało mocny podmuch na ziemię. Raz na ile ruszając skrzydłami czerwony kolos podleciał blisko Bart'a i wylądował tuż przed nim, Saiyanem, który odskoczył bojąc się, że Drake mu coś zrobi lądując.
- Bart - powiedział spokojnie Drake zbliżając do niego swoją głowę - Zapewne chciałbyś pomówić ze swoim bratem, a nawet go odzyskać
- Tak, tego właśnie chce, oddaj go! - powiedział, a zaczej wykrzyczał Bart stawiając jeden krok do przodu - Natychmiast!
Smok wypuścił ogień przez nos, który minął Bart'a o włos. Wyglądał na zdenerwowanego, jednak wcale nie zepsuł sobie humoru ani się nie zdenerwował.
- To nie takie proste - powiedział Drake - On, który nigdy nie tracił nadziei, właśnie ją stracił
- Jak to... "On, który nie tracił nadziei"? "Właśnie ją stracił"? - zapytał Bobercik słysząc co mówi Drake
- Nie rozumiem - zawołał Bart - I wcale mi do tego nie spieszno, chce żeby on tu był, tak jak...
- Już nigdy nie wróci - przerwał Bart'owi Drake - On nie chce, nie ma już siły, stracił całą nadzieje, chce umrzeć, w męczarniach, za to co zrobił, nie zrozumiesz tego! Ty nawet nie wiesz jakiej szlachetnej, iście nadludzkiej misji podjął się twój brat. Nie wykonał jej, bo się zawachał, kiedy cie spotkał
- Jak to... Zawachał się? - zapytał Bart
- Nieważne, on już nie wróci, teraz ja mam kontrolę nad jego i swoim ciałem - powiedział Drake - Pozwala mi żyć i bardzo się z tego cieszę.
Nagle koło głowy smoka pojawiła się czyjaś sylwetka, obok smoka był Sesshomaru, który wyciągnął miecz. Ciął szybko, ukośnie, głowę gada, który zaraz po otrzymaniu ciosu uniósł się w powietrze machając skrzydłami. Miecz przeciął jego łuski zza których wypływała czerwona krew smoka, który raz machnął ogonem, a Sesshomaru został wbity w ziemię.
- Drake, nie! - zawołał Bart widząc, że smok chce zionąć ogniem w Sesshomaru
Bobercik podbiegł szybko do Sesshomaru widząc, że Drake nie ma zamiaru ustąpić i zabrał go zanim płomień z ust smoka dosięgnął Youkai. Sesshomaru popatrzał na Bobercika, najdziwniejszego odpowiednika, jakiego kiedykolwiek spotkał. Gdy zamknął oczy i znów je otwarł zobaczył na miejscu twarzy Bobercika twarz jego brata - Inuyashy.
- Inuyasha... - powiedział cicho Sesshomaru, po czym rozmazał mu się obraz przed oczyma i widział teraz Bobercika, który zatrzymał się nieco dalej i położył Youkai na ziemi.
Sesshomaru zamknął oczy, zemdlał, albo zasnął. Nie sposób było to ocenić, w każdym razie nie był przytomny. Bobercik stanął i popatrzał na ogromnego smoka, który wznosił się w powietrzu.
- Bobercik, zostaw go - powiedział Drake - On zasługuje na śmierć
- Ale wtedy i ja zgine - powiedział Bobercik - A mi moje życie jest jeszcze miłe
- Drake, a co jeżeli przekonam Daegurtha, aby wrócił? - zapytał Bart po tym jak intensywnie myślał
- Nie ma chyba takich argumentów, które by go przekonały - powiedział smok patrząc Bartowi w oczy i jednocześnie lądując na ziemi
Bart jednak się nie przejął słowami smoka, jakby wogóle ich nie słyszał. Rozwinął zwój, który miał w ręce i zaczął czytać na głos, później przeczytał też to, co własnoręcznie Tevion napisał na końcu.
Drake zrobił krok w tył, zaczął się trząść mówiąc: "A jednak miałeś argument...". Bart jednak nawet nie wiedział jaki to argument, wszystko było zapisane tak, aby mógł przeczytać, ale było w nieznanym mu języku.
Smoka pokryła znów czerwona aura, chmura, która zakryła go całego. Nagle rozpłynęła się, a na ziemi stał Daegurth, ciężko dysząc. Chwiał się, miał nogi w lekkim rozkroku a jego ręce bezwładnie zwisały w dół. Niedługo. Upadł na ziemię tracąc przytomność...
[center]***[/center]
Rauko obrócił szybko głowę w lewą strone, nie przejmował się tym, że w jego stronę biegnie Radek, aby go uderzyć. Schylił się trochę, a czarnowłosy chłopak wbiegł na niego i przewrócił się.
Saiyan patrzał dalej w tamtą stronę, jakby coś zobaczył, usłyszał. Nie był pewien, dlatego wciąż rozglądał się w dal. W międzyczasie Radek zdążył się podnieść. Otrzepał ubranie z piasku, w który wpadł i zobaczył, że jego mistrza coś trapi.
- Co się stało, mistrzu? - zapytał Radek
- To koniec treningu na dziś - powiedział Rauko, po czym cicho dodał - On wrócił...
- "Wrócił"? Ale kto? - zapytał retorycznie czarnowłosy chłopak patrząc jak jego nauczyciel idzie do domu
[center]***[/center]
Kris wszedł do domu i zobaczył, że jakiś chłopak grzebie w lodówce Hebrida. Podbiegł do niego chwytając mocno rękojeść miecza zawieszonego na plecach i wołając.
- Kim jesteś!?! - zawołał Kris bardzo poważnie
Chłopak obrócił się i puszczając ze strachu słoik, który roztrzaskał się na podłodze zostawiając na niej piękną plame po dżemie malinowym.
- Ja... - mówił Mark przełykając szybko śline - Roksia, Rayman...
- Co Roksia, co Rayman? - zapytał Kris - Skąd ich znasz!?!
Mark nie wytrzymał, miał dość tonu swojego rozmówcy. Nie bacząc na to, że trzyma miecz za rękojeść, złożyłł ręce w dziwny znak i zawołał: "Henge!".
Przed Krisem stała całkiem naga kobieta o włosach koloru bląd. Ten przyglądał się jej wybałuszając oczy. Poluzował ręke trzymającą miecz, po chwili ta opadła w dół, tak jak szczęka Krisa.
Kobieta wysłała w stronę Krisa całusa, a ten zaczął się czerwienić. Nagle pojawił się przed nim chłopak, który jeszcze przed chwilą szukał czegoś w lodówce.
- Uff... - powiedział Mark, gdy przyjął postać tej kobiety był w stanie pomyśleć i się uspokoić, teraz mógł spokojnie mówić - Roksia mnie tutaj przyprowadziła, możesz ją zapytać
- Eeee - jęczał Kris, dopiero po tym jak Mark skończył mówić zamknął oczy, potrząsnął głową i otworzył je, wracając do rzeczywistości - Co... Co to było!?!
- Ehh... Moja Sex technika, działa na każdego normalnego faceta! - pochwalił się Mark - Długo jej się uczyłem... A ty nie miałeś iść do Roksi?
- Faktycznie - powiedział Kris - Ty pierwszy
Poszli razem do dziewczynki, która powiedziała Krisowi o spotkaniu Marka. Kris naprawde się zaciekawił, do tego ta technika...
- Mark, jak się tego nauczyłeś? - zapytał Kris wreszcie, nie wytrzymując dłużej
- Czego? - zapytał Mark nie rozumiejąc za bardzo
- No, tej techniki, zamieniłeś się wtedy w tą blondynke, jak? - zapytał Kris
- Więc wszystko się zaczęło...
[center]***[/center]
Był słoneczny dzień, Mark jak zwykle wyszedł na dwór by poćwiczyć. Niestety ciężko było mu o partnera treningowego, bo zawsze jego koledzy wymiękali przy nim. Nic dziwnego, choć o tym nie wiedział, był Saiyanem i przez przypadek został wystrzelony na ziemię, stąd się tutaj wziął. Znalazł miłych ludzi, którzy się nim zaopiekowali, a widząc jego talent sportowy chcieli go wysyłać na najrózniejsze zawody. Ten jednak fascynował się głównie walką.
Przypominał sobie jakie były początki biegnąc na polanke, gdzie uwielbiał ćwiczyć. Jak był jeszcze mały, gdy nikt go nie znał i każdy od niego stronił. Był Saiyanem, każdy się go bał wiedząc, że nie był człowiekiem. Dlatego starał się udowodnić wszystkim, że potrafi być dobry, lepszy od niektórych ludzi.
Dotarł do miejsca, w którym zazwyczaj ćwiczył. Stanął w lekkim rozkroku, po czym zaczął bardzo szybko uderzać powietrze, które przebijane jego szybkimi ruchami wydawało ciche gwizdy. Uderzał tak długo, bardzo długo, aż zakręciło mu się w głowie i upadł na ziemię. Zemdlał, zasnął. Wtedy wszystko się zaczęło...
Miał bardzo dziwny sen, jakby był zupełnie kimś innym, biegł przez ogromne miasto, na ścianie gór położonych tuż obok miasta widać było wyryte głowy. Mark nie mógł się ruszać, jego ciało, a może i nie, wykonywało samo ruchy. Biegł aż wreszcie zobaczył dość wysokiego mężczyznę w czarnych okularach przeciwsłonecznych. Był dość szczupły, miał na sobie obcisłe, czarne ubranie i hustę na głowie. W oczy rzucała się też dziwna opaska, która przeplatała głowę.
Chłopak zatrzymał się spojrzał na mężczyznę, który stał przed nim cofając się powoli. Czuł lekki strach, Mark słyszał własne myśli. "O nie, Ebisu!" - pomyślał - "Aaaa". Dziwnie złożył ręce i zawołał "Henge!". Mark czuł jakby przez jego ciało przechodziła energia, czuł jak kręci się wokół niego i w nim. Mężczyzna stojący przed nim w śnie nagle się zaczerwienił, a z jego nosa poleciała krew.
I wtedy łagodny wiatr obudził Mark'a ze snu. Najpierw otworzył prawe oko, później lewe. Był jeszcze senny, przetarł oczy ręką i wstał. "To wszystko to był sen?" - pomyślal Mark. Nie był pewien, czy to co widział, to był sen. Wszystko było takie realne...
Saiyan stanął w lekkim rozkroku i ułożył ręce w dziwny znak. Przez jego ciało płynęła energia, czuł to, zupełnie jak w śnie. Powiedział "Henge!" nagle pokryła go chmura dymu. Gdy opadła ten spojrzał na swoją ręke - była inna, miała taką gładką skórę, miała dość długie paznokcie. Wogóle czuł się tak jakby wyższy. Spojrzał w dół i od razu się pokazała się znów chmura, zamieniając go znów w normalnego Mark'a, z szoku, gdy zobaczył, że jest kobietą. Nawet głos mu się zmienił. Patrzał teraz na swoje ręce nie wierząc w to, co zrobił.
Cały sen uznał za znak, znak, który pozwoli mu zdobyć siłę. Zaczął trenować od tego momentu inaczej, trenował bowiem kontrolę chakry, o której istnieniu wiedział, ale nic więcej na jej temat.
[center]***[/center]
- Więc to wszystko Ci się przyśniło? - zbierał informacje na głos Kris - Fajnie, też bym tak chciał!
- A jakie gagi później robiłem ^^ - powiedział Mark
- Opowiadaj! - zawołał Kris
Rayman podszedł nieco bliżej, choć udawał, że nie słucha. Roksia za bardzo się nie interesowała tym jakie "gagi" robił Mark, ale podeszła by posłuchać. Lubiała siedzieć w towarzystwie.
- Więc... - nie zdążył dokończyć Mark
Drzwi domu nagle się otwarły, najpierw przeszedł przez nie Adrian, tuż za nim Groly niosący Dyninia, który wyglądał na całkowicie wykończonego. Jego ubranie było porozrywane, praktycznie było jednym, wielkim strzępem. Do tego miał pełno krwi na całym ciele. Był teraz nieprzytomny, Groly niósł go, a ten jak ruszał się jak lalka, na lewo i prawo, bezwładnie. Jakby nie żył, jednak daleko mu było do tego stanu, miał jeszcze dużo energi, tylko nie potrafił zużywać jej jak najmniej. Pozwalało mu to na znaczną wygodę, ale teraz kosztem tego nie był przytomny, do tego cały w siniakach...
- Co się stało!?! - zapytał Kris wstając z tapczanu
- Wyobrażasz sobie, że Dyninio walczył z Grolym? - zapytał Adrian - Oto efekt jego pracy!
- Groly, przecież on jest prawie martwy! - zawołał Kris
- Troszeczke mnie poniosło... - powiedział Groly nie przyzwyczajony do takich rozmów. Wogóle. zazwyczaj mało rozmawiał
- Kris, daruj sobie, co było, się nie odstanie - powiedział Adrian - Lepiej mnie przedstaw
- Aaaa - powiedział Kris - To jest...
- Sam potrafie mówić - powiedział Mark - Cześć, nazywam się Mark!
- No dalej... - szeptał cicho do Mark'a Kris - No, użyj tej techniki
Chłopak obrócił głowę w stronę Krisa patrząc nań złowrogo.
- Nie będe nadużywał swojej mocy - powiedział po chwili spokojnie
- Może nie wiem o czym mówicie dokładnie - powiedział Adrian - Ale Mark ma racje, nie powinniśmy nadużywać naszej nadludzkiej siły, jeżeli o to chodzi
Adrian podszedł pod nowo poznanego głopaka i uścisnął mu ręke, porządnie, jak to zwykł robić. Uśmiechał się mogąc poznać kolejną osobę, Mark wcale nie mógł się obyć bez uśmiechu.
- Ahhh... - Zajęczał Kris. Chciał zobaczyć reakcje Adriana na tą całą "Sex technike", ale mu się nie udało.
"Może innym razem" - pomyślał
Adrian rozejrzał się dokładnie po domu i zapytał.
- Gdzie jest Bart?
- Poszedł gdzieś - powiedziała Roksia - A raczej wybiegł, chyba się spieszył...
- A Hebrid? - zapytał Adrian - I Bobercik?
- Nikt nie wie... - powiedział Kris
- Ehhh, pomóżmy Dyniniowi, później możemy się zastanawiać gdzie jest "Reszta" - powiedział Adrian patrząc na omdlałego przyjaciela.
[center]***[/center]
- Tantiradam - śpiewał sobie Hebrid idąc alejką, wciąż słyszał tą piosenkę w myślach i nie mógł się od niej oderwać.
Ciemna aleka, którą przemierzał dłużyła się coraz bardziej. Poszedł nią, bo niby "szybciej" do domu, taki skrót, ale wyglądało na to, że nie dużo czasu zajęłoby my pójście normalną drogą, którą zwykł chodzić.
Wreszcie muzyka, którą śpiewał ucichła, został on, jego zakupy i alejka, w której był. "Dziwne, jak tu cicho..." - pomyślał Hebrid. Faktycznie, było bardzo cicho, za cicho, w alejce nie było słychać nawet żadnego szmeru, jakby nikogo tu nie było. Nawet echo zaledwie lekko odbijało się od ścian alejki. Coś dziwnego krążyło w powietrzu, Hebrid to czuł, miał "nosa do kłopotów", we wszelkim tego powiedzenia znaczeniu.
Instynktownie Hebrid odchylił się do tyłu, coś tylko śmignęło mu przed oczyma. Coś, a może ktoś. Widział sylwetkę osoby, gdyż staneła na drodze do końca alejki, z której wpadała duża część światła. Wygląało na to, że była to kobieta, która znów rzuciła się w stronę Hebrida. Ten jednak nie był taki, na jakiego wyglądał. Skończył z tym, nie był już strachliwym człowiekiem - nie, odkąd spotkał Kris'a, tego dziwnego chłopaka, który pokazał mu, że można.
Hebrid schylił się kładąc zakupy na ziemi i odsuwając się jednocześnie troszke na bok. Kobieta z niesamowitą prędkością go minęła, jakby to nie była prędkość ludzka. Jednak zatrzymała się tuż za Hebridem, który wyglądał na bezradnego w tej sytuacji. Wygiął się jednak do tyłu i złapał dziwną kobietę za ręke, po czym z niesamowitą siłą przerzucił ją nad sobą. Przynajmniej chciał. Ta wyrwała mu się w powietrzu i zaczęła tak jakby latać.
Może ktoś nie zwróciłby na to uwagi, ale Hebrid owszem. Jej ręce były chłodne, bardzo chłodne, nie wiedział dlaczego - nie chciał wiedzieć. Był pewien, że to nie jest człowiek i że musi stąd uciec, bo raczej nie ma szans. Prędkość tej osoby była niesamowita, Hebrid musiał znów instynktownie odskoczyć, by nie zostać zaatakowanym od góry. Kobieta wbiła się w ziemię powodując głośny huk. To była dla Hebrida szansa, znikoma, ale jednak. Stanął w lekkim rozkroku i zaczął machać prawą ręką, pojawiła się na niej jasno świecąca kula. Była to kula ki. Nikt, prócz Hebrida, nie wiedział, że jest do tego zdolny. Wystrzelił ją w stronę dziwnej osoby, a kula zaczęła się powiększać w locie, tworząc swego rodzaju siatkę. Zderzyła się z dziwną osobą, przygnieździła ją do ziemi.
Hebrid wiedział, że stracił bardzo dużo energi, nie miał jej tak wiele jak Kris i nawet nie potrafił dobrze kontrolować. Podbiegł po zakupy, po czym zaczął uciekać.
Tajemnicza osoba rozerwała siatkę na strzępy i zaczęła pogoń za człowiekiem, który starał się uciec. Wypadł mu wtedy z torby czosnek, dziwna osoba przeleciałą obok łapiąc go i gniotąc w rękach. Była już przed samym Hebridem gdy... Ten wyskoczył do góry, wysoko. Nie spodziewała się tego kobieta, która poleciała dołem. Zaraz jednak zmieniła kierunek.
- Cholera - powiedział cicho Hebrid - Kto to jest!?!
Hebrid miał teraz ogromny problem. Patrzał we wszystkie strony, jednak nie mógł dojrzeć tajemniczej osoby - było bowiem za ciemno. Gdy doleciał do ściany odbił się od niej. Był już bardzo blisko wyjścia z alejki, mogło go to uratować... Albo zgubić. Musiał zaryzykować. Odbił się od drugiej ściany, prosto do wyjścia. Wtedy, gdy leciał w stronę otwartej przestrzeni kobieta wyskoczyła tuż przed nim. Widział ją teraz dokładnie.
Była dosyć szczupła, miała na sobie skórzane spodnie i jacket. Jej włosy były czarne, ciężko jednak było określić, nie było wystarczająco dużo światła, by to stwierdzić. Miała dziwne oczy i zęby, z których kły wydawały się najdłuższe.
Szybko ruszyła rękami zrzucając Hebrida na ziemię. Ten uderzył w nią tak, aby nie uszkodzić zakupów. Zwiajał się przez to z bólu. Kobieta podeszła powoli do niego mając na nogach glany, których kroki było słychać przez całą alejkę.
- Jesteś bardzo silny, jak na człowieka - odezwała się swoim wysokim głosem - Ale i tak jesteś nędznym śmiertelnikiem
- Kim... Kim jesteś? - zapytał Hebrid patrząc tylko na jedno oko
- Ja? - zapytała kobieta - Trupy nie zadają pytań
Hebrid chciał się podnieść, ruszył prawą ręką i wtedy kobieta stanęła my na nadgarstku. Hebrid zaklnął, bardzo brzydko zaklnął.
- No dalej! - powiedział Hebrid - Zabij mnie, przecież chcesz tego, prawda!?!
- Zaintrygowałeś mnie, chłopcze - powiedziałą kobieta - Dlatego dam ci szanse na wieczne życie
- Jak to? - zapytał Hebrid
- Chodź tu chłoptasiu - powiedziała kobieta podnosząc Hebrida jak pluszową lalkę, jakgdyby nic nie ważył - Nie bój się, to nie zaboli, nie tak bardzo
Zbliżyła kły do jego karku i gdy już chciała je wbić poczuła coś na swoim brzuchu. Był to nóż, który Hebrid sprytnie schował w rękawie podczas walki. Odepchnął kobietę, będąc pewnym, że jest to Vampir. Wyciągnął naszyjnik z krzyżykiem, który trzymał na szyi i rzucił w stronę kobiety, która złapała go jedną ręką i zaczęła się śmiać dziwnym głosem, jakby wstąpił w nią sam diabeł.
- Krzyżyk? Może jeszcze poświecisz na mnie latarką? - zapytała kobieta - Albo obsmarujesz się czosnkiem? Lub jakąś inną przyprawą? Proszę bardzo, lubie przyprawionych ludzi!
"Cholera" - pomyślał Hebrid - "Jasna cholera! Co robić, co robić...?"
[center]***[/center]
Adrian opowiedział wszystkim o walce Dyninia z Grolym, dokładnie, jakby znał wszystkie emocje towarzyszące Dyniniowi, jednocześnie ukazując prawdziwą potęge Grolyego. Pominął tylko koniec, to, że uratował go swoją techniką, którą tak długo opracowywał i wciąż nie opanował jej do perfekcji.
- No, nieźle - powiedział Kris - To Groly musisz być naprawde silny...
- Ale jeszcze wiele lat treningu przede mną - powiedział pewny siebie Groly - Muszę stać się silniejszy od mojego brata...
- Ale dlaczego? - zapytał Rayman
- Chce udowodnić mu, że nie jestem śmieciem, za jakiego mnie miał - powiedział Groly
- Wcale nie jesteś śmieciem - powiedział Adrian - Broly nie zatrzymałby się, zabiłby Dyninia, ty tego nie zrobiłeś. Jesteś od niego lepszy, o niebo lepszy.
Brat Brolyego spojrzał na Adriana. Nigdy nie myślał o tym w ten sposób. Być od niego lepszym w taki sposób... Wydawało się to całkiem dziwne, przynajmniej Grolyemu, który myślał zawsze tylko o sile fizycznej, wogóle nie zastanawiał się nad tym, że może być silniejszy intelektualnie od swojego brata.
- Naprawde? - zapytał Groly - Uważasz, że jestem od niego lepszy?
Wszyscy spojrzeli na Grolyego, jakby nie oczekiwali takiej reagcji. Skąd mogli wiedzieć, że tak się zachowa. Nie znali go, praktycznie wogóle. Adrian spojrzał Saiyanowi w oczy i się uśmiechnął.
- Nie rzucam słów na wiatr - powiedział Adrian wreszcie - Jesteś od niego o wiele lepszy. Zrozumiałem to niedawno.
- Jak to niedawno? - zapytał Kris
- Bo nie jest się silnym mogąc niszczyć, ale silnym jest się gdy można budować - zadziwił wszystkich Adrian.
Chciał mówić dalej, ale nikt nawet nie wiedział, że Dyninio odzyskał już przytomność. Dokończył za Adriana, myślał tak samo, rozmawiali kiedyś o tym.
- NIe można zostać silnym dla siebie, przez siebie, kochając tylko siebie i nie cierpiąc za innych - powiedział Dyninio. Wszyscy wlepili na niego swój wzrok, a Adrian uśmiechnął się i dokończył
- Siłę zdobywa się, gdy mamy okazje się przyjaźnić, cierpieć za innych i za siebie, a nie tylko za siebie. Dlatego stajemy się...
[center]***[/center]
"(...) silniejsi!" - pomyślał Hebrid, po czym nie przejmując się zakupami przybrał pozycję bojową. Stanął w lekkim rozkroku, nóż trzymał "Odwrotnie", ostrze było prawie że ustawione równolegle do ręki, którą wychylił lekko do przodu. Schylił się lekko i patrzał na vampirzycę, na jej ruch.
- No dalej - powiedział Hebrid - Pozwól mi to skończyć, przyjaciele czekają na mnie!
- Przyjaciele, huh? - zastanowiła się wampirzyca przypominając sobie wszystkich przyjaciół, których przeżyła. Ich uśmiechnięte twarze, smutki i radości... - Idź!
Hebrid bardzo się zdziwił reakcją kobiety, która odsunęła się mu z drogi. Opuścił broń widząc, że po jej twarzy płynie łza. "Musi mieć w sobie jeszcze coś z człowieka" - pomyślał Hebrid i zrobiło mu się żal tej kobiety.
Podszedł i pozbierał szybko zakupy, po czym spojrzał w oczy kobiety. Wyglądały zupełnie inaczej, niż wcześniej. Jakby wdarła się w nie inna osoba, zupełnie inna. Hebrid patrząc głębogo w oczy kobiety przemówił.
- Zawsze miej nadzieję - powiedział Hebrid wiedząc o czym myśli kobieta - Może uda ci się odmienić, tak, jak tego chcesz. I już nigdy do tego nie wrócić. Bo wiesz, są jeszcze na tym świecie osoby, które mają ogromną moc.
