[FanFick] Saiyan Power Forces
Moderator: Moderatorzy
Dobra, mi to będzie też na ręke, bo nie mam tego posegregowanego. Nareszcie ustawimy to w jakimś porządku.
Krova - wiem, że znasz PHP i HTML lepiej ode mnie, zresztą jak flash, więc jak byś miał czas, to z nudów możesz zrobić szkielet strony
Kris - Ty masz talent do grafiki, możesz więc zrobić layout, a nawet spróbować, na podstawie FanFicku, narysować jakieś postacie w PSP
Potrzebny jest też ktoś, kto znajdzie dobry server z MySQL lub innymi porządnymi bazami danych i łatwą obsługą(względnie zwykłe FTP), ale coś takiego jest trudno znaleźć.
Ja mogę się zająć działem Bohaterowie i pisaniem kolejnych odcinków, przydałby się ktoś, kto by porządnie zebrał napisane przeze mnie odcinki w kupę.
Jeszcze jedno: Krova, gdybyś naprawde chciał to zrobić, to mógłbyś dać też możliwość włączenia "Wersji do druku", napisalibyśmy krótkie prawa autorskie, itd.
Jak ktoś chce to dokładniej omówić, to niech pisze do mnie na GG z dopiskiem "FF Saiyan Power Forces", wtedy napewno odpiszę.
I dzięki wszystkim za pomysł.
BTW. Już za kilka dni wrzucam następny odcinek, już skończyłem mniej więcej połowę. Zapowiedzi już były, powiem tylko, że będzie tam wiele więcej ciekawych rzeczy
Krova - wiem, że znasz PHP i HTML lepiej ode mnie, zresztą jak flash, więc jak byś miał czas, to z nudów możesz zrobić szkielet strony
Kris - Ty masz talent do grafiki, możesz więc zrobić layout, a nawet spróbować, na podstawie FanFicku, narysować jakieś postacie w PSP
Potrzebny jest też ktoś, kto znajdzie dobry server z MySQL lub innymi porządnymi bazami danych i łatwą obsługą(względnie zwykłe FTP), ale coś takiego jest trudno znaleźć.
Ja mogę się zająć działem Bohaterowie i pisaniem kolejnych odcinków, przydałby się ktoś, kto by porządnie zebrał napisane przeze mnie odcinki w kupę.
Jeszcze jedno: Krova, gdybyś naprawde chciał to zrobić, to mógłbyś dać też możliwość włączenia "Wersji do druku", napisalibyśmy krótkie prawa autorskie, itd.
Jak ktoś chce to dokładniej omówić, to niech pisze do mnie na GG z dopiskiem "FF Saiyan Power Forces", wtedy napewno odpiszę.
I dzięki wszystkim za pomysł.
BTW. Już za kilka dni wrzucam następny odcinek, już skończyłem mniej więcej połowę. Zapowiedzi już były, powiem tylko, że będzie tam wiele więcej ciekawych rzeczy
Tutaj moze znajdziesz cos dla siebie jest tego duzo do wyboru
Albo yoyo ma reklamy itp ale cos za cos ma sporą baze Msql sporo miejsca na dysku jak na darmowa strone wiecej na stronie
Albo yoyo ma reklamy itp ale cos za cos ma sporą baze Msql sporo miejsca na dysku jak na darmowa strone wiecej na stronie
PSP - playstation portable?Dae pisze:Kris - Ty masz talent do grafiki, możesz więc zrobić layout, a nawet spróbować, na podstawie FanFicku, narysować jakieś postacie w PSP
http://www.free-webhosts.com/webhosting-01.phpPotrzebny jest też ktoś, kto znajdzie dobry server z MySQL lub innymi porządnymi bazami danych i łatwą obsługą(względnie zwykłe FTP), ale coś takiego jest trudno znaleźć.

-Jest jakaś miara szczęścia?
-Tak, promile.

[Tom II - 1 - Ponowny początek]
- Mark! - zawołała głośno nauczycielka, widząc jak chłopak śpi na ławce
Ten powoli się podniósł ziewając. Potrząsł głową i natychmiast wstał.
- Przepraszam panią, zasłabłem - powiedział Mark niezadowolony z tego, że zasnął
- Żeby mi to było ostatni raz - skomentowała nauczycielka - Siadaj, więc wracając do tematu...
"Taki ładny dzień, a ja muszę w szkole siedzieć... Po co ja się na to godziłem?" - pomyślał Mark - "Ciekawe co robią inni? No i jak się uczą, w końcu wszyscy nadrabiają zaległości..."
Wyjrzał przez okno, siedział w pierwszym rzędzie od okna, więc nie było to trudne. Spojrzał na chmury, które ciągnęły się wysoko na niebie.
- ... pokazuje to jaki bezsilny wobec fatum był człowiek w starożytności - ciągła nauczycielka - Los był rzeczą ustaloną z góry, nie dało się go zmienić...
"Jakby mnie to wogóle interesowało, co sobie myśleli kiedyś..." - pomyślał ziewając Mark - "Ahhhh, zagrałbym sobie w piłkę nożną..."
[dwa dni wcześniej]
- Hej, patrzcie, to jest Mark! - zawołał jakiś piłkarz z boiska
- Mark! Mark! - zaczęli wołać całą drużyną kolegę
Chłopak obrócił głowę w ich stronę i się uśmiechnął. Zaczął iść w ich stronę trzymając plecak jedną ręką na ramieniu. Wreszcie do nich doszedł, a ci się na niego rzucili zaczynając go obijać.
- Gdzieś ty był, palancie!?! - zawołał jeden
- Dzwoniliśmy po ciebie, a cie nie ma! - powiedział drugi
Wreszcie dali Mark'owi odetchnąć, otrzepał ubranie i wyprostował się.
- Miałem coś do załatwienia, ale teraz jestem wolny - powiedział - A co?
- Zagrasz z nami? - zapytał Robert, kapitan szkolnej drużyny, który zawsze chciał zobaczyć jak Mark gra w piłkę nożną
- W piłkę nożną? Bo ja wiem... - odpowiedział Mark zastanawiając się głęboko
Wiedział, że nigdy nie grał w tą gre, chociaż często kopał piłkę, to nie grał na poważnie. Do tego mógłby przypadkiem zdradzić, że jest nieco inny od reszty drużyny...
- Zgoda - powiedział nagle
"A co mi tam!" - pomyślał
[chwilę później]
- Hej, ten strój leży na tobie idealnie! - zawołał Robert
- Barwy naszej drużyny ci pasują - odezwał się podchodząc trener
- Panie trenerze! - zawołał Robert - My nie wiedzieliśmy, że...
- Nie ma sprawy, grajcie - powiedział trener - Sprawdzicie jak mały gra
Trener usiadł na ławce obok boiska i czekał cierpliwie.
- Dobra, na jakiej pozycji chciałbyś zagrać Mark? - zapytał Robert
- Zostań ze mną na obronie - wyszeptał do ucha Mark'owi jego kolega z ławki w szkole, Eryk
- Nie wiem... Może pomoc? - zapytał Mark
- Może być, to do roboty, panowie na pozycje i gramy! - zawołał Robert
Kickoff, czyli wykop piłki. Mark patrzył, jak kapitan Robert podaje piłkę do gracza obok siebie i wtedy się zaczęło. Bieg do przodu, Robert tuż za kolegą z drużyny, gotowy na przyjęcie piłki w każdej chwili.
- Sprawdzimy Mark'a? - zapytał Robert biegnąc
- Jasne, First things first! - odpowiedział Wiktor, napastnik drużyny, lekko wycofując piłkę, która wpadła idealnie pod nogi Robert'a.
- Mark! - zawołał Robert obracając się, po czym zażartował - Masz i strzel bramkę!
Kopnął piłkę, a ta precyzyjnie upadła metr od Mark'a, po czym lekko się odbiła lądując przy jego nogach.
"Strzelić bramkę, tak?" - zastanawiał się Mark stojąc w miejscu - "Może trochę się powygłupiam? A co mi tam!".
Ruszył powoli przed siebie idealnie prowadząc piłkę. Wtedy dwóch pomocników dróżyny przeciwnej wybiegło mu na przeciw. Rozejrzał się wokół siebie, zobaczył kolegę z drużyny, niekrytego. Już miał podawać, gdy usłyszał jak któryś z pomocników naprzeciwko niego mówi: "Patrz, boi się kiwać". Wtedy uśmiechnął się łapiąc piłkę obiema nogami. Lewą nogę położył przed piłką, zaś prawą docisnął nadlatującą piłkę do nogi. Po chwili podniósł prawą nogę, a następnie lewą nieco do góry, odchylając do tyłu nogi.
Piłka posłusznie wykonała chciany manewr. Uniosła się w powietrze i przeleciała nad głową Mark'a, kompletnie dezorientując wszystkich zawodników, a następnie Mark przyjął ją, gdy spadała. Żaden z pomocników nie zabrał mu piłki, więc biegł dalej. Teraz naprzeciw niego stanął obrońca, który już wcale nie zamierzał się wygłupiać. Podbiegł do Marka i zaczął blokować mu wszystkie możliwości podania szybkimi ruchami nóg, zastawiając tor lotu piłki. Wtedy Mark obrócił się do niego plecami, położył prawą nogę na piłce i na moment na niej stanął. Gdy jeszcze się unosił kopnął piętą u lewej nogi piłkę, która przeleciała między nogami obrońcy, a następnie doleciała prosto pod nogi Robert'a.
"Dobry jest, w takim razie ja też się popiszę" - pomyślał kapitan drużyny podbijając piłkę do góry, nieco nad głowę. Skoczył i kopnął z przewrotki, jednak nie był to strzał, a podanie do Eryk'a, który tylko przebiegł ostatniego obrońcę i został sam na sam z bramkarzem. Wtedy wysunął sobie lekko piłkę, a następnie dobiegł do niej. Chciał kopnąć w prawe okno bramki, ale tego nie zrobił. W momencie, gdy już miał kopać wysunął piłkę jeszcze raz. Wtedy bramkarz rzucił się chcąc obronić piłkę, przed wpadnięciem w okno. I zobaczył jak Eryk powoli wchodzi do bramki z piłką przy nogach.
"No, ładnie" - pomyślał trener - "Wygląda na to, że ten Mark wcale nie gra najgorzej... Rozumiem okiwanie dwóch pomocników, którzy są tutaj na okresie próbnym, ale na obronie był stały zawodnik, najlepszy obrońca w drużynie. Chyba przyjmę do na okres próbny..."
- Mark, mógłbyś nam powiedzieć co takiego interesującego się dzieje za tym oknem? - zapytała nauczycielka wyprowadzając chłopaka z transu
"Właśnie fatum dostaje baty" - chciał odpowiedzieć, ale się powstrzymał. Poza tym zobaczył coś dziwnego...
- Tam chyba... O cholera, samolot spada! - zawołał Mark wstając z miejsca i przylepiając się do okna
- Jak to... Samolot spada!?! - zdziwiła się nauczycielka
- Leci w stronę szkoły! - zawołał Mark - Trzeba się pospieszyć!
Nauczycielka doszła do okna i spojrzała przez nie, zobaczyła w oddali, na niebie niewielką kropkę, za którą ciągnął się czarny dym.
- To ma być ten twój samolot? - zapytała młoda nauczycielka, która z trudem go widziała - Ja tam nic nie widzę, Mark, nie wygłupiaj się, bo dostaniesz uwagę.
Mark szybko wyciągnął telefon z kieszeni i wstukał numer.
- Co ty robisz Mark, nie wolno używać telefonów na lekcji - powiedziała polonistka - Oddaj go, odbierzesz go pod koniec roku z osobą pełnoletnią
- Cicho, zajęty jestem - powiedział Mark podchodząc pod koniec sali
- Halo, Radek? - zapytał Mark przez telefon
- Tak - odpowiedział cichy głos - Sorry, ale nie mogłem dzisiaj przyjść do szkoły...
- Nie o to chodzi! - zawołał Mark - Za chwilę samolot rozpier....
Obejrzał się wokół, widząc, że wszyscy na niego się patrzą.
- Samolot spada na szkołę! Trzeba szybko coś zrobić, a ja jestem na lekcji... - powiedział Mark
- Nauczycielka cie nie upomina, że dzwonisz? - zapytał Radek
- To nie jest cholera zabawa! Zaraz pasażerski wbije się w szkołę lub okolicę, idziesz, czy nie? - zapytał Mark
- No dobra, już... - powiedział Radek - A co ty się tak burzysz?
- Wiesz jakie będe miał później problemy? Właśnie przerwałem lekcje polskiego - powiedział Mark - Bez odbioru
Wszyscy w klasie przylegli do okien widząc, że punkt na niebie się powiększa i zaczyna nabierać kształtu samolotu. Nagle pod szkołą pojawiła się jakaś postać w płaszczu z kapturem. Schyliła się, po czym wybiła wysoko w powietrze zmierzając na spotkanie spadającemu samolotowi.
- Kto to był? - rozległ się szum w sali
Było już słuchać wyraźny dźwięk wydawany przez bomby, czy inne rzeczy, gdy spadają.
"Cholera, musiał akurat spadać na szkołę..." - pomyślał Mark - "Tak to bym się nie przejmował... Ale na szkołę? Nie przesadzajmy, przecież pilot starałby się wyminąć i co? Uderzyłby na boisko? Co innego, jak na pola, albo autostradę... Radek, dzięki".
[center]***[/center]
- ... wszyscy pasażerowie mówią o zakapturzonej postaci, która ocaliła im życie - odezwała się reporterka telewizyjna - Zaraz porozmawiamy z jednym z nich
Kobieta podbiegła do jednego z ludzi, przedzierając się przez tłum. Wreszcie dostała się blisko niego i podłożyła mu mikrofon blisko ust.
- Dzień dobry, telewizja TV X, co może pan powiedzieć o tym, co tutaj się stało? - zapytała kobieta
Mężczyzna westchnął zamykając oczy, po czym je otworzył.
- To prawdziwy cud, że żyję - zaczął - Wszystko działo się tak szybko, że ciężko jest spamiętać szczegóły. Jednak jednego jestem pewien, gdyby nie ta zakapturzona postać, to byłoby po mnie!
- Może pan coś więcej o niej powiedzieć? - zapytała reporterka - Co dokładniej zrobił, jak się zachowywał?
- Poprosił tylko o spokój i, choć wydaje się to niewiarygodne, podniósł statek! - powiedział mężczyzna - Nigdy nie uwierzyłbym w takie rzeczy, ale on nas postawił na ziemi! Proszę spojrzeć, samolot niemógłby tutaj wylądować!
Teren faktycznie był w miarę prosty, jednak to opuszczone boisko nie nadawało się do lądowania, gdyż brakłoby conajmniej dziesięć takich by zahamować. A samolot leżał idealnie prosto, dokładnie jakby go ktoś tam "posadził".
- Czyżby na tym świecie działy się rzeczy o których nie wiemy? - zapytała reporterka do kamery - Będziemy w stałym kontakcie ze studiem i gdy tylko dowiemy się czegoś więcej, natychmiast o tym powiemy. Dla telewizji TV X, Bożena Delekt
Kamerzysta coś ponaciskał przy kamerze, po czym dał znak, że już nie są na wizji. Wtedy reporterka odetchnęła z ulgą, po czym obróciła się za siebie.
- To naprawde niewiarygodne... Przyjrzyjcie się, jak ten samolot leży - powiedziała reporterka opuszczając mikrofon - Pół metra przed nim jest skrzynka, a metr za nim ściana. Nie wydaje mi się, że nawet najlepszy pilot by mógł tak wylądować.
- Ta - potwierdził kamerzysta opuszczając obiektyw - Poszperajmy tu jeszcze, może czegoś się dowiemy
- Ale telewizji się zebrało... - powiedział Radek do Mark'a
- No, niby tylko głupi samolot, a taka afera - powiedział Mark
- Wiesz co, lepiej stąd spadaj, miałeś być w szkole, no nie? - zapytał Radek
- Niby tak, ale mam przerwę - odpowiedział - Jeszcze dwie minuty z hakiem...
- Apropo, co dzisiaj bierzecie, coś fajnego? - zapytał Radek
- Weź nie pytaj, dobrze, że nie łazisz narazie do budy... - odpowiedział Mark - Dobra, to narazie, spadam...
Mark zaczął biegnąć w stronę szkoły, zniknął Radkowi z oczu tuż za rogiem.
"Wcale nie najgłupszy pomysł" - zastanawiał się Radek - "Wyszyłbym sobie strój i byłbym superbohaterem! Takim jak ci z telewizji, byłoby fajnie... Szczególnie kiedy Rauko by się dowiedział, że to ja... A tam, załatwie to z Mark'iem i może coś z tego będzie".
[center]***[/center]
"Dobra, koniec z tym dziadostwem!" - pomyślał Bart odkładając stertę książek - "Wreszcie mogę wykonać ten telefon!". Słońce chyliło się już ku zachodowi, Bart podrapał się po głowie uświadamiając sobie, że trochę się zasiedział przy tych książkach, które wcześniej wogóle go nie interesowały.
Podszedł powoli do biurka, na którym leżała jego komórka. Wziął ją w ręke i wyszukał numeru. Wreszcie znalazł to czego szukał, zatrzymał się na wpisie "Pysia" i nacisnął zieloną słuchawkę.
"Odbierz, odbierz..." - myślał gorączkowo trzymając telefon lekko w dłoni.
- Słucham? - odezwał się łagodny, kobiecy głos ze słuchawki w telefonie
- Cześć Sara - powiedział Bart robiąc krótką przerwę, zanim mówił dalej - To jak, idziemy? Przyjeżdżać po ciebie?
- A za ile będziesz? - zapytała Sara
- Dla ciebie nawet już - odpowiedział Bart - Dasz mi dziesięć minut na dojazd?
- Dobra, to za dziesięć minut, czekam
Słychać było charakterystyczny dźwięk dla zakończenia rozmowy, powtarzające się sygnały.
Saiyan szybko otworzył szufladkę u szafki i wyciągnął z niej kluczyki, telefon schował do kieszeni i po chwili już był w garażu. A tam czekał na niego jego wóz.
Czarne ferrari F50 czekało cierpliwie na swojego właściciela. Było to prawdziwe cacko, poza tym na całym świecie było zaledwie 251 modeli tego samochodu. Bart kupił go od jakiegoś bogacza, nie interesował go sprzedający, ale samochód. Mimo wszystko był bardzo drogi i Bart nigdy nie przyznał się ile kosztował, a tym bardziej skąd wziął pieniądze. Chociaż to drugie było raczej oczywiste.