Kobieta spojrzała na Hebrida odzyskując nadzieję. "Osoby, które mają wielką moc..." - pomyślała.
- Jednak - kontynuował Hebrid - One nie będą cie szukać, żeby ci pomóc. To ty musisz poszukać ich...
Człowiek obrócił się i zaczął zmierzać w stronę wyjścia z alejki. Kobieta uklękła zaczynając gromko płakać. "Dobrze" - pomyślał Hebrid - "Potwory nie potrafią płakać... Więc jeszcze jest człowiekiem". Zanim jednak wyszedł z ciemnej uliczki usłyszał z dala "Dziękuje!", słowo to było powiedziane niewyraźnie, przez łzy, zapłakanej vampirzycy.
[center]***[/center]
Wszyscy w domu Hebrida się uśmiechnęli na duchu. Po słowach Dyninia i Adriana zrozumieli, że faktycznie tak jest, jak powiedzieli. Jedynie Groly za bardzo tego nie rozumiał, nie często obcował z innymi. Jednak Dyninio... Mimo, że nie był wysoko urodzonym Saiyanem, to potrafił taką rzecz... Dzieki tej mocy?
Jedynie Kris mógł zrozumieć coś, czego inni nie mogli. On widział przekaz Daegurth'a i jeżeli trzymać się tej definicji, że siłę zdobywa się tylko będąc z innymi, cierpiąc razem z nimi i radując się. Te słowa z przekazu: "Roksia, do ciebie na końcu, nie bez powodu. Masz duży talent, większy niż inni, znałem tylko jedną osobę z takim talentem... Siebie, jednak ja go wykorzystałem tylko w małym stopniu, ty możesz stać się silniejsza ode mnie w mgnieniu oka...", może on właśnie dlatego nie mógł wykorzystać swojego talentu? Nie miał z kim dzielić cierpień? Czyżby dlatego wydawał się teraz taki słaby? A może miał... Nie wiem, ale z pewnością się dowiem...
[center]***[/center]
Hebrid był już niedaleko domu, widział już dach zza innych budynków. Minął zakręt i zobaczył Bart'a, który niósł Daegurth'a. Bardzo się zdziwił i natychmiast pobiegł w tamtą stronę. Dopiero jak był bliżej ujżał, iż Bobercik też tam idzie, niosąc Sesshomaru.
Nie rozumiał dlaczego Bobercik niesie Sesshomaru, czemu go nie zabił? Przecież jest ich wrogiem i pokazał to nie jednokrotnie. Szybko podbiegł do Bart'a licząc, że dowie się co się stało.
- Bart! - zawołał Hebrid - Co się stało!?!
- Długo by opowiadać... W domu powiem - Bart podrzucił lekko Daegurtha niesionego na ramieniu, aby nie spadł.
- Bobercik - Hebrid obrócił się do Saiyana - A dlaczego niesiesz Sesshomaru, nie powinieneś go zabić?
- Nie - powiedział stanowczo Bobercik - Ja nie jestem taki i nigdy nie będe. Może był moim wrogiem, ale przed chwilą pokazał, że wcale nie musi tak być.
- Faktycznie, jak dojdziemy do domu, należą mi się wyjaśnienia... - powiedział Hebrid, trochę zdenerwowany tym, że nie dowiedział się od razu co się tam działo. Co chwila zresztą spoglądał niepewnym wzrokiem na Sesshomaru, demona, który przysporzył im wiele kłopotów...
[center]***[/center]
Wszyscy siedzieli w ciszy, gdy do domu wszedł Hebrid.
- Gdzieś ty był!?! - zapytał Kris
- Oni mają napewno ciekawsze rzeczy do powiedzenia - powiedział Hebrit patrząc na wchodzących Bart'a i Bobercika, którzy nieśli Daegurtha i Sesshomaru.
Kris aż wstał z wrażenia, gdy zobaczył ich wchodzących. Był w szoku, dwie pieczenie na jednym ogniu - odzyskali Daegurtha i mają Sesshomaru, mogą mu teraz...
- Sesshomaru zostaje tutaj na noc - powiedział Bobercik
- CO!?! - zapytał Kris wytrzeszczając oczy
- Słyszałeś, powiedziałem, że zostaje tu na noc - powtórzył Bobercik
- Ale jak? Dlaczego? Nie lepiej go "stuknąć"? - zapytał Kris - No, chodź, daj no go tu!
- Tknij go, a twoje dzieci będą na ciebie mówić "mama" - powiedział Bobercik
- Jak to "mama"!?! - zapytał Kris - I jakie dzieci!?!
- Kris, on mówi, że ci odetnie jaja - wytłumaczył Bart
- Bob, ja ci zaraz odetne! - powiedział Kris
Choć jeszcze nikt oprócz Barta o tym nie wiedział, to Daegurth odzyskał pełną przytomność i zaczął ruszać głową, dając Bartowi znak, żeby postawił go na podłodze. Ten tak zrobił, postawił go, a ten stanął na nogach.
- Kris - powiedział Daegurth bardzo zachwianym głosem - Potnij sobie mózg... A nie, niemożna ciąć niczego... Nie po to masz miecz, żeby ciąć innych z byle powodu. Niech powiedzą... - Daegurth bardzo ostro zakasłał zasłaniając usta ręką. Na jego ręce pojawiła się masa krwi - Cholera... Muszę się położyć, nie przeszkadzać... Groly?
Wywołany Saiyan wstał i podszedł do Daegurth'a, który lekko uderzył go pięścią w brzuch.
- Huh? - zaciekawił się Groly - Co to miało być?
- Dawno cie nie widziałem - powiedział Daegurth - A to było takie przyjacielskie przywitanie, lekko uderzyłem, bo nie chciałem cie zabić - zażartował
- Idź lepiej spać - powiedział Groly - Może przestaniesz śnić na jawie
- Dlaczego jest ciebie dziesięciu? - zapytał Daegurth chwiejąc się - O, Bobercik, nie wiedziałem, że jesteś kobietą!?!
Bobercik zaczął chichotać. Daegurth poszedł do pokoju i od razu przestał się śmiać. Wypluł znów masę krwi kaszląc. Z ledwością doszedł do łóżka, na którym się położył. Przełknął ślinę. "Cholera, mogłem nie słuchać Bart'a..." - pomyślał Daegurth - "Jaki cholerny ból!". Saiyan podniósł ręke nad klatkę piersiową i zamknął oczy. Badał jakie ma obrażenia. "Jak szatkowana kapusta..." - pomyślał - "Trzeba coś z tym zrobić... I nie mam nawet senzu...".
Z jego ręki raczęła wylatywać jasno-zielona aura, niczym chmura, która wbijała się w jego klatkę piersiową. Leżał tak i pozwalał jej się przenikać...
[center]***[/center]
- Wygląda na to, że... - mówił Kris, jednak zagłuszyły jego słowa zatrzaskujące się za Bobercikiem drzwi. Położył się u siebie w pokoju, a na łóżku obok leżał Youkai, którego tutaj przyprowadził. Opatrzył go i umył z krwi. Czuł się zupełnie, jakby to był jego brat. Potem sam się położył. Był wykończony, za wiele jak na jeden dzień, na Ziemi wszystko działo się tak szybko...
- (...) są cali i zdrowi! - dokńczył Kris
- Na całe szczęście... - powiedział Bart - A kto to jest? - zapytał patrząc na Mark'a
- Mark, to jest Bart - Powiedziała Roksia - Bart, to jest Mark
Chłopak podszedł do Bart'a i uścisnął jego dłoń, jak to zwykli robić koledzy i nowi znajomi.
- Bart - zawołałą Saiyana Roksia - On umie chodzić po wodzie, nauczył się w ciągu chwili!
- Tak? - zapytał niedowierzając Bart - Ciekawe...
- I nie tylko to!- nie wytrzymał Kris - Jaką ma technike, yummy!
- Właśnie, Mark, co to za technika? - zapytał Adrian
Nawet Dyninio podniósł głowę zaciekawiony. "Nowa technika? Chcę to zobaczyć!" - myślał.
- Nic z tego - powiedział Mark - Pokaże wam ją kiedy indziej...
- Ahhh, Mark! - powiedział Kris - Ty potrafisz zdenerwować człowieka... Żeby mieć taką technike i nie chcieć jej pokazać... Aww....
- Jaką technike... Mark, tak? - zapytał Hebrid
- Tak, miło mi - powiedział Mark patrząc na Hebrida - A pan to...
- Hebrid, mów mi Hebrid - powiedział
- Yhm. A odnośnie techniki: kiedyś ją pokaże, ale nie dzisiaj - powiedział Mark zostawiając Krisa z dziwnym grymasem na twarzy
Kris jednak to wszystko robił dla żartu, wiedział o tym. Spoważniał, wstał i wyszedł na balkon. Czuł wiatr we włosach, zamknął oczy i przypomniał sobie, co było jak wracał ze świątyni, w której spotkał Shive...
- Tu jesteś - powiedziała kobieta wychodząc zza drzewa - Myślałam, że już cie nie znajde
Radek obejrzał się w bok, gdzie stała zakapturzona kobieta w płaszczu. Ściągnęła kaptur. Miała blond włosy spięte w swego rodzaju kok.
- Czego chcesz Iri? - zapytał Rauko odwracając wzrok od Radka. Na jego twarzy pojawiła się dziwna mina, jednak nikt nie wiedział, że jest lekko zdenerwowany
Z cienia wyszła kolejna postać, miała na sobie czarny płaszcz i była niska. Podeszła szybko pod Rauko, Radek nawet nie widział jak się rusza.
- Nie mów do Pani po imieniu - odezwał się dziecinny głos spod kaptura
- Od kiedy to się tak denerwujesz Celes? - zapytał Rauko
Iri, nazywana także "Pani, spojrzała na małego chłopca stojącego niedaleko Rauko. Zbadała go od stóp do głów swym wzrokiem. Radek patrzał też na nią, wcale nie byłą brzydka, szczerze mówiąc nie widział jeszcze ładniejszej kobiety. Po chwili "Pani" odwróciła wzrok od Radka i spojrzała na Rauko zbliżając się do niego wolnym krokiem.
- Mam dla ciebie... - powiedziała Pani, jednak przerwał jej Rauko
- Jestem zajęty na najbliższy miesiąc - powiedział Rauko
- Nie przerywaj Pani - odezwał się dziecięcy, dziewczęcy głos spod kaptura niewielkiej osoby - Albo naucze cie dobrych manier
Rauko spojrzał na dziewczyne w płaszczu i zachichotał. Wiedział, że ta nie może mu nic zrobić, lata ciężkiego treningu robiły swoje. Iri stała teraz tuż przed Rauko wbijając w niego swoje mroczne, fiołkowe oczy.
- Rauko, nie ma odmowy - powiedziała wreszcie Iri - Musisz wykonać to zadanie
- Już sobie nie radzicie i myślicie, ża wam pomoge? - zapytał Rauko - Niedoczekanie
Dziewczyna w płaszczu nie wytrzymała tonu z jakim Rauko odnosił się do jej Pani, szybkim ruchem, lekko bezmyślnie, chciała zaatakować Rauko. Gdy się ruszyła po prostu znikła, pojawiła się przed samym Rauko trzymając w ręku jakiś sztylet. Zaczęła bezmyślnie ciąć powietrze przed Rauko, aż wreszcie i była na tyle blisko by zranić jego. On jednak tylko prawą ręką złapał dłoń trzymającą ostrze i ścisnął tak, że dziewczyna puściła broń jednocześnie padając na kolana i cicho jęcząc z bólu.
- Iri, pilnuj jej, bo stanie jej się krzywda - powiedział Rauko - Sama się prosi
Rauko puścił ręke dziewczyny. Wystawała teraz poza płaszcz, była niewielka i miała gładką, dziecinną cerę. Była teraz jednak prawie cała sina i czerwona, zaczęła dopiero odzyskiwać normalny kolor po chwili. Rauko nie chwycił tej ręki tak od parady, ścisnął ją dosyć mocno, prawie złamał dwie kości u ręki Celes.
- Celes, nie zwracaj na niego uwagi - powiedziała Iri patrząc na swoją najwierniejszą sługę, po czym spojrzała znów na Rauko - W mieście, zaprowadzi cie jeden z moich ludzi, znajduje się grupka ludzi, a może i nieludzi. Masz ich zabić, wszystkich.
- Jak będe miał ochotę - powiedział Rauko. Celes przez chwilę chciała mu zwrócić uwagę, że nie powinien tak mówić do Pani, ale chwyciła się za ręke i lekko skuliła klnąc Rauko w myślach - Teraz jestem zajęty i nie chce widzieć żadnego z twoich ludzi
- Ty tego nie rozumiesz, znalazł się ktoś tak silny jak ty - powiedziała Iri - A może i nawet silniejszy, dlatego cie potrzebuje, możesz się wykazać i wtedy zostaniesz hojnie wynagrodzony
- A co ty mi możesz zaoferować? - zapytał Rauko zaciekawiony propozycją
- Pewien kryształ, który należał kiedyś do mężczyzny o imieniu Daegurth - powiedziała Iri, a twarz Rauko nabrała powagi - Podobno ma wielką moc, jednak nie umiałam z niego nic wydobyć do dzisiaj, zupełnie nic
Saiyan zaczął się poważnie zastanawiać. Znał Daegurth'a, dobrze go znał. Nikt nie znał go tak dobrze jak on, przynajmniej tak uważał, gdyż to właśnie on był jego bratem.
Daegurth wędrował przez wymiary i w innym wymiarze właśnie spotkał jego, Rauko. Ten drugi miał kiedyś brata, ale umarł, został zabity, bestialsko, podobno. Jednak naprawde zdarzyło się coś innego.
Wiele lat temu urodziły się bliźniaki, Daegurth i Bart. Miało się urodzić tylko jedno dziecko - Bart, który nie spowodowałby żadnych urazów matki, jednak za sprawą tajemniczej, potężnej techniki urodził się też Daegurth. Jednak aby się urodził nie wystarczyło tylko użyć techniki, nie wystarczyło tylko ciało Daegurtha, prawdziwego ojca Bart'a, którego imie zostało przeniesione na jego brata. Potrzeba było znacznie więcej. Drake był tylko jednym z wielu składników. Żądanie składników do tej techniki zadziałało okropnie, przeszło przez barierę wymiarów i zabrało brata Rauko, gdy miał zaledwie niecały roczek. Wtedy Rauko jeszcze nie istniał, był młodszy od Daegurtha, wyczuł jednak, że to jego brat, Saiyan z krwi i kości.
A teraz Iri, samolubna kobieta, oferowała mu kryształ, którego moc podobno jest ogromna. Wiedział, że ta nie blefuje, nie mogła, zabiłby ją za to i ona o tym wiedziała.
Rauko obrócił się w stronę Radka, nie patrzał jednak na niego. Opóścił wzrok nisko, na ziemię, lekko schylając też głowę. Wydawało się, że zawiesił się, że na nic nie reaguje, jednak tak nie było.
- Rauko? - zapytał Radek
- Tak? - Saiyan od razu podniósł głowę i patrzał w stronę Radka
- Kim jest ten Daegurth i co to za ludzie? - zapytał Radek chcąc wiedzieć
- Daegurth jest moim bratem, a to jest założycielka i członkini Witsue, organizacji mającej na celu zmiane świata - powiedział Rauko
- Że co!?! - zapytała Iri otwierając oczy szeroko ze zdziwienia - Daegurth to twój brat!?!
- Niby tak - powiedział Rauko obracając głowę w stronę rozmówcy, po czym opowiedział w jaki sposób został jego bratem. Pewnego dnia po prostu ten przyszedł i powiedział, że jest jego bratem
- Nie wiedziałam... Gdzie on teraz jest? - zapytała Iri
- To nie jest ważne, nie jest już Saiyanem, ani żadnym z człekokształtnych - zadziwił swoją wiedzą Rauko - Zamienił się w olbrzymią bestię, która sieje postrach w mieście. Słyszałaś o niej?
Kobieta opuściła głowę pogrążona w swoich myślach. "W olbrzymią bestię..." - pomyślała kobieta wciąż nie odrywając wbitego w ziemię wzroku.
- Misja nie ważna - powiedziała Iri - Możesz robić co chcesz, Rauko
- Iri - powiedział Saiyan, a kobieta podniosła głowę i wbiła w niego swój wzrok. Teraz jej fiołkowe oczy nie emanowały złem, a raczej rozpaczą, jednak nikt nie mógł dokładnie określić o czym myśli, nikt, prócz niej samej - A co z tym kryształem?
- Celes przyniesie ci go, jutro - powiedziała "Pani" - A teraz żegnaj Rauko
- Narazie Iri - powiedział Rauko
Kobieta odeszła, tuż obok niej szła Celes, prawie wogóle nie wydając żadnych dźwięków, jakby jej tam nie było, skradała się w unikalny sposób idąc obok Iri, która wciąż była pogrążona w swoich myślach.
Rauko obrócił się w stronę Radka i spojrzał w jego oczy.
- Od dzisiaj możesz mówić do mnie "Mistrzu" - powiedział Rauko - I zapomnij o tym, że wrócisz do domu
- Ale... Mama i tata będą się martwić! - powiedział Radek
- Załatwie to, zostawie im kartkę, że zabrałem cie na trening - powiedział Rauko
- Ale jak to na trening? I ich to ma uspokoić!?! - zapytał Radek - I skąd wiesz gdzie ja mieszkam!?!
- Za wiele pytań - powiedział Rauko - Twój ojciec to zrozumie, znajde go i uspokoi go to. A jeśli nie, to ja go uspokoje
- Jak to ty go uspokoisz!?! - zapytał Radek
- Wiesz co? Idź spać - powiedział Rauko, po czym zjawił się za Radkiem - Dobranoc!
Saiyan uderzył swojego "ucznia" kantem dłoni w szyję, a ten upadł bezwładnie pogrążony we śnie, mdlejąc.
"Muszę odpocząć" - pomyślał Rauko - "I jeszcze raz wszystko przemyśleć..."
[center]***[/center]
(...)Ifrit wygiął się do tyłu jak tylko mógł, słychać było jak "strzelają" mu kości. Nagle ruszył rękami do przodu, wyrzucając ogromną kulę magmy na stojącego na ziemi Daegurtha.
Bart wybiegł z lasu i zobaczył stojących obok siebie Bobercika i Sesshomaru, jednak nie tam utkwił jego wzrok. Patrzał teraz na Ifrita, potwora, który przyśnił mu się niedawno i na Daegurth'a, w którego stronę leciała ogromna kula ni to lawy, ni to ognia.
Gdy Ifrit wyrzucił kulę rycząc przy tym głośno, niczym drapieżny lew, pantera, czy inny zwierz, to kula lecąc zostawiała za sobą smugę ognia. Esper spadł na ziemię wbijając się w nią lekko, w końcu nie był ani mały, ani lekki.
Ogromny ogniopodobny pocisk z ogromną prędkością leciał w stronę zamienonego w bestię Daegurth'a, który stał i bezradnie patrzał jak ten się zbliżał. Bart złączył ręce i w nie chuchnął mając nadzieję, że jego brat to przeżyje, jakby się modlił o to jednocześnie.
Gdy kula już miała uderzyć Daegurtha ten odskoczył na bok unikając bezpośredniego starcia z pociskiem, jednak to nie był koniec ataku. Pocisk eksplodował zderzając się z ziemią, wyrzucił we wszystkich kierunkach lawę, tworząc z tego miejsca mini piekło. Lawa płynęła wszędzie, a toksyczne opary unosiły się wysoko nad ziemią. Daegurth dostał kawałkiem lawy, a część wpłynęła też pod niego. Jego ogromne łapy ze szponami zaczęły się topić, tak jak i zbroja na którą spadła lawa. Daegurth ryczał bardzo głośno, jego odbijający się echem ryk można było nawet usłyszeć w Jerd, oddalonym kilka kilometrów od lasu mieście.
Sesshomaru zasłonił twarz ubraniem broniąc się przed toksycznymi oparami, kazał też zrobić to samo Bobercikowi, który posłuchał. Bart też nie chciał umierać, dlatego wyskoczył z pola, w którym działała toksyczna chmura, która zakryła całego Daegurtha.
Minęło troche czasu zanim wiatr rozwiał chmurę. Monstrum stało, chociaż ciężko jest to nazwać staniem. Praktycznie nie miało dolnych kończyn, połowa ogona się stopiła i duża część pancerza. Widać było kości wystające spod zakrwawionych resztek pancerza. Daegurth nie ruszał się, jeżeli nie liczyć tego, że trząsł się z bólu nie mogąc tego opanować. Nie miał siły nawet, aby wydać z siebie ryk, który choć troche uspokoiłby go. Nagle coś się zaczęło dziać.
Ifrit przyglądał się jak Daegurth topnieje, ginie po jego potężnym ataku. Nie mógł zniknąć dopóty, dopóki nie pokona przeciwnika lub nie zostanie odesłany, dlatego stał i czekał. Nie miał pojęcia co się zaraz stanie.
Manstrum padło na ziemię, została tylko mała część jego ciała, gdy zaczęła z niego unosić się czerwona aura, energia, która niczym chmura zaczęła pokrywać pozostałe ciało Daegurtha. Monstrum zaczęło się podnosić, chmura zastępowała znisczone części ciałą Daegurtha. Po chwili zawył ile miał sił i jego głowa upadła.
Chmura dalej się roznosiłą, ogon zrobił się zupełnie inny, potem ogromne skrzydłą i głowa - szyja znacznie się wydłużyła. Chmura na chwilę zakryła cały widok, widać było tylko czerwoną chmurę, która po chwili znikła przenikając przez stojącą w tamtym miejscu kreature. Był tam ogromny czerwony smok, Bobercik już raz go widział, wiedział, że to Drake.
Smok zionął ogniem przez nozdrza przeczyszcając je, po czym spojrzał na Ifrita. Drake stał na lawie, która nie czyniła mu najmniejszej szkody. Bez problemu wyłowił swoim wzrokiem Sesshomaru i Bobercika stojących nieco dalej. Nie wiedział jednak, że jest tu Bart, nie spodziewał się tego.
- Bobercik - odezwał się smok swoim okropmnie niskim głosem odbijającym się echem od wszystkiego - Zrobiłeś dokładnie to o co prosił Daegurth, teraz możesz odwołać Ifrita.
- Ale jak? - zapytał Saiyan
- Powiedz mu, że może już iść - odezwał się Drake
Tak zrobił i Bobercik, a Ifrit odskoczył zamieniając się w płomienie, które i po chwili znikły na dobre.
Bart patrzał na ogromnego smoka, Drake, który stał przed nim. Wyszedł wreszcie z ukryć lasu, zza pokrytych resztkami liści drzew i odezwał się do gada.
- Drake! - zawołał głośno Bart
Smok obrócił się w stronę Bart'a, a raczej ruszył swoją glową tak, aby go widzieć. Po chwili obrócił się dopiero całkowicie i oderwał się od ziemi jednym, potężnym machnięciem skrzydeł, które spowodowało mocny podmuch na ziemię. Raz na ile ruszając skrzydłami czerwony kolos podleciał blisko Bart'a i wylądował tuż przed nim, Saiyanem, który odskoczył bojąc się, że Drake mu coś zrobi lądując.
- Bart - powiedział spokojnie Drake zbliżając do niego swoją głowę - Zapewne chciałbyś pomówić ze swoim bratem, a nawet go odzyskać
- Tak, tego właśnie chce, oddaj go! - powiedział, a zaczej wykrzyczał Bart stawiając jeden krok do przodu - Natychmiast!
Smok wypuścił ogień przez nos, który minął Bart'a o włos. Wyglądał na zdenerwowanego, jednak wcale nie zepsuł sobie humoru ani się nie zdenerwował.
- To nie takie proste - powiedział Drake - On, który nigdy nie tracił nadziei, właśnie ją stracił
- Jak to... "On, który nie tracił nadziei"? "Właśnie ją stracił"? - zapytał Bobercik słysząc co mówi Drake
- Nie rozumiem - zawołał Bart - I wcale mi do tego nie spieszno, chce żeby on tu był, tak jak...
- Już nigdy nie wróci - przerwał Bart'owi Drake - On nie chce, nie ma już siły, stracił całą nadzieje, chce umrzeć, w męczarniach, za to co zrobił, nie zrozumiesz tego! Ty nawet nie wiesz jakiej szlachetnej, iście nadludzkiej misji podjął się twój brat. Nie wykonał jej, bo się zawachał, kiedy cie spotkał
- Jak to... Zawachał się? - zapytał Bart
- Nieważne, on już nie wróci, teraz ja mam kontrolę nad jego i swoim ciałem - powiedział Drake - Pozwala mi żyć i bardzo się z tego cieszę.