Tuż po wydarzeniach sprzed roku stał się ikoną, pracował niemalże za darmo, czując się winnym wszystkim szkodom, jakie wyrządził Drake. Wiedział, że to nie była jego wina, ale wciąż nie czuł się z tym dobrze. Dlatego darmowo pomagał innym, później dzięki temu dostał bardzo wiele przywilejów, a także dobrą pracę, do której uczęszczał dwa razy w tygodniu, w weekendy.
Wyciągnął z kieszeni kluczyki i wyłączył alarm przy pomocy specjalnego przycisku dołączonego do kluczy. Gdy spojrzał tuż obok Ferrari, zobaczył swój ukochany moto-cross i kask, uśmiechnął się przypominając sobie jak się bawił, gdy ostatnio nim jeździł. Jednak na moment zrobił dziwny grymas twarzy wspominając upadek na twarz. A jak trudno później było wyjaśnić kolegom i koleżankom, że nic mu nie jest...
Otwarł drzwi swojego wozu i wsiadł do środka wsadzając kluczyki do stacyjki. Samochód odpalił za pierwszym pociągnięciem, gdy jednocześnie Bart nacisnął przycisk otwierający garaż. Zanim ten otworzył się do końca, on już wyjechał, wiedział, że samochód się zmieści, a nie chciało mu się czekać. Nacisnął przycisk, a garaż zaczął się zamykać.
Zaraz po sprawdzeniu, czy droga jest pusta, skręcił w lewo. Kierownicę trzymał lewą ręką, prawą poprawił sobie włosy patrząc w lusterko. Był nieco senny, może to stąd wzięły się te nagłe myśli?
- Ja wciąż nie jestem pewien kim on był i dlaczego nam pomógł? - zapytał się w myślach Bart - Do tego zrobił to tak szybko i idealnie... Przez pierwszy dzień po tym wydarzeniu nikt nawet nie mógł się skaleczyć, co to było? Zresztą nieważne, teraz powinienem mieć co innego na myśli... Zakręt...
Nagle telefon Bart'a zaczął dzwonić, jednocześnie wibrując, jednak zanim wyjął go z kieszeni to przestał. Na telefonie wyświetlił się napis: "Jedno połączenie nieodebrane od Pysia".
"To chyba sygnał, że jest już gotowa" - pomyślał Bart - "Za chwilę przyjadę...".
Bart minął jeszcze kilka zakrętów i znalazł się przed niewielkim domem z pięknym ogródkiem. Wjechał na podjazd dla samochodów, gdzie na chwilkę zaparkował swoją brykę. Wysiadając włączył alarm i podbiegł szybko do drzwi. Nacisnął dzwonek i przez chwilę go przytrzymał.
Minęła jednak minuta i nikt nie przyszedł mu na powitanie. Wydawało mu się to conajmniej dziwne, gdyż zawsze w domu Sary była co najmniej jedna osoba.
Zapukał do drzwi czekając aż ktoś mu otworzy. Jednak wcale się tego nie doczekał. Wytężył słuch, jak tylko mógł, po czym zamknął oczy i wyostrzył swój zmysł wyczuwania energii, który z każdym dniem stawał się coraz lepszy.
Nie zdziwiło go to, że ktoś był w domu. Przecież wiedział, że zawsze tu ktoś jest. Jednak jego umiejętności w wykrywaniu energii stały się naprawde dobre, potrafił nawet wyczytać co czuje dana osoba. Dlatego od razu zaczął wyczytywać energię Sary, którą wyczuł od razu w salonie.
Bała się. Strasznie się bała, tak jak jej młodszy brat i rodzice. Były tam też inne osoby, które odczuwały w tej chwili całkiem inne uczucia.
Jedna z nich była podniecona, inna nieco zdenerwowana. Ostatniej osobie ciężko było wyczytać co czuje, tak jakby wszystko było dla niej normalne.
"Boże, jeżeli istniejesz, to chce ci podziękować ze szczerego serca za to, że mam moc" - pomyślał Bart - "Moc, dzięki której mogę bronić tych, których kocham..."
Bart wyciągnął klucze, które dostał od swojej dziewczyny i wsadził jeden z nich do zamka w drzwiach. Przekręcił go i nacisnął na klamkę.
[center]***[/center]
- No, i jak poszło, Roksia? - zapytał Bobercik, gdy jego młodsza siostra wyszła podeszła do brata
- Były takie trudne pytania, ale chyba dobrze - powiedziała dziewczynka, po czym ziewnęła
- Relena się ucieszy - powiedział Bobercik - Przecież ona cie prawie wszystkiego nauczyła, teraz zostało nam tylko czekać na wyniki
Do Roksi podbiegła jakaś dziewczynka. Bobercik jej nie znał, widocznie była to jej koleżanka.
- Roksia, jak ci poszło? - zapytała
- Tak sobie, co robisz później? Pójdziemy się pobawić?
- Nom, ale jak tato mi pozwoli - powiedziała dziewczynka, po czym spojrzała na Bobercika - A kto to?
- Mój brat, Bobercik - powiedziała Roksia
- Dzień dobry! - zawołała dziewczynka - Nazywam się Kasia
- Dzień dobry Kasiu - powiedział Bobercik uśmiechając się - Też brałaś udział w konkursie?
Dziewczynka kiwnęła głową na tak, jednocześnie żując gumę.
- To trzymam za was kciuki - powiedział Bobercik
- Przepraszamy państwa za zwłokę, ale wreszcie sprawdziliśmy wszystkie prace - odezwał się głos prowadzącego przez głośniki - Prosimy zająć miejsca, a później przychodzić z opiekunami po nagrody. Na początek rozdane zostaną nagrody dla pierwszych trzech miejsc, a później nagrody pocieszenia.
Na sali zrobiło się w miarę cicho. Gdyby tutaj byli sami dorośli, bądź chociaż 13+ to byłaby to grobowa cisza, ale ciężko zabronić małym dzieciom cichych rozmów. One jeszcze nie bardzo to rozumią, poza tym wywarłoby to na nich tylko presję.
- Maksymalna ilość punktów wynosiła sto. Muszę przyznać, że byłem zdziwiony, gdyż wszystkie dzieci zdobyły conajmniej pięćdziesiąt, gratuluję - powiedział prowadzący - Jednak czas na ogłoszenie trzeciego miejsca. Tak więc, trzecie miejsce z liczbą osiemdziesięciu trzech punktów zajmuje... Kasia Raker!
Koleżanka Roksi natychmiast podbiegła do swoich rodziców i razem z nimi udała się do prowadzącego, gdzie ten wręczył jej dyplom i rodzicom podał nagrodę: konsolę Playstation Portable i jakąś książke naukową.
- Drugie miejsce, dzięki uzyskaniu osiemdziesięciu siedmiu punktów, zajmuje... Tomek Modry! - wygłosił prowadzący, patrząc jak chłopak podskakuje ze szczęścia i wraz z rodzicami podchodzi.
Podał ręke prowadzącemu, po czym odebrał dyplom i podniósł go wysoko pokazując wszystki.
- No, mamy tutaj małą gwiazdę... - powiedział prowadzący - Proszę, tutaj są nagrody...
Chłopak dostał konsolę gier Wii, wraz z dwoma kontrolerami o wyglądzie nunchaku, oraz dwie książki, jedną z nich był słownik języka angielkiego, a druga była to książka z rekodrami Guinessa, które, jak wierzyli organizatorzy, te dzieci będą kiedyś w stanie pobić.
Bobercik zbliżył się do Roksi szeptając jej na ucho: "Nagroda pocieszenia nie jest najgorsza, uda ci się następnym razem". Wtedy jego siostra uśmiechnęła się do niego.
- A teraz pierwsze miejsce... Łał, sensacja! Z ilością punktów równą dziewięćdziesiąt dziewięć, konkurs wygrywa... Roksia Bryan! - niemalże wykrzyczał mężczyzna, mający przyjemność ogłaszania wyników - Proszę tutaj o podejście wygranej wraz z opiekunem.
"Łał, Roksia, ładnie... Chyba nazwisko Bryan nie wydaje się nikomu podejrzane? " - pomyślał Bobercik - "W końcu musiałem sobie jakieś wymyślić...". Chłopak wstał, tak jak jego siostra i zaczęli iść w stronę prowadzącego. Gdy Roksia była tuż obok niego poprosiła, aby się na moment schylił i wyszeptała mu coś do ucha.
- tak... - mówił cicho - ... masz rację... Przepraszamy państwa, musimy nadać sprostowanie. Roksia Bryan nie zdobyła dziewięćdziesieciu dziewięciu punktów... Ale całe sto!
Na sali rozległy się brawa. Bobercik sam nie wierzył, w to, co się stało. "Jak ja byłem w jej wieku" - myślał - "To faktycznie byłem mądry, ale nie przesadzajmy...".
- Proszę, oto dyplom - powiedział podając kartkę papieru uśmiechniętej dziewczynce - I nagroda... Skuter, należy do ciebie. Dostajesz też książke o prawach ruchu drogowego i słownik języka obcego, tj. angielskiego.
[kilka chwil później, przed budynkiem w którym odbywał się konkurs]
Bobercik się śmiał w głos widząc jak Roksia wygrała nagrodę w konkursie na wiedzę, gdy wszyscy rodzice przechwalali się jakich oni to mądrych dzieci nie mieli. Chociaż sam był raz zdziwiony, gdy zobaczył jak dziewięcioletni bachor zrobił spodek latający... To było conajmniej szalone, ale cóż. Roksia nigdy nawet nie pokazywała jaka jest inteligentna, a tutaj zdobyła maksimum punktów...
Nagle przeszedł go dreszcz, poczuł dziwną, znajomą energię. Obrócił się.
- Hej, kope lat Bobercik - odezwał się Kris stojąc dosyć daleko, w świetle zachodzącego słońca
- Huh? - zdziwiła się Roksia, po czym spojrzała w stronę Kris'a natychmiast go poznając - Kropek!
- "Kropek"? - zdziwił się Kris - Roksiu, mów mi Kris
Zaczął podchodzić w stronę Bobercik'a. Miał znacznie większe mięśnie w porównaniu do tych, jakimi dysponował rok temu. Do tego zmienił nieco fryzurę, przyciął włosy, a część była postawiona jakby na żelu, chociaż Kris wcale ich tak nie stawiał, same się podniosły.
- K... Kris! - zawołał zdziwiony Bobercik - Co u ciebie? Faktycznie, dawno się nie widzieliśmy!
Chłopak jedynie się uśmiechnął.
- Mamy wiele tematów do rozmowy - powiedział Kris
- To może wpadniesz do mnie i pogadamy? - zapytał Bobercik
- Sorry, ale teraz nie mam czasu - powiedział Kris - Jutro rano, może być?
- W sumie powinienem iść do pracy... - ciągnął Bobercik - Ale mam jeszcze niewykorzystany dzień urlopu, wiedziałem, że się przyda!
- A tam, nie trać urlopu na mnie - powiedział Kris - Wpadnę dzisiaj, późnym wieczorkiem, o ile podasz mi swój adres...
- Jasne, trzymaj! - powiedział wyciągając kartkę i długopis. Napisał na nich adres, po czym podał kartkę staremu znajomemu
- To narazie - powiedział Kris - Cześć Roksia...
- Cześć! - odpowiedziała dziewczynka machając, gdy Kris poszedł w swoją stronę
"Nieco się zmienił od ostatniego spotkania" - pomyślał Bobercik - "To już chyba nie jest ten Kris, którego znałem. Mam nadzieję tylko, że zmienił się na lepsze..."
[center]***[/center]
- Wy, jako jedyni, dostaliście się do szkoły Ketsushin - odezwał się Adrian wchodząc do ogromnej sali, pełnej różnego rodzaju sprzętów.
Z jednego boku sali był składzik, z drugiego ściana, bardzo gruba z wymalowanymi różnego rodzaju znakami, jakby tarczami. Pośrodku ogromnej sali znajdował się jakby wymalowany ring. Przypominało to trochę dojo.
Naokoło wymalowanego, okrągłego ringu, siedzieli ludzie. Niektórzy gorączkowo rozglądali się wokół, widząc zawieszone na ścianach zbroje, miecze, łuki, topory i innego rodzaju rzeczy, które przydają się w walce.
- Mistrzu - odezwał się mężczyzna stojący obok wymalowanego ringu - Przez test przeszło szesnaście osób
- Aż szesnaście? - zapytał rozglądając się po tych, którzy chcieli należeć do tej szkoły walki - Całkiem dużo...
- Za kogo on się uważa? - zapytał szeptem Hektor swojego kolegę, Darka
- Cii - uciszył go towarzysz
- Ale on wygląda na zaledwie siedemnaście, może osiemnaście lat! - powiedział z oburzeniem Hektor
"I jest mistrzem? Przecież my jesteśmy o wiele starsi i silniejsi. Ja mam dwadzieścia trzy lata i uczestniczyłem już w treningu kilku szkół walki... Ale przecież są tutaj tacy, którzy są nawet mistrzami innych sztuk walk i zasłużyli sobie na to!" - pomyślał, po czym spojrzał na dosyć starego mężczyznę - "Na przykład pan Tsuya, ćwiczył przez ponad dwadzieścia pięć lat... A tutaj jakiś gówniarz będzie moim mistrzem?".
- Hej - powiedział Adrian - Ty, co tak ciągle mruczysz coś pod nosem...
- Hę? - zdziwił się Hektor, gdy zorientował się, że chodzi o niego
- Proszę, żebyś się tymczasowo uciszył - powiedział Adrian - Jeżeli coś ci przeszkadza, możesz wyjść
Mężczyzna wstał, z całych sił zaciskając pięści. Zaczął się trząść, z głową opuszczoną w dół. Nagle ją podniósł krzycząc.
- Po cholere były te testy!?! - wykrzyczał - Przez dwa tygodnie musiałem jakieś porąbane testy pisać i po co to było!?! Żeby jakiś bachor został moim mistrzem!?!
- Hej... Hej! - zawołał mężczyzna, który wcześniej zdał raport Adrianowi - Jak śmiesz tak odzywać się do mistrza - po czym ciszej dodał - Proszę, wybacz mu mistrzu, ukaraj mnie zamiast niego...
- Ehhh... - westchnął Adrian - Nie wiedziałem, że ktoś taki zda wszystkie testy... Dobra, w każdym razie powiem jedno, albo się uspokoisz i tutaj zostaniesz, albo stąd wyjdziesz i już nigdy nie będziesz mógł powrócić. Nawet nie dowiesz się jakie postępy robi twój kolega, który teraz nisko chyli głowę, wstydząc się za ciebie...
Hektor spojrzał na prawo - faktycznie, jego kolega, Darek, siedział ze skuloną głową wstydząc się za kolege.
Mężczyzna powoli usiadł spowrotem na swoje miejsce, tym razem był cicho.
- Zacznijmy więc - powiedział Adrian - Przeszliście przez wszystkie testy pisemne, teraz czeka was test sprawnościowy, zanim jednak to nastąpi musicie złożyć przyrzeczenie. Nie będzie to jednak żadne normalne oświadczenie.
Wyciągnął zza kimona kilkanaście kartek, które rozdał wszystkim, wcale się nie spiesząc. Natychmiast wszyscy zaczęli czytać umowę, którą dostali w ręce.
"Przyrzekam na swoje życie, że nigdy nie zdradzę tajemnic Ketsushin i wszystkiego co zabronią mistrzowie. Obiecuję zawsze przestrzegać praw Kodeksu i bronić innych, wykorzystując Ketsushin. Nigdy nie użyję Ketsushin dla własnych korzyści. W razie złamania przysięgi godzę się z tym, że staję się wrogiem Ketsushin i zostanę zabity."
- Możecie podpisać tą umowę - powiedział Adrian - Ale jeszcze nie jest za późno, możecie odejść. Jeszcze możecie. Później już nie będzie takiej okazji, dlatego przemyślcie to dobrze. Albo zostajecie wierni prawom Ketsushin, albo stąd wychodzicie. Prosty wybór...
- Mogę zadać pytanie? - odezwał się któryś z trzymających w ręku umowę
- Jasne - powiedział Adrian odwracając się w jego stronę
- Po co takie głupie umowy? - zapytał - Naprawde namęczyłem się na testach, czy to naprawde potrzebne?
- Tak - odpowiedział Adrian - Wszystko czego się nauczycie w tej szkole jest bardziej tajne, niż informacje, które ukrywa FBI, czy NASA. Nic z tego nie może ujrzeć światła dziennego. Wiecie co by się stało, gdyby ktoś zdradzał sekrety mafii? Mógłby się poparzyć, bardzo... Tak to właśnie działa.
- Dziękuję i przepraszam - powiedział mężczyzna podpisując się imieniem i nazwiskiem pod umową
"Przynajmniej ktoś normalny" - pomyślał Adrian - "Potrafi dziękować i przepraszać... To już jest sukces".
Jakiś mężczyzna rozejrzał się wokół, po czym wstał.
- Odchodzę - powiedział - Miło było was poznać, ale nie chce się mieszać w jakieś dziwne sprawy...
Mistrz kiwnął głową w stronę odchodzącego, po czym dalej rozglądał się po sali, po wszystkich siedzących wokół ringu.
- Faktycznie, to jakieś podejrzane - powiedział ktoś wstając - Też wolę się do tego nie mieszać, narazie! I powodzenia!
- Już jest czterynastu - powiedział Adrian - Troche dużo, liczyłem na pięciu, ale przeżyję. Czy to wszyscy? W takim razie chce zobaczyć wasze podpisy
Jakiś facet podchodził do każdego zabierając ich podpisane umowy. W pewnym momencie się zatrzymał, gdy zobaczył niepodpisaną kartkę.
- Pani nie wychodzi? - zapytał
- Sama nie wiem... - powiedziała - Może się jednak podpiszę...
Natychmiast wypełniła odpowiednie pole swoim imieniem i nazwiskiem, po czym oddała kartkę.
- Dobra - powiedział Adrian upewniwszy się, że wszystkie kartki są podpisane - Od tego momentu nie możecie zmienić decyzji, zaczyna się wasza nauka w Ketsushin. Proszę wszystkich o powstanie.
Natychmiast wszyscy wstali, wciąż ustawieni wokół ringu. Nie wiedzieli zupełnie co się teraz stanie, dlatego rozglądali się wokół.