Nagle koło głowy smoka pojawiła się czyjaś sylwetka, obok smoka był Sesshomaru, który wyciągnął miecz. Ciął szybko, ukośnie, głowę gada, który zaraz po otrzymaniu ciosu uniósł się w powietrze machając skrzydłami. Miecz przeciął jego łuski zza których wypływała czerwona krew smoka, który raz machnął ogonem, a Sesshomaru został wbity w ziemię.
- Drake, nie! - zawołał Bart widząc, że smok chce zionąć ogniem w Sesshomaru
Bobercik podbiegł szybko do Sesshomaru widząc, że Drake nie ma zamiaru ustąpić i zabrał go zanim płomień z ust smoka dosięgnął Youkai. Sesshomaru popatrzał na Bobercika, najdziwniejszego odpowiednika, jakiego kiedykolwiek spotkał. Gdy zamknął oczy i znów je otwarł zobaczył na miejscu twarzy Bobercika twarz jego brata - Inuyashy.
- Inuyasha... - powiedział cicho Sesshomaru, po czym rozmazał mu się obraz przed oczyma i widział teraz Bobercika, który zatrzymał się nieco dalej i położył Youkai na ziemi.
Sesshomaru zamknął oczy, zemdlał, albo zasnął. Nie sposób było to ocenić, w każdym razie nie był przytomny. Bobercik stanął i popatrzał na ogromnego smoka, który wznosił się w powietrzu.
- Bobercik, zostaw go - powiedział Drake - On zasługuje na śmierć
- Ale wtedy i ja zgine - powiedział Bobercik - A mi moje życie jest jeszcze miłe
- Drake, a co jeżeli przekonam Daegurtha, aby wrócił? - zapytał Bart po tym jak intensywnie myślał
- Nie ma chyba takich argumentów, które by go przekonały - powiedział smok patrząc Bartowi w oczy i jednocześnie lądując na ziemi
Bart jednak się nie przejął słowami smoka, jakby wogóle ich nie słyszał. Rozwinął zwój, który miał w ręce i zaczął czytać na głos, później przeczytał też to, co własnoręcznie Tevion napisał na końcu.
Drake zrobił krok w tył, zaczął się trząść mówiąc: "A jednak miałeś argument...". Bart jednak nawet nie wiedział jaki to argument, wszystko było zapisane tak, aby mógł przeczytać, ale było w nieznanym mu języku.
Smoka pokryła znów czerwona aura, chmura, która zakryła go całego. Nagle rozpłynęła się, a na ziemi stał Daegurth, ciężko dysząc. Chwiał się, miał nogi w lekkim rozkroku a jego ręce bezwładnie zwisały w dół. Niedługo. Upadł na ziemię tracąc przytomność...
[center]***[/center]
Rauko obrócił szybko głowę w lewą strone, nie przejmował się tym, że w jego stronę biegnie Radek, aby go uderzyć. Schylił się trochę, a czarnowłosy chłopak wbiegł na niego i przewrócił się.
Saiyan patrzał dalej w tamtą stronę, jakby coś zobaczył, usłyszał. Nie był pewien, dlatego wciąż rozglądał się w dal. W międzyczasie Radek zdążył się podnieść. Otrzepał ubranie z piasku, w który wpadł i zobaczył, że jego mistrza coś trapi.
- Co się stało, mistrzu? - zapytał Radek
- To koniec treningu na dziś - powiedział Rauko, po czym cicho dodał - On wrócił...
- "Wrócił"? Ale kto? - zapytał retorycznie czarnowłosy chłopak patrząc jak jego nauczyciel idzie do domu
[center]***[/center]
Kris wszedł do domu i zobaczył, że jakiś chłopak grzebie w lodówce Hebrida. Podbiegł do niego chwytając mocno rękojeść miecza zawieszonego na plecach i wołając.
- Kim jesteś!?! - zawołał Kris bardzo poważnie
Chłopak obrócił się i puszczając ze strachu słoik, który roztrzaskał się na podłodze zostawiając na niej piękną plame po dżemie malinowym.
- Ja... - mówił Mark przełykając szybko śline - Roksia, Rayman...
- Co Roksia, co Rayman? - zapytał Kris - Skąd ich znasz!?!
Mark nie wytrzymał, miał dość tonu swojego rozmówcy. Nie bacząc na to, że trzyma miecz za rękojeść, złożyłł ręce w dziwny znak i zawołał: "Henge!".
Przed Krisem stała całkiem naga kobieta o włosach koloru bląd. Ten przyglądał się jej wybałuszając oczy. Poluzował ręke trzymającą miecz, po chwili ta opadła w dół, tak jak szczęka Krisa.
Kobieta wysłała w stronę Krisa całusa, a ten zaczął się czerwienić. Nagle pojawił się przed nim chłopak, który jeszcze przed chwilą szukał czegoś w lodówce.
- Uff... - powiedział Mark, gdy przyjął postać tej kobiety był w stanie pomyśleć i się uspokoić, teraz mógł spokojnie mówić - Roksia mnie tutaj przyprowadziła, możesz ją zapytać
- Eeee - jęczał Kris, dopiero po tym jak Mark skończył mówić zamknął oczy, potrząsnął głową i otworzył je, wracając do rzeczywistości - Co... Co to było!?!
- Ehh... Moja Sex technika, działa na każdego normalnego faceta! - pochwalił się Mark - Długo jej się uczyłem... A ty nie miałeś iść do Roksi?
- Faktycznie - powiedział Kris - Ty pierwszy
Poszli razem do dziewczynki, która powiedziała Krisowi o spotkaniu Marka. Kris naprawde się zaciekawił, do tego ta technika...
- Mark, jak się tego nauczyłeś? - zapytał Kris wreszcie, nie wytrzymując dłużej
- Czego? - zapytał Mark nie rozumiejąc za bardzo
- No, tej techniki, zamieniłeś się wtedy w tą blondynke, jak? - zapytał Kris
- Więc wszystko się zaczęło...
[center]***[/center]
Był słoneczny dzień, Mark jak zwykle wyszedł na dwór by poćwiczyć. Niestety ciężko było mu o partnera treningowego, bo zawsze jego koledzy wymiękali przy nim. Nic dziwnego, choć o tym nie wiedział, był Saiyanem i przez przypadek został wystrzelony na ziemię, stąd się tutaj wziął. Znalazł miłych ludzi, którzy się nim zaopiekowali, a widząc jego talent sportowy chcieli go wysyłać na najrózniejsze zawody. Ten jednak fascynował się głównie walką.
Przypominał sobie jakie były początki biegnąc na polanke, gdzie uwielbiał ćwiczyć. Jak był jeszcze mały, gdy nikt go nie znał i każdy od niego stronił. Był Saiyanem, każdy się go bał wiedząc, że nie był człowiekiem. Dlatego starał się udowodnić wszystkim, że potrafi być dobry, lepszy od niektórych ludzi.
Dotarł do miejsca, w którym zazwyczaj ćwiczył. Stanął w lekkim rozkroku, po czym zaczął bardzo szybko uderzać powietrze, które przebijane jego szybkimi ruchami wydawało ciche gwizdy. Uderzał tak długo, bardzo długo, aż zakręciło mu się w głowie i upadł na ziemię. Zemdlał, zasnął. Wtedy wszystko się zaczęło...
Miał bardzo dziwny sen, jakby był zupełnie kimś innym, biegł przez ogromne miasto, na ścianie gór położonych tuż obok miasta widać było wyryte głowy. Mark nie mógł się ruszać, jego ciało, a może i nie, wykonywało samo ruchy. Biegł aż wreszcie zobaczył dość wysokiego mężczyznę w czarnych okularach przeciwsłonecznych. Był dość szczupły, miał na sobie obcisłe, czarne ubranie i hustę na głowie. W oczy rzucała się też dziwna opaska, która przeplatała głowę.
Chłopak zatrzymał się spojrzał na mężczyznę, który stał przed nim cofając się powoli. Czuł lekki strach, Mark słyszał własne myśli. "O nie, Ebisu!" - pomyślał - "Aaaa". Dziwnie złożył ręce i zawołał "Henge!". Mark czuł jakby przez jego ciało przechodziła energia, czuł jak kręci się wokół niego i w nim. Mężczyzna stojący przed nim w śnie nagle się zaczerwienił, a z jego nosa poleciała krew.
I wtedy łagodny wiatr obudził Mark'a ze snu. Najpierw otworzył prawe oko, później lewe. Był jeszcze senny, przetarł oczy ręką i wstał. "To wszystko to był sen?" - pomyślal Mark. Nie był pewien, czy to co widział, to był sen. Wszystko było takie realne...
Saiyan stanął w lekkim rozkroku i ułożył ręce w dziwny znak. Przez jego ciało płynęła energia, czuł to, zupełnie jak w śnie. Powiedział "Henge!" nagle pokryła go chmura dymu. Gdy opadła ten spojrzał na swoją ręke - była inna, miała taką gładką skórę, miała dość długie paznokcie. Wogóle czuł się tak jakby wyższy. Spojrzał w dół i od razu się pokazała się znów chmura, zamieniając go znów w normalnego Mark'a, z szoku, gdy zobaczył, że jest kobietą. Nawet głos mu się zmienił. Patrzał teraz na swoje ręce nie wierząc w to, co zrobił.
Cały sen uznał za znak, znak, który pozwoli mu zdobyć siłę. Zaczął trenować od tego momentu inaczej, trenował bowiem kontrolę chakry, o której istnieniu wiedział, ale nic więcej na jej temat.
[center]***[/center]
- Więc to wszystko Ci się przyśniło? - zbierał informacje na głos Kris - Fajnie, też bym tak chciał!
- A jakie gagi później robiłem ^^ - powiedział Mark
- Opowiadaj! - zawołał Kris
Rayman podszedł nieco bliżej, choć udawał, że nie słucha. Roksia za bardzo się nie interesowała tym jakie "gagi" robił Mark, ale podeszła by posłuchać. Lubiała siedzieć w towarzystwie.
- Więc... - nie zdążył dokończyć Mark
Drzwi domu nagle się otwarły, najpierw przeszedł przez nie Adrian, tuż za nim Groly niosący Dyninia, który wyglądał na całkowicie wykończonego. Jego ubranie było porozrywane, praktycznie było jednym, wielkim strzępem. Do tego miał pełno krwi na całym ciele. Był teraz nieprzytomny, Groly niósł go, a ten jak ruszał się jak lalka, na lewo i prawo, bezwładnie. Jakby nie żył, jednak daleko mu było do tego stanu, miał jeszcze dużo energi, tylko nie potrafił zużywać jej jak najmniej. Pozwalało mu to na znaczną wygodę, ale teraz kosztem tego nie był przytomny, do tego cały w siniakach...
- Co się stało!?! - zapytał Kris wstając z tapczanu
- Wyobrażasz sobie, że Dyninio walczył z Grolym? - zapytał Adrian - Oto efekt jego pracy!
- Groly, przecież on jest prawie martwy! - zawołał Kris
- Troszeczke mnie poniosło... - powiedział Groly nie przyzwyczajony do takich rozmów. Wogóle. zazwyczaj mało rozmawiał
- Kris, daruj sobie, co było, się nie odstanie - powiedział Adrian - Lepiej mnie przedstaw
- Aaaa - powiedział Kris - To jest...
- Sam potrafie mówić - powiedział Mark - Cześć, nazywam się Mark!
- No dalej... - szeptał cicho do Mark'a Kris - No, użyj tej techniki
Chłopak obrócił głowę w stronę Krisa patrząc nań złowrogo.
- Nie będe nadużywał swojej mocy - powiedział po chwili spokojnie
- Może nie wiem o czym mówicie dokładnie - powiedział Adrian - Ale Mark ma racje, nie powinniśmy nadużywać naszej nadludzkiej siły, jeżeli o to chodzi
Adrian podszedł pod nowo poznanego głopaka i uścisnął mu ręke, porządnie, jak to zwykł robić. Uśmiechał się mogąc poznać kolejną osobę, Mark wcale nie mógł się obyć bez uśmiechu.
- Ahhh... - Zajęczał Kris. Chciał zobaczyć reakcje Adriana na tą całą "Sex technike", ale mu się nie udało.
"Może innym razem" - pomyślał
Adrian rozejrzał się dokładnie po domu i zapytał.
- Gdzie jest Bart?
- Poszedł gdzieś - powiedziała Roksia - A raczej wybiegł, chyba się spieszył...
- A Hebrid? - zapytał Adrian - I Bobercik?
- Nikt nie wie... - powiedział Kris
- Ehhh, pomóżmy Dyniniowi, później możemy się zastanawiać gdzie jest "Reszta" - powiedział Adrian patrząc na omdlałego przyjaciela.
[center]***[/center]
- Tantiradam - śpiewał sobie Hebrid idąc alejką, wciąż słyszał tą piosenkę w myślach i nie mógł się od niej oderwać.
Ciemna aleka, którą przemierzał dłużyła się coraz bardziej. Poszedł nią, bo niby "szybciej" do domu, taki skrót, ale wyglądało na to, że nie dużo czasu zajęłoby my pójście normalną drogą, którą zwykł chodzić.
Wreszcie muzyka, którą śpiewał ucichła, został on, jego zakupy i alejka, w której był. "Dziwne, jak tu cicho..." - pomyślał Hebrid. Faktycznie, było bardzo cicho, za cicho, w alejce nie było słychać nawet żadnego szmeru, jakby nikogo tu nie było. Nawet echo zaledwie lekko odbijało się od ścian alejki. Coś dziwnego krążyło w powietrzu, Hebrid to czuł, miał "nosa do kłopotów", we wszelkim tego powiedzenia znaczeniu.
Instynktownie Hebrid odchylił się do tyłu, coś tylko śmignęło mu przed oczyma. Coś, a może ktoś. Widział sylwetkę osoby, gdyż staneła na drodze do końca alejki, z której wpadała duża część światła. Wygląało na to, że była to kobieta, która znów rzuciła się w stronę Hebrida. Ten jednak nie był taki, na jakiego wyglądał. Skończył z tym, nie był już strachliwym człowiekiem - nie, odkąd spotkał Kris'a, tego dziwnego chłopaka, który pokazał mu, że można.
Hebrid schylił się kładąc zakupy na ziemi i odsuwając się jednocześnie troszke na bok. Kobieta z niesamowitą prędkością go minęła, jakby to nie była prędkość ludzka. Jednak zatrzymała się tuż za Hebridem, który wyglądał na bezradnego w tej sytuacji. Wygiął się jednak do tyłu i złapał dziwną kobietę za ręke, po czym z niesamowitą siłą przerzucił ją nad sobą. Przynajmniej chciał. Ta wyrwała mu się w powietrzu i zaczęła tak jakby latać.
Może ktoś nie zwróciłby na to uwagi, ale Hebrid owszem. Jej ręce były chłodne, bardzo chłodne, nie wiedział dlaczego - nie chciał wiedzieć. Był pewien, że to nie jest człowiek i że musi stąd uciec, bo raczej nie ma szans. Prędkość tej osoby była niesamowita, Hebrid musiał znów instynktownie odskoczyć, by nie zostać zaatakowanym od góry. Kobieta wbiła się w ziemię powodując głośny huk. To była dla Hebrida szansa, znikoma, ale jednak. Stanął w lekkim rozkroku i zaczął machać prawą ręką, pojawiła się na niej jasno świecąca kula. Była to kula ki. Nikt, prócz Hebrida, nie wiedział, że jest do tego zdolny. Wystrzelił ją w stronę dziwnej osoby, a kula zaczęła się powiększać w locie, tworząc swego rodzaju siatkę. Zderzyła się z dziwną osobą, przygnieździła ją do ziemi.
Hebrid wiedział, że stracił bardzo dużo energi, nie miał jej tak wiele jak Kris i nawet nie potrafił dobrze kontrolować. Podbiegł po zakupy, po czym zaczął uciekać.
Tajemnicza osoba rozerwała siatkę na strzępy i zaczęła pogoń za człowiekiem, który starał się uciec. Wypadł mu wtedy z torby czosnek, dziwna osoba przeleciałą obok łapiąc go i gniotąc w rękach. Była już przed samym Hebridem gdy... Ten wyskoczył do góry, wysoko. Nie spodziewała się tego kobieta, która poleciała dołem. Zaraz jednak zmieniła kierunek.
- Cholera - powiedział cicho Hebrid - Kto to jest!?!
Hebrid miał teraz ogromny problem. Patrzał we wszystkie strony, jednak nie mógł dojrzeć tajemniczej osoby - było bowiem za ciemno. Gdy doleciał do ściany odbił się od niej. Był już bardzo blisko wyjścia z alejki, mogło go to uratować... Albo zgubić. Musiał zaryzykować. Odbił się od drugiej ściany, prosto do wyjścia. Wtedy, gdy leciał w stronę otwartej przestrzeni kobieta wyskoczyła tuż przed nim. Widział ją teraz dokładnie.
Była dosyć szczupła, miała na sobie skórzane spodnie i jacket. Jej włosy były czarne, ciężko jednak było określić, nie było wystarczająco dużo światła, by to stwierdzić. Miała dziwne oczy i zęby, z których kły wydawały się najdłuższe.
Szybko ruszyła rękami zrzucając Hebrida na ziemię. Ten uderzył w nią tak, aby nie uszkodzić zakupów. Zwiajał się przez to z bólu. Kobieta podeszła powoli do niego mając na nogach glany, których kroki było słychać przez całą alejkę.
- Jesteś bardzo silny, jak na człowieka - odezwała się swoim wysokim głosem - Ale i tak jesteś nędznym śmiertelnikiem
- Kim... Kim jesteś? - zapytał Hebrid patrząc tylko na jedno oko
- Ja? - zapytała kobieta - Trupy nie zadają pytań
Hebrid chciał się podnieść, ruszył prawą ręką i wtedy kobieta stanęła my na nadgarstku. Hebrid zaklnął, bardzo brzydko zaklnął.
- No dalej! - powiedział Hebrid - Zabij mnie, przecież chcesz tego, prawda!?!
- Zaintrygowałeś mnie, chłopcze - powiedziałą kobieta - Dlatego dam ci szanse na wieczne życie
- Jak to? - zapytał Hebrid
- Chodź tu chłoptasiu - powiedziała kobieta podnosząc Hebrida jak pluszową lalkę, jakgdyby nic nie ważył - Nie bój się, to nie zaboli, nie tak bardzo
Zbliżyła kły do jego karku i gdy już chciała je wbić poczuła coś na swoim brzuchu. Był to nóż, który Hebrid sprytnie schował w rękawie podczas walki. Odepchnął kobietę, będąc pewnym, że jest to Vampir. Wyciągnął naszyjnik z krzyżykiem, który trzymał na szyi i rzucił w stronę kobiety, która złapała go jedną ręką i zaczęła się śmiać dziwnym głosem, jakby wstąpił w nią sam diabeł.
- Krzyżyk? Może jeszcze poświecisz na mnie latarką? - zapytała kobieta - Albo obsmarujesz się czosnkiem? Lub jakąś inną przyprawą? Proszę bardzo, lubie przyprawionych ludzi!
"Cholera" - pomyślał Hebrid - "Jasna cholera! Co robić, co robić...?"
[center]***[/center]
Adrian opowiedział wszystkim o walce Dyninia z Grolym, dokładnie, jakby znał wszystkie emocje towarzyszące Dyniniowi, jednocześnie ukazując prawdziwą potęge Grolyego. Pominął tylko koniec, to, że uratował go swoją techniką, którą tak długo opracowywał i wciąż nie opanował jej do perfekcji.
- No, nieźle - powiedział Kris - To Groly musisz być naprawde silny...
- Ale jeszcze wiele lat treningu przede mną - powiedział pewny siebie Groly - Muszę stać się silniejszy od mojego brata...
- Ale dlaczego? - zapytał Rayman
- Chce udowodnić mu, że nie jestem śmieciem, za jakiego mnie miał - powiedział Groly
- Wcale nie jesteś śmieciem - powiedział Adrian - Broly nie zatrzymałby się, zabiłby Dyninia, ty tego nie zrobiłeś. Jesteś od niego lepszy, o niebo lepszy.
Brat Brolyego spojrzał na Adriana. Nigdy nie myślał o tym w ten sposób. Być od niego lepszym w taki sposób... Wydawało się to całkiem dziwne, przynajmniej Grolyemu, który myślał zawsze tylko o sile fizycznej, wogóle nie zastanawiał się nad tym, że może być silniejszy intelektualnie od swojego brata.
- Naprawde? - zapytał Groly - Uważasz, że jestem od niego lepszy?
Wszyscy spojrzeli na Grolyego, jakby nie oczekiwali takiej reagcji. Skąd mogli wiedzieć, że tak się zachowa. Nie znali go, praktycznie wogóle. Adrian spojrzał Saiyanowi w oczy i się uśmiechnął.
- Nie rzucam słów na wiatr - powiedział Adrian wreszcie - Jesteś od niego o wiele lepszy. Zrozumiałem to niedawno.
- Jak to niedawno? - zapytał Kris
- Bo nie jest się silnym mogąc niszczyć, ale silnym jest się gdy można budować - zadziwił wszystkich Adrian.
Chciał mówić dalej, ale nikt nawet nie wiedział, że Dyninio odzyskał już przytomność. Dokończył za Adriana, myślał tak samo, rozmawiali kiedyś o tym.
- NIe można zostać silnym dla siebie, przez siebie, kochając tylko siebie i nie cierpiąc za innych - powiedział Dyninio. Wszyscy wlepili na niego swój wzrok, a Adrian uśmiechnął się i dokończył
- Siłę zdobywa się, gdy mamy okazje się przyjaźnić, cierpieć za innych i za siebie, a nie tylko za siebie. Dlatego stajemy się...
[center]***[/center]
"(...) silniejsi!" - pomyślał Hebrid, po czym nie przejmując się zakupami przybrał pozycję bojową. Stanął w lekkim rozkroku, nóż trzymał "Odwrotnie", ostrze było prawie że ustawione równolegle do ręki, którą wychylił lekko do przodu. Schylił się lekko i patrzał na vampirzycę, na jej ruch.
- No dalej - powiedział Hebrid - Pozwól mi to skończyć, przyjaciele czekają na mnie!
- Przyjaciele, huh? - zastanowiła się wampirzyca przypominając sobie wszystkich przyjaciół, których przeżyła. Ich uśmiechnięte twarze, smutki i radości... - Idź!
Hebrid bardzo się zdziwił reakcją kobiety, która odsunęła się mu z drogi. Opuścił broń widząc, że po jej twarzy płynie łza. "Musi mieć w sobie jeszcze coś z człowieka" - pomyślał Hebrid i zrobiło mu się żal tej kobiety.
Podszedł i pozbierał szybko zakupy, po czym spojrzał w oczy kobiety. Wyglądały zupełnie inaczej, niż wcześniej. Jakby wdarła się w nie inna osoba, zupełnie inna. Hebrid patrząc głębogo w oczy kobiety przemówił.
- Zawsze miej nadzieję - powiedział Hebrid wiedząc o czym myśli kobieta - Może uda ci się odmienić, tak, jak tego chcesz. I już nigdy do tego nie wrócić. Bo wiesz, są jeszcze na tym świecie osoby, które mają ogromną moc.
Kobieta spojrzała na Hebrida odzyskując nadzieję. "Osoby, które mają wielką moc..." - pomyślała.
- Jednak - kontynuował Hebrid - One nie będą cie szukać, żeby ci pomóc. To ty musisz poszukać ich...
Człowiek obrócił się i zaczął zmierzać w stronę wyjścia z alejki. Kobieta uklękła zaczynając gromko płakać. "Dobrze" - pomyślał Hebrid - "Potwory nie potrafią płakać... Więc jeszcze jest człowiekiem". Zanim jednak wyszedł z ciemnej uliczki usłyszał z dala "Dziękuje!", słowo to było powiedziane niewyraźnie, przez łzy, zapłakanej vampirzycy.
[center]***[/center]
Wszyscy w domu Hebrida się uśmiechnęli na duchu. Po słowach Dyninia i Adriana zrozumieli, że faktycznie tak jest, jak powiedzieli. Jedynie Groly za bardzo tego nie rozumiał, nie często obcował z innymi. Jednak Dyninio... Mimo, że nie był wysoko urodzonym Saiyanem, to potrafił taką rzecz... Dzieki tej mocy?
Jedynie Kris mógł zrozumieć coś, czego inni nie mogli. On widział przekaz Daegurth'a i jeżeli trzymać się tej definicji, że siłę zdobywa się tylko będąc z innymi, cierpiąc razem z nimi i radując się. Te słowa z przekazu: "Roksia, do ciebie na końcu, nie bez powodu. Masz duży talent, większy niż inni, znałem tylko jedną osobę z takim talentem... Siebie, jednak ja go wykorzystałem tylko w małym stopniu, ty możesz stać się silniejsza ode mnie w mgnieniu oka...", może on właśnie dlatego nie mógł wykorzystać swojego talentu? Nie miał z kim dzielić cierpień? Czyżby dlatego wydawał się teraz taki słaby? A może miał... Nie wiem, ale z pewnością się dowiem...
[center]***[/center]
Hebrid był już niedaleko domu, widział już dach zza innych budynków. Minął zakręt i zobaczył Bart'a, który niósł Daegurth'a. Bardzo się zdziwił i natychmiast pobiegł w tamtą stronę. Dopiero jak był bliżej ujżał, iż Bobercik też tam idzie, niosąc Sesshomaru.
Nie rozumiał dlaczego Bobercik niesie Sesshomaru, czemu go nie zabił? Przecież jest ich wrogiem i pokazał to nie jednokrotnie. Szybko podbiegł do Bart'a licząc, że dowie się co się stało.
- Bart! - zawołał Hebrid - Co się stało!?!
- Długo by opowiadać... W domu powiem - Bart podrzucił lekko Daegurtha niesionego na ramieniu, aby nie spadł.
- Bobercik - Hebrid obrócił się do Saiyana - A dlaczego niesiesz Sesshomaru, nie powinieneś go zabić?
- Nie - powiedział stanowczo Bobercik - Ja nie jestem taki i nigdy nie będe. Może był moim wrogiem, ale przed chwilą pokazał, że wcale nie musi tak być.
- Faktycznie, jak dojdziemy do domu, należą mi się wyjaśnienia... - powiedział Hebrid, trochę zdenerwowany tym, że nie dowiedział się od razu co się tam działo. Co chwila zresztą spoglądał niepewnym wzrokiem na Sesshomaru, demona, który przysporzył im wiele kłopotów...
[center]***[/center]
Wszyscy siedzieli w ciszy, gdy do domu wszedł Hebrid.
- Gdzieś ty był!?! - zapytał Kris
- Oni mają napewno ciekawsze rzeczy do powiedzenia - powiedział Hebrit patrząc na wchodzących Bart'a i Bobercika, którzy nieśli Daegurtha i Sesshomaru.
Kris aż wstał z wrażenia, gdy zobaczył ich wchodzących. Był w szoku, dwie pieczenie na jednym ogniu - odzyskali Daegurtha i mają Sesshomaru, mogą mu teraz...
- Sesshomaru zostaje tutaj na noc - powiedział Bobercik
- CO!?! - zapytał Kris wytrzeszczając oczy
- Słyszałeś, powiedziałem, że zostaje tu na noc - powtórzył Bobercik
- Ale jak? Dlaczego? Nie lepiej go "stuknąć"? - zapytał Kris - No, chodź, daj no go tu!
- Tknij go, a twoje dzieci będą na ciebie mówić "mama" - powiedział Bobercik
- Jak to "mama"!?! - zapytał Kris - I jakie dzieci!?!
- Kris, on mówi, że ci odetnie jaja - wytłumaczył Bart
- Bob, ja ci zaraz odetne! - powiedział Kris
Choć jeszcze nikt oprócz Barta o tym nie wiedział, to Daegurth odzyskał pełną przytomność i zaczął ruszać głową, dając Bartowi znak, żeby postawił go na podłodze. Ten tak zrobił, postawił go, a ten stanął na nogach.
- Kris - powiedział Daegurth bardzo zachwianym głosem - Potnij sobie mózg... A nie, niemożna ciąć niczego... Nie po to masz miecz, żeby ciąć innych z byle powodu. Niech powiedzą... - Daegurth bardzo ostro zakasłał zasłaniając usta ręką. Na jego ręce pojawiła się masa krwi - Cholera... Muszę się położyć, nie przeszkadzać... Groly?
Wywołany Saiyan wstał i podszedł do Daegurth'a, który lekko uderzył go pięścią w brzuch.
- Huh? - zaciekawił się Groly - Co to miało być?
- Dawno cie nie widziałem - powiedział Daegurth - A to było takie przyjacielskie przywitanie, lekko uderzyłem, bo nie chciałem cie zabić - zażartował
- Idź lepiej spać - powiedział Groly - Może przestaniesz śnić na jawie
- Dlaczego jest ciebie dziesięciu? - zapytał Daegurth chwiejąc się - O, Bobercik, nie wiedziałem, że jesteś kobietą!?!
Bobercik zaczął chichotać. Daegurth poszedł do pokoju i od razu przestał się śmiać. Wypluł znów masę krwi kaszląc. Z ledwością doszedł do łóżka, na którym się położył. Przełknął ślinę. "Cholera, mogłem nie słuchać Bart'a..." - pomyślał Daegurth - "Jaki cholerny ból!". Saiyan podniósł ręke nad klatkę piersiową i zamknął oczy. Badał jakie ma obrażenia. "Jak szatkowana kapusta..." - pomyślał - "Trzeba coś z tym zrobić... I nie mam nawet senzu...".
Z jego ręki raczęła wylatywać jasno-zielona aura, niczym chmura, która wbijała się w jego klatkę piersiową. Leżał tak i pozwalał jej się przenikać...
[center]***[/center]
- Wygląda na to, że... - mówił Kris, jednak zagłuszyły jego słowa zatrzaskujące się za Bobercikiem drzwi. Położył się u siebie w pokoju, a na łóżku obok leżał Youkai, którego tutaj przyprowadził. Opatrzył go i umył z krwi. Czuł się zupełnie, jakby to był jego brat. Potem sam się położył. Był wykończony, za wiele jak na jeden dzień, na Ziemi wszystko działo się tak szybko...
- (...) są cali i zdrowi! - dokńczył Kris
- Na całe szczęście... - powiedział Bart - A kto to jest? - zapytał patrząc na Mark'a
- Mark, to jest Bart - Powiedziała Roksia - Bart, to jest Mark
Chłopak podszedł do Bart'a i uścisnął jego dłoń, jak to zwykli robić koledzy i nowi znajomi.
- Bart - zawołałą Saiyana Roksia - On umie chodzić po wodzie, nauczył się w ciągu chwili!
- Tak? - zapytał niedowierzając Bart - Ciekawe...
- I nie tylko to!- nie wytrzymał Kris - Jaką ma technike, yummy!
- Właśnie, Mark, co to za technika? - zapytał Adrian
Nawet Dyninio podniósł głowę zaciekawiony. "Nowa technika? Chcę to zobaczyć!" - myślał.
- Nic z tego - powiedział Mark - Pokaże wam ją kiedy indziej...
- Ahhh, Mark! - powiedział Kris - Ty potrafisz zdenerwować człowieka... Żeby mieć taką technike i nie chcieć jej pokazać... Aww....
- Jaką technike... Mark, tak? - zapytał Hebrid
- Tak, miło mi - powiedział Mark patrząc na Hebrida - A pan to...
- Hebrid, mów mi Hebrid - powiedział
- Yhm. A odnośnie techniki: kiedyś ją pokaże, ale nie dzisiaj - powiedział Mark zostawiając Krisa z dziwnym grymasem na twarzy
Kris jednak to wszystko robił dla żartu, wiedział o tym. Spoważniał, wstał i wyszedł na balkon. Czuł wiatr we włosach, zamknął oczy i przypomniał sobie, co było jak wracał ze świątyni, w której spotkał Shive...
Rozdział XXXXVII - Niepoprawne osądzenie
- Ehh... - zajęczał z bólu Daegurth
"Nie mogę... Znów mnie osłabia i to gorzej niż kiedykolwiek... Przesadziłem..." - pomyślał Daegurth - "A jakby tak, choć troszeczke... Nawet tak nie myśl! Nie możesz ich zabić...". Ręka którą trzymał nad klatką piersiową trzęsła się, po chwili upadła na nią. Daegurth jeszcze raz zajęczał z bólu. Powinien już nie żyć, umarłby, gdyby kiedyś nie nauczył się telekinezy, której używał teraz non-stop. Dlatego dla ułatwienia zamknął oczy. "Tevion... Pomożesz mi jeszcze raz, jeżeli cie poprosze?" - zastanawiał się Daegurth, po czym ochydnie zakasłał - "Heh, szczerze mówiąc i tak nie masz wyboru... Tevion, ty magu zapowietrzony...".
Drzwi pokoju uchyliły się i szedł przez nie Bart. Wciąż nie wiedział w jakim stanie znajduje się jego brat, jednak zaraz dane było mu się dowiedzieć.
- Ba... Bart... - powiedział Daegurth z ledwością
- Co bratek? - zapytał Bart podchodząc do niby to młodszego brata
- <Słuchaj Bart> - odezwał się telepatycznie Daegurth patrząc na brata - <Ja wcale nie mam się dobrze, tak jak wszyscy myślicie... Nie możesz im tego powiedzieć!>
- Jak to? A kto sobie żartował w salonie? - zapytał Bart
- <Podejdź bliżej> - wciąż używał telepatii Daegurth. Było mu o wiele łatwiej używać telekinezy i telepatii, gdyż to były rzeczy w których szkolił się najbardziej.
Bart posłuchał, podszedł do brata i stanął nad nim. Wciąż nie wiedział jak go chce przekonać, że jest niby w "złym stanie". Całkiem co innego pokazywał przed chwilą, w salonie.
- <A teraz naciśnij mi klatkę piersiową, tylko nie za mocno> - przekazał swoje myśli Daegurth bratu
Bart bardzo lekko więc nacisnął klatkę piersiową brata, potem troszeczke mocniej, a ta ugięła się, jakby tam nic nie było. Bart zdziwił się i jeszcze raz nacisnął, w innym miejscu - to samo. Zauważył, że jego brat cały się trzęsie.
- Wystarczy... - powiedział z ledwością Daegurth kasłając
- Ale jak!?! - Bart był w szoku - Przecież, jak cie niosłem, to wcale tak nie było!
- <Maskowałem to... Jak większość rzeczy. Nie chce żebyście się zamartwiali> - odezwał się telepatycznie Daegurth - <Dlatego nie możesz nikogo wpuścić do tego pokoju, ja muszę wybrać się do Teviona, powinien mnie uleczyć...>
- W takim stanie to dojdziesz do niego jako trup! - powiedział Bart - Wogóle, dlaczego twoja klatka piersiowa jest miękka, jakby w niej kości nie było!?!
- <Bo moje wnętrzności...>
[center]***[/center]
- Chce ktoś koktailu? - zapytał Hebrid
- Ja! - zawołał Rayman
- Czekaj, tylko zmiksuje - powiedział Hebrid - Ktoś jeszcze?
- Dawaj wszystkim - powiedział w trybie rozkaźnikowym Bobercik
Hebrid zabrał owoce i wrzucił do miksera. Włączył, po chwili wszystko było gotowe. Rozlał do szklanek i rozdał, samemu też biorąc jedną. Spróbował, czy to wogóle ma jakiś smak. Co więcej - oprócz tego, że okazało się smaczne, to i było zdrowe. W końcu same owoce.
- A może ktoś chce lody waniliowo-truskawkowe? - zapytał Bobercik patrząc na Hebrida
- A może chcesz w gębe? - zapytał Hebrid szyderczo się uśmiechając
- Nie, raczej sobie...
[center]***[/center]
Kryształy, niczym lustro, odbijały większość światła wskazując Kris'owi drogę. Mógł słyszeć głuchy dźwięk odbijający się echem od wszystkich ścian, które wydawałoby się nie przestawały drgać pod naporem tylu dźwięków, tonów i półtonów..
"To którędy ja tu przyszedłem..." - zastanawiał się Kris. Prawie całkowicie zapomniał drogę, którą tutaj szedł. Musiał od nowa iść przez te długie korytarze świątyni zrobionej na bazie labiryntu, z którego wyjścia znaleźć było nie sposób.
Saiyan jednak kroczył przed siebie, ani myślał się zatrzymać, choćby i na sekunde. Wiedział, że będzie miał na to czas jak opuści to dziwne miejsce, w którym słyszał całyczas tą dziwną melodię niosącą się echem. Dopiero teraz spostrzegł, że głos osoby, która wymawia słowa tej pieśni jest podobny, a może i nawet identyczny, co głos Shivy. Czyżby miała coś z tym wspólnego?
Wziął głęboki oddech, zamróżył oczyma, po czym dalej szukał korytarza, który doprowadzi go do wyjścia. Nie musiał długo szukać, jednak na samym środku korytarza za którym były ogromne drzwi, których wnęką tutaj się dostał, stał ogromny potwór. Obrócony był do Krisa plecami, o ile to coś można było tak nazwać. Bestia obróciła swoją głowę umieszczoną na dość długiej szyi wysadzonej kolcami, które tworzyły tak jakby kołnierz. Wbiła w niego swoje ogromne ślepie spod których można było ujrzeć szczęke pełną przymarzniętych zębów, na których końcach widniały ślady nieświerzej już krwi. Monstrum ryknęło głośno i wydawałoby się, że cała świątynia zaczęła drżeć, nawet że cały świat drży od potężnego ryku potwora o zielono-czarnej skórze.
- Czas przetestować mój miecz! - powiedział do siebie Kris, po czym chwycił mocno rękojeść swojej broni.
Saiyan uśmiechnął się szeroko, nader szyderczo i podszedł bliżej ogromnej bestii.
- Pożegnaj się z żywotem, potworze! - zawołał niezbyt głośno Kris ciągnąc rękojeść miecza
Był jednak mały problem - Kris nie mógł wyciągnąć miecza z pochwy! Zupełnie jakby tam był umocowany klejem. "No, dalej!" - pomyślał szarpiąc się z mieczem - "Wyskakuj z kożuszka!". Miecz jednak nie chciał słuchać swojego obecnego właściciela, nie miał najmniejszego zamiaru oddzielić się od pokrywającego go "kożuszka".
Saiyan podniósł powoli wzrok i spojrzał na patrzącą w jego stronę bestię, z jej ust ciekła piana wraz z jakąś mazią, która uderzając w kryształową podłogę wgryzała się w nią, niczym bardzo żrący kwas.
Kris uśmiechnął się lekko mówiąc: "Ja żartowałem, heh, nie wziąłeś tego na serio, no nie?" - zapytał Kris.
Potwór jednak tylko obrócił się w jego stronę i zawył z całch sił, rozrzucając kwas z ust po dużej części pomieszczenia. Kris z trudem uniknął przed mazią, któej część wpadła mu na ubranie. Momentalnie je zrzucił, zdąrzył zanim wgryzła mu się w skórę, której tak łatwo by nie opuściła.
Kris ostatni raz spróbował dobyć miecza, który jednak mocno trzymał się kryształowej pochwy, jakby był do niej przyklejony!
"Skoro nie chcesz wyjść ty głupi kle żywiołów, to nie!" - pomyślał Kris - "Sam sobie poradze!". Saiyan obrócił lekko dłoń, w której była już jasna, niebieska kula, która rzucałą światło odbijające się od kryształowych ścian, jak od lustra. "Właśnie, te ściany..." - pomyślał Kris - "Jeżeli rzucę kulę ki... To będzie obusieczne ostrze, moge zabić i siebie...".
Kris ruszył palcami u prawej ręki, a kula zniknęła, początkowo skakały po palcach małe piorunki, które jednak zniknęły wraz z czasem.
Potwór zdecydował się ruszyć, zaatakował. Skoczył i w ciągu sekundy, a może dwóch znalazł się tuż przed Krisem, który odchylił się do tyłu unikając szponów bestii chodzącej na wszystkich czterech łapach.
Saiyan wyprostował się wyskakując w powietrze. Gdy był przy śuficie... Nagle na niego wpadł, po czym wstał. "Co jest!?!" - zastanawiał się Kris oszołomiony tym, że stoi na suficie - "Odwrócona grawitacja, czy co?". Wiedział, że nie ma czasu na przemyślenia, musiał działać. Odbił się od ściany, aby uniknąć przed kolejnym atakiem bestii i znów został przyciągnięty przez którąś ze ścian. "Chyba coś rozumiem...!" - zauważył Kris, po czym nie myśląc długo odbił się od ściany i uderzył monstrum w szyję, wiedział, że zostnie przyciągnięty przez kolejną ścianę. Tak się stało, Bestia obróciła się, a Krisa nie było w miejscu, gdzie go oczekiwała. Ten zaś skoczył i znów uderzył potwora, i kolejny raz, i kolejny!
Trwało to chwilę, monstrum kwiczało i jęczało, wkrótce z ran zadawanych przez dosyć silnego chłopaka zaczęła sączyć się krew, która spływała małymi strumieniami po ciele potwora.
- Jednak nie jesteś taki silny - mówił Kris nie przestając odbijać się od ścian - A wydawałeś się takim...
Saiyan przerwał widząc nadlatującą w jego stronę łapę, która go uderzyła, a ten poleciał kilka metrów dalej. Zatrzymał się dopiero uderzając w swego rodzaju posąg, który nawet nie ugiął się przy uderzeniu.. Kris uderzając plecami w twardy kruszec wypluł ślinę z krwią. Zamknął oczy, z trudem oddychał, czuł że potwór się do niego zbliża. Powoli podniósł głowę, otwierając jedno oko, ledno widząc na nie. Zobaczył swój miecz w pochwie, najwyraźniej zsunął się mu z pleców tuż po potężnym uderzeniu.
- Kieł żywiołów... Poradzę sobie... Bez ciebie - pomyślał Kris samemu nie wierząc swoim słowom. Zaczął ruszać prawą ręką, którą ledwie uniósł. Pojawiła się wokół nich jasna kulka, która krążyła wokół niej. Wyprostował ręke mówiąc z ledwością.
- SUmmon... Shiva... - powiedział Kris
Zrobiło się chłodno, bardzo chłodno. Kulka, która krążyła wokół ręki Saiyana po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Całe pomieszczenie pokryła niezbyt gęsta mgła, przez którą można było widzieć prawie wszystko. Przed Krisem zrobiło się bardzo zimno, tam mgła zagęstniała, wkrótce zmieniła się w kryształ lodu, przez który początkowo nie było nic widać. Początkowo, jednak nie było tak długo. Minęło kilka chwil, a przez lód można było zobaczyć niebieskoskórą kobietę - Shivę.
Miała zamknięte oczy i wydawałoby się, że jest martwa. Nie ruszała się, nawet o mikrometr, po czym szybko otwarła oczy i spojrzała na bestię stojącą przed nią. Ruszyła ręką, a lód pokrywający jej ciało pękł, zanosząc echem dźwięk zbliżony do pisku kobiety o bardzo wysokim tonie, względnie dźwięk hamowania pociągu.
- Kris, nie ruszaj się - Odezwała się kobieta stojąca przed nim. Wokół niej latała mgła, jakby była na jej wezwanie - Zajmę się tym zwierzakiem.
Potwór doskoczył do Shivy i zamachnął łapą w jej stronę, przed nią jednak z nikąd wyrosła ściana lodu, która zablokowała atak potwora, którego szpony zostały uwięzione w dziwnym murze z zamarzniętej wody.
Kris przyglądał się wszystkiemu z ciekawością, patrzał na jedno oko wciąż chcąc otworzyć drugie. Mgła lekko kolała go w oko, które nie było przystosowane do jej temperatury, ani do takiego zagęszczenia wody w powietrzu.
Esper wyprostował się, machnął ręką do tyłu, po czym wyprostował ją w stronę bestii. Z niebieskiej dłoni kobiety wyleciał sopel lodu, który przebił pancerz bestii i w niej został. Ta zawyła otrzymując straszliwe obrażenia od naprawde zimnego lodu.
Shiva zamknęła na chwilę oczy.
- Teraz zobaczysz najpotężniejszą technikę jaką znam, Diamond Dust - powiedział spokojnie Esper
Kobieta otwarła oczy, po czym nabrała trochę powietrza w usta. Mgła rozpościerająca się w pomieszczeniu rozrzedziła się. Shiva lekko pochyliła się do przodu i podstawiła sobie ręke pod usta wypuszczając powietrze, bardzo mroźne powietrze. Tuż przed nią powstawały sople lodu, które zamroziły i wielkie monstrum. Kobieta stała przed ogromnym masywem kryształów lodowych spoglądając na uwięzioną wewnątrz bestię, przebitą uprzednio soplem lodu. Nie ruszała się, nie mogła, nie tylko pokrył ją lód, ale i zamarzła od wewnątrz.
Kobieta podniosła prawą ręke trochę wyżej i pstryknęła palcami, gdy to zrobiła lód pękł, a bestia spadając na kryształową posadzkę roztrzaskała się, jak sopel lodu, niczym szyba, czy lustro, zmieniając się w tysiące małych kawałków.
Kris zemdlał, nie miał już siły. "Shiva..." - pomyślał - "Ciekawe, skąd się wzięła..."...
Obudził się na zewnątrz dziury, przez którą wpadł do świątyni. Musiał zostać wyniesiony przez Espera z tego wszechoceanu ciemności, który znajdował się niżej. "Ale dlaczego ona mi tak pomaga?" - zastanawiał się Kris patrząc wgłąb niekończącego się wprost otworu. Nie długo tam patrzał, chciał jak najszybciej wrócić do domu Hebrida...
[center]***[/center]
Stał na balkonie, patrzał na miecz, który trzymał w ręku. "Dlaczego?" - zastanawiał się, ciągle zadawał sobie to jedno pytanie - "Dlaczego nie mogłem użyć miecza?"
[center]***[/center]
- Hehehe! - śmiał się głośno chłopak o białych włosach - Niezłe! Żeby wpaść w gówno chcąc ominąć kałużę... Zdolny jesteś Radek! Przekaleka!
- Sam jesteś kaleka... - powiedział Radek ściągając patykiem kau z lewego buta
- Ale ty jesteś "gówniarz", dosłownie - powiedział Rauko - Pospiesz się, nie chce mi się czekać stu lat na zasrańca
Radek nic nie odpowiedział, wiedział, że to i tak nie ma sensu. W głębi ducha przeklinał Rauka, który wyzywał go z taką otwartością i jeszcze go popędzał...
- A gdzie my właściwie idziemy? - zamienił temat Radek
- Odwiedzić znajomego - odezwał się Rauko poważniejąc
- Tak? Fajnie, a kogo? - zapytał Radek
Rauko jednak nie odpowiedział młodemu półsaiyanowi ni słowem, nie miał zamiaru. Nie musiał, więc po co? To była jego sprawa, a nie Radka.
Półsaiyan westchnął głęboko myśląc "Jaki koleś..."
[center]***[/center]
- Hej, już wróciłeś? - zapytał Bart widząc, że jego brat się podnosi.
- Tak, dziękować Tevionowi, chyba załatwie mu wakacje... - powiedział Daegurth
- Jak to? Nie ma wakacji? - zapytał zaciekawiony Bart
- No, niestety nie, nie ma drugiego Teviona, nikt go nie zastąpi... - powiedział Daegurth - Zwiedzałeś królestwo, nieprawdaż?
- Skąd wiedziałeś!?! - zapytał Bart
- Heh, Tevion nawet nie chciał powiedzieć, ale mam swoje sposoby - powiedział Daegurth stając na podłodze, nie miał na głowie kaptura, przez co Bart zobaczył na jego twarzy dziwny uśmiech, tylko z jednej strony twarzy, druga nawet nie drgnęła.
- No, przeszedłem się trochę - powiedział Bart - A co?
- Ostrza Mrozu po spotkaniu z tobą się ucieszyły, że widzą użytkownika ki - powiedział spokojnie Daegurth - Chcą, byś ich szkolił, ale nie możesz tego zrobić
- Czemu nie? - zapytał zdziwiony Bart
- Napewno widziałeś przywódcę OM, Rethiona - powiedział Daegurth - On nie chciał, byś go uczyć, wiesz dlaczego? Bo sam zna techniki ki, ale ta wiedza zostaje przekazana tylko dla najlepszych Ostrzy Mrozu, dlatego nie możesz zakłucić tego harmonogramu
Bart spostrzegł coś dziwnego, a raczej innego niż wcześniej. Jego brat jakoś dużo mówił, zazwyczaj nie rozmawiał tak wiele.
- Co się tak właściwie działo w tamtym wymiarze? - zapytał
- Teraz jestem wolny - powiedział Daegurth, po czym wyciągnął zza płaszcza małą kosteczkę - Wszystko dzięki temu małemu magicznemu pudełeczku
- Tak? A co w nim jest? - zapytał Bart
- Wszystko - powiedział Daegurth - Rozum to jak chcesz, idę się przejść, on się zbliża
- "On"!?! - zadziwił się Bart - Ale Sesshomaru jest w tym domu!
- Sesshomaru już nikomu nie zagraża - pewny siebie Daegurth obrócił się plecami do brata - Nie będzie już niszczyć, przynajmniej narazie
- A gdzie... - nie zdążył dokończyć Bart, gdyż jego brat rozpłynął się w powietrzu...
[center]***[/center]
- Hebrid! - odezwał się kobiecy głos zza okna
Właściciel posesji obejrzał się i zobaczył tam kobietę, którą ledwie rozpoznał. Była to vampirzyca, którą spotkał wcześniej. Podbiegł pod okno i natychmiast je otworzył. Był bardzo zdziwiony! Nie tylko tym, że ta wampirzyca przyszła teraz, ale i tym, że był środek dnia!