- Proszę teraz wszystkich o wejście na trybuny i przyglądanie się temu, co będziecie umieć już za niedługo - powiedział Adrian, po czym nieco ciszej powiedział do swojego pomocnika - Herio, zawołaj Kino i powygłupiajcie się, tak na pokaz
- Nareszcie - powiedział mężczyzna uśmiechając się - Dzięki, mistrzu! KINO!!!
- Czego chcesz, ułomie? - odezwał się kobiecy głos zza drzwi wejściowych
- Eeeee, Kino... - powtórzył cicho Herio - Szybko...
Przez drzwi przeszła dosyć niska kobieta, miała chyba metr sześćdziesiąt trzy wzrostu, nie więcej, może nawet mniej. Nosiła długie słosy, które miała spięte gumką. Jedynie część czarnych włosów z podcinanej cyklicznie grzywki wisiało wolno.
Podeszła nie spiesząc się do swojego kolegi, ze szkoły Ketsushin, kręcąc biodrami. Była dosyć szczupła, a jednak miała czym kręcić. Dobry obserwator, czy też pierwszy lepszy zboczeniec, mógłby dostrzec też dosyć duże piersi, wystające nieco przez dekolt w specyficznym ubraniu treningowym.
- Aaaa, rekrutacja? - zapytała podchodząc do kolegi
- Tak, Mistrz chce, żebyśmy dali im pokazówkę... - powiedział Herio - Mogłabyś być łagodna?
- Kiedy ja dla ciebie nie byłam łagodna? - zapytała kobieta nazwana Kino
- Powiedz mi chociaż raz, kiedy byłaś! - mówił śmiejąc się Herio, po czym twarze obu spoważniały.
- Nie wypada teraz się śmiać - powiedział Herio - Pamiętasz co pomyśleliśmy, jak widzieliśmy pierwszą pokazówkę?
- Nie przypominaj mi... Niemalże umarłam na miejscu, ale liczy się tu i teraz - odpowiedziała Kino - Na miejsca...
Widownia, wraz z Adrianem, zasiadała już na trybunach, jednak ten wciąż prosił ich o zajęcie wygodnych pozycji, z nieznanych nikomu powodów.
- A dlaczego musimy siedzieć na trybunach, a nie przy ringu? - zapytał jeden z mężczyzn
Adrian spojrzał na niego, po czym zaczął chichotać. Wreszcie jednak uspokoił się i odpowiedział.
- Na takim małym ringu, to mogliby sobie co najwyżej w łapki zagrać, a oni mają wam pokazać co potrafią po kilku latach treningu
- A to coś trudnego? - zapytał ktoś inny. Adrian od razu odwrócił głowę w stronę rozmówcy - Salto, czy jakiś manewr?
- Hej, Herio! - zawołał Adrian z trybun - Pokaż salto, przed walką!
"No nie... Ten to zawsze musi mieć te swoje pomysły..." - przeleciało przez myśl wywołanemu
- Ale jakie? - zapytał - Zwykłe?
- Żartujesz!?! - odpowiedział ironicznie Adrian - Standardowy zwód taktyczny numer trzydzieści pięć!
"Że co?" - zdziwił się Hektor - "Mają jakieś numerowane manewry? Ciekawe co to będzie, salto w przód i przewrót w tył, czy co?".
- Mogę na początek zebrać energię? - zapytał Herio z dołu
- Ta - odpowiedział Adrian
Mężczyzna stojący tuż za ringiem podniósł nieco prawą ręke. Nagle jego ubranie zaczęło drżeć jakby wiał na nie wiatr. Po chwili opóścił ręke mówiąc "Już".
Uchylił się lekko, ugiął nogi. Wyprostował je szybko wyskakując na dwa metry do góry, jednocześnie robiąc obrót w przód. Gdy już wykonał pełen obrót, nagle odbił się, od niczego, robiąc obrót w tył i wybijając się jeszcze metr wyżej. Potem znów się odbił nogami skacząc w dół, jednocześnie gładko lądując na parkiecie, po czym od razu stanął na przeciw Kino.
- Czy on właśnie odbił się od powietrza? - zapytał ktoś zza Adriana
- On skoczył na trzy metry wysokości!?! - zdziwiła się jakaś kobieta
- Siedźcie cicho i patrzcie - powiedział Adrian - Możecie zaczynać!
[center]***[/center]
Zmęczony po ciężkim, codziennym, treningu wracał do swojego domu, zbudowanego swoimi własnymi rękami. W prawdzie nie była to wielka willa, ale nie można było tego zaliczyć też do malutkich chatek. Był to niewielki dom, w jakim przyszło mieszkać Honou, chłopakowi który trafił tutaj przez przypadek.
- Czekaj - usłyszał głos za sobą.
Powoli się obrócił, chociaż faktycznie dziwiła go jedna rzecz. Wogóle nie wyczuł niczyjej obecności... A jednak ktoś na niego czekał, albo go dogonił. Teraz nie było to ważne.
- Kim jesteś? - zapytał
- Pitti i można powiedzieć, że strażnikiem - odpowiedział chłopak - I dobrze wiem, że nie czujesz się tutaj najlepiej
Honou obrócił się beznamiętnie, nic nie odpowiadając. "Jakiś świr" - pomyślał
- Nie należysz do tego świata, musisz stąd iść - powiedział Pitti - Odesłać cie?
- Ale... Mój wymiar już nie istnieje! - powiedział Honou - Więc choćbym chciał, to...
- Skąd, istnieje - zaprzeczył wypowiedzi Honou młody mężczyzna - I ma się dobrze, bardzo dobrze
- Przecież sam widziałem jak...
- Mało widziałeś, ktoś był w stanie ocalić ten wymiar, wysłać mu twoje podziękowania, czy zrobisz to osobiście?
- Ja... Naprawde w to nie wierzę... Chciałbym...
- No cóż, mój błąd, nie wiem gdzie teraz jest, dlatego nie możesz mu podziękować, ale zrobię to w twoim imieniu
- Dziękuję - powiedział Honou - A teraz, jeśli możesz...
- Jasne, nie ruszaj się... - powiedział, gdy nad nimi pojawił się dwustronny topór, wyglądający jak kij z podwójnymi ostrzami przy obu końcach. Zaczął wirować tworząc swego rodzaju wyrwę w powietrzu, za którą widać było zupełnie inny wymiar. Nagle ta wciągła ich obu i zniknęła, tak jak topór.
[center]***[/center]
- Gotowa, Kino? - zapytał Herio
Stojąca naprzeciw kobieta kiwnęła głową na tak, po czym wszystko się zaczęło.
Herio szybko dobiegł do Kino, było to naprawdę błyskawiczne. Ludzie znajdujący się na trybunach ledwie zobaczyli, jak Herio mknie w stronę koleżanki.
Gdy znalazł się przy niej, ta odskoczyła i zrobiła piruet, jednocześnie kopiąc górą z obrotu. Herio się schylił i złapał przelatującą nad nim nogę.
- Burn! - zawołała Kino, gdy Herio złapał jej nogę
Nagle całego mężczyznę pokryły płomienie, jednak nie puścił Kino, całyczas trzymał ją mocno za nogę. Trzymając ją tak wyrzucił ją wysoko w powietrze.
- Relase! - zawołał, a wtedy wszystkie płomienie skupiły się w jego rękach i wystrzeliły w stronę wznoszącej się kobiety, jako słup ognia.
Ogromny słup płomieni przeleciał w mgnieniu oka, tylko Adrian i Herio zobaczyli, jak Kino szybko wystawiła ręce przed siebie szepcąc jakieś słowa. Słup nagle zaczął się rozbijać o niewidzialną barierę, po czym zniknął wogóle.
Kobieta wykonała podskok będąc w powietrzu, uniosła się przez to pod sam sufit.
- Boom! - zawołała wystawiajac ręce przed siebie
Z jej gładkich, kobiecych rąk wyleciała niewielka kulka, miała może minimetr promienia, jednak świeciła się bardzo jasno. Gdy odleciała ta kilka metrów od właścicielki, nagle wybuchła, stawiając całą salę w płomieniach.
Wszyscy na trybunach byli zbyt zdziwieni przebiegiem walki, by przejmować się o cokolwiek innego. Co po niektórzy bali się, że coś im się stanie i zaczęli cofać się powoli do tyłu.
- Nie bójcie się - powiedział Adrian obrócony do nich plecami - Ja dbam o wasze bezpieczeństwo, nie nadarmo przecież tytułują mnie "mistrzem".
- Oszukujesz! - zawołał Herio podnosząc się z podłogi. Całe jego ubranie było pokryte pyłem, przynajmniej to co zostało z jego ubrania - Dobrze wiesz, że jestem słaby w używaniu magii!
- A antyczarów nie znasz? - zapytała Kino spadając bardzo wolno w dół. Przebycie metra zajmowało jej około dwie sekundy, to jest dużo. Wyglądało to jakby przeczyła prawom grawitacji, jednak mimo wszystko wcale tak nie było.
- Ja ci dam antyczar! - zawołał Herio - Invisibility!
Nagle zaczął się rozpływać, po chwili zupełnie zniknął. Chociaż nikt nie wiedział, to cicho zakradał się w stronę Kino.
"Kiedy on się nauczył niewidzialności?" - zdziwiła się Kino
- Firewall! - zawołała Kino podnosząc prawą ręke do góry
Z jej ciała nagle wyleciały płomienie, okrążając ją ze wszystkich stron. Miało to zapewnić jej bezpieczeństwo wtedy, gdy Herio będzie niewidoczny dla oka. Przecież nie mógł jej zaatakować za zaporą.
- Laser beam - powiedział cicho z ukrycia Herio, wciąż nie zdradzając, gdzie jest.
Nagle płomienie znikły, a Kino upadła trzymając się za mocno krwawiący żołądek. Jej ciało było przebite na wylot.
- O cholera! - zawołał Herio wychodząc z ukrycia - Kino, przepraszam! Ja nie chciałem! Poniosło mnie! MISTRZU!!!
Adrian nagle pojawił się przy leżącej kobiecie. "Cholera, nie będzie łatwo..." - pomyślał widząc w jakim jest stanie, jednak wcale nie miał zamiaru dać jej umrzeć. Poza tym nieładnie by to wyglądało na takiej pokazówce...
- Regeneration - powiedział cicho nakładając ręce nad kobietę, po czym zasłabł i podtrzymał się ręką. Natychmiast Herio do niego podbiegł i pomógł mu stać, jednak Adrian wciąż opadał.
Wiedział, że ta technika zabiera okropnie ogromną dawkę energii, jednak ona była najbezpieczniejsza do użycia. Poza tym nie umiał jej na tyle dobrze, żeby używać ją za mniej energii, czy bardziej wydajnie. Musiał tak zrobić, niestety nie było z nim żadnego innego mistrza, a był jeszcze jeden mistrz, a raczej mistrzyni w tej szkole walki, a raczej specjalnej organizacji.
"Wiele myślałem o wszystkim, co się stało" - mówił do siebie w myślach Adrian patrząc na leżącą kobiete, której krew powoli zaczęła znów wpływać do jej ciała - "Wtedy, dostaliśmy jeszcze jedną szanse... Ktoś nas uratował, zamknął wszystkie czarne dziury, żebyśmy byli gotowi następnym razem... Właśnie dlatego... Dlatego będe się poświęcać, by przygotować ludzi do obrony przed tym, co może ich czekać... Po prostu muszę!"
Nagle skóra Kino zaczęła się zrastać, jednocześnie wszystkie narządy znów zaczynały normalnie funkcjonować. Nagle nabrała głęboko powietrze, jakby nie oddychała przez dłuższy czas, po czym zaczęła kasłać i płakać.
- Kino... - powiedział cicho Herio opuszczając głowę nisko w dół
[center]
Nacisnął klamkę i popchnął drzwi do środka. Zrobił krok do przodu, potem następny. Cisza. Jest zbyt cicho. Szybkim chodem wszedł do kuchni, gdzie cała rodzina była związana, a obok stali jacyć mężczyźni przystawiając rodzince noże do gardeł.
Jeden z nich, noszący czarne okulary wystąpił kilka kroków w stronę Bart'a.
- Hej Bart - powiedział - Pozdrowienia od Oren'a, który chce się z tobą widzieć
"Od Orena? Ale zaraz... Czy to nie był ten koleś, co Daegurth... Go zabił?" - zdziwił się Bart - "Też się zregenerował? Cholera..."
- A kto powiedział, że ja chce się z nim widzieć? - zapytał Bart
- Możemy po dobroci, albo... - ciągnął facet, gdy jego towarzysze docisnęli bardziej noże do gardeł całej rodziny - siłą, jak wolisz.
- Sara, zamknij oczy - powiedział Bart - I niech twoi rodzice i brat zrobią to samo. Proszę, posłuchajcie mnie...
Zauważył jak Sara, jej brat i rodzice zamykają oczy. Ulżyło mu, bardzo. Wiedział, że może teraz sobie poradzić, bez wzbudzania paniki.
- Życie to ciągła walka - odezwał się mężczyzna w czarnych okularach patrząc na Bart'a z góry - I nie ważne jaki jesteś silny, zawsze znajdzie się ktoś silniejszy.
"Cholera, on ma rację, ale nie wie jednego..." - pomyślał Bart
- Byłoby po mnie, gdybym nie trenował przez ten rok, z pewnością - odezwał się pewien siebie Bart uśmiechając się - Shetar!
Nagle w ręku Bart'a pojawił się miecz. Była to standardowa katana, przynajmniej na taką wyglądała. Ciął przed siebie, szybko i pewnie, jednak jego przeciwnik zdążył odskoczyć.
- Shetar kagemaiyo - powiedział cicho i beznamiętnie Saiyan
Nagle naokoło mężczyzny pojawiły się setki tysięcy niewielkich ostrzy, które pocięły go na niewielkie kawałeczki. "Nikt nie będzie mi się znęcał nad dziewczyną" - pomyślał Bart, gdy niewielkie ostrza rozcięły noże kolegów mężczyzny w okularach.
Saiyan szybko do nich doskoczył. Nawet nie wiedzieli, kiedy wyrzucił ich z domu. "Cholera... Poniosło mnie... Czyżbym złapał tego wirusa, co Daegurth wtedy? Ja mam taką chęć ich... Ich... NIe! NIE!" - złapał się nagle za głowę i zaczął rzucać na boki. Widział krew przed swoimi oczyma i czuł, że coś go piecze w całe ciało, a szczególnie w serce.
Nagle poczuł lekkie ukłucie w prawe ramię. Nie wiedział co to było, ale świat znów wrócił do normy. Rozejrzał się wokół - nikogo nie było. Uznał to za co najmniej dziwne, jednak musiał sprawdzić teraz, czy nic się nie stało Sarze i jej bliskim.
Wbiegł szybko do kuchni i zobaczył jak brat Sary siedzi z otwartymi szeroko oczyma, patrząc na Bart'a ze zdziwieniem i z pewnością, z przerażeniem. "Miał otwarte oczy..." - pomyślał Bart podchodząc do Sary i rozwiązując ją. Gdy to robił, brat Sary zaczął wrzeszczeć. Wtedy wszyscy natychmiast otwarli oczy.
Bart rozwiązał ich wszystkich, jednak młodszy brat Sary cały czas wrzeszczał, ilekroć Bart zbliżył się do niego. "Ładnie mu psyche zepsułem..." - pomyślał Bart - "Nastraszyłem przypadkiem dziecko... Ile to on miał lat? Osiem? To go chyba rozbroiło kompletnie... Przecież ja tamtego kolesia pociąłem na kawałeczki..."
Saiyan wiedział, że właśnie narobił sobie, i nie tylko sobie, bardzo wiele kłopotów. A tylko chciał pomóc... Gdyby go tylko wtedy nie poniosło, to wszystko byłoby wporządku...
[center]***[/center]
Nagłe trzęsienie ziemi oderwało Dyninia od nauki, natychmiast wybiegł z pokoju, jednak to wciąż trwało i nie przestawało. Co ważniejsze, było coraz mocniejsze i nawet potężny podmuch wiatru zaczął wybijać szyby okien, po kolei. Niespodziewanie oderwał się dach domu i nagle wszystko ustało.
- Co to było!?! - zawrzeszczał Dyninio - Wszyscy w porządku? Małgorzata, co u ciebie?
- Jestem cała! - zawołała dziewczyna dobiegając do swojego chłopaka, który pewnie przytulił ją do siebie lewą ręką.
- Nieważne co to jest, obronię cie - powiedział Dyninio
"Wiem" - pomyślała Małgorzata uśmiechając się, po czym zrzedniała nieco - "Ale kto obroni ciebie?"
- Relena, a co u ciebie!?! - zawołał Dyninio.
Jednak nie doczekał się odpowiedzi, poprosił więc Małgorzatę, by poczekała chwilkę i zaczął szukać Releny.
Nie było to wcale łatwe, mimo, że bardzo dobrze opanował wykrywanie energii, to jej stan jej energii był tak niski, że z ledwością ją wykrył.
Wbiegł natychmiast do pokoju, potężnym uderzeniem rozerwał szafę na strzępy. Tuż pod nią była Relena. Nie wyglądała za dobrze. "Cholera!" - pomyślał Dyninio sprawdzając co się stało.
Jak wywnioskował, jedynie złamała nogę i straciła przytomność, ale zapobiegawczo natychmiast poleciał z nią do szpitala. Dosłownie poleciał, szybko i pewnie wziął ją w ramiona, po czym powiedział Małgorzacie, że musi ją zanieść do szpitala.
W pośpiechu wyleciał z domu, miał łatwo, bo nie było dachu, zmierzając w stronę szpitala.
Koniec odcinka pierwszego...
W następnym odcinku:
- Macie pecha - odezwał się chłopak w czarnym płaszczu, z dziwną maską na twarzy, pokrytą setkami różnych wzorów, w wielu kolorach. Znad maski wystawały włosy, u obu chłopaków miały kolor biały - Bo wspaniali Ken i Ryu są tutaj!
Wszyscy napadający na bank zachichotali, po czym wystawili w stronę dwóch przebierańców bronie.
- Niezły żart - powiedział jeden z zamaskowanych - Ale dzieciom nie przystoi się tak bawić, na ziemię!
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się drugi chłopak, z nieco inną maską
***
- Ja... Jak to, coś tutaj przyleciało? - zdziwił się Herio - Skąd!?!
- Nasi zwiadowcy, mówią, że spadło z nieba - powiedział Adrian - Czyli są to obcy, ale jakie mają zamiary? Musimy to dokładniej zbadać...
***
- Bart - powiedziała Sara - Jeszcze nie miałam okazji ci podziękować... Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pewna, że to ty nas uratowałeś wczoraj... Tylko dlaczego Kamilek nie odzywa się ani słowem, jakby stracił głos?
Saiyan opuścił głowę nisko. Czuł się naprawde podle, przez niego brat jego dziewczyny cierpiał, okropnie cierpiał. Ostatnio widział, jak wystraszył się zwykłego wrzasku na ulicy.
***
- Kris! - zawołał Bobercik widząc, jak ten ugina się otrzymując kolejną serię uderzeń
- Mówiłem ci, żebyś stąd spadał? - zapytał spokojnie Kris, gdy nagle w jego ręce pojawił się miecz. Jak zwykle idealnie lśnił i widniała wokół niego jasno-niebieska aura, a powietrze było orzeźwiające. - No, już, masz chyba co robić, no nie?
Bobercik jeszcze raz spojrzał w stronę kolegi, po czym kiwnął głową na tak, nagle chmura kurzu wystrzeliła w powietrze, a Bobercik zniknął.
"Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że bez problemu sobie poradzisz? Albo, że się wygłupiasz?" - pomyślał Bobercik lecąc z ogromną prędkością
I wiele więcej!!!
- Mark! - zawołała głośno nauczycielka, widząc jak chłopak śpi na ławce
Ten powoli się podniósł ziewając. Potrząsł głową i natychmiast wstał.
- Przepraszam panią, zasłabłem - powiedział Mark niezadowolony z tego, że zasnął
- Żeby mi to było ostatni raz - skomentowała nauczycielka - Siadaj, więc wracając do tematu...
"Taki ładny dzień, a ja muszę w szkole siedzieć... Po co ja się na to godziłem?" - pomyślał Mark - "Ciekawe co robią inni? No i jak się uczą, w końcu wszyscy nadrabiają zaległości..."
Wyjrzał przez okno, siedział w pierwszym rzędzie od okna, więc nie było to trudne. Spojrzał na chmury, które ciągnęły się wysoko na niebie.
- ... pokazuje to jaki bezsilny wobec fatum był człowiek w starożytności - ciągła nauczycielka - Los był rzeczą ustaloną z góry, nie dało się go zmienić...
"Jakby mnie to wogóle interesowało, co sobie myśleli kiedyś..." - pomyślał ziewając Mark - "Ahhhh, zagrałbym sobie w piłkę nożną..."
[dwa dni wcześniej]
- Hej, patrzcie, to jest Mark! - zawołał jakiś piłkarz z boiska
- Mark! Mark! - zaczęli wołać całą drużyną kolegę
Chłopak obrócił głowę w ich stronę i się uśmiechnął. Zaczął iść w ich stronę trzymając plecak jedną ręką na ramieniu. Wreszcie do nich doszedł, a ci się na niego rzucili zaczynając go obijać.
- Gdzieś ty był, palancie!?! - zawołał jeden
- Dzwoniliśmy po ciebie, a cie nie ma! - powiedział drugi
Wreszcie dali Mark'owi odetchnąć, otrzepał ubranie i wyprostował się.
- Miałem coś do załatwienia, ale teraz jestem wolny - powiedział - A co?
- Zagrasz z nami? - zapytał Robert, kapitan szkolnej drużyny, który zawsze chciał zobaczyć jak Mark gra w piłkę nożną
- W piłkę nożną? Bo ja wiem... - odpowiedział Mark zastanawiając się głęboko
Wiedział, że nigdy nie grał w tą gre, chociaż często kopał piłkę, to nie grał na poważnie. Do tego mógłby przypadkiem zdradzić, że jest nieco inny od reszty drużyny...
- Zgoda - powiedział nagle
"A co mi tam!" - pomyślał
[chwilę później]
- Hej, ten strój leży na tobie idealnie! - zawołał Robert
- Barwy naszej drużyny ci pasują - odezwał się podchodząc trener
- Panie trenerze! - zawołał Robert - My nie wiedzieliśmy, że...
- Nie ma sprawy, grajcie - powiedział trener - Sprawdzicie jak mały gra
Trener usiadł na ławce obok boiska i czekał cierpliwie.
- Dobra, na jakiej pozycji chciałbyś zagrać Mark? - zapytał Robert
- Zostań ze mną na obronie - wyszeptał do ucha Mark'owi jego kolega z ławki w szkole, Eryk
- Nie wiem... Może pomoc? - zapytał Mark
- Może być, to do roboty, panowie na pozycje i gramy! - zawołał Robert
Kickoff, czyli wykop piłki. Mark patrzył, jak kapitan Robert podaje piłkę do gracza obok siebie i wtedy się zaczęło. Bieg do przodu, Robert tuż za kolegą z drużyny, gotowy na przyjęcie piłki w każdej chwili.
- Sprawdzimy Mark'a? - zapytał Robert biegnąc
- Jasne, First things first! - odpowiedział Wiktor, napastnik drużyny, lekko wycofując piłkę, która wpadła idealnie pod nogi Robert'a.
- Mark! - zawołał Robert obracając się, po czym zażartował - Masz i strzel bramkę!
Kopnął piłkę, a ta precyzyjnie upadła metr od Mark'a, po czym lekko się odbiła lądując przy jego nogach.
"Strzelić bramkę, tak?" - zastanawiał się Mark stojąc w miejscu - "Może trochę się powygłupiam? A co mi tam!".
Ruszył powoli przed siebie idealnie prowadząc piłkę. Wtedy dwóch pomocników dróżyny przeciwnej wybiegło mu na przeciw. Rozejrzał się wokół siebie, zobaczył kolegę z drużyny, niekrytego. Już miał podawać, gdy usłyszał jak któryś z pomocników naprzeciwko niego mówi: "Patrz, boi się kiwać". Wtedy uśmiechnął się łapiąc piłkę obiema nogami. Lewą nogę położył przed piłką, zaś prawą docisnął nadlatującą piłkę do nogi. Po chwili podniósł prawą nogę, a następnie lewą nieco do góry, odchylając do tyłu nogi.
Piłka posłusznie wykonała chciany manewr. Uniosła się w powietrze i przeleciała nad głową Mark'a, kompletnie dezorientując wszystkich zawodników, a następnie Mark przyjął ją, gdy spadała. Żaden z pomocników nie zabrał mu piłki, więc biegł dalej. Teraz naprzeciw niego stanął obrońca, który już wcale nie zamierzał się wygłupiać. Podbiegł do Marka i zaczął blokować mu wszystkie możliwości podania szybkimi ruchami nóg, zastawiając tor lotu piłki. Wtedy Mark obrócił się do niego plecami, położył prawą nogę na piłce i na moment na niej stanął. Gdy jeszcze się unosił kopnął piętą u lewej nogi piłkę, która przeleciała między nogami obrońcy, a następnie doleciała prosto pod nogi Robert'a.
"Dobry jest, w takim razie ja też się popiszę" - pomyślał kapitan drużyny podbijając piłkę do góry, nieco nad głowę. Skoczył i kopnął z przewrotki, jednak nie był to strzał, a podanie do Eryk'a, który tylko przebiegł ostatniego obrońcę i został sam na sam z bramkarzem. Wtedy wysunął sobie lekko piłkę, a następnie dobiegł do niej. Chciał kopnąć w prawe okno bramki, ale tego nie zrobił. W momencie, gdy już miał kopać wysunął piłkę jeszcze raz. Wtedy bramkarz rzucił się chcąc obronić piłkę, przed wpadnięciem w okno. I zobaczył jak Eryk powoli wchodzi do bramki z piłką przy nogach.
"No, ładnie" - pomyślał trener - "Wygląda na to, że ten Mark wcale nie gra najgorzej... Rozumiem okiwanie dwóch pomocników, którzy są tutaj na okresie próbnym, ale na obronie był stały zawodnik, najlepszy obrońca w drużynie. Chyba przyjmę do na okres próbny..."
- Mark, mógłbyś nam powiedzieć co takiego interesującego się dzieje za tym oknem? - zapytała nauczycielka wyprowadzając chłopaka z transu
"Właśnie fatum dostaje baty" - chciał odpowiedzieć, ale się powstrzymał. Poza tym zobaczył coś dziwnego...
- Tam chyba... O cholera, samolot spada! - zawołał Mark wstając z miejsca i przylepiając się do okna
- Jak to... Samolot spada!?! - zdziwiła się nauczycielka
- Leci w stronę szkoły! - zawołał Mark - Trzeba się pospieszyć!
Nauczycielka doszła do okna i spojrzała przez nie, zobaczyła w oddali, na niebie niewielką kropkę, za którą ciągnął się czarny dym.
- To ma być ten twój samolot? - zapytała młoda nauczycielka, która z trudem go widziała - Ja tam nic nie widzę, Mark, nie wygłupiaj się, bo dostaniesz uwagę.
Mark szybko wyciągnął telefon z kieszeni i wstukał numer.
- Co ty robisz Mark, nie wolno używać telefonów na lekcji - powiedziała polonistka - Oddaj go, odbierzesz go pod koniec roku z osobą pełnoletnią
- Cicho, zajęty jestem - powiedział Mark podchodząc pod koniec sali
- Halo, Radek? - zapytał Mark przez telefon
- Tak - odpowiedział cichy głos - Sorry, ale nie mogłem dzisiaj przyjść do szkoły...
- Nie o to chodzi! - zawołał Mark - Za chwilę samolot rozpier....
Obejrzał się wokół, widząc, że wszyscy na niego się patrzą.
- Samolot spada na szkołę! Trzeba szybko coś zrobić, a ja jestem na lekcji... - powiedział Mark
- Nauczycielka cie nie upomina, że dzwonisz? - zapytał Radek
- To nie jest cholera zabawa! Zaraz pasażerski wbije się w szkołę lub okolicę, idziesz, czy nie? - zapytał Mark
- No dobra, już... - powiedział Radek - A co ty się tak burzysz?
- Wiesz jakie będe miał później problemy? Właśnie przerwałem lekcje polskiego - powiedział Mark - Bez odbioru
Wszyscy w klasie przylegli do okien widząc, że punkt na niebie się powiększa i zaczyna nabierać kształtu samolotu. Nagle pod szkołą pojawiła się jakaś postać w płaszczu z kapturem. Schyliła się, po czym wybiła wysoko w powietrze zmierzając na spotkanie spadającemu samolotowi.
- Kto to był? - rozległ się szum w sali
Było już słuchać wyraźny dźwięk wydawany przez bomby, czy inne rzeczy, gdy spadają.
"Cholera, musiał akurat spadać na szkołę..." - pomyślał Mark - "Tak to bym się nie przejmował... Ale na szkołę? Nie przesadzajmy, przecież pilot starałby się wyminąć i co? Uderzyłby na boisko? Co innego, jak na pola, albo autostradę... Radek, dzięki".
[center]***[/center]
- ... wszyscy pasażerowie mówią o zakapturzonej postaci, która ocaliła im życie - odezwała się reporterka telewizyjna - Zaraz porozmawiamy z jednym z nich
Kobieta podbiegła do jednego z ludzi, przedzierając się przez tłum. Wreszcie dostała się blisko niego i podłożyła mu mikrofon blisko ust.
- Dzień dobry, telewizja TV X, co może pan powiedzieć o tym, co tutaj się stało? - zapytała kobieta
Mężczyzna westchnął zamykając oczy, po czym je otworzył.
- To prawdziwy cud, że żyję - zaczął - Wszystko działo się tak szybko, że ciężko jest spamiętać szczegóły. Jednak jednego jestem pewien, gdyby nie ta zakapturzona postać, to byłoby po mnie!
- Może pan coś więcej o niej powiedzieć? - zapytała reporterka - Co dokładniej zrobił, jak się zachowywał?
- Poprosił tylko o spokój i, choć wydaje się to niewiarygodne, podniósł statek! - powiedział mężczyzna - Nigdy nie uwierzyłbym w takie rzeczy, ale on nas postawił na ziemi! Proszę spojrzeć, samolot niemógłby tutaj wylądować!
Teren faktycznie był w miarę prosty, jednak to opuszczone boisko nie nadawało się do lądowania, gdyż brakłoby conajmniej dziesięć takich by zahamować. A samolot leżał idealnie prosto, dokładnie jakby go ktoś tam "posadził".
- Czyżby na tym świecie działy się rzeczy o których nie wiemy? - zapytała reporterka do kamery - Będziemy w stałym kontakcie ze studiem i gdy tylko dowiemy się czegoś więcej, natychmiast o tym powiemy. Dla telewizji TV X, Bożena Delekt
Kamerzysta coś ponaciskał przy kamerze, po czym dał znak, że już nie są na wizji. Wtedy reporterka odetchnęła z ulgą, po czym obróciła się za siebie.
- To naprawde niewiarygodne... Przyjrzyjcie się, jak ten samolot leży - powiedziała reporterka opuszczając mikrofon - Pół metra przed nim jest skrzynka, a metr za nim ściana. Nie wydaje mi się, że nawet najlepszy pilot by mógł tak wylądować.
- Ta - potwierdził kamerzysta opuszczając obiektyw - Poszperajmy tu jeszcze, może czegoś się dowiemy
- Ale telewizji się zebrało... - powiedział Radek do Mark'a
- No, niby tylko głupi samolot, a taka afera - powiedział Mark
- Wiesz co, lepiej stąd spadaj, miałeś być w szkole, no nie? - zapytał Radek
- Niby tak, ale mam przerwę - odpowiedział - Jeszcze dwie minuty z hakiem...
- Apropo, co dzisiaj bierzecie, coś fajnego? - zapytał Radek
- Weź nie pytaj, dobrze, że nie łazisz narazie do budy... - odpowiedział Mark - Dobra, to narazie, spadam...
Mark zaczął biegnąć w stronę szkoły, zniknął Radkowi z oczu tuż za rogiem.
"Wcale nie najgłupszy pomysł" - zastanawiał się Radek - "Wyszyłbym sobie strój i byłbym superbohaterem! Takim jak ci z telewizji, byłoby fajnie... Szczególnie kiedy Rauko by się dowiedział, że to ja... A tam, załatwie to z Mark'iem i może coś z tego będzie".
[center]***[/center]
"Dobra, koniec z tym dziadostwem!" - pomyślał Bart odkładając stertę książek - "Wreszcie mogę wykonać ten telefon!". Słońce chyliło się już ku zachodowi, Bart podrapał się po głowie uświadamiając sobie, że trochę się zasiedział przy tych książkach, które wcześniej wogóle go nie interesowały.
Podszedł powoli do biurka, na którym leżała jego komórka. Wziął ją w ręke i wyszukał numeru. Wreszcie znalazł to czego szukał, zatrzymał się na wpisie "Pysia" i nacisnął zieloną słuchawkę.
"Odbierz, odbierz..." - myślał gorączkowo trzymając telefon lekko w dłoni.
- Słucham? - odezwał się łagodny, kobiecy głos ze słuchawki w telefonie
- Cześć Sara - powiedział Bart robiąc krótką przerwę, zanim mówił dalej - To jak, idziemy? Przyjeżdżać po ciebie?
- A za ile będziesz? - zapytała Sara
- Dla ciebie nawet już - odpowiedział Bart - Dasz mi dziesięć minut na dojazd?
- Dobra, to za dziesięć minut, czekam
Słychać było charakterystyczny dźwięk dla zakończenia rozmowy, powtarzające się sygnały.
Saiyan szybko otworzył szufladkę u szafki i wyciągnął z niej kluczyki, telefon schował do kieszeni i po chwili już był w garażu. A tam czekał na niego jego wóz.
Czarne ferrari F50 czekało cierpliwie na swojego właściciela. Było to prawdziwe cacko, poza tym na całym świecie było zaledwie 251 modeli tego samochodu. Bart kupił go od jakiegoś bogacza, nie interesował go sprzedający, ale samochód. Mimo wszystko był bardzo drogi i Bart nigdy nie przyznał się ile kosztował, a tym bardziej skąd wziął pieniądze. Chociaż to drugie było raczej oczywiste.
Tuż po wydarzeniach sprzed roku stał się ikoną, pracował niemalże za darmo, czując się winnym wszystkim szkodom, jakie wyrządził Drake. Wiedział, że to nie była jego wina, ale wciąż nie czuł się z tym dobrze. Dlatego darmowo pomagał innym, później dzięki temu dostał bardzo wiele przywilejów, a także dobrą pracę, do której uczęszczał dwa razy w tygodniu, w weekendy.
Wyciągnął z kieszeni kluczyki i wyłączył alarm przy pomocy specjalnego przycisku dołączonego do kluczy. Gdy spojrzał tuż obok Ferrari, zobaczył swój ukochany moto-cross i kask, uśmiechnął się przypominając sobie jak się bawił, gdy ostatnio nim jeździł. Jednak na moment zrobił dziwny grymas twarzy wspominając upadek na twarz. A jak trudno później było wyjaśnić kolegom i koleżankom, że nic mu nie jest...
Otwarł drzwi swojego wozu i wsiadł do środka wsadzając kluczyki do stacyjki. Samochód odpalił za pierwszym pociągnięciem, gdy jednocześnie Bart nacisnął przycisk otwierający garaż. Zanim ten otworzył się do końca, on już wyjechał, wiedział, że samochód się zmieści, a nie chciało mu się czekać. Nacisnął przycisk, a garaż zaczął się zamykać.
Zaraz po sprawdzeniu, czy droga jest pusta, skręcił w lewo. Kierownicę trzymał lewą ręką, prawą poprawił sobie włosy patrząc w lusterko. Był nieco senny, może to stąd wzięły się te nagłe myśli?
- Ja wciąż nie jestem pewien kim on był i dlaczego nam pomógł? - zapytał się w myślach Bart - Do tego zrobił to tak szybko i idealnie... Przez pierwszy dzień po tym wydarzeniu nikt nawet nie mógł się skaleczyć, co to było? Zresztą nieważne, teraz powinienem mieć co innego na myśli... Zakręt...
Nagle telefon Bart'a zaczął dzwonić, jednocześnie wibrując, jednak zanim wyjął go z kieszeni to przestał. Na telefonie wyświetlił się napis: "Jedno połączenie nieodebrane od Pysia".
"To chyba sygnał, że jest już gotowa" - pomyślał Bart - "Za chwilę przyjadę...".
Bart minął jeszcze kilka zakrętów i znalazł się przed niewielkim domem z pięknym ogródkiem. Wjechał na podjazd dla samochodów, gdzie na chwilkę zaparkował swoją brykę. Wysiadając włączył alarm i podbiegł szybko do drzwi. Nacisnął dzwonek i przez chwilę go przytrzymał.