- Co tutaj robisz!?! - zapytał Hebrid
- Może wpuścisz mnie do środka? - zapytała kobieta o czarnych włosach
- Już - powiedział Hebrid otwierając okno, przez które kobieta wskoczyła do środka
Gdy wpadła do środka ukląkła na chwilę, dopiero po chwili wstała i obróciła się w stronę Hebrida. Spojrzała na niego swoimi piwnymi oczyma.
- Dzięki tobie byłam w stanie wszystko jeszcze raz przemyśleć - powiedziała vampirzyca - Jestem ci bardzo wdzięczna
- Miło mi, ale co robisz tutaj? Przyszłaś mi tylko podziękować? - zapytał mężczyzna
- Nie, nie tylko. Na pewno nie jesteś zwykłym człowiekiem, może wiesz w jaki sposób mogę pozbyć się moich wampirzych rządz? - zapytała śmiało kobieta
- Niestety nic ci nie mogę pomóc - powiedział Hebrid, a kobieta opóściła głowę tracąc nadzieję - Ale jest ktoś, kto może, chodź
- Zresztą, nazywam się Terenis, Terenis Songya - powiedziała wampirzyca podnosząc głowę
- Hebrid, po prostu Hebrid - powiedział mężczyzna i wyprowadził wampirzycę z pokoju
[center]***[/center]
"Gdzie? Gdzie ja jestem?" - zastanawiał się Sesshomaru po otwarciu oczu. Wszystko jeszcze mu wirowało przed oczyma, jakby właśnie wyszedł z pędzącej karuzeli. Podniósł z trudem głowę i zobaczył stojącego przy oknie Bobercika. "Teraz, albo nigdy" - pomyślał Sesshomaru - "Mogę się go ostatecznie pozbyć...". Yokai wstał i bezszelestnie ruszył w stronę niczego nie spodziewającego się Bobercika. Stał tuż za nim, słyszał jak spokojnie oddycha, Bobercik nie czuł jednak nawet jego oddechu na sobie. Sesshomaru podniósł ręke do góry...
[center]***[/center]
- Stój - powiedział spokojnie Rauko do Radka idącego obok - On zaraz tutaj będzie, nie musimy już iść
- A skąd wiedział, że idziemy? - zapytał Radek
- Z kątowni - powiedział Saiyan, po czym spojrzał przed siebie, gdzie nagle pojawił się Daegurth.
Radek przyglądał się nieznanej mu jeszcze osobie, która była w płaszczu z kapturem. Poza tym nie mógł wypatrzeć nic więcej, narazie. Nieznajomy jednak od razu ściągnął kaptur, wtem jego rudo-czerwone włosy uniósł wiatr. Miał zamknięte oczy, które powoli otworzył. Radek przyjżał się jego zielono-brązowym oczom.
- Dawnośmy się nie widzieli - przerwał ciszę Daegurth
- Nom - odpowiedział Rauko uśmiechając się szyderczo - Sparring?
- Wyszedłem z wprawy, to nie ma sensu - powiedział stojący przed nim Saiyan - Poza tym mam parę rzeczy do zrobienia
- Tak? Jakich? - zapytał białowłosy chłopak
- Przewycoorfiście przerąbanych - odpowiedział Daegurth nie dając tym samym żadnej informacji, po czym obrócił się w stronę czarnowłosego młodzieńca - A to kto?
- Wiesz, nie tylko ty masz swoich uczniów - powiedział Rauko - Ten jest mój, nazywa się Radek
- Cześć - zawołał Radek podchodząc
- Witaj Radek - powiedział Daegurth - Miło cię poznać
- Pana również! - zawołał Radek
- Nie przesadzajmy, mów mi Daegurth - ozwał się Saiyan
- Daegurth? Czy to nie jest twój brat? - zaczął się zastanawiać Radek patrząc na swojego mistrza
- Niby tak, niby nie - powiedział Daegurth - Od kiedy jesteś w tym wymiarze?
- Miesiąc, może trochę dłużej - odpowiedział Rauko
- Rozumiem... Zostałeś zwerbowany przez Iri - powiedział Daegurth - Nie wiedziała co robi!
- Zresztą, skąd ją znasz? - zapytał Rauko
- No bo widzisz, kiedyś nie umiałem uczyć i... To moja pierwsza uczennica... - powiedział Daegurth
- Serio!?! - zdziwił się Rauko - Myślałem, że ona zawsze była taka silna!
- Nie, kiedyś była słabsza, ale wraz z siłą niestety wrosły jej rządze, straciłem kontrole nad systemem nauczania... - powiedział Daegurth spuszczając głowę na dół
Radek przyglądał się dwum starszym od siebie osobnikom płci męskiej nie do końca rozumiejąc o co im chodzi. Nie musiał, chociaż chciał. Wolał się nie odzywać, mógłby powiedzieć coś, czego by żałował.
- A teraz, wiesz jaka była przyczyna? - zapytał Rauko patrząc kątem oka na Radka, to na Daegurtha
- Rozumiem... Nie bój się, on nie zejdzie na złą drogę, masz szczęście, że ci się trafił - powiedział Daegurth - Może kiedyś sprawdzimy kto jest lepszy, jeden z moich uczniów, czy z twoich?
- Z przyjemnością - odpowiedział Rauko - Wydaje mi się, że się gdzieś spieszysz, racja?
- Jak zwykle, się nie mylisz - powiedział Daegurth - Muszę wracać do domu
- Przecież twoja planeta jest zniszczona - powiedział Rauko
- Dom jest tam gdzie rodzina, a nie tam gdzie meldunek - powiedział Daegurth po czym rozpłynął się w powietrzu. Radek otworzył oczy ze zdziwienia. "Jak on to robi" - pomyślał...
[center]***[/center]
Yokai stał z podniesioną ręką za Bobercikiem, patrzał na jego głowę szukając miejsca na cios, który pozbawi go życia w ułamku sekundy. Wtedy spojrzał mu przez ramię i zobaczył, że trzyma w ręku bandaże i opiera się o parapet śpiąc. "Chciał mi pomóc?" - zastanawiał się Sesshomaru opuszczając ręke - "Ale dlaczego? Przecież chciałem go zabić i to nie jednokrotnie!". Stał teraz tuż za swoim odpowiednikiem w tym świecie, myślał o wszystkim, a jego charakter, sposób bycia był na bardzo ważkiej wadze...
[center]***[/center]
"Puk, puk, puk" - rozległ się dźwięk pukania do drzwi pokoju Bart'a i Daegurth'a.
- Proszę! - zawołał Bart, a drzwi się otwarły. Wszedł przez nie Hebrid, a tuż za nim weszła Terenis. Właściciel posesji rozejrzał się po pokoju, po czym zadał pytanie.
- Gdzie twój brat? - zapytał Hebrid
- Nie wiem... Zniknął gdzieś, jak zawsze - odpowiedział Bart
- Terenis poznaj Bart'a, jest to brat osoby, która może ci pomóc - powiedział Hebrid - Bart, to jest Terenis.
Saiyan podszedł bliżej i uścisnął dłoń kobiety. Była dość zimna, wiedział, że coś z nią jest nie tak.
- A co jest nie tak, może będe mógł pomóc? - zapytał Bart
- No bo widzisz - powiedział Hebrid - Ona jest...
[center]***[/center]
Sesshomaru już nie wiedział co robić, kompletnie nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Nie wiedział, co to znaczy mieć siłę, jego sposób był naprawde dobry, wędrować między wymiarami i zbierać siłę odpowiadających mu osób. W ten sposób powstałby on, idealny, jednak teraz czuł coś, czego nie doświadczał wcześniej. Pojawiły się w nim ludzkie, typowo dobre, uczucia, których nigdy nie znał.
Poszedł kilka kroków w tył, po czym usiadł na łóżku. Spojrzał na swoją ręke, jakby na niej było coś nowego. "Czy ja wciąż jestem sobą?" - zaczął się zastanawiać. Dziwne uczucie nie dawało mu spokoju, ten chłód tuż pod żołądkiem, wewnątrz jego ciała...
[center]***[/center]
Bart dowiedział się od Hebrida kim była kobieta, którą poznał. Początkowo zerkał na nią kątem oka, jakby się jej bał, później się rozluźnił. Wyczuł, że naprawde żałuje.
Do domu wszedł Daegurth, wszyscy podnieśli na niego oczy. On natychmiast po wejściu stanął jak wryty, na ułamek sekundy. Machnął ręke, a Terenis wylądowała na ścianie. Była do niej przybita, nie mogła się ruszyć, jęczała z bólu.
- Przestań! - zawołał Hebrid
- To wampirzyca - powiedział Daegurth - Może nas wszystkich zabić, nawet mnie
- Nie rozumiesz! - zawołał Hebrid
- Daegurth, przestań! - zawołał BArt, wtem jego brat na niego popatrzał i "puścił" kobietę.
Terenis zaczęła kasłać i tarzać się po podłodze z bólu, jaki doznała. Nieczęsto wampir doświadczał takiego bólu, prawie wogóle.
Hebrid podbiegł do kobiety i pomógł jej wstać. Bart podszedł chcąc pomóc, jednak nie było to potrzebne. Właściciel domu posadził ją na tapczanie.
- Ona przyszła tutaj po pomoc - powiedział Bart patrząc na brata - Nie chce być wampirem, znaczy się, chce wyzbyć się rządzy
- Mógłbym jej pomóc, tylko jest jeden problem - powiedział Daegurth, a wszyscy się zaciekawili
- Jaki? - zapytał Hebrid wreszcie
- To niemożliwe - odezwał się Daegurth
- Jak to, niemożliwe!?! - zapytał Hebrid przypominając sobie, co mówił Terenis, o tym, że "On" jej pomoże... Było mu głupio... - Nie martw się, napewno coś się z tym zrobi
Kobieta odepchnęła Hebrida i wstała. Chwiejnym krokiem podeszła pod Daegurtha, który stał, jakby na to czekał. Stanęła przed nim, opóściła głowę i zacisnęła pięści.
- W takim razie zabij mnie, szybko i bezboleśnie... - odezwała się po chwili zmagania z tą okropną myślą
- Spójrz mi w oczy - powiedział Daegurth, jednak kobieta nie chciała spojrzeć prosto w oczy Saiyana. Chłopak więc lekko ręką podniósł głowę kobiety, popychając jej podbródek do góry, po czym zapytał - Co widzisz?
Terenis była wampirem, miała lepszy wzrok niż większość ludzi, była inna, inna niż wszystkie wampiry. Tak naprawde nie chciała być wampirzycą. Spojrzała w oczy Daegurtha stojącego zaledwie kilka centymetrów przed nią. Po chwili patrzenia otwarła oczy ze zdziwienia i odsunęła się dwa kroki do tyłu.
- Tego też nie da się wyleczyć, ani usunąć - powiedział Daegurth - Ale da się to kontrolować
Bart i Hebrid byli ciekawi co takiego zobaczyła kobieta w oczach Saiyana, czego oni nie dostrzegli.
- Kontrolować? - zapytała kobieta, nie będąc do końca przekonaną co do tego - Ale, tak się nie da...
Daegurth zaczął machać ogonem, nie wiadomo dlaczego, nudziło mu się, czy co. W każdym razie, jego Saiyański ogon wynurzył się zza płaszcza i unosił się to w dół, to w górę, przesuwał w lewo i w prawo.
- Mylisz się moja droga, mylisz się - odezwał się po chwili Daegurth - Widziałem jednego wampira, który nie tknął krwi, żadnej krwi, przez ponad dwa tysiące lat. Stał się wegetarianinem, wyobraź sobie. Pamiętaj, najtrudniejsze są początki, później jest coraz łatwiej.
Terenis nie odezwała się ani słowem, zaczęła się chwiać. Wtedy Saiyan stojący przed nią machnął ręką tuż przy jej twarzy, a ta odzyskała przytomność, całkowicie.
- Wystarczy z tym walczyć - powiedział Daegurth - Nie trzeba nic więcej. Zapamiętaj Terenis
- Skąd... Skąd znasz moje imię? - zapytała wampirzyca
- Ty nie chcesz wiedzieć skąd znam twe imie, chcesz wiedzieć kim ja jestem, czemu nie zapytasz wprost?
- Ty... Czytasz moje myśli?
- Jak otwartą księge, wertuje kartki w poszukiwaniu potrzebnych mi informacji.
- Więc...
- To nie ma znaczenia - powiedział Daegurth, po czym zaczął mówić z przerwami - Tak | Uśmiechnij się | Nie, nie | Nie myśl tak głęboko | Ała, to by bolało...
- O czym oni wogóle mówią? - zapytał Bart Hebrida, jednak nie uzyskał znaczącej odpowiedzi
- Kto wie? - zapytał Hebrid
[center]***[/center]
- Dalej! Gonić ich! - zawołał mężczyzna w dziwnej zbroi i hełmie
Wiele osób, o ile nie wiele tysięcy osób, goniło dwie zaledwie postacie. Jedna z nich była w białym płaszczu z czerwonymi wstęgami, miała na plecach ogromny miecz. Druga nosiła srebrną zbroję płytową połączoną ze skórzaną, dającą większą swobodę niż obie z wymienionych. Miał czarne włosy, było widać przerażenie w jego piwnych oczach.
- Zabić! - zawołał mężczyzna w zbroi i hełmie koloru czerwono-fioletowego
Ludzie czarnych szatach wyciągnęli specjalne bronie do walki na dystans. Były to sztylety do rzucania, swego rodzaju łuki i urządzenie o nieznanej jeszcze nazwie, które ze względu na swoją celność i potęge zostało później nazwane Zabieraczem Życia.
Oddziały zaczęły strzelać strzałami, używać magii bojowej, rzucać brońmi miotanymi. Zaledwie dwie osoby uciekały przed całą armią, nikt jednak nie śmiał ich lekceważyć...
Mężczyzna w srebrno-skórzanej zbroi obrócił się i zamachnął swoim oburęcznym mieczem wołając: "Fuu-rion!". Jego ochrypły, niski męski głos zadudnił w całej dolinie, którą przemierzali. Wszyscy wiedzieli co się zaraz stanie, magowie z oddziałów zaczęli rzucać zaklęcia, wymawiając niełatwe dla języka sentencje.
Z ostrza dwuręcznego miecza o nazwie "Masamune" wyleciała fala powietrza, która zmiotła kilkaset osób, jednocześnie tnąc je na kawałki. Odbiła też miotane w uciekających pociski. Duża część oddziału jednak obroniła się dzięki potężnym magom.
- Grad! - zawołał mężczyzna ze wzgórza wydając komendę oddziałą, które natychmiast zareagowały
Magowie zaczęli coś bełkotać, a osoby nie uzdolnione magicznie zwolniły i wyciągnęły bronie miotane, po czym zaczęły rzucać.
"Cholera" - pomyślał mężczyzna biegnąc obok osoby w białym płaszczu - "Nie mam siły by odeprzeć kolejny atak..."
Niebo pociemniało, pioruny zaczęły trzaskać w drzewa na ziemi, które natychmiast pękały i podpalały się. Z powietrza, z wnętrza ogromnych, ciemnych chmur zaczęły opadać ogromne sople lodu. Jednocześnie, jakby tego było mało, oddziały zaczęły miotać brońmi w uciekające postacie. "Nie mają szans!" - pomyślał przywódca, stojący na skale. Był jednocześnie nieprawowitym władcą tego państwa, które wywalczył sobie.
Ogromne, ostre sople i wiele pocisków zbliżało się do dwóch postaci, które z ledwością już biegły...
[center]***[/center]
- Groly, chodź tu - powiedział Daegurth stając w drzwiach
Saiyan zdziwił się widząc osobę, której szukał. Natychmiast wstał i podszedł, wtedy dostał pięścią w twarz, prawy sierpowy, od Daegurth'a.
- Mogłeś zabić Dyninia - powiedział Daegurth - Wiedziałeś, że go pokonasz!
- Ale... - Groly wiedział, że go poniosło, co mógł zrobić. Nie mógł nawet o tym powiedzieć, dostał dosyć mocno w szczęke, ktora go bolała. Nie musiał.
- Więc to tak, poniosło cie? - zapytał Daegurth - Nie usprawiedliwia cie to
Groly powoli obrócił głowę na swoje miejsce, patrzał Daegurthowi w oczy bojąc się zadać to pytanie, z którym tutaj przyszedł. Dokładnie dwa pytania.
- Ja, mam cie trenować? - wyrwał się Daegurth - Nie uważasz, że to przesada? Jesteś mniej więcej tak silny jak ja, co to da?
- Wszystko, wystarczyło kilka słów, a byłem w stanie zamienić się w Super Saiyana - odezwał się nareszcie Groly - A co jeśli...
- Przesadzasz - przerwał mu Saiyan stojący mu na przeciw - Co najwyżej zmądrzejesz, nic więcej. Ale jeśli chcesz, to moge cie trenować, choć nie widzę w tym sensu
- Dzię... Dziękuję - ciężko powiedział to słowo z siebie Groly. Nieczęsto go używał, znał jego wartość, ale nie mówił go zbyt często
- A drugie pytanie, nie zadasz? - zapytał Daegurth ciekaw co zrobi Groly. Nie mógł przewidzieć dokładnie wszystkich zachowań. Może czytać myśli, ale nie myśli z przyszłości
- Chciałbym, ale jeżeli się okaże, że to ja wygram, to jaki sens ma trenowanie pod twoim przywództwem? - zapytał Groly
- Mój do mnie skromnie "Mistrzu", a nie zwracaj się jak do kolegi - zażartował Daegurth, jednocześnie mówiąc poważnie - Choć, sam chce się z tobą zmierzyć
- Ty... Ze mną!?! - zdziwił się Groly
- Tak, walczyłem z twoim bratem, z tobą nigdy. Sprawdzimy czego nauczyłeś się przez te lata - powiedział Daegurth - I nie będe już używał telepatii
- Nie, walcz tak jak możesz! zawołał Groly podniecony tym, że zaraz stoczy walkę, niesamowitą walkę
- Nie rozumiesz - powiedział spokojnie Saiyan patrząc na Grolyego kątem oka - To cholernie męczące i trudne, dlatego nie będe używać telepatii
Wyszli z pokoju, stali teraz w salonie, gdzie rozmawiała ze sobą reszta osób tu zamierzkujących, prócz Sesshomaru i Bobercika.
- Moi mili - zaczął Daegurth podchodząc - Za chwilę odbędzie się moja walka z Grolym, zapraszam
- Że co? - zadziwił się Dyninio podnosząc się z łóżka
- Patyczki do uszu czyszczenia są w łazience, radzę użyć - zażartował Daegurth - Chcecie iść?
- Jasne! - zawołał Rayman
- Właśnie, Daegurth - zaczęła Roksia - Poznaj Mark'a
Saiyan obrócił się w stronę chłopaka, którego przedstawiała mu Roksia. Spojrzał na niego, po czym podszedł i uścisnął mu dłoń.
- Mark - powiedział chłopak - bardzo miło poznać
- Mi również, nazywam się Daegurth Yrde - powiedział Saiyan
- Yrde? - zdziwił się Bart - Znaczy się, tak mieliśmy na nazwisko?
- Tak, ale jak wiesz nikt do nas nie zwracał się po nazwisku. Niech by spróbował! - odpowiedział Daegurth
Mark spojrzał na Daegurtha z profilu, po czym pomyślał "Heh, wydaje się twardzielem. Ciekawe jak zareaguje na moją małą technikę?? ^^".
- Daegurth! - zawołał Mark
Zawołany odwrócił się w stronę chłopaka, który dziwnie ułożył dłonie i zawołał: "Henge!". Pojawiła się chmura, spod której wyszła całkiem naga kobieta o blond włosach.
Saiyan szeroko otwarł oczy i patrzał się na "Mark"'a ze zdziwieniem. Jeszcze większe było zdziwienie niektórych osób co nie znały tej techniki(jeszcze nie mieli okazji jej zobaczyć). Ktoś nawet upadł na ziemię ze zdziwienia.
Mark podszedł pod Daegurth'a i objął go. "Daegurth!" odezwał się swoim dość podniecającym głosem. Saiyan zaś podniósł prawą ręke do góry powoli i powiedział po cichu: "Kai!".
Chmura pokryła Daegurth'a i Mark'a, po chwili znikła, a Mark obejmował Daegurth'a, nie będąc już kobietą.
- Wolisz chłopców? - zapytał Daegurth w głupim żarcie, z jego twarzy znikło zarumienienie
Mark natychmiast odskoczył i puszczając Saiyana. Wszyscy zaczęli się głośno śmiać.
- Dobra technika, ale nie dość - powiedział Daegurth, po czym powiedział Mark'owi na ucho - Naucze cie czegoś lepszego, później, ciebie i tylko ciebie, bo wiesz, ja też znam tą technike, której użyłeś
- Tak!?! - zdziwił się Mark - SKąd? Też ci się przyśniła?
- Przyśniła ci się? - zastanawiał się Daegurth - Nie wiesz nic o przepływie chakry, znakach i genjutsu?
Zebrani w sali nie rozumieli o co chodzi Daegurthowi, który używał wyrażeń jeszcze im nie znanych, no, prócz chakry i znaków, z tego coś rozumieli. "Co to do kur*y nędzy jest Genjutsu?" - zastanawiał się Kris
- Dobra, widzę, że nie wiesz... Skoczę tylko jeszcze po Sesshomaru i Bobercika, a potem idę spróbować swoich sił z Grolym - powiedział Daegurth
[center]***[/center]
Na łóżku leżał Sesshomaru, patrząc na sufit, jakby tam coś szczególnego przyciągało jego uwagę. Bobercik spał opierając się o parapet, był przykryty kocem, nie trząsł się już z zimna.
"To dziwne uczucie..." - pomyślał Sesshomaru - "Jednocześnie takie inne... Wciągające. Czyżby to tak się czuje człowiek?". Yokai wstał i spojrzał na Bobercika, swojego odpowiednika w tym świecie, po czym podszedł pod drzwi, które same się przed nim otwarły, poprzednio ktoś zapukał i dopiero je otwarł.
Do środka wszedł Daegurth, spojrzał na Sesshomaru, którego trapiły wciąż nie ustające w jego głowie pytania.
- Witaj Yokai, a raczej powinienem powiedzieć Honyou - odezwał się Daegurth
- Honyou? Jestem pół-demonem? - zapytał się Sesshomaru nie będąc pewien
- Tak, przez to stajesz się o wiele silniejszy, we wszystkich względach. Za niedługo będziesz łączyć zalety obu ras, demonów i ludzi - powiedział Daegurth
- A kiedy ustaną te pytania w mojej głowie!?! - wymknęło się Sesshomaru, był bardzo skołowany
Daegurth lekko przymknął oczy. "Pytania w jego głowie..." - pomyślał. Wiedział, że coś jest nie tak, dlatego użył telepatii, żeby dostać się do jego umysłu. Był wewnątrz, widział wiele drzwi, jednak wiele z nich było zatarowane, zagracone. Jego mózg był przepełniony i pytania same pchały się na zewnątrz. Wiele dusz w jednym ciele, miliony wspomnień w jednym dziele, myśli, uczucia, doznania i radości... Za wiele jak na jedną osobę. Daegurth wiedział, że Sesshomaru potrzebuje pomocy, a on z chęcią mu jej udzielił...
Nie musiał nawet nic usuwać z jego pamięci. Wystarczyło, że wszystko posegregował i "zkompresował". Zmniejszył rozmiar niektórych wspomnień, teraz Sesshomaru musiałby trochę dłużej się zastanawiać, żeby sobie przypomnieć dawne dzieje, ale to było o wiele lepsze niż przepełnienie wiedzą.
W normalnych warunkach Yokai mają tak złożony mózg, że Daegurth nie mógł się do niego dostać. Raz mu się udało, wtedy rozkazał demonowi odejść, a ten posłuchał. Teraz nie udałoby mu się, gdyby to nie była sytuacja krytyczna.
Saiyan przestał używać telepatii, Sesshomaru uspokoił się momentalnie, zaczął oddychać w normalnym tempie.
- Chcesz zobaczyć, jak będe walczyć? - zapytał Daegurth
Sesshomaru z jednej strony chciał, z drugiej nie. Jednak wreszcie kiwnął głową na tak. Daegurth podszedł pod Bobercika i łagodnie go obudził.
- Yhhh? - zdziwił się Bobercik. Rozejrzał się i po chwili wstał. - Cześć Mistrzu
- Bobercik, chcesz zobaczyć walke moją z Grolym? - zapytał Daegurth
- Jasne!! - zakrzyczał wprost Bobercik budząc się kompletnie słysząc tą wiadomość, że jego mistrz będzie walczyć. Nareszcie zobaczy jaki silny jest naprawde.
[center]***[/center]
Sople lodu ostre niczym brzytwa każdy, ostre pociski miotane i noże, prawie już raniły dwie postacie uciekając przed oddziałami. Wtedy miecz na plecach postaci w płaszczu błysnął i wzniósł się w powietrze. Zaczął ciąć w powietrzu niszcząc sople lodu, rozcinając wszelaką zbliżającą się przeszkodę. A obracał się z tak niesamowitą prędkością.
Osoba w płaszczu zatrzymała się, będąc bezpieczną dzięki temu niesamowitemu orężu. Tajemnicza osoba w białym płaszczu z kapturem wyciągnęła ręce do przodu, po czym powoli przesunęła je w stronę klatki piersiowej, a następnie do góry. Gdy tak przesuwała ręce wokół nich krążyły małe, świecące kulki, które wyleciały wysoko w powietrze, gdy ta podniosła ręce w górę.
Świecące kule leciały wzwyż, wzbijając się wysoko. Przelatywały przez nie sople lodu, które nic jej nie robiły. W pewnym momencie jakby na coś natrafiły i zniknęły...
W powietrzu pojawił się czerwono-czarny otwór, który zaczął się powiększać w bardzo szybkim tempie. W ciągu kilku sekund miał kilkadziesiąt metrów średnicy, wtedy z tej dziury wyleciało coś, w bardzo krótkim czasie zbliżyło się do ziemi, po drodze wyglądało jakby to była ogromna kula ognia, jednak przy ziemi to coś rozwinęło skrzydła, miały ogromną rozpiętość. Nagle warstwa ognia zniknęła z czarnego pancerza przyzwanej bestii, okazało się, że to ogromny czarny smok z dziwną głową.
- Behemot... - wyjękał ze strachu mężczyzna stojący na wzgórzu, znał potęge tego Espera, wiedział, że jest królem smoków, jednym z najpotężniejszych esperów we wszechświecie - Kerio, zrób coś!
Behemot, król smoków, z początku tylko wisiał w powietrzu zasłaniając tego, kto go stworzył, przed soplami lodu, które rozbijały się o jego pancerz. Machnął mocniej, a deszcz lodu znikł rozbity przez potężną falę powietrza. Ogromny smok ruszył na przód zionąc ogniem, zmiatając setki ludzi co chwila.
Nawet stojący obok postaci w płaszczu jej obrońca, Surth, był zdziwiony potęgą ogromnego smoka. Widział Espery, ale nigdy tak potężne!
Behemut zawisnął w powietrzu. Machnął ogonem i ruszył głową do góry, otwierając lekko paszczę, w której pojawiła się jasna kula pełna światła koloru żółtego i białego. Esper wygiął się do tyłu i wtedy nagle się wyprostował otwierając do końca paszczę, z której wyleciał strumień lasera, którym zabił, a raczej kompletnie unicestwił, wiele tysięcy osób!
Wywołany mężczyzna, Surth, wyszedł zza dowodzącego oddziałami, powoli i mimo tego nie został przez nikogo zauważony. Jego wzrok był wbity w ogromną bestię, smoka gromiącego armię, której sam był członkiem. "Behemot" - pomyślał - "Piękny smok, szkoda, że musi zginąć...". Surth zrzycił z siebie togę, którą nosił. Była pod nią piękna kryształowa zbroja, koloru czysto krwawego. Wokół niej unosiła się aura tegoż samego koloru. Wzrok prawie wszystkich zebranych tam ludzi wpił się na piękną zbroję.
Blondyn w lśniącej zbroi, na którym skupiały się tysiące par oczu, podniósł powoli ręke do góry. Jego ręka ułożyła się tak, jakby coś w niej trzymał. Po chwili pojawił się tam dziwny czerwony kryształ, który mężczyzna zgniótł, a ten rozpadł się w pył.
- Chisho Shinoryu - powiedział spokojnie mężczyzna lekko przymykając oczy
Czerwony pył zaczął się poruszać w powietrzu i to nie przez wiatr. Był to własny ruch dziwnego kruszcu, który leciał z ogromną prędkością. Przybrał formę ogromnego czerwonego smoka, który ryknął z całych sił, a z jego kryształowej paszczy wydał się jedynie pisk. Ruszył w stronę Behemuta czekającego na to, by go zmieść.
Król smoków machnął dwa razy skrzydłami, leciał w stronę kryształowego czerwonego jaszczura ze skrzydłami ziejąc w jego stronę ogniem. Po chwili płomienie dosięgły dziwną bestię, a ta jakby nigdy nic leciała dalej.
Wreszcie i Behemot przeleciał przez dziwnego smoka, a ten zniknął.
Król smoków chciał zionąć ogniem w oddziały zbliżające się do osoby, która go przyzwała, lecz nagle eksplodował i jego krew, niczym deszcz, spadła na dół, do doliny. Na jego miejscu był dziwny smok.
Surth podniósł ręke do góry i ją otworzył, wtedy kawałki kryształów zaczęły się do niej zlatywać, zamieniając się spowrotem w dość spory, krwawo czerwony kryształ. Mężczyzna nałożył togę, po czym rzekł
- Generale Kidare, zostawiam panu wolną ręke
Dwie osoby stały teraz w dolinie, w ich stronę zbliżały się setki ludzi. Zakapturzona postać upadła na kolana tracąc nadzieję, zamknęła oczy i wtem sobie coś przypomniała. "A jeżeli to prawda?" - zadała sobie pytanie osoba - "Może on nie kłamał, czyżby...?".
Strażnik osoby w białym płaszczu nie dawał za wygraną, mimo iż nie miał już sił, to jakimś sposobem zmuszał się do ruchów.
- Służyć Ci było przyjemnością - powiedział nie przerywając parowania pocisków i cięcia mieczem - Oby życie w zaświatach było równie piękne
Zakapturzona osoba wstała, zacisnęła zęby. "To napewno jest prawda!" - powiedziała sobie na duchu, po czym zaczęła machać rękami.
Powietrze wokół dwóch osób pośrodku doliny zrobiło się tak jakby ciemniejsze, zaczynało krążyć wokół nich. Mężczyzna w srebrno-skórzanej zbroi otworzył oczy ze zdziwienia, nigdy nie widział czegoś takiego.
Ciemne powietrze krążyło coraz szybciej i szybciej, strzały rozbijały się o nie, część z nich znikała bez śladu. Wokół strumieni wiatru pojawiły się czarne błyskawice, których było coraz więcej i więcej. Nagle pojawiła się kopuła z takiego dziwnego materiału, wciąż rzucano do środka shurikeny, które wpadały do środka, lecz nic więcej nie było wiadomo.
Ktoś z dziwnej armii podbiegł do kopuły i wsadził do niej ręke, po czym ją wyciągnął. Była cała. Wbiegł tam, za nim następny i następny. Wkrótce wbiegła tam dość spora część całej armii, kilka tysięcy ludzi zniknęło bez śladu, gdy nagle kopuła znikła...
[center]***[/center]
- Groly - odezwał się Daegurth stojący naprzeciw brata Brolyego - Pamiętaj, to nie jest walka na śmierć i życie
Saiyan kiwnął głową na znak, że rozumie, po czym pochylił się lekko, lewą nogę przesuną trochę do tyłu, a prawą ręke poprowadził nieco przed siebie.
- I uważaj na "trybuny" - ostrzegł Daegurth
Groly obrócił głowę, faktycznie mieli widownie, tak się przejął tym pojedynkiem, że kompletnie zapomniał o tym. Stali tam i patrzyli na nich. "Trzeba dać z siebie wszystko!" - pomyślał Groly.
- Super Saiyan! - zawołał, a jego włosy natychmiast się lekko uniosły i stały się szczero złote, świeciły jasnym światłem, zaś mięśnie jego troszkę urosły
- Oooo, zaczynasz ostro - odezwał się Daegurth - W takim razie ja też zaczne ciekawie
Saiyan w płaszczu z kapturem, który miał założony, podniósł obie ręce i ustawił je obok siebie. Nagle zaczął z ogromną prędkością ruszać obiema, każda z nich ruszała się inaczej. Do tego ta prędkość... Nawet oczy Super Saiyana nie mogły dostrzec dokładnych ruchów dłoni Daegurth'a.
W międzyczasie na widowni komentowano to co się dzieje.
- Hej! Co on robi!?! - zdziwił się Dyninio
- Nie mam pojęcia! - odpowiedział Adrian, wiedząc, że nikt nie wie
- Czyżby to jakaś nie znana nam jeszcze technika? - pomyślał głośno Bobercik
- A spójrzcie na tą prędkość... Przecież on nigdy nie był taki szybki! - stwierdził Kris
- Poczekajmy, ta walka się dopiero rozkręca - stwierdził Bart
Groly nie chciał stać i patrzeć jak Daegurth będzie używać jakiejś techniki. Wiedział, że to jest potężny przeciwnik i musi się liczyć z tym, że przegra. Rzucił się w stronę zakapturzonej postaci machającej rękoma, aby przerwać jej atak. Jego prędkość była niesamowita, w ułamku sekundy znalazł się przy Saiyanie. Zamachnął się i wykonał atak pięścią, jednak Daegurth odskoczył nie przerywając machania rękoma.
"Tygrys i żaba, żyrafa i antylopa, tygrys i zebra, świnia i koń..." - myślał Daegurth jednocześnie dokładnie obserwując ruchy swojego przeciwnika. Groly znów chciał zaatakować, zniknął. Pojawił się za Daegurthem i uderzył go z całej siły w plecy.
Saiyan odleciał z ogromną prędkością, jednak sekundę po uderzeniu, w powietrzu, lecące ciało Daegurtha zmieniło się w drewnianą kłodę, przy czym wydzieliło się trochę dymu.
- Co!?! - zdziwił się Groly widząc, że nie trafił Daegurtha, a jakąś drewnianą kłodę. Pomyślał: "Jestem ślepy, czy co?"
- Co to było? - zapytał Rayman
- Gdzie on jest raczej chciałeś zapytać - stwierdził Mark
- Właśnie - powiedział Rayman patrząc na Mark'a
Wtedy Bart spojrzał na Roksię, patrzyła się gdzieś nieco bardziej w lewo, trochę do góry... Spojrzał w to samo miejsce i zobaczył tam swojego brata, na gałęzi drzewa. "Roksia, nie ma dnia w którym mnie nie zadziwiasz" - pomyślał Bart.
- Tam - zawołał Bart rozwiewając wątpliwości innych osób przyglądających się walce
Wszyscy natychmiast rzucili tam swój wzrok, faktycznie, Daegurth stał na szerokiej gałęzi wciąż robiąc dziwne znaki z niewiarygodną prędkością.
Brat Brolyego nie potrzebował długiego czasu na namierzenie Daegurtha, znacznie więcej czasu poświęcił na uspokojenie się. Obrócił się i zaczął strzelać pociskami ki w stronę, z której wyczuł Daegurth'a.
Kule były koloru złotego, leciały przebijając się przez gałęzie drzew stojących po drodze do celu. Nagle nastąpił wybuch, mocna eksplozja spowodowana zaledwie jedną małą kulką, potem następna i następna.
- Gdzie on celuje!?! - zdziwił się Kris
- Właśnie, przecież Daegurth jest po drugiej stronie! - powiedział Bobercik
- To pewnie jakiś trik - powiedział Bart
- Może on jest silniejszy niż nam się wydawało? - zapytał Kris - Przecież nigdy nie walczył z nami w taki sposób, Groly nawet go nie tknął
Groly wyczuł energię Daegurth'a, teraz z innego miejsca, nagle poczuł kolejną... "Co jest!?!" - zastanawiał się Super Saiyan, zaczął myśleć dokładnie, analizować sytuacje - "Spokojnie... To jakiś trik, myśli, że go nie znajde i zostawmy go w takim przekonaniu... Ale jak go znajdę? Wiem!". Groly wzniósł się wysoko w powietrze, po czym zatrzymał się w powietrzu. Lewitował przez chwilę, udawał, że szuka Daegurth'a zbierając energię.
"Koń i tygrys, Małpa i zebra, pelikan i szczur..." - wciąż Daegurth myślał nad znakami, które ustawiał po kolei, zaledwie 5% uwagi poświęcając na świat zewnętrzny. To było za mało, by wyczuć co robi Groly.
Super Saiyan Nagle ruszył z ogromną prędkością w stronę ziemi, wyglądał jak spadający z ogromną prędkością meteoryt - miał tak wyglądać, wokół niego widać było żywy płomień spowodowany przez osiągnięcie odpowiednio dużej prędkości.
- Meteor Fall! - zawołał uderzając pięściami z całych sił w powierzchnię ziemi, ledwie się w nią wbijając.
Z miejsca w które się wbił przeszła na początku mała, nie niepokojąca fala uderzeniowa, która lekko zatrząsła pobliskim terenem, ale tuż po niej nadeszła następna, która, jak to mówili później w wiadomościach: "Ruszyła góry, przesunęła wzgórza, zniszczyła lasy, rozstąpiła wody". Atak nie był za mocny, jeżeli chodzi o jego siłę, jednak działał na dużą odległość, atakując we wszystkie miejsca na raz.
Wszyscy przyglądający się niesamowitej walce byli w zagrożeniu, zorientowali się i mogli działać. Dzięki temu nikt nie odniósł znacznych obrażeń, Mark się trochę poobijał, a Hebrid skaleczył się w ramię. Reszta spokojnie stała na ziemi, która się ruszała, jakby się do niej przylepili. Używali bowiem tej samej techniki, dzięki której trzymali się i mogli chodzić po drzewie, nie była to woda, więc im było łatwo.
Daegurth stał na drzewie, a to nagle się zawaliło, zaczął spadać i wtedy przestał robić znaki jedną ręką, robił teraz tylko lewą, prawą się odbił od powierzchni ziemi. "Więc, mogę chyba zaczynać" - pomyślał Daegurth
- Chain attack - odezwał się głośnym, brzmiącym w dużej odległości głosem - Kegebunshin no jutsu, Fuuton: Fuuryudan no jutsu, Shinekage no jutsu, Ninpo: Hayai no jutsu...
"Gdzie on jest!?!" - zastanawiał się Groly - "I co on mówi???"
- Doton: Kaze Rou - kontynuował Daegurth - Fast cast: Confuse, Fast cast: Blind, Fast Cast: Night Shadow, Ninpo: Dae no Gurth...
- Co on robi!?! - zdziwił się Mark
- Wydaje mi się - powiedział Bart, a wszystkie ciekawskie twarzyczki obróciły się w jego stronę - Że on używa wielu technik naraz, przygotowywał je, aby mógł ich użyć w odpowiednim momencie, ale to tylko przypuszczenie...
Jednak nikt nie zaprzeczył, nikt też nie potwierdził. "A co jeżeli to prawda?" - zastanawiał się Kris - "Czyżby był naprawdę taki silny?
Groly wzniósł się w powietrze. "Mam cię!" - powiedział sicho pod nosem widząc Daegurth'a, przyjżał się teraz dokładniej. Ten mówił jakieś dziwne rzeczy, a wokół niego unosiła się ledwie widoczna czarna poświata. Groly zrobił kule w obu rękach, po czym zrobił piruet w powietrzu i złączył ręce. Rozkręcił się tak bardzo, bardzo szybko. Nabrał naprawde dużej prędkości, zaczęło pojawiać się niewielkie tornado pod nim, wtedy wypuścił kulę ki, która poleciala daleko, mijając Daegurth'a...
- Supreme Daegurth combo: Shadow World! - zawołał bardzo głośno Daegurth, wprost zakrzyczał. Wtedy dopiero zobaczył, że kula którą rzucił Groly wraca, jest już praktycznie przy nim, uderzy go w ciągu ułamka sekundy.
"Za słabo" - pomyślał Daegurth - "A jeszcze trochę i byś mnie miał..."
- Delay - powiedział bardzo szybko Daegurth, przez co mógł teraz przerwać na chwilę wykonywanie techniki. Wygiął się tak, aby uniknąć zderzenia z kulą pędzącą z połową prędkości dźwięku. Udało mu się. Groly otworzył usta w grymasie zdziwnienia.
Daegurth wyprostował ręce, wtedy zaczęła się technika...
- Ehh... - zajęczał z bólu Daegurth
"Nie mogę... Znów mnie osłabia i to gorzej niż kiedykolwiek... Przesadziłem..." - pomyślał Daegurth - "A jakby tak, choć troszeczke... Nawet tak nie myśl! Nie możesz ich zabić...". Ręka którą trzymał nad klatką piersiową trzęsła się, po chwili upadła na nią. Daegurth jeszcze raz zajęczał z bólu. Powinien już nie żyć, umarłby, gdyby kiedyś nie nauczył się telekinezy, której używał teraz non-stop. Dlatego dla ułatwienia zamknął oczy. "Tevion... Pomożesz mi jeszcze raz, jeżeli cie poprosze?" - zastanawiał się Daegurth, po czym ochydnie zakasłał - "Heh, szczerze mówiąc i tak nie masz wyboru... Tevion, ty magu zapowietrzony...".
Drzwi pokoju uchyliły się i szedł przez nie Bart. Wciąż nie wiedział w jakim stanie znajduje się jego brat, jednak zaraz dane było mu się dowiedzieć.
- Ba... Bart... - powiedział Daegurth z ledwością
- Co bratek? - zapytał Bart podchodząc do niby to młodszego brata
- <Słuchaj Bart> - odezwał się telepatycznie Daegurth patrząc na brata - <Ja wcale nie mam się dobrze, tak jak wszyscy myślicie... Nie możesz im tego powiedzieć!>
- Jak to? A kto sobie żartował w salonie? - zapytał Bart
- <Podejdź bliżej> - wciąż używał telepatii Daegurth. Było mu o wiele łatwiej używać telekinezy i telepatii, gdyż to były rzeczy w których szkolił się najbardziej.
Bart posłuchał, podszedł do brata i stanął nad nim. Wciąż nie wiedział jak go chce przekonać, że jest niby w "złym stanie". Całkiem co innego pokazywał przed chwilą, w salonie.
- <A teraz naciśnij mi klatkę piersiową, tylko nie za mocno> - przekazał swoje myśli Daegurth bratu
Bart bardzo lekko więc nacisnął klatkę piersiową brata, potem troszeczke mocniej, a ta ugięła się, jakby tam nic nie było. Bart zdziwił się i jeszcze raz nacisnął, w innym miejscu - to samo. Zauważył, że jego brat cały się trzęsie.
- Wystarczy... - powiedział z ledwością Daegurth kasłając
- Ale jak!?! - Bart był w szoku - Przecież, jak cie niosłem, to wcale tak nie było!
- <Maskowałem to... Jak większość rzeczy. Nie chce żebyście się zamartwiali> - odezwał się telepatycznie Daegurth - <Dlatego nie możesz nikogo wpuścić do tego pokoju, ja muszę wybrać się do Teviona, powinien mnie uleczyć...>
- W takim stanie to dojdziesz do niego jako trup! - powiedział Bart - Wogóle, dlaczego twoja klatka piersiowa jest miękka, jakby w niej kości nie było!?!
- <Bo moje wnętrzności...>
[center]***[/center]
- Chce ktoś koktailu? - zapytał Hebrid
- Ja! - zawołał Rayman
- Czekaj, tylko zmiksuje - powiedział Hebrid - Ktoś jeszcze?
- Dawaj wszystkim - powiedział w trybie rozkaźnikowym Bobercik
Hebrid zabrał owoce i wrzucił do miksera. Włączył, po chwili wszystko było gotowe. Rozlał do szklanek i rozdał, samemu też biorąc jedną. Spróbował, czy to wogóle ma jakiś smak. Co więcej - oprócz tego, że okazało się smaczne, to i było zdrowe. W końcu same owoce.
- A może ktoś chce lody waniliowo-truskawkowe? - zapytał Bobercik patrząc na Hebrida
- A może chcesz w gębe? - zapytał Hebrid szyderczo się uśmiechając
- Nie, raczej sobie...
[center]***[/center]
Kryształy, niczym lustro, odbijały większość światła wskazując Kris'owi drogę. Mógł słyszeć głuchy dźwięk odbijający się echem od wszystkich ścian, które wydawałoby się nie przestawały drgać pod naporem tylu dźwięków, tonów i półtonów..
"To którędy ja tu przyszedłem..." - zastanawiał się Kris. Prawie całkowicie zapomniał drogę, którą tutaj szedł. Musiał od nowa iść przez te długie korytarze świątyni zrobionej na bazie labiryntu, z którego wyjścia znaleźć było nie sposób.
Saiyan jednak kroczył przed siebie, ani myślał się zatrzymać, choćby i na sekunde. Wiedział, że będzie miał na to czas jak opuści to dziwne miejsce, w którym słyszał całyczas tą dziwną melodię niosącą się echem. Dopiero teraz spostrzegł, że głos osoby, która wymawia słowa tej pieśni jest podobny, a może i nawet identyczny, co głos Shivy. Czyżby miała coś z tym wspólnego?
Wziął głęboki oddech, zamróżył oczyma, po czym dalej szukał korytarza, który doprowadzi go do wyjścia. Nie musiał długo szukać, jednak na samym środku korytarza za którym były ogromne drzwi, których wnęką tutaj się dostał, stał ogromny potwór. Obrócony był do Krisa plecami, o ile to coś można było tak nazwać. Bestia obróciła swoją głowę umieszczoną na dość długiej szyi wysadzonej kolcami, które tworzyły tak jakby kołnierz. Wbiła w niego swoje ogromne ślepie spod których można było ujrzeć szczęke pełną przymarzniętych zębów, na których końcach widniały ślady nieświerzej już krwi. Monstrum ryknęło głośno i wydawałoby się, że cała świątynia zaczęła drżeć, nawet że cały świat drży od potężnego ryku potwora o zielono-czarnej skórze.
- Czas przetestować mój miecz! - powiedział do siebie Kris, po czym chwycił mocno rękojeść swojej broni.
Saiyan uśmiechnął się szeroko, nader szyderczo i podszedł bliżej ogromnej bestii.
- Pożegnaj się z żywotem, potworze! - zawołał niezbyt głośno Kris ciągnąc rękojeść miecza
Był jednak mały problem - Kris nie mógł wyciągnąć miecza z pochwy! Zupełnie jakby tam był umocowany klejem. "No, dalej!" - pomyślał szarpiąc się z mieczem - "Wyskakuj z kożuszka!". Miecz jednak nie chciał słuchać swojego obecnego właściciela, nie miał najmniejszego zamiaru oddzielić się od pokrywającego go "kożuszka".
Saiyan podniósł powoli wzrok i spojrzał na patrzącą w jego stronę bestię, z jej ust ciekła piana wraz z jakąś mazią, która uderzając w kryształową podłogę wgryzała się w nią, niczym bardzo żrący kwas.
Kris uśmiechnął się lekko mówiąc: "Ja żartowałem, heh, nie wziąłeś tego na serio, no nie?" - zapytał Kris.
Potwór jednak tylko obrócił się w jego stronę i zawył z całch sił, rozrzucając kwas z ust po dużej części pomieszczenia. Kris z trudem uniknął przed mazią, któej część wpadła mu na ubranie. Momentalnie je zrzucił, zdąrzył zanim wgryzła mu się w skórę, której tak łatwo by nie opuściła.
Kris ostatni raz spróbował dobyć miecza, który jednak mocno trzymał się kryształowej pochwy, jakby był do niej przyklejony!
"Skoro nie chcesz wyjść ty głupi kle żywiołów, to nie!" - pomyślał Kris - "Sam sobie poradze!". Saiyan obrócił lekko dłoń, w której była już jasna, niebieska kula, która rzucałą światło odbijające się od kryształowych ścian, jak od lustra. "Właśnie, te ściany..." - pomyślał Kris - "Jeżeli rzucę kulę ki... To będzie obusieczne ostrze, moge zabić i siebie...".
Kris ruszył palcami u prawej ręki, a kula zniknęła, początkowo skakały po palcach małe piorunki, które jednak zniknęły wraz z czasem.
Potwór zdecydował się ruszyć, zaatakował. Skoczył i w ciągu sekundy, a może dwóch znalazł się tuż przed Krisem, który odchylił się do tyłu unikając szponów bestii chodzącej na wszystkich czterech łapach.
Saiyan wyprostował się wyskakując w powietrze. Gdy był przy śuficie... Nagle na niego wpadł, po czym wstał. "Co jest!?!" - zastanawiał się Kris oszołomiony tym, że stoi na suficie - "Odwrócona grawitacja, czy co?". Wiedział, że nie ma czasu na przemyślenia, musiał działać. Odbił się od ściany, aby uniknąć przed kolejnym atakiem bestii i znów został przyciągnięty przez którąś ze ścian. "Chyba coś rozumiem...!" - zauważył Kris, po czym nie myśląc długo odbił się od ściany i uderzył monstrum w szyję, wiedział, że zostnie przyciągnięty przez kolejną ścianę. Tak się stało, Bestia obróciła się, a Krisa nie było w miejscu, gdzie go oczekiwała. Ten zaś skoczył i znów uderzył potwora, i kolejny raz, i kolejny!