Minęła jednak minuta i nikt nie przyszedł mu na powitanie. Wydawało mu się to conajmniej dziwne, gdyż zawsze w domu Sary była co najmniej jedna osoba.
Zapukał do drzwi czekając aż ktoś mu otworzy. Jednak wcale się tego nie doczekał. Wytężył słuch, jak tylko mógł, po czym zamknął oczy i wyostrzył swój zmysł wyczuwania energii, który z każdym dniem stawał się coraz lepszy.
Nie zdziwiło go to, że ktoś był w domu. Przecież wiedział, że zawsze tu ktoś jest. Jednak jego umiejętności w wykrywaniu energii stały się naprawde dobre, potrafił nawet wyczytać co czuje dana osoba. Dlatego od razu zaczął wyczytywać energię Sary, którą wyczuł od razu w salonie.
Bała się. Strasznie się bała, tak jak jej młodszy brat i rodzice. Były tam też inne osoby, które odczuwały w tej chwili całkiem inne uczucia.
Jedna z nich była podniecona, inna nieco zdenerwowana. Ostatniej osobie ciężko było wyczytać co czuje, tak jakby wszystko było dla niej normalne.
"Boże, jeżeli istniejesz, to chce ci podziękować ze szczerego serca za to, że mam moc" - pomyślał Bart - "Moc, dzięki której mogę bronić tych, których kocham..."
Bart wyciągnął klucze, które dostał od swojej dziewczyny i wsadził jeden z nich do zamka w drzwiach. Przekręcił go i nacisnął na klamkę.
[center]***[/center]
- No, i jak poszło, Roksia? - zapytał Bobercik, gdy jego młodsza siostra wyszła podeszła do brata
- Były takie trudne pytania, ale chyba dobrze - powiedziała dziewczynka, po czym ziewnęła
- Relena się ucieszy - powiedział Bobercik - Przecież ona cie prawie wszystkiego nauczyła, teraz zostało nam tylko czekać na wyniki
Do Roksi podbiegła jakaś dziewczynka. Bobercik jej nie znał, widocznie była to jej koleżanka.
- Roksia, jak ci poszło? - zapytała
- Tak sobie, co robisz później? Pójdziemy się pobawić?
- Nom, ale jak tato mi pozwoli - powiedziała dziewczynka, po czym spojrzała na Bobercika - A kto to?
- Mój brat, Bobercik - powiedziała Roksia
- Dzień dobry! - zawołała dziewczynka - Nazywam się Kasia
- Dzień dobry Kasiu - powiedział Bobercik uśmiechając się - Też brałaś udział w konkursie?
Dziewczynka kiwnęła głową na tak, jednocześnie żując gumę.
- To trzymam za was kciuki - powiedział Bobercik
- Przepraszamy państwa za zwłokę, ale wreszcie sprawdziliśmy wszystkie prace - odezwał się głos prowadzącego przez głośniki - Prosimy zająć miejsca, a później przychodzić z opiekunami po nagrody. Na początek rozdane zostaną nagrody dla pierwszych trzech miejsc, a później nagrody pocieszenia.
Na sali zrobiło się w miarę cicho. Gdyby tutaj byli sami dorośli, bądź chociaż 13+ to byłaby to grobowa cisza, ale ciężko zabronić małym dzieciom cichych rozmów. One jeszcze nie bardzo to rozumią, poza tym wywarłoby to na nich tylko presję.
- Maksymalna ilość punktów wynosiła sto. Muszę przyznać, że byłem zdziwiony, gdyż wszystkie dzieci zdobyły conajmniej pięćdziesiąt, gratuluję - powiedział prowadzący - Jednak czas na ogłoszenie trzeciego miejsca. Tak więc, trzecie miejsce z liczbą osiemdziesięciu trzech punktów zajmuje... Kasia Raker!
Koleżanka Roksi natychmiast podbiegła do swoich rodziców i razem z nimi udała się do prowadzącego, gdzie ten wręczył jej dyplom i rodzicom podał nagrodę: konsolę Playstation Portable i jakąś książke naukową.
- Drugie miejsce, dzięki uzyskaniu osiemdziesięciu siedmiu punktów, zajmuje... Tomek Modry! - wygłosił prowadzący, patrząc jak chłopak podskakuje ze szczęścia i wraz z rodzicami podchodzi.
Podał ręke prowadzącemu, po czym odebrał dyplom i podniósł go wysoko pokazując wszystki.
- No, mamy tutaj małą gwiazdę... - powiedział prowadzący - Proszę, tutaj są nagrody...
Chłopak dostał konsolę gier Wii, wraz z dwoma kontrolerami o wyglądzie nunchaku, oraz dwie książki, jedną z nich był słownik języka angielkiego, a druga była to książka z rekodrami Guinessa, które, jak wierzyli organizatorzy, te dzieci będą kiedyś w stanie pobić.
Bobercik zbliżył się do Roksi szeptając jej na ucho: "Nagroda pocieszenia nie jest najgorsza, uda ci się następnym razem". Wtedy jego siostra uśmiechnęła się do niego.
- A teraz pierwsze miejsce... Łał, sensacja! Z ilością punktów równą dziewięćdziesiąt dziewięć, konkurs wygrywa... Roksia Bryan! - niemalże wykrzyczał mężczyzna, mający przyjemność ogłaszania wyników - Proszę tutaj o podejście wygranej wraz z opiekunem.
"Łał, Roksia, ładnie... Chyba nazwisko Bryan nie wydaje się nikomu podejrzane? " - pomyślał Bobercik - "W końcu musiałem sobie jakieś wymyślić...". Chłopak wstał, tak jak jego siostra i zaczęli iść w stronę prowadzącego. Gdy Roksia była tuż obok niego poprosiła, aby się na moment schylił i wyszeptała mu coś do ucha.
- tak... - mówił cicho - ... masz rację... Przepraszamy państwa, musimy nadać sprostowanie. Roksia Bryan nie zdobyła dziewięćdziesieciu dziewięciu punktów... Ale całe sto!
Na sali rozległy się brawa. Bobercik sam nie wierzył, w to, co się stało. "Jak ja byłem w jej wieku" - myślał - "To faktycznie byłem mądry, ale nie przesadzajmy...".
- Proszę, oto dyplom - powiedział podając kartkę papieru uśmiechniętej dziewczynce - I nagroda... Skuter, należy do ciebie. Dostajesz też książke o prawach ruchu drogowego i słownik języka obcego, tj. angielskiego.
[kilka chwil później, przed budynkiem w którym odbywał się konkurs]
Bobercik się śmiał w głos widząc jak Roksia wygrała nagrodę w konkursie na wiedzę, gdy wszyscy rodzice przechwalali się jakich oni to mądrych dzieci nie mieli. Chociaż sam był raz zdziwiony, gdy zobaczył jak dziewięcioletni bachor zrobił spodek latający... To było conajmniej szalone, ale cóż. Roksia nigdy nawet nie pokazywała jaka jest inteligentna, a tutaj zdobyła maksimum punktów...
Nagle przeszedł go dreszcz, poczuł dziwną, znajomą energię. Obrócił się.
- Hej, kope lat Bobercik - odezwał się Kris stojąc dosyć daleko, w świetle zachodzącego słońca
- Huh? - zdziwiła się Roksia, po czym spojrzała w stronę Kris'a natychmiast go poznając - Kropek!
- "Kropek"? - zdziwił się Kris - Roksiu, mów mi Kris
Zaczął podchodzić w stronę Bobercik'a. Miał znacznie większe mięśnie w porównaniu do tych, jakimi dysponował rok temu. Do tego zmienił nieco fryzurę, przyciął włosy, a część była postawiona jakby na żelu, chociaż Kris wcale ich tak nie stawiał, same się podniosły.
- K... Kris! - zawołał zdziwiony Bobercik - Co u ciebie? Faktycznie, dawno się nie widzieliśmy!
Chłopak jedynie się uśmiechnął.
- Mamy wiele tematów do rozmowy - powiedział Kris
- To może wpadniesz do mnie i pogadamy? - zapytał Bobercik
- Sorry, ale teraz nie mam czasu - powiedział Kris - Jutro rano, może być?
- W sumie powinienem iść do pracy... - ciągnął Bobercik - Ale mam jeszcze niewykorzystany dzień urlopu, wiedziałem, że się przyda!
- A tam, nie trać urlopu na mnie - powiedział Kris - Wpadnę dzisiaj, późnym wieczorkiem, o ile podasz mi swój adres...
- Jasne, trzymaj! - powiedział wyciągając kartkę i długopis. Napisał na nich adres, po czym podał kartkę staremu znajomemu
- To narazie - powiedział Kris - Cześć Roksia...
- Cześć! - odpowiedziała dziewczynka machając, gdy Kris poszedł w swoją stronę
"Nieco się zmienił od ostatniego spotkania" - pomyślał Bobercik - "To już chyba nie jest ten Kris, którego znałem. Mam nadzieję tylko, że zmienił się na lepsze..."
[center]***[/center]
- Wy, jako jedyni, dostaliście się do szkoły Ketsushin - odezwał się Adrian wchodząc do ogromnej sali, pełnej różnego rodzaju sprzętów.
Z jednego boku sali był składzik, z drugiego ściana, bardzo gruba z wymalowanymi różnego rodzaju znakami, jakby tarczami. Pośrodku ogromnej sali znajdował się jakby wymalowany ring. Przypominało to trochę dojo.
Naokoło wymalowanego, okrągłego ringu, siedzieli ludzie. Niektórzy gorączkowo rozglądali się wokół, widząc zawieszone na ścianach zbroje, miecze, łuki, topory i innego rodzaju rzeczy, które przydają się w walce.
- Mistrzu - odezwał się mężczyzna stojący obok wymalowanego ringu - Przez test przeszło szesnaście osób
- Aż szesnaście? - zapytał rozglądając się po tych, którzy chcieli należeć do tej szkoły walki - Całkiem dużo...
- Za kogo on się uważa? - zapytał szeptem Hektor swojego kolegę, Darka
- Cii - uciszył go towarzysz
- Ale on wygląda na zaledwie siedemnaście, może osiemnaście lat! - powiedział z oburzeniem Hektor
"I jest mistrzem? Przecież my jesteśmy o wiele starsi i silniejsi. Ja mam dwadzieścia trzy lata i uczestniczyłem już w treningu kilku szkół walki... Ale przecież są tutaj tacy, którzy są nawet mistrzami innych sztuk walk i zasłużyli sobie na to!" - pomyślał, po czym spojrzał na dosyć starego mężczyznę - "Na przykład pan Tsuya, ćwiczył przez ponad dwadzieścia pięć lat... A tutaj jakiś gówniarz będzie moim mistrzem?".
- Hej - powiedział Adrian - Ty, co tak ciągle mruczysz coś pod nosem...
- Hę? - zdziwił się Hektor, gdy zorientował się, że chodzi o niego
- Proszę, żebyś się tymczasowo uciszył - powiedział Adrian - Jeżeli coś ci przeszkadza, możesz wyjść
Mężczyzna wstał, z całych sił zaciskając pięści. Zaczął się trząść, z głową opuszczoną w dół. Nagle ją podniósł krzycząc.
- Po cholere były te testy!?! - wykrzyczał - Przez dwa tygodnie musiałem jakieś porąbane testy pisać i po co to było!?! Żeby jakiś bachor został moim mistrzem!?!
- Hej... Hej! - zawołał mężczyzna, który wcześniej zdał raport Adrianowi - Jak śmiesz tak odzywać się do mistrza - po czym ciszej dodał - Proszę, wybacz mu mistrzu, ukaraj mnie zamiast niego...
- Ehhh... - westchnął Adrian - Nie wiedziałem, że ktoś taki zda wszystkie testy... Dobra, w każdym razie powiem jedno, albo się uspokoisz i tutaj zostaniesz, albo stąd wyjdziesz i już nigdy nie będziesz mógł powrócić. Nawet nie dowiesz się jakie postępy robi twój kolega, który teraz nisko chyli głowę, wstydząc się za ciebie...
Hektor spojrzał na prawo - faktycznie, jego kolega, Darek, siedział ze skuloną głową wstydząc się za kolege.
Mężczyzna powoli usiadł spowrotem na swoje miejsce, tym razem był cicho.
- Zacznijmy więc - powiedział Adrian - Przeszliście przez wszystkie testy pisemne, teraz czeka was test sprawnościowy, zanim jednak to nastąpi musicie złożyć przyrzeczenie. Nie będzie to jednak żadne normalne oświadczenie.
Wyciągnął zza kimona kilkanaście kartek, które rozdał wszystkim, wcale się nie spiesząc. Natychmiast wszyscy zaczęli czytać umowę, którą dostali w ręce.
"Przyrzekam na swoje życie, że nigdy nie zdradzę tajemnic Ketsushin i wszystkiego co zabronią mistrzowie. Obiecuję zawsze przestrzegać praw Kodeksu i bronić innych, wykorzystując Ketsushin. Nigdy nie użyję Ketsushin dla własnych korzyści. W razie złamania przysięgi godzę się z tym, że staję się wrogiem Ketsushin i zostanę zabity."
- Możecie podpisać tą umowę - powiedział Adrian - Ale jeszcze nie jest za późno, możecie odejść. Jeszcze możecie. Później już nie będzie takiej okazji, dlatego przemyślcie to dobrze. Albo zostajecie wierni prawom Ketsushin, albo stąd wychodzicie. Prosty wybór...
- Mogę zadać pytanie? - odezwał się któryś z trzymających w ręku umowę
- Jasne - powiedział Adrian odwracając się w jego stronę
- Po co takie głupie umowy? - zapytał - Naprawde namęczyłem się na testach, czy to naprawde potrzebne?
- Tak - odpowiedział Adrian - Wszystko czego się nauczycie w tej szkole jest bardziej tajne, niż informacje, które ukrywa FBI, czy NASA. Nic z tego nie może ujrzeć światła dziennego. Wiecie co by się stało, gdyby ktoś zdradzał sekrety mafii? Mógłby się poparzyć, bardzo... Tak to właśnie działa.
- Dziękuję i przepraszam - powiedział mężczyzna podpisując się imieniem i nazwiskiem pod umową
"Przynajmniej ktoś normalny" - pomyślał Adrian - "Potrafi dziękować i przepraszać... To już jest sukces".
Jakiś mężczyzna rozejrzał się wokół, po czym wstał.
- Odchodzę - powiedział - Miło było was poznać, ale nie chce się mieszać w jakieś dziwne sprawy...
Mistrz kiwnął głową w stronę odchodzącego, po czym dalej rozglądał się po sali, po wszystkich siedzących wokół ringu.
- Faktycznie, to jakieś podejrzane - powiedział ktoś wstając - Też wolę się do tego nie mieszać, narazie! I powodzenia!
- Już jest czterynastu - powiedział Adrian - Troche dużo, liczyłem na pięciu, ale przeżyję. Czy to wszyscy? W takim razie chce zobaczyć wasze podpisy
Jakiś facet podchodził do każdego zabierając ich podpisane umowy. W pewnym momencie się zatrzymał, gdy zobaczył niepodpisaną kartkę.
- Pani nie wychodzi? - zapytał
- Sama nie wiem... - powiedziała - Może się jednak podpiszę...
Natychmiast wypełniła odpowiednie pole swoim imieniem i nazwiskiem, po czym oddała kartkę.
- Dobra - powiedział Adrian upewniwszy się, że wszystkie kartki są podpisane - Od tego momentu nie możecie zmienić decyzji, zaczyna się wasza nauka w Ketsushin. Proszę wszystkich o powstanie.
Natychmiast wszyscy wstali, wciąż ustawieni wokół ringu. Nie wiedzieli zupełnie co się teraz stanie, dlatego rozglądali się wokół.
- Proszę teraz wszystkich o wejście na trybuny i przyglądanie się temu, co będziecie umieć już za niedługo - powiedział Adrian, po czym nieco ciszej powiedział do swojego pomocnika - Herio, zawołaj Kino i powygłupiajcie się, tak na pokaz
- Nareszcie - powiedział mężczyzna uśmiechając się - Dzięki, mistrzu! KINO!!!
- Czego chcesz, ułomie? - odezwał się kobiecy głos zza drzwi wejściowych
- Eeeee, Kino... - powtórzył cicho Herio - Szybko...
Przez drzwi przeszła dosyć niska kobieta, miała chyba metr sześćdziesiąt trzy wzrostu, nie więcej, może nawet mniej. Nosiła długie słosy, które miała spięte gumką. Jedynie część czarnych włosów z podcinanej cyklicznie grzywki wisiało wolno.
Podeszła nie spiesząc się do swojego kolegi, ze szkoły Ketsushin, kręcąc biodrami. Była dosyć szczupła, a jednak miała czym kręcić. Dobry obserwator, czy też pierwszy lepszy zboczeniec, mógłby dostrzec też dosyć duże piersi, wystające nieco przez dekolt w specyficznym ubraniu treningowym.
- Aaaa, rekrutacja? - zapytała podchodząc do kolegi
- Tak, Mistrz chce, żebyśmy dali im pokazówkę... - powiedział Herio - Mogłabyś być łagodna?
- Kiedy ja dla ciebie nie byłam łagodna? - zapytała kobieta nazwana Kino
- Powiedz mi chociaż raz, kiedy byłaś! - mówił śmiejąc się Herio, po czym twarze obu spoważniały.
- Nie wypada teraz się śmiać - powiedział Herio - Pamiętasz co pomyśleliśmy, jak widzieliśmy pierwszą pokazówkę?
- Nie przypominaj mi... Niemalże umarłam na miejscu, ale liczy się tu i teraz - odpowiedziała Kino - Na miejsca...
Widownia, wraz z Adrianem, zasiadała już na trybunach, jednak ten wciąż prosił ich o zajęcie wygodnych pozycji, z nieznanych nikomu powodów.
- A dlaczego musimy siedzieć na trybunach, a nie przy ringu? - zapytał jeden z mężczyzn
Adrian spojrzał na niego, po czym zaczął chichotać. Wreszcie jednak uspokoił się i odpowiedział.
- Na takim małym ringu, to mogliby sobie co najwyżej w łapki zagrać, a oni mają wam pokazać co potrafią po kilku latach treningu
- A to coś trudnego? - zapytał ktoś inny. Adrian od razu odwrócił głowę w stronę rozmówcy - Salto, czy jakiś manewr?