Trwało to chwilę, monstrum kwiczało i jęczało, wkrótce z ran zadawanych przez dosyć silnego chłopaka zaczęła sączyć się krew, która spływała małymi strumieniami po ciele potwora.
- Jednak nie jesteś taki silny - mówił Kris nie przestając odbijać się od ścian - A wydawałeś się takim...
Saiyan przerwał widząc nadlatującą w jego stronę łapę, która go uderzyła, a ten poleciał kilka metrów dalej. Zatrzymał się dopiero uderzając w swego rodzaju posąg, który nawet nie ugiął się przy uderzeniu.. Kris uderzając plecami w twardy kruszec wypluł ślinę z krwią. Zamknął oczy, z trudem oddychał, czuł że potwór się do niego zbliża. Powoli podniósł głowę, otwierając jedno oko, ledno widząc na nie. Zobaczył swój miecz w pochwie, najwyraźniej zsunął się mu z pleców tuż po potężnym uderzeniu.
- Kieł żywiołów... Poradzę sobie... Bez ciebie - pomyślał Kris samemu nie wierząc swoim słowom. Zaczął ruszać prawą ręką, którą ledwie uniósł. Pojawiła się wokół nich jasna kulka, która krążyła wokół niej. Wyprostował ręke mówiąc z ledwością.
- SUmmon... Shiva... - powiedział Kris
Zrobiło się chłodno, bardzo chłodno. Kulka, która krążyła wokół ręki Saiyana po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Całe pomieszczenie pokryła niezbyt gęsta mgła, przez którą można było widzieć prawie wszystko. Przed Krisem zrobiło się bardzo zimno, tam mgła zagęstniała, wkrótce zmieniła się w kryształ lodu, przez który początkowo nie było nic widać. Początkowo, jednak nie było tak długo. Minęło kilka chwil, a przez lód można było zobaczyć niebieskoskórą kobietę - Shivę.
Miała zamknięte oczy i wydawałoby się, że jest martwa. Nie ruszała się, nawet o mikrometr, po czym szybko otwarła oczy i spojrzała na bestię stojącą przed nią. Ruszyła ręką, a lód pokrywający jej ciało pękł, zanosząc echem dźwięk zbliżony do pisku kobiety o bardzo wysokim tonie, względnie dźwięk hamowania pociągu.
- Kris, nie ruszaj się - Odezwała się kobieta stojąca przed nim. Wokół niej latała mgła, jakby była na jej wezwanie - Zajmę się tym zwierzakiem.
Potwór doskoczył do Shivy i zamachnął łapą w jej stronę, przed nią jednak z nikąd wyrosła ściana lodu, która zablokowała atak potwora, którego szpony zostały uwięzione w dziwnym murze z zamarzniętej wody.
Kris przyglądał się wszystkiemu z ciekawością, patrzał na jedno oko wciąż chcąc otworzyć drugie. Mgła lekko kolała go w oko, które nie było przystosowane do jej temperatury, ani do takiego zagęszczenia wody w powietrzu.
Esper wyprostował się, machnął ręką do tyłu, po czym wyprostował ją w stronę bestii. Z niebieskiej dłoni kobiety wyleciał sopel lodu, który przebił pancerz bestii i w niej został. Ta zawyła otrzymując straszliwe obrażenia od naprawde zimnego lodu.
Shiva zamknęła na chwilę oczy.
- Teraz zobaczysz najpotężniejszą technikę jaką znam, Diamond Dust - powiedział spokojnie Esper
Kobieta otwarła oczy, po czym nabrała trochę powietrza w usta. Mgła rozpościerająca się w pomieszczeniu rozrzedziła się. Shiva lekko pochyliła się do przodu i podstawiła sobie ręke pod usta wypuszczając powietrze, bardzo mroźne powietrze. Tuż przed nią powstawały sople lodu, które zamroziły i wielkie monstrum. Kobieta stała przed ogromnym masywem kryształów lodowych spoglądając na uwięzioną wewnątrz bestię, przebitą uprzednio soplem lodu. Nie ruszała się, nie mogła, nie tylko pokrył ją lód, ale i zamarzła od wewnątrz.
Kobieta podniosła prawą ręke trochę wyżej i pstryknęła palcami, gdy to zrobiła lód pękł, a bestia spadając na kryształową posadzkę roztrzaskała się, jak sopel lodu, niczym szyba, czy lustro, zmieniając się w tysiące małych kawałków.
Kris zemdlał, nie miał już siły. "Shiva..." - pomyślał - "Ciekawe, skąd się wzięła..."...
Obudził się na zewnątrz dziury, przez którą wpadł do świątyni. Musiał zostać wyniesiony przez Espera z tego wszechoceanu ciemności, który znajdował się niżej. "Ale dlaczego ona mi tak pomaga?" - zastanawiał się Kris patrząc wgłąb niekończącego się wprost otworu. Nie długo tam patrzał, chciał jak najszybciej wrócić do domu Hebrida...
[center]***[/center]
Stał na balkonie, patrzał na miecz, który trzymał w ręku. "Dlaczego?" - zastanawiał się, ciągle zadawał sobie to jedno pytanie - "Dlaczego nie mogłem użyć miecza?"
[center]***[/center]
- Hehehe! - śmiał się głośno chłopak o białych włosach - Niezłe! Żeby wpaść w gówno chcąc ominąć kałużę... Zdolny jesteś Radek! Przekaleka!
- Sam jesteś kaleka... - powiedział Radek ściągając patykiem kau z lewego buta
- Ale ty jesteś "gówniarz", dosłownie - powiedział Rauko - Pospiesz się, nie chce mi się czekać stu lat na zasrańca
Radek nic nie odpowiedział, wiedział, że to i tak nie ma sensu. W głębi ducha przeklinał Rauka, który wyzywał go z taką otwartością i jeszcze go popędzał...
- A gdzie my właściwie idziemy? - zamienił temat Radek
- Odwiedzić znajomego - odezwał się Rauko poważniejąc
- Tak? Fajnie, a kogo? - zapytał Radek
Rauko jednak nie odpowiedział młodemu półsaiyanowi ni słowem, nie miał zamiaru. Nie musiał, więc po co? To była jego sprawa, a nie Radka.
Półsaiyan westchnął głęboko myśląc "Jaki koleś..."
[center]***[/center]
- Hej, już wróciłeś? - zapytał Bart widząc, że jego brat się podnosi.
- Tak, dziękować Tevionowi, chyba załatwie mu wakacje... - powiedział Daegurth
- Jak to? Nie ma wakacji? - zapytał zaciekawiony Bart
- No, niestety nie, nie ma drugiego Teviona, nikt go nie zastąpi... - powiedział Daegurth - Zwiedzałeś królestwo, nieprawdaż?
- Skąd wiedziałeś!?! - zapytał Bart
- Heh, Tevion nawet nie chciał powiedzieć, ale mam swoje sposoby - powiedział Daegurth stając na podłodze, nie miał na głowie kaptura, przez co Bart zobaczył na jego twarzy dziwny uśmiech, tylko z jednej strony twarzy, druga nawet nie drgnęła.
- No, przeszedłem się trochę - powiedział Bart - A co?
- Ostrza Mrozu po spotkaniu z tobą się ucieszyły, że widzą użytkownika ki - powiedział spokojnie Daegurth - Chcą, byś ich szkolił, ale nie możesz tego zrobić
- Czemu nie? - zapytał zdziwiony Bart
- Napewno widziałeś przywódcę OM, Rethiona - powiedział Daegurth - On nie chciał, byś go uczyć, wiesz dlaczego? Bo sam zna techniki ki, ale ta wiedza zostaje przekazana tylko dla najlepszych Ostrzy Mrozu, dlatego nie możesz zakłucić tego harmonogramu
Bart spostrzegł coś dziwnego, a raczej innego niż wcześniej. Jego brat jakoś dużo mówił, zazwyczaj nie rozmawiał tak wiele.
- Co się tak właściwie działo w tamtym wymiarze? - zapytał
- Teraz jestem wolny - powiedział Daegurth, po czym wyciągnął zza płaszcza małą kosteczkę - Wszystko dzięki temu małemu magicznemu pudełeczku
- Tak? A co w nim jest? - zapytał Bart
- Wszystko - powiedział Daegurth - Rozum to jak chcesz, idę się przejść, on się zbliża
- "On"!?! - zadziwił się Bart - Ale Sesshomaru jest w tym domu!
- Sesshomaru już nikomu nie zagraża - pewny siebie Daegurth obrócił się plecami do brata - Nie będzie już niszczyć, przynajmniej narazie
- A gdzie... - nie zdążył dokończyć Bart, gdyż jego brat rozpłynął się w powietrzu...
[center]***[/center]
- Hebrid! - odezwał się kobiecy głos zza okna
Właściciel posesji obejrzał się i zobaczył tam kobietę, którą ledwie rozpoznał. Była to vampirzyca, którą spotkał wcześniej. Podbiegł pod okno i natychmiast je otworzył. Był bardzo zdziwiony! Nie tylko tym, że ta wampirzyca przyszła teraz, ale i tym, że był środek dnia!
- Co tutaj robisz!?! - zapytał Hebrid
- Może wpuścisz mnie do środka? - zapytała kobieta o czarnych włosach
- Już - powiedział Hebrid otwierając okno, przez które kobieta wskoczyła do środka
Gdy wpadła do środka ukląkła na chwilę, dopiero po chwili wstała i obróciła się w stronę Hebrida. Spojrzała na niego swoimi piwnymi oczyma.
- Dzięki tobie byłam w stanie wszystko jeszcze raz przemyśleć - powiedziała vampirzyca - Jestem ci bardzo wdzięczna
- Miło mi, ale co robisz tutaj? Przyszłaś mi tylko podziękować? - zapytał mężczyzna
- Nie, nie tylko. Na pewno nie jesteś zwykłym człowiekiem, może wiesz w jaki sposób mogę pozbyć się moich wampirzych rządz? - zapytała śmiało kobieta
- Niestety nic ci nie mogę pomóc - powiedział Hebrid, a kobieta opóściła głowę tracąc nadzieję - Ale jest ktoś, kto może, chodź
- Zresztą, nazywam się Terenis, Terenis Songya - powiedziała wampirzyca podnosząc głowę
- Hebrid, po prostu Hebrid - powiedział mężczyzna i wyprowadził wampirzycę z pokoju
[center]***[/center]
"Gdzie? Gdzie ja jestem?" - zastanawiał się Sesshomaru po otwarciu oczu. Wszystko jeszcze mu wirowało przed oczyma, jakby właśnie wyszedł z pędzącej karuzeli. Podniósł z trudem głowę i zobaczył stojącego przy oknie Bobercika. "Teraz, albo nigdy" - pomyślał Sesshomaru - "Mogę się go ostatecznie pozbyć...". Yokai wstał i bezszelestnie ruszył w stronę niczego nie spodziewającego się Bobercika. Stał tuż za nim, słyszał jak spokojnie oddycha, Bobercik nie czuł jednak nawet jego oddechu na sobie. Sesshomaru podniósł ręke do góry...
[center]***[/center]
- Stój - powiedział spokojnie Rauko do Radka idącego obok - On zaraz tutaj będzie, nie musimy już iść
- A skąd wiedział, że idziemy? - zapytał Radek
- Z kątowni - powiedział Saiyan, po czym spojrzał przed siebie, gdzie nagle pojawił się Daegurth.
Radek przyglądał się nieznanej mu jeszcze osobie, która była w płaszczu z kapturem. Poza tym nie mógł wypatrzeć nic więcej, narazie. Nieznajomy jednak od razu ściągnął kaptur, wtem jego rudo-czerwone włosy uniósł wiatr. Miał zamknięte oczy, które powoli otworzył. Radek przyjżał się jego zielono-brązowym oczom.
- Dawnośmy się nie widzieli - przerwał ciszę Daegurth
- Nom - odpowiedział Rauko uśmiechając się szyderczo - Sparring?
- Wyszedłem z wprawy, to nie ma sensu - powiedział stojący przed nim Saiyan - Poza tym mam parę rzeczy do zrobienia
- Tak? Jakich? - zapytał białowłosy chłopak
- Przewycoorfiście przerąbanych - odpowiedział Daegurth nie dając tym samym żadnej informacji, po czym obrócił się w stronę czarnowłosego młodzieńca - A to kto?
- Wiesz, nie tylko ty masz swoich uczniów - powiedział Rauko - Ten jest mój, nazywa się Radek
- Cześć - zawołał Radek podchodząc
- Witaj Radek - powiedział Daegurth - Miło cię poznać
- Pana również! - zawołał Radek
- Nie przesadzajmy, mów mi Daegurth - ozwał się Saiyan
- Daegurth? Czy to nie jest twój brat? - zaczął się zastanawiać Radek patrząc na swojego mistrza
- Niby tak, niby nie - powiedział Daegurth - Od kiedy jesteś w tym wymiarze?
- Miesiąc, może trochę dłużej - odpowiedział Rauko
- Rozumiem... Zostałeś zwerbowany przez Iri - powiedział Daegurth - Nie wiedziała co robi!
- Zresztą, skąd ją znasz? - zapytał Rauko
- No bo widzisz, kiedyś nie umiałem uczyć i... To moja pierwsza uczennica... - powiedział Daegurth
- Serio!?! - zdziwił się Rauko - Myślałem, że ona zawsze była taka silna!
- Nie, kiedyś była słabsza, ale wraz z siłą niestety wrosły jej rządze, straciłem kontrole nad systemem nauczania... - powiedział Daegurth spuszczając głowę na dół
Radek przyglądał się dwum starszym od siebie osobnikom płci męskiej nie do końca rozumiejąc o co im chodzi. Nie musiał, chociaż chciał. Wolał się nie odzywać, mógłby powiedzieć coś, czego by żałował.
- A teraz, wiesz jaka była przyczyna? - zapytał Rauko patrząc kątem oka na Radka, to na Daegurtha
- Rozumiem... Nie bój się, on nie zejdzie na złą drogę, masz szczęście, że ci się trafił - powiedział Daegurth - Może kiedyś sprawdzimy kto jest lepszy, jeden z moich uczniów, czy z twoich?
- Z przyjemnością - odpowiedział Rauko - Wydaje mi się, że się gdzieś spieszysz, racja?
- Jak zwykle, się nie mylisz - powiedział Daegurth - Muszę wracać do domu
- Przecież twoja planeta jest zniszczona - powiedział Rauko
- Dom jest tam gdzie rodzina, a nie tam gdzie meldunek - powiedział Daegurth po czym rozpłynął się w powietrzu. Radek otworzył oczy ze zdziwienia. "Jak on to robi" - pomyślał...
[center]***[/center]
Yokai stał z podniesioną ręką za Bobercikiem, patrzał na jego głowę szukając miejsca na cios, który pozbawi go życia w ułamku sekundy. Wtedy spojrzał mu przez ramię i zobaczył, że trzyma w ręku bandaże i opiera się o parapet śpiąc. "Chciał mi pomóc?" - zastanawiał się Sesshomaru opuszczając ręke - "Ale dlaczego? Przecież chciałem go zabić i to nie jednokrotnie!". Stał teraz tuż za swoim odpowiednikiem w tym świecie, myślał o wszystkim, a jego charakter, sposób bycia był na bardzo ważkiej wadze...
[center]***[/center]
"Puk, puk, puk" - rozległ się dźwięk pukania do drzwi pokoju Bart'a i Daegurth'a.
- Proszę! - zawołał Bart, a drzwi się otwarły. Wszedł przez nie Hebrid, a tuż za nim weszła Terenis. Właściciel posesji rozejrzał się po pokoju, po czym zadał pytanie.
- Gdzie twój brat? - zapytał Hebrid
- Nie wiem... Zniknął gdzieś, jak zawsze - odpowiedział Bart
- Terenis poznaj Bart'a, jest to brat osoby, która może ci pomóc - powiedział Hebrid - Bart, to jest Terenis.
Saiyan podszedł bliżej i uścisnął dłoń kobiety. Była dość zimna, wiedział, że coś z nią jest nie tak.
- A co jest nie tak, może będe mógł pomóc? - zapytał Bart
- No bo widzisz - powiedział Hebrid - Ona jest...
[center]***[/center]
Sesshomaru już nie wiedział co robić, kompletnie nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Nie wiedział, co to znaczy mieć siłę, jego sposób był naprawde dobry, wędrować między wymiarami i zbierać siłę odpowiadających mu osób. W ten sposób powstałby on, idealny, jednak teraz czuł coś, czego nie doświadczał wcześniej. Pojawiły się w nim ludzkie, typowo dobre, uczucia, których nigdy nie znał.
Poszedł kilka kroków w tył, po czym usiadł na łóżku. Spojrzał na swoją ręke, jakby na niej było coś nowego. "Czy ja wciąż jestem sobą?" - zaczął się zastanawiać. Dziwne uczucie nie dawało mu spokoju, ten chłód tuż pod żołądkiem, wewnątrz jego ciała...
[center]***[/center]
Bart dowiedział się od Hebrida kim była kobieta, którą poznał. Początkowo zerkał na nią kątem oka, jakby się jej bał, później się rozluźnił. Wyczuł, że naprawde żałuje.
Do domu wszedł Daegurth, wszyscy podnieśli na niego oczy. On natychmiast po wejściu stanął jak wryty, na ułamek sekundy. Machnął ręke, a Terenis wylądowała na ścianie. Była do niej przybita, nie mogła się ruszyć, jęczała z bólu.
- Przestań! - zawołał Hebrid
- To wampirzyca - powiedział Daegurth - Może nas wszystkich zabić, nawet mnie
- Nie rozumiesz! - zawołał Hebrid
- Daegurth, przestań! - zawołał BArt, wtem jego brat na niego popatrzał i "puścił" kobietę.
Terenis zaczęła kasłać i tarzać się po podłodze z bólu, jaki doznała. Nieczęsto wampir doświadczał takiego bólu, prawie wogóle.
Hebrid podbiegł do kobiety i pomógł jej wstać. Bart podszedł chcąc pomóc, jednak nie było to potrzebne. Właściciel domu posadził ją na tapczanie.
- Ona przyszła tutaj po pomoc - powiedział Bart patrząc na brata - Nie chce być wampirem, znaczy się, chce wyzbyć się rządzy
- Mógłbym jej pomóc, tylko jest jeden problem - powiedział Daegurth, a wszyscy się zaciekawili
- Jaki? - zapytał Hebrid wreszcie
- To niemożliwe - odezwał się Daegurth
- Jak to, niemożliwe!?! - zapytał Hebrid przypominając sobie, co mówił Terenis, o tym, że "On" jej pomoże... Było mu głupio... - Nie martw się, napewno coś się z tym zrobi
Kobieta odepchnęła Hebrida i wstała. Chwiejnym krokiem podeszła pod Daegurtha, który stał, jakby na to czekał. Stanęła przed nim, opóściła głowę i zacisnęła pięści.
- W takim razie zabij mnie, szybko i bezboleśnie... - odezwała się po chwili zmagania z tą okropną myślą
- Spójrz mi w oczy - powiedział Daegurth, jednak kobieta nie chciała spojrzeć prosto w oczy Saiyana. Chłopak więc lekko ręką podniósł głowę kobiety, popychając jej podbródek do góry, po czym zapytał - Co widzisz?
Terenis była wampirem, miała lepszy wzrok niż większość ludzi, była inna, inna niż wszystkie wampiry. Tak naprawde nie chciała być wampirzycą. Spojrzała w oczy Daegurtha stojącego zaledwie kilka centymetrów przed nią. Po chwili patrzenia otwarła oczy ze zdziwienia i odsunęła się dwa kroki do tyłu.
- Tego też nie da się wyleczyć, ani usunąć - powiedział Daegurth - Ale da się to kontrolować
Bart i Hebrid byli ciekawi co takiego zobaczyła kobieta w oczach Saiyana, czego oni nie dostrzegli.
- Kontrolować? - zapytała kobieta, nie będąc do końca przekonaną co do tego - Ale, tak się nie da...
Daegurth zaczął machać ogonem, nie wiadomo dlaczego, nudziło mu się, czy co. W każdym razie, jego Saiyański ogon wynurzył się zza płaszcza i unosił się to w dół, to w górę, przesuwał w lewo i w prawo.
- Mylisz się moja droga, mylisz się - odezwał się po chwili Daegurth - Widziałem jednego wampira, który nie tknął krwi, żadnej krwi, przez ponad dwa tysiące lat. Stał się wegetarianinem, wyobraź sobie. Pamiętaj, najtrudniejsze są początki, później jest coraz łatwiej.
Terenis nie odezwała się ani słowem, zaczęła się chwiać. Wtedy Saiyan stojący przed nią machnął ręką tuż przy jej twarzy, a ta odzyskała przytomność, całkowicie.
- Wystarczy z tym walczyć - powiedział Daegurth - Nie trzeba nic więcej. Zapamiętaj Terenis
- Skąd... Skąd znasz moje imię? - zapytała wampirzyca
- Ty nie chcesz wiedzieć skąd znam twe imie, chcesz wiedzieć kim ja jestem, czemu nie zapytasz wprost?
- Ty... Czytasz moje myśli?
- Jak otwartą księge, wertuje kartki w poszukiwaniu potrzebnych mi informacji.
- Więc...
- To nie ma znaczenia - powiedział Daegurth, po czym zaczął mówić z przerwami - Tak | Uśmiechnij się | Nie, nie | Nie myśl tak głęboko | Ała, to by bolało...
- O czym oni wogóle mówią? - zapytał Bart Hebrida, jednak nie uzyskał znaczącej odpowiedzi
- Kto wie? - zapytał Hebrid
[center]***[/center]
- Dalej! Gonić ich! - zawołał mężczyzna w dziwnej zbroi i hełmie
Wiele osób, o ile nie wiele tysięcy osób, goniło dwie zaledwie postacie. Jedna z nich była w białym płaszczu z czerwonymi wstęgami, miała na plecach ogromny miecz. Druga nosiła srebrną zbroję płytową połączoną ze skórzaną, dającą większą swobodę niż obie z wymienionych. Miał czarne włosy, było widać przerażenie w jego piwnych oczach.
- Zabić! - zawołał mężczyzna w zbroi i hełmie koloru czerwono-fioletowego
Ludzie czarnych szatach wyciągnęli specjalne bronie do walki na dystans. Były to sztylety do rzucania, swego rodzaju łuki i urządzenie o nieznanej jeszcze nazwie, które ze względu na swoją celność i potęge zostało później nazwane Zabieraczem Życia.
Oddziały zaczęły strzelać strzałami, używać magii bojowej, rzucać brońmi miotanymi. Zaledwie dwie osoby uciekały przed całą armią, nikt jednak nie śmiał ich lekceważyć...
Mężczyzna w srebrno-skórzanej zbroi obrócił się i zamachnął swoim oburęcznym mieczem wołając: "Fuu-rion!". Jego ochrypły, niski męski głos zadudnił w całej dolinie, którą przemierzali. Wszyscy wiedzieli co się zaraz stanie, magowie z oddziałów zaczęli rzucać zaklęcia, wymawiając niełatwe dla języka sentencje.
Z ostrza dwuręcznego miecza o nazwie "Masamune" wyleciała fala powietrza, która zmiotła kilkaset osób, jednocześnie tnąc je na kawałki. Odbiła też miotane w uciekających pociski. Duża część oddziału jednak obroniła się dzięki potężnym magom.
- Grad! - zawołał mężczyzna ze wzgórza wydając komendę oddziałą, które natychmiast zareagowały
Magowie zaczęli coś bełkotać, a osoby nie uzdolnione magicznie zwolniły i wyciągnęły bronie miotane, po czym zaczęły rzucać.
"Cholera" - pomyślał mężczyzna biegnąc obok osoby w białym płaszczu - "Nie mam siły by odeprzeć kolejny atak..."
Niebo pociemniało, pioruny zaczęły trzaskać w drzewa na ziemi, które natychmiast pękały i podpalały się. Z powietrza, z wnętrza ogromnych, ciemnych chmur zaczęły opadać ogromne sople lodu. Jednocześnie, jakby tego było mało, oddziały zaczęły miotać brońmi w uciekające postacie. "Nie mają szans!" - pomyślał przywódca, stojący na skale. Był jednocześnie nieprawowitym władcą tego państwa, które wywalczył sobie.
Ogromne, ostre sople i wiele pocisków zbliżało się do dwóch postaci, które z ledwością już biegły...
[center]***[/center]
- Groly, chodź tu - powiedział Daegurth stając w drzwiach
Saiyan zdziwił się widząc osobę, której szukał. Natychmiast wstał i podszedł, wtedy dostał pięścią w twarz, prawy sierpowy, od Daegurth'a.
- Mogłeś zabić Dyninia - powiedział Daegurth - Wiedziałeś, że go pokonasz!
- Ale... - Groly wiedział, że go poniosło, co mógł zrobić. Nie mógł nawet o tym powiedzieć, dostał dosyć mocno w szczęke, ktora go bolała. Nie musiał.
- Więc to tak, poniosło cie? - zapytał Daegurth - Nie usprawiedliwia cie to
Groly powoli obrócił głowę na swoje miejsce, patrzał Daegurthowi w oczy bojąc się zadać to pytanie, z którym tutaj przyszedł. Dokładnie dwa pytania.
- Ja, mam cie trenować? - wyrwał się Daegurth - Nie uważasz, że to przesada? Jesteś mniej więcej tak silny jak ja, co to da?
- Wszystko, wystarczyło kilka słów, a byłem w stanie zamienić się w Super Saiyana - odezwał się nareszcie Groly - A co jeśli...
- Przesadzasz - przerwał mu Saiyan stojący mu na przeciw - Co najwyżej zmądrzejesz, nic więcej. Ale jeśli chcesz, to moge cie trenować, choć nie widzę w tym sensu
- Dzię... Dziękuję - ciężko powiedział to słowo z siebie Groly. Nieczęsto go używał, znał jego wartość, ale nie mówił go zbyt często
- A drugie pytanie, nie zadasz? - zapytał Daegurth ciekaw co zrobi Groly. Nie mógł przewidzieć dokładnie wszystkich zachowań. Może czytać myśli, ale nie myśli z przyszłości
- Chciałbym, ale jeżeli się okaże, że to ja wygram, to jaki sens ma trenowanie pod twoim przywództwem? - zapytał Groly
- Mój do mnie skromnie "Mistrzu", a nie zwracaj się jak do kolegi - zażartował Daegurth, jednocześnie mówiąc poważnie - Choć, sam chce się z tobą zmierzyć
- Ty... Ze mną!?! - zdziwił się Groly
- Tak, walczyłem z twoim bratem, z tobą nigdy. Sprawdzimy czego nauczyłeś się przez te lata - powiedział Daegurth - I nie będe już używał telepatii
- Nie, walcz tak jak możesz! zawołał Groly podniecony tym, że zaraz stoczy walkę, niesamowitą walkę
- Nie rozumiesz - powiedział spokojnie Saiyan patrząc na Grolyego kątem oka - To cholernie męczące i trudne, dlatego nie będe używać telepatii
Wyszli z pokoju, stali teraz w salonie, gdzie rozmawiała ze sobą reszta osób tu zamierzkujących, prócz Sesshomaru i Bobercika.
- Moi mili - zaczął Daegurth podchodząc - Za chwilę odbędzie się moja walka z Grolym, zapraszam
- Że co? - zadziwił się Dyninio podnosząc się z łóżka
- Patyczki do uszu czyszczenia są w łazience, radzę użyć - zażartował Daegurth - Chcecie iść?
- Jasne! - zawołał Rayman
- Właśnie, Daegurth - zaczęła Roksia - Poznaj Mark'a
Saiyan obrócił się w stronę chłopaka, którego przedstawiała mu Roksia. Spojrzał na niego, po czym podszedł i uścisnął mu dłoń.
- Mark - powiedział chłopak - bardzo miło poznać
- Mi również, nazywam się Daegurth Yrde - powiedział Saiyan
- Yrde? - zdziwił się Bart - Znaczy się, tak mieliśmy na nazwisko?
- Tak, ale jak wiesz nikt do nas nie zwracał się po nazwisku. Niech by spróbował! - odpowiedział Daegurth
Mark spojrzał na Daegurtha z profilu, po czym pomyślał "Heh, wydaje się twardzielem. Ciekawe jak zareaguje na moją małą technikę?? ^^".
- Daegurth! - zawołał Mark
Zawołany odwrócił się w stronę chłopaka, który dziwnie ułożył dłonie i zawołał: "Henge!". Pojawiła się chmura, spod której wyszła całkiem naga kobieta o blond włosach.
Saiyan szeroko otwarł oczy i patrzał się na "Mark"'a ze zdziwieniem. Jeszcze większe było zdziwienie niektórych osób co nie znały tej techniki(jeszcze nie mieli okazji jej zobaczyć). Ktoś nawet upadł na ziemię ze zdziwienia.
Mark podszedł pod Daegurth'a i objął go. "Daegurth!" odezwał się swoim dość podniecającym głosem. Saiyan zaś podniósł prawą ręke do góry powoli i powiedział po cichu: "Kai!".
Chmura pokryła Daegurth'a i Mark'a, po chwili znikła, a Mark obejmował Daegurth'a, nie będąc już kobietą.
- Wolisz chłopców? - zapytał Daegurth w głupim żarcie, z jego twarzy znikło zarumienienie
Mark natychmiast odskoczył i puszczając Saiyana. Wszyscy zaczęli się głośno śmiać.
- Dobra technika, ale nie dość - powiedział Daegurth, po czym powiedział Mark'owi na ucho - Naucze cie czegoś lepszego, później, ciebie i tylko ciebie, bo wiesz, ja też znam tą technike, której użyłeś
- Tak!?! - zdziwił się Mark - SKąd? Też ci się przyśniła?
- Przyśniła ci się? - zastanawiał się Daegurth - Nie wiesz nic o przepływie chakry, znakach i genjutsu?
Zebrani w sali nie rozumieli o co chodzi Daegurthowi, który używał wyrażeń jeszcze im nie znanych, no, prócz chakry i znaków, z tego coś rozumieli. "Co to do kur*y nędzy jest Genjutsu?" - zastanawiał się Kris
- Dobra, widzę, że nie wiesz... Skoczę tylko jeszcze po Sesshomaru i Bobercika, a potem idę spróbować swoich sił z Grolym - powiedział Daegurth
[center]***[/center]
Na łóżku leżał Sesshomaru, patrząc na sufit, jakby tam coś szczególnego przyciągało jego uwagę. Bobercik spał opierając się o parapet, był przykryty kocem, nie trząsł się już z zimna.
"To dziwne uczucie..." - pomyślał Sesshomaru - "Jednocześnie takie inne... Wciągające. Czyżby to tak się czuje człowiek?". Yokai wstał i spojrzał na Bobercika, swojego odpowiednika w tym świecie, po czym podszedł pod drzwi, które same się przed nim otwarły, poprzednio ktoś zapukał i dopiero je otwarł.
Do środka wszedł Daegurth, spojrzał na Sesshomaru, którego trapiły wciąż nie ustające w jego głowie pytania.
- Witaj Yokai, a raczej powinienem powiedzieć Honyou - odezwał się Daegurth
- Honyou? Jestem pół-demonem? - zapytał się Sesshomaru nie będąc pewien
- Tak, przez to stajesz się o wiele silniejszy, we wszystkich względach. Za niedługo będziesz łączyć zalety obu ras, demonów i ludzi - powiedział Daegurth
- A kiedy ustaną te pytania w mojej głowie!?! - wymknęło się Sesshomaru, był bardzo skołowany
Daegurth lekko przymknął oczy. "Pytania w jego głowie..." - pomyślał. Wiedział, że coś jest nie tak, dlatego użył telepatii, żeby dostać się do jego umysłu. Był wewnątrz, widział wiele drzwi, jednak wiele z nich było zatarowane, zagracone. Jego mózg był przepełniony i pytania same pchały się na zewnątrz. Wiele dusz w jednym ciele, miliony wspomnień w jednym dziele, myśli, uczucia, doznania i radości... Za wiele jak na jedną osobę. Daegurth wiedział, że Sesshomaru potrzebuje pomocy, a on z chęcią mu jej udzielił...
Nie musiał nawet nic usuwać z jego pamięci. Wystarczyło, że wszystko posegregował i "zkompresował". Zmniejszył rozmiar niektórych wspomnień, teraz Sesshomaru musiałby trochę dłużej się zastanawiać, żeby sobie przypomnieć dawne dzieje, ale to było o wiele lepsze niż przepełnienie wiedzą.
W normalnych warunkach Yokai mają tak złożony mózg, że Daegurth nie mógł się do niego dostać. Raz mu się udało, wtedy rozkazał demonowi odejść, a ten posłuchał. Teraz nie udałoby mu się, gdyby to nie była sytuacja krytyczna.
Saiyan przestał używać telepatii, Sesshomaru uspokoił się momentalnie, zaczął oddychać w normalnym tempie.
- Chcesz zobaczyć, jak będe walczyć? - zapytał Daegurth
Sesshomaru z jednej strony chciał, z drugiej nie. Jednak wreszcie kiwnął głową na tak. Daegurth podszedł pod Bobercika i łagodnie go obudził.
- Yhhh? - zdziwił się Bobercik. Rozejrzał się i po chwili wstał. - Cześć Mistrzu
- Bobercik, chcesz zobaczyć walke moją z Grolym? - zapytał Daegurth
- Jasne!! - zakrzyczał wprost Bobercik budząc się kompletnie słysząc tą wiadomość, że jego mistrz będzie walczyć. Nareszcie zobaczy jaki silny jest naprawde.
[center]***[/center]
Sople lodu ostre niczym brzytwa każdy, ostre pociski miotane i noże, prawie już raniły dwie postacie uciekając przed oddziałami. Wtedy miecz na plecach postaci w płaszczu błysnął i wzniósł się w powietrze. Zaczął ciąć w powietrzu niszcząc sople lodu, rozcinając wszelaką zbliżającą się przeszkodę. A obracał się z tak niesamowitą prędkością.
Osoba w płaszczu zatrzymała się, będąc bezpieczną dzięki temu niesamowitemu orężu. Tajemnicza osoba w białym płaszczu z kapturem wyciągnęła ręce do przodu, po czym powoli przesunęła je w stronę klatki piersiowej, a następnie do góry. Gdy tak przesuwała ręce wokół nich krążyły małe, świecące kulki, które wyleciały wysoko w powietrze, gdy ta podniosła ręce w górę.
Świecące kule leciały wzwyż, wzbijając się wysoko. Przelatywały przez nie sople lodu, które nic jej nie robiły. W pewnym momencie jakby na coś natrafiły i zniknęły...
W powietrzu pojawił się czerwono-czarny otwór, który zaczął się powiększać w bardzo szybkim tempie. W ciągu kilku sekund miał kilkadziesiąt metrów średnicy, wtedy z tej dziury wyleciało coś, w bardzo krótkim czasie zbliżyło się do ziemi, po drodze wyglądało jakby to była ogromna kula ognia, jednak przy ziemi to coś rozwinęło skrzydła, miały ogromną rozpiętość. Nagle warstwa ognia zniknęła z czarnego pancerza przyzwanej bestii, okazało się, że to ogromny czarny smok z dziwną głową.
- Behemot... - wyjękał ze strachu mężczyzna stojący na wzgórzu, znał potęge tego Espera, wiedział, że jest królem smoków, jednym z najpotężniejszych esperów we wszechświecie - Kerio, zrób coś!
Behemot, król smoków, z początku tylko wisiał w powietrzu zasłaniając tego, kto go stworzył, przed soplami lodu, które rozbijały się o jego pancerz. Machnął mocniej, a deszcz lodu znikł rozbity przez potężną falę powietrza. Ogromny smok ruszył na przód zionąc ogniem, zmiatając setki ludzi co chwila.
Nawet stojący obok postaci w płaszczu jej obrońca, Surth, był zdziwiony potęgą ogromnego smoka. Widział Espery, ale nigdy tak potężne!
Behemut zawisnął w powietrzu. Machnął ogonem i ruszył głową do góry, otwierając lekko paszczę, w której pojawiła się jasna kula pełna światła koloru żółtego i białego. Esper wygiął się do tyłu i wtedy nagle się wyprostował otwierając do końca paszczę, z której wyleciał strumień lasera, którym zabił, a raczej kompletnie unicestwił, wiele tysięcy osób!
Wywołany mężczyzna, Surth, wyszedł zza dowodzącego oddziałami, powoli i mimo tego nie został przez nikogo zauważony. Jego wzrok był wbity w ogromną bestię, smoka gromiącego armię, której sam był członkiem. "Behemot" - pomyślał - "Piękny smok, szkoda, że musi zginąć...". Surth zrzycił z siebie togę, którą nosił. Była pod nią piękna kryształowa zbroja, koloru czysto krwawego. Wokół niej unosiła się aura tegoż samego koloru. Wzrok prawie wszystkich zebranych tam ludzi wpił się na piękną zbroję.
Blondyn w lśniącej zbroi, na którym skupiały się tysiące par oczu, podniósł powoli ręke do góry. Jego ręka ułożyła się tak, jakby coś w niej trzymał. Po chwili pojawił się tam dziwny czerwony kryształ, który mężczyzna zgniótł, a ten rozpadł się w pył.
- Chisho Shinoryu - powiedział spokojnie mężczyzna lekko przymykając oczy
Czerwony pył zaczął się poruszać w powietrzu i to nie przez wiatr. Był to własny ruch dziwnego kruszcu, który leciał z ogromną prędkością. Przybrał formę ogromnego czerwonego smoka, który ryknął z całych sił, a z jego kryształowej paszczy wydał się jedynie pisk. Ruszył w stronę Behemuta czekającego na to, by go zmieść.
Król smoków machnął dwa razy skrzydłami, leciał w stronę kryształowego czerwonego jaszczura ze skrzydłami ziejąc w jego stronę ogniem. Po chwili płomienie dosięgły dziwną bestię, a ta jakby nigdy nic leciała dalej.
Wreszcie i Behemot przeleciał przez dziwnego smoka, a ten zniknął.
Król smoków chciał zionąć ogniem w oddziały zbliżające się do osoby, która go przyzwała, lecz nagle eksplodował i jego krew, niczym deszcz, spadła na dół, do doliny. Na jego miejscu był dziwny smok.
Surth podniósł ręke do góry i ją otworzył, wtedy kawałki kryształów zaczęły się do niej zlatywać, zamieniając się spowrotem w dość spory, krwawo czerwony kryształ. Mężczyzna nałożył togę, po czym rzekł
- Generale Kidare, zostawiam panu wolną ręke
Dwie osoby stały teraz w dolinie, w ich stronę zbliżały się setki ludzi. Zakapturzona postać upadła na kolana tracąc nadzieję, zamknęła oczy i wtem sobie coś przypomniała. "A jeżeli to prawda?" - zadała sobie pytanie osoba - "Może on nie kłamał, czyżby...?".
Strażnik osoby w białym płaszczu nie dawał za wygraną, mimo iż nie miał już sił, to jakimś sposobem zmuszał się do ruchów.
- Służyć Ci było przyjemnością - powiedział nie przerywając parowania pocisków i cięcia mieczem - Oby życie w zaświatach było równie piękne
Zakapturzona osoba wstała, zacisnęła zęby. "To napewno jest prawda!" - powiedziała sobie na duchu, po czym zaczęła machać rękami.
Powietrze wokół dwóch osób pośrodku doliny zrobiło się tak jakby ciemniejsze, zaczynało krążyć wokół nich. Mężczyzna w srebrno-skórzanej zbroi otworzył oczy ze zdziwienia, nigdy nie widział czegoś takiego.
Ciemne powietrze krążyło coraz szybciej i szybciej, strzały rozbijały się o nie, część z nich znikała bez śladu. Wokół strumieni wiatru pojawiły się czarne błyskawice, których było coraz więcej i więcej. Nagle pojawiła się kopuła z takiego dziwnego materiału, wciąż rzucano do środka shurikeny, które wpadały do środka, lecz nic więcej nie było wiadomo.
Ktoś z dziwnej armii podbiegł do kopuły i wsadził do niej ręke, po czym ją wyciągnął. Była cała. Wbiegł tam, za nim następny i następny. Wkrótce wbiegła tam dość spora część całej armii, kilka tysięcy ludzi zniknęło bez śladu, gdy nagle kopuła znikła...
[center]***[/center]
- Groly - odezwał się Daegurth stojący naprzeciw brata Brolyego - Pamiętaj, to nie jest walka na śmierć i życie
Saiyan kiwnął głową na znak, że rozumie, po czym pochylił się lekko, lewą nogę przesuną trochę do tyłu, a prawą ręke poprowadził nieco przed siebie.
- I uważaj na "trybuny" - ostrzegł Daegurth
Groly obrócił głowę, faktycznie mieli widownie, tak się przejął tym pojedynkiem, że kompletnie zapomniał o tym. Stali tam i patrzyli na nich. "Trzeba dać z siebie wszystko!" - pomyślał Groly.
- Super Saiyan! - zawołał, a jego włosy natychmiast się lekko uniosły i stały się szczero złote, świeciły jasnym światłem, zaś mięśnie jego troszkę urosły
- Oooo, zaczynasz ostro - odezwał się Daegurth - W takim razie ja też zaczne ciekawie
Saiyan w płaszczu z kapturem, który miał założony, podniósł obie ręce i ustawił je obok siebie. Nagle zaczął z ogromną prędkością ruszać obiema, każda z nich ruszała się inaczej. Do tego ta prędkość... Nawet oczy Super Saiyana nie mogły dostrzec dokładnych ruchów dłoni Daegurth'a.
W międzyczasie na widowni komentowano to co się dzieje.
- Hej! Co on robi!?! - zdziwił się Dyninio
- Nie mam pojęcia! - odpowiedział Adrian, wiedząc, że nikt nie wie
- Czyżby to jakaś nie znana nam jeszcze technika? - pomyślał głośno Bobercik
- A spójrzcie na tą prędkość... Przecież on nigdy nie był taki szybki! - stwierdził Kris
- Poczekajmy, ta walka się dopiero rozkręca - stwierdził Bart
Groly nie chciał stać i patrzeć jak Daegurth będzie używać jakiejś techniki. Wiedział, że to jest potężny przeciwnik i musi się liczyć z tym, że przegra. Rzucił się w stronę zakapturzonej postaci machającej rękoma, aby przerwać jej atak. Jego prędkość była niesamowita, w ułamku sekundy znalazł się przy Saiyanie. Zamachnął się i wykonał atak pięścią, jednak Daegurth odskoczył nie przerywając machania rękoma.
"Tygrys i żaba, żyrafa i antylopa, tygrys i zebra, świnia i koń..." - myślał Daegurth jednocześnie dokładnie obserwując ruchy swojego przeciwnika. Groly znów chciał zaatakować, zniknął. Pojawił się za Daegurthem i uderzył go z całej siły w plecy.
Saiyan odleciał z ogromną prędkością, jednak sekundę po uderzeniu, w powietrzu, lecące ciało Daegurtha zmieniło się w drewnianą kłodę, przy czym wydzieliło się trochę dymu.
- Co!?! - zdziwił się Groly widząc, że nie trafił Daegurtha, a jakąś drewnianą kłodę. Pomyślał: "Jestem ślepy, czy co?"
- Co to było? - zapytał Rayman
- Gdzie on jest raczej chciałeś zapytać - stwierdził Mark
- Właśnie - powiedział Rayman patrząc na Mark'a
Wtedy Bart spojrzał na Roksię, patrzyła się gdzieś nieco bardziej w lewo, trochę do góry... Spojrzał w to samo miejsce i zobaczył tam swojego brata, na gałęzi drzewa. "Roksia, nie ma dnia w którym mnie nie zadziwiasz" - pomyślał Bart.
- Tam - zawołał Bart rozwiewając wątpliwości innych osób przyglądających się walce
Wszyscy natychmiast rzucili tam swój wzrok, faktycznie, Daegurth stał na szerokiej gałęzi wciąż robiąc dziwne znaki z niewiarygodną prędkością.
Brat Brolyego nie potrzebował długiego czasu na namierzenie Daegurtha, znacznie więcej czasu poświęcił na uspokojenie się. Obrócił się i zaczął strzelać pociskami ki w stronę, z której wyczuł Daegurth'a.
Kule były koloru złotego, leciały przebijając się przez gałęzie drzew stojących po drodze do celu. Nagle nastąpił wybuch, mocna eksplozja spowodowana zaledwie jedną małą kulką, potem następna i następna.
- Gdzie on celuje!?! - zdziwił się Kris
- Właśnie, przecież Daegurth jest po drugiej stronie! - powiedział Bobercik
- To pewnie jakiś trik - powiedział Bart
- Może on jest silniejszy niż nam się wydawało? - zapytał Kris - Przecież nigdy nie walczył z nami w taki sposób, Groly nawet go nie tknął
Groly wyczuł energię Daegurth'a, teraz z innego miejsca, nagle poczuł kolejną... "Co jest!?!" - zastanawiał się Super Saiyan, zaczął myśleć dokładnie, analizować sytuacje - "Spokojnie... To jakiś trik, myśli, że go nie znajde i zostawmy go w takim przekonaniu... Ale jak go znajdę? Wiem!". Groly wzniósł się wysoko w powietrze, po czym zatrzymał się w powietrzu. Lewitował przez chwilę, udawał, że szuka Daegurth'a zbierając energię.
"Koń i tygrys, Małpa i zebra, pelikan i szczur..." - wciąż Daegurth myślał nad znakami, które ustawiał po kolei, zaledwie 5% uwagi poświęcając na świat zewnętrzny. To było za mało, by wyczuć co robi Groly.
Super Saiyan Nagle ruszył z ogromną prędkością w stronę ziemi, wyglądał jak spadający z ogromną prędkością meteoryt - miał tak wyglądać, wokół niego widać było żywy płomień spowodowany przez osiągnięcie odpowiednio dużej prędkości.
- Meteor Fall! - zawołał uderzając pięściami z całych sił w powierzchnię ziemi, ledwie się w nią wbijając.
Z miejsca w które się wbił przeszła na początku mała, nie niepokojąca fala uderzeniowa, która lekko zatrząsła pobliskim terenem, ale tuż po niej nadeszła następna, która, jak to mówili później w wiadomościach: "Ruszyła góry, przesunęła wzgórza, zniszczyła lasy, rozstąpiła wody". Atak nie był za mocny, jeżeli chodzi o jego siłę, jednak działał na dużą odległość, atakując we wszystkie miejsca na raz.
Wszyscy przyglądający się niesamowitej walce byli w zagrożeniu, zorientowali się i mogli działać. Dzięki temu nikt nie odniósł znacznych obrażeń, Mark się trochę poobijał, a Hebrid skaleczył się w ramię. Reszta spokojnie stała na ziemi, która się ruszała, jakby się do niej przylepili. Używali bowiem tej samej techniki, dzięki której trzymali się i mogli chodzić po drzewie, nie była to woda, więc im było łatwo.
Daegurth stał na drzewie, a to nagle się zawaliło, zaczął spadać i wtedy przestał robić znaki jedną ręką, robił teraz tylko lewą, prawą się odbił od powierzchni ziemi. "Więc, mogę chyba zaczynać" - pomyślał Daegurth
- Chain attack - odezwał się głośnym, brzmiącym w dużej odległości głosem - Kegebunshin no jutsu, Fuuton: Fuuryudan no jutsu, Shinekage no jutsu, Ninpo: Hayai no jutsu...
"Gdzie on jest!?!" - zastanawiał się Groly - "I co on mówi???"
- Doton: Kaze Rou - kontynuował Daegurth - Fast cast: Confuse, Fast cast: Blind, Fast Cast: Night Shadow, Ninpo: Dae no Gurth...
- Co on robi!?! - zdziwił się Mark
- Wydaje mi się - powiedział Bart, a wszystkie ciekawskie twarzyczki obróciły się w jego stronę - Że on używa wielu technik naraz, przygotowywał je, aby mógł ich użyć w odpowiednim momencie, ale to tylko przypuszczenie...
Jednak nikt nie zaprzeczył, nikt też nie potwierdził. "A co jeżeli to prawda?" - zastanawiał się Kris - "Czyżby był naprawdę taki silny?
Groly wzniósł się w powietrze. "Mam cię!" - powiedział sicho pod nosem widząc Daegurth'a, przyjżał się teraz dokładniej. Ten mówił jakieś dziwne rzeczy, a wokół niego unosiła się ledwie widoczna czarna poświata. Groly zrobił kule w obu rękach, po czym zrobił piruet w powietrzu i złączył ręce. Rozkręcił się tak bardzo, bardzo szybko. Nabrał naprawde dużej prędkości, zaczęło pojawiać się niewielkie tornado pod nim, wtedy wypuścił kulę ki, która poleciala daleko, mijając Daegurth'a...
- Supreme Daegurth combo: Shadow World! - zawołał bardzo głośno Daegurth, wprost zakrzyczał. Wtedy dopiero zobaczył, że kula którą rzucił Groly wraca, jest już praktycznie przy nim, uderzy go w ciągu ułamka sekundy.
"Za słabo" - pomyślał Daegurth - "A jeszcze trochę i byś mnie miał..."
- Delay - powiedział bardzo szybko Daegurth, przez co mógł teraz przerwać na chwilę wykonywanie techniki. Wygiął się tak, aby uniknąć zderzenia z kulą pędzącą z połową prędkości dźwięku. Udało mu się. Groly otworzył usta w grymasie zdziwnienia.
Daegurth wyprostował ręce, wtedy zaczęła się technika...