- Hej, Herio! - zawołał Adrian z trybun - Pokaż salto, przed walką!
"No nie... Ten to zawsze musi mieć te swoje pomysły..." - przeleciało przez myśl wywołanemu
- Ale jakie? - zapytał - Zwykłe?
- Żartujesz!?! - odpowiedział ironicznie Adrian - Standardowy zwód taktyczny numer trzydzieści pięć!
"Że co?" - zdziwił się Hektor - "Mają jakieś numerowane manewry? Ciekawe co to będzie, salto w przód i przewrót w tył, czy co?".
- Mogę na początek zebrać energię? - zapytał Herio z dołu
- Ta - odpowiedział Adrian
Mężczyzna stojący tuż za ringiem podniósł nieco prawą ręke. Nagle jego ubranie zaczęło drżeć jakby wiał na nie wiatr. Po chwili opóścił ręke mówiąc "Już".
Uchylił się lekko, ugiął nogi. Wyprostował je szybko wyskakując na dwa metry do góry, jednocześnie robiąc obrót w przód. Gdy już wykonał pełen obrót, nagle odbił się, od niczego, robiąc obrót w tył i wybijając się jeszcze metr wyżej. Potem znów się odbił nogami skacząc w dół, jednocześnie gładko lądując na parkiecie, po czym od razu stanął na przeciw Kino.
- Czy on właśnie odbił się od powietrza? - zapytał ktoś zza Adriana
- On skoczył na trzy metry wysokości!?! - zdziwiła się jakaś kobieta
- Siedźcie cicho i patrzcie - powiedział Adrian - Możecie zaczynać!
[center]***[/center]
Zmęczony po ciężkim, codziennym, treningu wracał do swojego domu, zbudowanego swoimi własnymi rękami. W prawdzie nie była to wielka willa, ale nie można było tego zaliczyć też do malutkich chatek. Był to niewielki dom, w jakim przyszło mieszkać Honou, chłopakowi który trafił tutaj przez przypadek.
- Czekaj - usłyszał głos za sobą.
Powoli się obrócił, chociaż faktycznie dziwiła go jedna rzecz. Wogóle nie wyczuł niczyjej obecności... A jednak ktoś na niego czekał, albo go dogonił. Teraz nie było to ważne.
- Kim jesteś? - zapytał
- Pitti i można powiedzieć, że strażnikiem - odpowiedział chłopak - I dobrze wiem, że nie czujesz się tutaj najlepiej
Honou obrócił się beznamiętnie, nic nie odpowiadając. "Jakiś świr" - pomyślał
- Nie należysz do tego świata, musisz stąd iść - powiedział Pitti - Odesłać cie?
- Ale... Mój wymiar już nie istnieje! - powiedział Honou - Więc choćbym chciał, to...
- Skąd, istnieje - zaprzeczył wypowiedzi Honou młody mężczyzna - I ma się dobrze, bardzo dobrze
- Przecież sam widziałem jak...
- Mało widziałeś, ktoś był w stanie ocalić ten wymiar, wysłać mu twoje podziękowania, czy zrobisz to osobiście?
- Ja... Naprawde w to nie wierzę... Chciałbym...
- No cóż, mój błąd, nie wiem gdzie teraz jest, dlatego nie możesz mu podziękować, ale zrobię to w twoim imieniu
- Dziękuję - powiedział Honou - A teraz, jeśli możesz...
- Jasne, nie ruszaj się... - powiedział, gdy nad nimi pojawił się dwustronny topór, wyglądający jak kij z podwójnymi ostrzami przy obu końcach. Zaczął wirować tworząc swego rodzaju wyrwę w powietrzu, za którą widać było zupełnie inny wymiar. Nagle ta wciągła ich obu i zniknęła, tak jak topór.
[center]***[/center]
- Gotowa, Kino? - zapytał Herio
Stojąca naprzeciw kobieta kiwnęła głową na tak, po czym wszystko się zaczęło.
Herio szybko dobiegł do Kino, było to naprawdę błyskawiczne. Ludzie znajdujący się na trybunach ledwie zobaczyli, jak Herio mknie w stronę koleżanki.
Gdy znalazł się przy niej, ta odskoczyła i zrobiła piruet, jednocześnie kopiąc górą z obrotu. Herio się schylił i złapał przelatującą nad nim nogę.
- Burn! - zawołała Kino, gdy Herio złapał jej nogę
Nagle całego mężczyznę pokryły płomienie, jednak nie puścił Kino, całyczas trzymał ją mocno za nogę. Trzymając ją tak wyrzucił ją wysoko w powietrze.
- Relase! - zawołał, a wtedy wszystkie płomienie skupiły się w jego rękach i wystrzeliły w stronę wznoszącej się kobiety, jako słup ognia.
Ogromny słup płomieni przeleciał w mgnieniu oka, tylko Adrian i Herio zobaczyli, jak Kino szybko wystawiła ręce przed siebie szepcąc jakieś słowa. Słup nagle zaczął się rozbijać o niewidzialną barierę, po czym zniknął wogóle.
Kobieta wykonała podskok będąc w powietrzu, uniosła się przez to pod sam sufit.
- Boom! - zawołała wystawiajac ręce przed siebie
Z jej gładkich, kobiecych rąk wyleciała niewielka kulka, miała może minimetr promienia, jednak świeciła się bardzo jasno. Gdy odleciała ta kilka metrów od właścicielki, nagle wybuchła, stawiając całą salę w płomieniach.
Wszyscy na trybunach byli zbyt zdziwieni przebiegiem walki, by przejmować się o cokolwiek innego. Co po niektórzy bali się, że coś im się stanie i zaczęli cofać się powoli do tyłu.
- Nie bójcie się - powiedział Adrian obrócony do nich plecami - Ja dbam o wasze bezpieczeństwo, nie nadarmo przecież tytułują mnie "mistrzem".
- Oszukujesz! - zawołał Herio podnosząc się z podłogi. Całe jego ubranie było pokryte pyłem, przynajmniej to co zostało z jego ubrania - Dobrze wiesz, że jestem słaby w używaniu magii!
- A antyczarów nie znasz? - zapytała Kino spadając bardzo wolno w dół. Przebycie metra zajmowało jej około dwie sekundy, to jest dużo. Wyglądało to jakby przeczyła prawom grawitacji, jednak mimo wszystko wcale tak nie było.
- Ja ci dam antyczar! - zawołał Herio - Invisibility!
Nagle zaczął się rozpływać, po chwili zupełnie zniknął. Chociaż nikt nie wiedział, to cicho zakradał się w stronę Kino.
"Kiedy on się nauczył niewidzialności?" - zdziwiła się Kino
- Firewall! - zawołała Kino podnosząc prawą ręke do góry
Z jej ciała nagle wyleciały płomienie, okrążając ją ze wszystkich stron. Miało to zapewnić jej bezpieczeństwo wtedy, gdy Herio będzie niewidoczny dla oka. Przecież nie mógł jej zaatakować za zaporą.
- Laser beam - powiedział cicho z ukrycia Herio, wciąż nie zdradzając, gdzie jest.
Nagle płomienie znikły, a Kino upadła trzymając się za mocno krwawiący żołądek. Jej ciało było przebite na wylot.
- O cholera! - zawołał Herio wychodząc z ukrycia - Kino, przepraszam! Ja nie chciałem! Poniosło mnie! MISTRZU!!!
Adrian nagle pojawił się przy leżącej kobiecie. "Cholera, nie będzie łatwo..." - pomyślał widząc w jakim jest stanie, jednak wcale nie miał zamiaru dać jej umrzeć. Poza tym nieładnie by to wyglądało na takiej pokazówce...
- Regeneration - powiedział cicho nakładając ręce nad kobietę, po czym zasłabł i podtrzymał się ręką. Natychmiast Herio do niego podbiegł i pomógł mu stać, jednak Adrian wciąż opadał.
Wiedział, że ta technika zabiera okropnie ogromną dawkę energii, jednak ona była najbezpieczniejsza do użycia. Poza tym nie umiał jej na tyle dobrze, żeby używać ją za mniej energii, czy bardziej wydajnie. Musiał tak zrobić, niestety nie było z nim żadnego innego mistrza, a był jeszcze jeden mistrz, a raczej mistrzyni w tej szkole walki, a raczej specjalnej organizacji.
"Wiele myślałem o wszystkim, co się stało" - mówił do siebie w myślach Adrian patrząc na leżącą kobiete, której krew powoli zaczęła znów wpływać do jej ciała - "Wtedy, dostaliśmy jeszcze jedną szanse... Ktoś nas uratował, zamknął wszystkie czarne dziury, żebyśmy byli gotowi następnym razem... Właśnie dlatego... Dlatego będe się poświęcać, by przygotować ludzi do obrony przed tym, co może ich czekać... Po prostu muszę!"
Nagle skóra Kino zaczęła się zrastać, jednocześnie wszystkie narządy znów zaczynały normalnie funkcjonować. Nagle nabrała głęboko powietrze, jakby nie oddychała przez dłuższy czas, po czym zaczęła kasłać i płakać.
- Kino... - powiedział cicho Herio opuszczając głowę nisko w dół
[center]
Nacisnął klamkę i popchnął drzwi do środka. Zrobił krok do przodu, potem następny. Cisza. Jest zbyt cicho. Szybkim chodem wszedł do kuchni, gdzie cała rodzina była związana, a obok stali jacyć mężczyźni przystawiając rodzince noże do gardeł.
Jeden z nich, noszący czarne okulary wystąpił kilka kroków w stronę Bart'a.
- Hej Bart - powiedział - Pozdrowienia od Oren'a, który chce się z tobą widzieć
"Od Orena? Ale zaraz... Czy to nie był ten koleś, co Daegurth... Go zabił?" - zdziwił się Bart - "Też się zregenerował? Cholera..."
- A kto powiedział, że ja chce się z nim widzieć? - zapytał Bart
- Możemy po dobroci, albo... - ciągnął facet, gdy jego towarzysze docisnęli bardziej noże do gardeł całej rodziny - siłą, jak wolisz.
- Sara, zamknij oczy - powiedział Bart - I niech twoi rodzice i brat zrobią to samo. Proszę, posłuchajcie mnie...
Zauważył jak Sara, jej brat i rodzice zamykają oczy. Ulżyło mu, bardzo. Wiedział, że może teraz sobie poradzić, bez wzbudzania paniki.
- Życie to ciągła walka - odezwał się mężczyzna w czarnych okularach patrząc na Bart'a z góry - I nie ważne jaki jesteś silny, zawsze znajdzie się ktoś silniejszy.
"Cholera, on ma rację, ale nie wie jednego..." - pomyślał Bart
- Byłoby po mnie, gdybym nie trenował przez ten rok, z pewnością - odezwał się pewien siebie Bart uśmiechając się - Shetar!
Nagle w ręku Bart'a pojawił się miecz. Była to standardowa katana, przynajmniej na taką wyglądała. Ciął przed siebie, szybko i pewnie, jednak jego przeciwnik zdążył odskoczyć.
- Shetar kagemaiyo - powiedział cicho i beznamiętnie Saiyan
Nagle naokoło mężczyzny pojawiły się setki tysięcy niewielkich ostrzy, które pocięły go na niewielkie kawałeczki. "Nikt nie będzie mi się znęcał nad dziewczyną" - pomyślał Bart, gdy niewielkie ostrza rozcięły noże kolegów mężczyzny w okularach.
Saiyan szybko do nich doskoczył. Nawet nie wiedzieli, kiedy wyrzucił ich z domu. "Cholera... Poniosło mnie... Czyżbym złapał tego wirusa, co Daegurth wtedy? Ja mam taką chęć ich... Ich... NIe! NIE!" - złapał się nagle za głowę i zaczął rzucać na boki. Widział krew przed swoimi oczyma i czuł, że coś go piecze w całe ciało, a szczególnie w serce.
Nagle poczuł lekkie ukłucie w prawe ramię. Nie wiedział co to było, ale świat znów wrócił do normy. Rozejrzał się wokół - nikogo nie było. Uznał to za co najmniej dziwne, jednak musiał sprawdzić teraz, czy nic się nie stało Sarze i jej bliskim.
Wbiegł szybko do kuchni i zobaczył jak brat Sary siedzi z otwartymi szeroko oczyma, patrząc na Bart'a ze zdziwieniem i z pewnością, z przerażeniem. "Miał otwarte oczy..." - pomyślał Bart podchodząc do Sary i rozwiązując ją. Gdy to robił, brat Sary zaczął wrzeszczeć. Wtedy wszyscy natychmiast otwarli oczy.
Bart rozwiązał ich wszystkich, jednak młodszy brat Sary cały czas wrzeszczał, ilekroć Bart zbliżył się do niego. "Ładnie mu psyche zepsułem..." - pomyślał Bart - "Nastraszyłem przypadkiem dziecko... Ile to on miał lat? Osiem? To go chyba rozbroiło kompletnie... Przecież ja tamtego kolesia pociąłem na kawałeczki..."
Saiyan wiedział, że właśnie narobił sobie, i nie tylko sobie, bardzo wiele kłopotów. A tylko chciał pomóc... Gdyby go tylko wtedy nie poniosło, to wszystko byłoby wporządku...
[center]***[/center]
Nagłe trzęsienie ziemi oderwało Dyninia od nauki, natychmiast wybiegł z pokoju, jednak to wciąż trwało i nie przestawało. Co ważniejsze, było coraz mocniejsze i nawet potężny podmuch wiatru zaczął wybijać szyby okien, po kolei. Niespodziewanie oderwał się dach domu i nagle wszystko ustało.
- Co to było!?! - zawrzeszczał Dyninio - Wszyscy w porządku? Małgorzata, co u ciebie?
- Jestem cała! - zawołała dziewczyna dobiegając do swojego chłopaka, który pewnie przytulił ją do siebie lewą ręką.
- Nieważne co to jest, obronię cie - powiedział Dyninio
"Wiem" - pomyślała Małgorzata uśmiechając się, po czym zrzedniała nieco - "Ale kto obroni ciebie?"
- Relena, a co u ciebie!?! - zawołał Dyninio.
Jednak nie doczekał się odpowiedzi, poprosił więc Małgorzatę, by poczekała chwilkę i zaczął szukać Releny.
Nie było to wcale łatwe, mimo, że bardzo dobrze opanował wykrywanie energii, to jej stan jej energii był tak niski, że z ledwością ją wykrył.
Wbiegł natychmiast do pokoju, potężnym uderzeniem rozerwał szafę na strzępy. Tuż pod nią była Relena. Nie wyglądała za dobrze. "Cholera!" - pomyślał Dyninio sprawdzając co się stało.
Jak wywnioskował, jedynie złamała nogę i straciła przytomność, ale zapobiegawczo natychmiast poleciał z nią do szpitala. Dosłownie poleciał, szybko i pewnie wziął ją w ramiona, po czym powiedział Małgorzacie, że musi ją zanieść do szpitala.
W pośpiechu wyleciał z domu, miał łatwo, bo nie było dachu, zmierzając w stronę szpitala.
Koniec odcinka pierwszego...
W następnym odcinku:
- Macie pecha - odezwał się chłopak w czarnym płaszczu, z dziwną maską na twarzy, pokrytą setkami różnych wzorów, w wielu kolorach. Znad maski wystawały włosy, u obu chłopaków miały kolor biały - Bo wspaniali Ken i Ryu są tutaj!
Wszyscy napadający na bank zachichotali, po czym wystawili w stronę dwóch przebierańców bronie.
- Niezły żart - powiedział jeden z zamaskowanych - Ale dzieciom nie przystoi się tak bawić, na ziemię!
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się drugi chłopak, z nieco inną maską
***
- Ja... Jak to, coś tutaj przyleciało? - zdziwił się Herio - Skąd!?!
- Nasi zwiadowcy, mówią, że spadło z nieba - powiedział Adrian - Czyli są to obcy, ale jakie mają zamiary? Musimy to dokładniej zbadać...
***
- Bart - powiedziała Sara - Jeszcze nie miałam okazji ci podziękować... Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pewna, że to ty nas uratowałeś wczoraj... Tylko dlaczego Kamilek nie odzywa się ani słowem, jakby stracił głos?
Saiyan opuścił głowę nisko. Czuł się naprawde podle, przez niego brat jego dziewczyny cierpiał, okropnie cierpiał. Ostatnio widział, jak wystraszył się zwykłego wrzasku na ulicy.
***
- Kris! - zawołał Bobercik widząc, jak ten ugina się otrzymując kolejną serię uderzeń
- Mówiłem ci, żebyś stąd spadał? - zapytał spokojnie Kris, gdy nagle w jego ręce pojawił się miecz. Jak zwykle idealnie lśnił i widniała wokół niego jasno-niebieska aura, a powietrze było orzeźwiające. - No, już, masz chyba co robić, no nie?
Bobercik jeszcze raz spojrzał w stronę kolegi, po czym kiwnął głową na tak, nagle chmura kurzu wystrzeliła w powietrze, a Bobercik zniknął.
"Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że bez problemu sobie poradzisz? Albo, że się wygłupiasz?" - pomyślał Bobercik lecąc z ogromną prędkością
I wiele więcej!!!
[Tom II - 2 - Pod maską mroku]
Terenis wyglądała przez okno, uważając, by nie oprzeć się brzuchem o parapet. W końcu była w szóstym miesiącu ciąży. Cieszyła się, bardzo się cieszyła, że poznała Hebrid'a, Bart'a, Daegurth'a, Rauko i całą reszte. Dzięki nim mogła teraz zaznać życia, a potem najnormalniej w świecie umrzeć. Jak dotąd śmierć była dla niej nieosiągalna, instynktownie jej ciało zmuszało ją do robienia rzeczy, których wcale nie chciała. Teraz była naprawde wolna...
- Kochanie, wszystko w porządku? - zapytał Hebrid przechodząc przez drzwi - Nie trzeba ci czegoś?
- Nie, dziękuję - odpowiedziała kobieta uśmiechając się w stronę męża.
Mężczyzna przyszedł do swojej żony i łagodnie ją przytulił, po czym razem z nią zaczął wyglądać przez okno, gdzieś daleko, bardzo daleko...
[center]***[/center]
- Więc to wszystko? - zapytał Mark - Wystarczy teraz tylko się przebrać i...
Chłopak zaczął zakładać na siebie czarny jacket, po czym na twarz założył dziwną maskę o setkach różnokolorowych wzorów, a jego włosy same zmieniły kolor na biały. Podbiegł szybko do lustra i zaczął się przeglądać.
- Wyglądam jak jakiś debil... - powiedział
- Nikt nie powiedział, że wygrasz w tym miss świata - odezwał się Radek zakładając swoją maskę - Mnie się tam podoba
Stanął obok Mark'a. Jedyne co ich różniło, to ustawienie włosów i wzorki na maskach. Mark miał więcej jaskrawych kolorów, a u Radka przeważały kolory ciemniejsze.
- Teraz tylko jeszcze ostatni patent... - powiedział Mark ściągając maskę, jego włosy natychmiast zrobiły się spowrotem czarne i zmieniły ustawienie.
- Jaki? - zapytał Radek też ściągając maskę
Mark ściągnął czarny płaszcz i rzucił go na ziemię, nastepnie jakby od niechcenia rzucił na niego maskę. Potem wyciągnął jakiś zwój i wyczytał napisane na nim słowa, które były w jakimś innym, dziwnym języku, którego sam nie rozumiał.
Płaszcz i maska zaczęły unosić się w powietrzu, nagle maska tak jakby wchłonęła w siebie płaszcz, który kompletnie zniknął. Radek był szczerze zdziwiony.
- No co? - zapytał Mark - Ryurye poprosiłem o takie zaklęcie, ale nie miała czasu osobiście, wiesz, oni mają tą szkołe... Kazushe? Nie... Ketsushin, o, tak się nazywa.
- No i jak to działa? - zapytał Radek
- Patrz - powiedział Mark biorąc maskę w ręke.
Powoli ją założył na twarz, nagle jego włosy zmieniły kolor na biały, a na ciele zaczął pojawiać się płaszcz, od góry, do dołu. Jakby znikąd, jednak wkrótce Radek zobaczył, że tak jakby rozciąga się on od maski. Nie minęło dużo czasu, a Mark był kompletnie nie do poznania.
- No, no - przyznał Radek - Całkiem dobre, ja też tak mogę? - zapytał
- Jasne - powiedział Mark ściągając maskę, a proces się odwrócił - Teraz zostało nam tylko wymyślenie imion, czy ksywek, których będziemy używać...
- Faktycznie, tu może być problem... - przyznał Radek
[center]***[/center]
- Hej, patrz kto tam idzie! - zawołał jakiś mężczyzna w kimono - To nowi, chodź zagadamy, nie bądźmy tacy...
- Ale mamy zadanie - zaprzeczył jego nieco starszy kolega - Poza tym nie mam czasu na niańczenie dzieci... Uless?
Kolega Uless'a zdziwił się, gdy zobaczył, że tamten już podbiegł do "nowych". Westchnął myśląc "No nie, co za kretyn..."
- Hej! - powiedział do nieco zdziwionych osób przed sobą - Jak tam po inicjacjach?
Wszyscy patrzyli na niego z szeroko otwartymi oczyma, byli naprawde zdziwieni i nie wiedzieli co myśleć o czymkolwiek.
- Lepiej nie pytaj... - odpowiedział Hektor - Naprawde będziemy umieć takie rzeczy?
- Nie - powiedział uśmiechnięty Uless - Każdy uczy się własnych umiejętności, zapewne zauważyliście, że... Kto tam był? Chyba Herio i Kino... Tak, więc Kino uczy się technik ognia, a Herio... Sam nie wiem czego on się uczy, bo widzisz, każdy ma swój talent i...
- Uless - powiedział kolega mężczyzny - Wszystko wyjaśnią im na pierwszym spotkaniu, nie trać czasu, mamy coś do zrobienia...
- A tam, Mer, nieczęsto widzę tutaj nowych, a sam nie pamiętam już jak się czułem, gdy przeszedłem inicjację... - powiedział
- Ty mało rzeczy czujesz, Uless, a teraz chodź - powiedział Mer obracając się, po czym odszedł
- No nie... Tylko praca i praca - powiedział Uless, po czym obrócił się w stronę Hektora - Wiesz co? Jak tylko zaczniesz treningi sprawnościowe, to możesz przyjść do mnie, z chęcią pomogę. To się tyczy wszystkich, mogę wam też zdradzić parę wskazówek... Zresztą, zobaczycie! Narazie!
Szybko pobiegł w pogoni za swoim kolegą. Zaraz po tym jak wybiegł zrzedł mu uśmiech. "Co to było? Coś niedawno spadło, czyżby meteoryt? Lepiej to porządnie zbadać..." - pomyślał biegnąc.
Hektor, jak i inni, widząc postawę tego mężczyzny nieco odetchnęli. Widać było, że zachowywał się naturalnie i do tego nie był taki dziwny, jak ten drugi. No i jeszcze nawet zaproponował pomoc. Nowi uczniowie szkoły czuli się o wiele lepiej.
[center]***[/center]
Miasto było pełne życia. Samochody jeździły po ulicach, zwalniając, czy zatrzymując się na skrzyżowaniach. Ludzie pędzili swoimi ścieżkami, za swoimi celami. Wszystko było takie normalne, a jednak takie inne. Nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, co się dzieje tuż obok.
[Wewnątrz banku Internation]
- I nie radzę włączać alarmu! - powiedział głośno i wyraźnie zamaskowany mężczyzna
Na podłodze leżeli ludzie, co poniektórzy płakali, inni czując się bezsilni leżeli bojąc się o własne życie. Byli i tacy, którzy tylko czekali na moment, w którym mogą coś zrobić, jednak ciężko taki znaleźć, gdy ma się lufę przystawioną do twarzy.
Kasjer szybko przebierał rękami, wrzucając gotówkę do wora jednego z napadających, jednak ten ciągle go ponaglał. Inny bandyta właśnie wyciągał różne rzeczy, z sejfu, głównie jednak gotówkę.
- Nie szeptać, albo łeb roz**erdolę! - zawołał mężczyzna w kominiarce, wyciągając pistolet w stronę jakiegoś faceta, leżącego na ziemi
Nagle tuż obok wejścia pojawiły się dwie osoby. Obie opierały się plecami o ścianę mając ręce skrzyżowane przy klatce piersiowej.
- Macie pecha - odezwał się chłopak w czarnym płaszczu, z dziwną maską na twarzy, pokrytą setkami różnych wzorów, w wielu kolorach. Znad maski wystawały włosy, u obu chłopaków miały kolor biały - Bo Ken i Ryu są tutaj!
Wszyscy napadający na bank zachichotali, po czym wystawili w stronę dwóch przebierańców bronie.
- Niezły żart - powiedział jeden z zamaskowanych - Ale dzieciom nie przystoi się tak bawić, na ziemię!
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się drugi chłopak, z nieco inną maską
Pojawił się tuż przy mierzącym do niego bandycie, wyrywając mu broń płynnym ruchem ręki. Natychmiast zacisnął ręke z całych sił na lufie broni, po czym odłożył ją do ręki oszołomionego mężczyzny, jednak była już niezdatna do użycia.
- Ryu - usłyszał cichy szept kolegi Ken, który stał obok faceta z zepsutą bronią
Natychmiast zrozumiał o co chodziło koledze. Wszyscy napadający na bank wymierzyli w jego stronę, było ich naprawdę dużo, dlatego ciężko byłoby wszystkich obezwładnić tak jak tamtego. Dlatego szybko kopnął z półobrotu w brzuch faceta obok, a ten z potężnym impetem uderzył w jednego z swoich towarzyszy.
Dziesiątki naciskanych spustów wprowadziły w ruch mechanizm, który spowodował wystrzelenie dziesiątek pocisków, z charakterystycznym hukiem przy wystrzale. Wszystkie strzały leciały prosto w stronę osoby nazwanej Ryu, wtedy jednak jej kolega pojawił się tuż przed nim i obracając się, wraz z płaszczem, zaczął łapać pociski, aż do momentu, gdy magazynki w broniach okazały się puste. Wtedy Ken wyrzucił pociski na podłogę.
- Zadzwoń na policję - powiedział do kasjera - Albo włącz alarm, jak wolisz
Pracownik instytucji natychmiast nacisnął przycisk alarmowy, którego nie mógł wcześniej tknąć, będąc pod stałym zagrożeniem.
- Nie ruszać się! - zawołał jakiś zamaskowany mężczyzna wychodząc z ogromnego sejfu - Albo wysadzę ten cały budynek w powietrze!
Nie spieszył się, szedł powoli trzymając w ręku granat. Drugą ręke miał na zawleczce, którą gotów był wyciągnąć w każdej chwili.
- Facet kompletnie nie ma wyczucia - odezwał się Ken
- Taa, jakąś głupią zabawką chciałby coś zrobić - potwierdził Ryu
Obaj nie zwracali większej uwagi na grożącego mężczyznę. Jednak nie chcieli, by ich wkurzał. Dlatego Ryu schylił się i podniósł jedną z kul leżących na ziemi.
- Powiedziałem, nie ruszaj się! - zawołał mężczyzna, któremu ręce drżały ze strachu
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się Ryu robiąc zamach
Szybko, z całej siły, pchnął kulę przed siebie - prosto w granat, a dokładniej w zawleczkę, w której ułamała się część, za którą można uzbroić granat. W ten sposób stał się on bezużyteczny, przynajmniej dopóki nie ma się jakiś kleszczy lub czegoś, czym złapałoby się ledwie wystającą część zawleczki.
Mężczyzna puścił granat który podleciał Ken'owi pod nogi, wtedy podbił go sobie nogą w powietrze i zaczął nim kapkować, na przemian lewą i prawą nogą, po czym mocno wykopał do góry. Granat przebił się przez szklaną część dachu, a tuż za nim poleciała jasnoświecąca kula ki, która wysadziła go wysoko nad miastem, nie powodując żadnych szkód.
Ken ustawił jakoś dziwnie ręce, nie ściągając cienkich, skórzanych rękawic, po czym powiedział: "Kagebunshin no jutsu", a obok niego pojawiło się kilka wyglądających jednakowo postaci, które natychmiast podbiegły do nieobezwładnionych bandytów.
Po chwili klony Ken'a znikły, wtedy żaden z bandytów nie był zdolny do wyrządzenia żadnych szkód, gdyż byli poobijani i powiązani.
Leżący na podłodze ludzie powstawali i zaczęli bić brawa. Zebrali się naokoło Ryu i Ken'a wciąż jednak utrzymując dystans.
- Ryu - odezwała się jedna z osób, po czym dokończył drugi - i Ken, przepraszamy za zwłokę.
- Od dzisiaj będziemy starać się pomóc w życiu mieszkańców - wyznał Ryu - Ale nie lubimy policji, więc...
- Narazie! - zawołał Ken po czym obaj zniknęli w powietrzu. Dokładnie w tym momencie, gdy agenci ochrony i policja wbiegli do banku.
[center]***[/center]
- A to kto? - zapytał Dyninio widząc stojącego po środku sali chłopaka.
Zwrócił na niego szczególną uwagę, dzięki kilku szczegółom, mianowicie przypominał mu kogoś. Ten kolor włosów, ta postawa... Jednak nie mógł to być Daegurth, bowiem był za niski.
- Nazywa się Urith - odpowiedział mu Adrian - Urith Tonoe i jest jednym z nowych uczniów. Jednak to nie Daegurth, jest podobny, ale inny. Po pierwsze: ma krótkie włosy, po drugie: jest o wiele niższy, po trzecie: z pewnością o wiele młodszy.
- Jak się sprawdza na treningach? - zapytał Dyninio
- Jeszcze nie przeszedł żadnych treningów - przyznał się Adrian - A stoi na środku sali, jakby był na niej już wiele razy.
Urith zaczął rozglądać się wokół siebie, kiedy dostrzegł, że przyglądają mu się dwaj mistrzowie. Wtedy lekko się pochylił, robiąc ukłon, po czym wyszedł z sali.
[center]***[/center]
Uless pokazał koledze ręką, że ma się zatrzymać. Wtedy obaj stali w bezruchu, skryci za kupą kamieni, za którą znajdował się dziwny statek kosmiczny.
- Zbadam teren - odezwał się Uless nie bojąc się wogóle
- Ciii! - uciszył kolegę Mer
- Sam sobie bądź cicho - powiedział Uless wychodząc zza gruzów - I idź powiedzieć Mistrzom co tutaj widziałeś, ja postaram się dowiedzieć czegoś więcej
- Nie wygłupiaj się! - powiedział cicho, lekko oburzony Mer
- Nie rozumiesz - odezwał się Uless - Oni już wiedzą, że tutaj jesteśmy. Ja ich zatrzymam, a ty uciekaj, rozumiesz?
- Jak to...? - zdziwił się jego kolega
"Skąd on to wie? Dlaczego zachowuje się tak dziwnie, jeszcze nigdy nie był taki poważny... Co się cholera dzieje!?!" - zadawał sobie pytania w myślach Mer, jednak nie mógł znaleźć na nie odpowiedzi. Wiedział jednak jedno: Uless jeszcze nigdy go nie okłamał, dlatego skoro mówił, że już ich wykryli, to tak musiało być.
- Dobra - powiedział Mer normalnym tonem głosu - Tylko wróć cały, rozumiesz?
- Taa... - odpowiedział przeciągle jego kolega
[center]***[/center]
- Witam w Ketsushin - odezwał się Adrian - Mam tą niewątpliwą przyjemność rozpoczęcia nauk, będe waszym pierwszym nauczycielem. Więc, nazywam się Adrian, po prostu, nie mam nazwiska i jestem mistrzem w tej szkole. Od teraz proszę zwracać się do mnie po stopniu. Więc... Zacznijmy od początku, przedstawcie się wszyscy, dobrze? Po kolej, według wskazówek zegara.
Tworzące niewielki okrąg osoby wbijały wzrok w Adriana, który miał zostać ich mistrzem i zacząć pierwsze treningi. Tak jak poprosił, wszyscy zaczęli się przedstawiać.
- Hektor Nasze - odezwał się mężczyzna siedzący tuż obok mistrza
- Dariusz Kostur - powiedział nastepny
- Julia Oner - odezwała się dosyć wysoka kobieta, mniej więcej trzydziesto-dwu letnia
- Robert Czara - rzucił jakby od niechcenia drobny mężczyzna
- Ireneusz Grabek - odezwał się dosyć stary mężczyzna, lekko ukłaniając się głową
- Maria Trymer - niemalże wyśpiewała dosyć młoda kobieta o blond włosach
- Urith - odezwał się rudowłosy chłopak wbijając wzrok w Adriana. Mistrza przeszedł dreszcz - Urith Tonoe
- Jarek Postal - powiedział powoli mężczyzna siedzący obok, po czym ziewnął
Wszyscy podawali swoje imiona i nazwiska, dla lepszego spamiętania. Adrian wiedział, że jest to tylko tymczasowe, gdyż za niedługo dostaną przydomki, których będą używać, jednak teraz chciał poznać wszystkich nowych uczniów. Gdyby poznał ich dobrze, wiedziałby jaki trening dla nich przygotować. Prawda jest taka, że każdy jest dobry w odpowiednim fachu, nie ma dwóch identycznych osób, są jedynie podobne. Dlatego musiał się dowiedzieć o swoich nowych wychowankach jak najwięcej.
Tuż po tym jak wszyscy się przedstawili znów głos wrócił do mistrza.
- A teraz powiedzcie coś o sobie - poprosił Adrian - Pozwólcie, że ja zacznę. Lubię sporty ekstramalne i ponad wszystko kocham uczciwą rywalizację, choć czasami lepiej łamać zasady. Do tego nie lubie, gdy ktoś kogoś wykorzystuje, no i niezbyt smakują mi lody, ale tak to jest z Saiyan'ami. O nich dowiecie się na lekcjach z Mistrzynią Ryuryą. Teraz proszę, Hektor, powiedz coś o sobie.
Mężczyzna westchnął, po czym zaczął. Mówił pewnie i spokojnie. Opowiadał o tym, że lubi dobrą zabawę i że przepada za przebywaniem w wyrafinowanym towarzystwie.
- Niezbyt lubię się bić, jednak jeżeli to konieczne, to zrobię wszystko by dojść do celu... Tak przynajmniej myślę - dokończył - To chyba wszystko
Adrian kiwnął głową na potwierdzenie, że zrozumiał, po czym spojrzał na siedzącego obok.
- Nie wińcie mnie za to kim byłem - zaczął - Gdyż nie zawsze było mnie stać na jakiekolwiek luksusy. Gdy byłem młodszy, byłem złodziejaszkiem, na szczęście znalazłem uczciwą pracę i jestem z niej dumny. Lubię dawać z siebie sto procent i pomagać innym, jednak dla zdobycia wielu rzeczy jestem w stanie zrobić niemalże wszystko.
- Dziękuję - powiedział Adrian - Teraz Julia, dobrze zapamiętałem?
- Tak... Mistrzu. Ja zajmuję się wieloma rzeczami i jestem dosyć wszechstronna. Lubię pomagać innym, jak i nie odmawiam, gdy ktoś chce mi pomóc. Jak dotąd pracowałam w sklepie jubilerskim. Niektórych może dziwić co tutaj robię, ale prawda jest taka, że po prostu lubię wszelkiego rodzaju sztuki walki i gdybym nie dowiedziała się o Ketsushin, to pewnie poszłabym na Kung Fu lub do innej szkoły, jednak jestem dosyć zadowolona z mojego wyboru. Czy my naprawdę będziemy umieli takie rzeczy?
- W większości przypadków: tak - powiedział Adrian - Jest jednak kilka takich osób, które nie mogą opanować niektórych technik, jednak wtedy okazują się bardziej podatne na naukę innych.
- To wszystko - powiedziała Julia
- Ujmę to krótko - powiedział mężczyzna - Interesuję się sportami i lubię akrobatykę. To chyba wszystko.
- Skoro tak uważasz, teraz proszę Marię - powiedział Adrian
Adrian kiwnął głową i przesunął nieco wzrok, na Irka.
- No cóż - przyznał się następny uczeń - Jestem mistrzem w szkole karate i kung fu. Oprócz tego interesuję się filozofią we wszelkim tego słowa znaczeniu.
- Obecnie studiuję medycynę, jednak zawsze staram się znaleźć nieco czasu na trening i atletykę - powiedziała melodyjnym głosem kobieta - Niektórzy uważają mnie za mola książkowego, ale przecież musze kiedyś się uczyć, a medycyna nie jest najłatwiejsza. No i lubie też troszeczke narozrabiać czasami.
Adrian złapał dziwne spojrzenie Urith'a wysyłane w jego stronę. Wiedział, że miało jakieś znaczenie, jednak nie był pewien jakie.
- Chyba lubię wszystko - powiedział Urith - I mogę zajmować się wszystkim
- Bardzo ogólna odpowiedź, miło mi, że wszystko lubisz - powiedział Adrian - Proszę dalej.
- Ja jestem programistą w firmie Hydrosqua - powiedział kolejny mężczyzna - Jednak interesuję się sztukami walk, w szczególności z użyciem broni, jednak najpierw chciałem nauczyć się wlaczyć bez niej. Wygląda na to, że wogóle nie będe potrzebował broni.
Nagle drzwi do sali się otwarły, a przez nie coś przemknęło. Szybko przeleciało przez całą salę, aż zatrzymało się obok Adrian'a. Mer klęczał na jednym kolanie z opuszczoną w dół głową.
- Mistrzu - zaczął - Złe wieści
Po chwili szybko coś wyszeptał do ucha Adriana, po czym wybiegł z sali.
- Przepraszam, ale mamy drobne problemy i musimy przełożyć to spotkanie na kiedy indziej - odezwał się wstając Adrian - Do tego czasu jesteście wolni
[center]***[/center]
- Ja... Jak to, coś tutaj przyleciało? - zdziwił się Herio - Skąd!?!
- Nasi zwiadowcy, mówią, że spadło z nieba - powiedział Adrian - Czyli są to obcy, ale jakie mają zamiary? Musimy to dokładniej zbadać...
- Mistrzu, ale Uless tam został! - odezwał się nagle Mer
- Za niedługo wróci - odezwał się Adrian - Powiedziałem mu, że ma tylko wykonać zwiad
- Ale mistrzu, on może umrzeć! - zawołał naprawde oburzony Mer. Mimo wszystko Uless był jego najlepszym przyjacielem w tej szkole i jednocześnie jedyną tak oddaną osobą. Właśnie z nim spędzał tutaj najwięcej czasu.
- Nie umrze - powiedział Adrian - On już jest na wysokim poziomie, bardzo. I jest najdyskretniejszy w całym Ketsushin.
Mer był zdziwiony. Zawsze słyszał o tym, że on jest najdyskretniejszy, a tutaj dowiedział się, że Uless, jego przyjaciel z którym spędzał najwięcej czasu. Ale jak?
- Nawet nie wiesz o tym, że był agentem specjalnym - wyjaśniał Adrian - Nikt o tym nie wie, prócz mistrzów. Do tego opanował wszystkie możliwe dla siebie techniki, których mogliśmy go nauczyć, po czym zaczął tworzyć własne. Jest z pewnością przykładem dla wszystkich uczniów tej szkoły, gdyby nie to, że jest szpiegiem, to zostałby moim pomocnikiem, mistrzem.
"Uless? Ten zabawny, nieco przygłupawy facet? Ale jak? Kiedy?" - Głowę Mer'a przyciemniały ciągłe pytania
[center]***[/center]
"Jest źle" - pomyślał Urith odsuwając się od ściany - "Bardzo źle, nawet nie wiem co się dzieje. Cholera, powinienem pomóc... Ale jak? Może najlepiej nic nie robić?"
- Co jest, Urith? - zapytał Hektor podchodząc do chłopaka, którego nie widział, gdy podpisywał kontrakt wcześniej - Coś się stało?
- Nic takiego - odpowiedział - Ale powiem jedno: Teraz musimy bardzo dokładnie wykonywać wszystko, o co nas poproszą.
- A to dlaczego? - zapytał Hektor
- Wygląda na to, że coś złego się dzieje - odpowiedział Urith - Nie mów o tym nikomu, rozumiesz? Nie było mnie tu.
- Tak jest - odpowiedział Hektor lekko chwiejąc się na boki - Ale co się dzieje?
- Nie wiem, a nawet jakbym wiedział, to dla bezpieczeństwa nas obu nie mógłbym powiedzieć - odezwał się Urith - A teraz idź gdzie sobie chcesz, ja mam swoje sprawy.
Urith szybko pobiegł i znikł za zakrętem korytarza.
[center]***[/center]
Nagle Bart usłyszał dziwny dźwięk. Podniósł głowę, jednocześnie wyglądając za okno. Wiedział co on oznaczał, Ryurya już mu powiedziała, że właśnie tym dźwiękiem będzie zwoływać wszystkich w bardzo ważnych sprawach.
Bart szybko, w biegu, zabrał płaszcz z wieszaka i wybiegł z domu nawet go nie zamykając. Gdy przebiegł przez bramkę od swojej posiadłości zobaczył idącą w jego stronę Sarę. Szła nieco przybita, z lekko opuszczoną głową, gdy zobaczyła Bart'a natychmiast zaczęła biec w jego stronę, po czym mocno go przytuliła.
- Bart - powiedziała Sara - Jeszcze nie miałam okazji ci podziękować... Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pewna, że to ty nas uratowałeś wczoraj... Tylko dlaczego Kamilek nie odzywa się ani słowem, jakby stracił głos?
Saiyan opuścił głowę nisko. Czuł się naprawde podle, przez niego brat jego dziewczyny cierpiał, okropnie cierpiał. Ostatnio widział, jak wystraszył się zwykłego wrzasku na ulicy, czy jęczenia kotów, które niektórzy uznaliby za muzykę. On jednak nie miał tak wyrafinowanego gustu.
Młody mężczyzna nie wiedział co zrobić, był teraz uziemiony przy swojej dziewczynie, a mimo wszystko musiał biec na spotkanie. Jak dotąd nigdy nie został wezwany, tylko raz, próbnie, jednak teraz nie było żadnych zapowiedzi. To było nagle, więc coś musiało się stać i prawdopodobnie miało związek z tym lekkim trzęsieniem i mocnym wiatrem, który pojawił się tak szybko, jak zniknął.
Musiał wybierać, i to szybko. Albo zawiedzie Sarę i zostawi ją sobie, albo zawiedzie przyjaciół - może i wszystkich na Ziemi, gdyby to było coś ważnego. Zostawała jeszcze jedna opcja: powiedzieć wszystko swojej miłej, jednak wtedy nie mógł przewidzieć co by się stało...
- Sara - powiedział Bart lekko ją tuląc - Zabiorę cie w pewne miejsce, tam ci wszystko wyjaśnię, dobrze?
Dziewczyna oderwała głowę od klatki piersiowej swojego chłopaka i spojrzała mu w oczy.
- Jak to, wszystko? - zapytała
- Nie ma czasu, przepraszam... - powiedział Bart nieco mocniej i pewniej dociskając do siebie dziewczynę.
Pochylił się nieco do przodu, ugiął lekko kolana, po czym wybił się wysoko w powietrze. Gdy już zaczął się zatrzymywać, nagle ruszył, zaczynając łagodny lot.
Sara nie wierzyła własnym oczom, patrzyła ze zdziwieniem pod siebie, szybując w powietrzu.
[center]***[/center]
- Więc nie miałeś za dobrze - przyznał Bobercik popijając sobie herbatę
- Ta - odpowiedział Kris - Ale liczy się tu i teraz
Nagle Bobercik
wstał słysząc dobrze znany dźwięk.
- Kris, pozwól że... - nie zdąrzył powiedzieć Bobercik
- Jasne, biegnij, potrzebują cie - powiedział Kris - Bardziej niż ja
- Roksia! - zawołał Bobercik
- Nie ma jej - powiedział Kris - Poszła do koleżanki
"Skąd on to wie?" - zdziwił się Bobercik, jednak wiedział, że nie ma czasu. Wybiegł natychmiast przed dom
To co zobaczył przekroczyło wszystkie jego wyobrażenia. Ze wschodu w jego stronę biegły setki dziwnych bestii, niszcząc wszystko swoimi twardymi szponami. Wyglądały podobnie do tych z komiksów i filmów, jednak nie miał pojęcia, że takie coś istnieje naprawde.
- Biegnij - zawołał Kris - Ja się nimi zajmę
Bobercik spojrzał na kolegę, który powoli wyszedł z domu Bobercika i stanął po środku ulicy. Ostatni raz spojrzał w stronę Bobercika, po czym odwrócił głowę w stronę bestii przed sobą, które rzuciły się na niego całą chmarą kompletnie go zakrywając. Bobercik natychmiast odwrócił głowę w ich stronę, gdy zobaczył, że kolejna chmara nadbiega z północy, małą uliczką. Rzuciła się na Bobercika, jednak zatrzymała się nagle.
- Kris! - zawołał Bobercik widząc, jak ten ugina się otrzymując kolejną serią uderzeń
- Mówiłem ci, żebyś stąd spadał? - zapytał spokojnie Kris, gdy nagle w jego ręce pojawił się miecz. Jak zwykle idealnie lśnił i widniała wokół niego jasno-niebieska aura, a powietrze było orzeźwiające. - No, już, masz chyba co robić, no nie?
Bobercik jeszcze raz spojrzał w stronę kolegi, po czym kiwnął głową na tak, nagle chmura kurzu wystrzeliła w powietrze, a Bobercik zniknął.
"Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że bez problemu sobie poradzisz? Albo, że się wygłupiasz?" - pomyślał Bobercik lecąc z ogromną prędkością
[center]***[/center]
- Oni się zbliżają... - powiedział Urith stojąc przy ścianie - zaraz tutaj będą, musimy się schować
- Kto? - zdziwił się Hektor - O czym ty mówisz!?!
- Nie ma czasu, szybko, musimy się schować, niech Mistrzowie się tym zajmą! - zawołał Urith zbiegając szybko po schodach. Tuż za nim biegli wszyscy nowi uczniowie szkoły Ketsushin, nie mając pojęcia nawet o co chodzi.
- Stop! - zawołał Urith zatrzymując się i podnosząc ręke - Za późno, już tu są...
Nagle rozległ się dziwny dźwięk. Słychać było, jakby ktoś ciągnął czymś metalowym po ziemi, po czym kilka dziwnych jęków i pisków napełniło schody.
- Szybko, na dół! - zawołał Urith
Wszyscy byli teraz naprawde przerażenie, zbiegli ile sił w nogach na dół i zatrzymali się w dosyć dużej sali.
W międzyczasie chłopak prowadzący ich stanął na schodach i czekał. Czekał, nie wiedząc jak bardzo się naraża, gdyż wróg był już blisko, bliżej niż możnaby się spodziewać...
Nagle tylko coś przeleciało mu przed oczyma. Szybko odskoczył do tyłu, gdy poczuł okropny ból na brzuchu, z którego krew ciekła wielkimi czteroma ciętymi ranami.
Z ogromną prędkością spadł ze schodów, gdzie na dole stali osłupieni ludzie. Urith zaczął powoli się podnosić, powoli. Wciąż czuł okropny ból, a krew strumieniem płynęła mu po obu nogach.
Nagle tuż przed nim coś się pojawiło. Ni to człowiek, ni zwierze. Stało na dwóch łapach, dosyć długich i w miarę szerokich. Między palcami miało jakieś dziwne błony, oprócz tych palców u łap, które pokrywały szpony długości ok. 15 centymetrów. Twarz miało strasznie dziwną, przerażającą. Trzy pary ogromnych zębisk z niej wystawały, resztę można było dopiero zobaczyć, gdy ta bestia otwarła "usta".
Szybko machnęła łapą. Ten atak z pewnością zabiły Urith'a, jednak atak go nie trafił. Łagodnie się uchylił wypluwając jednocześnie krew z ust. Nie mógł jednak uniknąć kolejnego ataku...
Wtedy przy bestii pojawił się Mer i zatrzymał jej szpony przy pomocy specjalnej liny.
- Uciekaj do reszty - powiedział oplątując liną całą bestię. Udało mu się. Wtedy Urith zaczął powoli wlec się w stronę reszty, którą widział przez mgłę.
Mer odskoczył od bestii i nabrał dużo powietrza w płuca, po czym krzycząc wyciągnął prawą ręke przed siebie. Ogromna, potężna czarna fala wyleciała w stronę dziwnej bestii kompletnie ją miażdżąc. Mężczyzna pochylił się lekko i zaczął dyszeć, jednak po chwili wstał, i gdyby nie kilka kropel potu na twarzy, możnaby powiedzieć, że nawet się nie zmęczył.
- Dobrze, że ich sprowadziłeś - powiedział, po czym zobaczył jak Urith upada na ziemię, robiąc obrót. W ten sposób upadł na plecy, a nie na brzuch.
- Ta... - powiedział chłopak, gdy kolejna masa krwi zaczęła wypływać z jego żołądka
- Cholera! - zawołał Mer - Nie ma tutaj medyków, zajmują się resztą... Wytrzymaj, przyjdą tutaj za kilka minut!
- U... Uwaga... - powiedział Urith resztkami sił
Mer nagle odskoczył, a w miejsce w którym był jeszcze przed chwilą wbiła się kolejna bestia, która wyglądała niemalże identycznie jak poprzednia, tylko była nieco ciemniejsza. Obróciła się natychmiast i rozcięła zbliżającą się linę na kawałeczki. Mer otworzył oczy szeroko ze zdziwienia.
Urith patrzył na wszystko przez mgłę. Zaczęło kręcić mu się w głowie, po chwili zemdlał.
W kącie stali przerażeni ludzie widzący, jak bestia zaczęła ciąć Mer'a, nie mogącego sobie poradzić z takim naporem. Po chwili ze schodów zeszła kolejna.
"Stworzony żeby bronić" - myślał Mer blokując się ręką, jednak bestia szybko zmieniła kierunek uderzenia na udo - "A jednak do niczego... Ja już nie chce... Ja... Chce... żyć..."
Potwór mocno uderzył w Mer'a ogonem, którego nikt wcześniej nie widział, gdyż przylegał do ciała. Mer uderzył bardzo mocno w ścianę.
- Pomóżcie... - powiedział patrząc w stronę przerażonych ludzi w kącie i wyciągając w ich stronę ręke - Pomóżcie... Proszę...
Druga bestia nabrała nieco powietrza, było to widać wyraźnie, po czym ryknęła z całych sił unosząc głowę do góry.
[center]***[/center]
- Dobra, mamy problem! - zawołał Adrian - Widzę, że są tutaj już prawie wszyscy, brakuje tylko Bart'a i Bobercik'a
Nagle obaj wbiegli do sali, Bart wciąż mocno trzymał swoją dziewczynę.
- Są już, w takim razie słuchajcie - zaczął Adrian - Mamy cholerny problem! Coś nam tutaj spadło i nie wygląda na to, by sobie odleciało. Gdyby nie Mark i Radek, to w tym momencie połowa naszych by już zginęła! Na szczęście chcieli nam pomóc.
- Więc, wiadomo kto to jest? - zapytał Bart stawiajac Sarę łagodnie na podłogę
- Wiem tylko jak wyglądają, nic więcej - powiedział Adrian
- Mają bardzo twarde szpony i używają do walki ogona - powiedział Bobercik siadając
- Zęby raczej też nie są od parady - powiedział Dyninio - Nie dałem się jednak ugryźć, aż taki przeagent nie jestem
- Ryurya? - zapytał Adrian
- Wygląda na to, że to coś przyleciało tutaj z innej planety - powiedziała kobieta - I odeślijmy to jak najszybciej, bo zaczynamy mieć kłopoty.
- Bart, co się dzieje? - zapytała Sara - O co tutaj chodzi?
- Sara, wyjaśnię później, teraz naprawdę nie mogę - powiedział Bart
- Oczywiście wszyscy z Ketsushin starają się pomóc, jednak młodzi gdzieś zniknęli - powiedział Adrian - Ale Mer miał mieć na nich oko, macie dopilnować żeby młodym się nic nie stało, zrozumiano!?!
Natychmiast pięć osób stojących przy drzwiach wybiegło.
- Dobra, a teraz słuchać mnie, bo nie będe się powtarzać - powiedział Adrian - Za kilkanaście minut powinien tutaj wrócić Uless, znany także pod drugim nickiem, Sey. Jeżeli tak się nie stanie musimy kontratakować pełną mocą, gdyby jednak wrócił, wszyscy macie go słuchać, jasne!?!
- A kim jest ten Sey? - zapytał Bart
- Właśnie - potwierdził jakiś członek Ketsushin
- To nasz najlepszy uczeń, wiedzą o nim tylko Ja i Dyninio - powiedział Adrian
- Tak, Sey naprawde jest najlepszy, w niektórych rzeczach lepszy jest nawet ode mnie - powiedział Dyninio - Nawet na SSJ niekiedy był lepszy ode mnie, rozumiecie?
- Więc on był aż tak dobry? - zapytał Bart - Przypomina mi się ktoś jeszcze...
- Tak, wiem - powiedział Dyninio - Daegurth byłby z nas dumny, brońmy tego o co on sam walczył
- Tak... - powiedział Bart
[center]***[/center]
Hektor trząsł się cały ze strachu widząc jak w jego stronę zbliża się powoli bestia. Nagle przed niego wyskoczył jeden z jego kolegów, Ireneusz Grabek. Znał karate, dokładniej był jego mistrzem w jednej ze szkół i mimo, że się bał, chciał stawić czoła przeciwnikowi. Jednak było to na nic, natychmiast został uderzony szponami i wylądował na ścianie.
Wszyscy przerażeni ludzie zaczęli jęczeć i wrzeszczeć ze strachu. Urith wciąż był omdlały, leżał po środku sali z zamkniętymi oczyma gdy jego krew... Przestała wypływać z jego ciała, wprost odwrotnie, zaczęła do niego powoli wracać, a on sam zaczął się trząść.
Tylko jedna osoba to zobaczyła, nikt więcej. Był to Dariusz Kostur, kolega Hektor'a. Zobaczył wszystko, dokładnie. I wtedy zrobił coś, co ocaliło wszystkich. Zrobił to odruchowo, nigdy nie wiedział dlaczego.
- Urith! - Zawołał - Urith! Pomóż!
Nagle z ciała leżącego chłopaka wyleciała fala, we wszystkie strony. Wywołała potężny podmuch wiatru, który zwrócił uwagę dwóch bestii na leżącego. Natychmiast do niego doskoczyły, w tym samym momencie do pokoju wbiegło kilka następnych.
Jedna z nich bezpośrednio rzuciła się na chłopaka, gdy jednak miała go uderzyć ten obrócił się nieco. Wtedy chciała zadać mu potężne uderzenie ogonem w głowę, jednak on złapał jej ogon i zakręcił nią uderzając wszystkie pozostałe bestie, po czym rzucił w ścianę. Wstał i lekko bujał się na boki z rękoma uniesionymi nieco w powietrzu.
Jedna z bestii nagle się ruszyła. On zniknął, pojawił się tuż obok niej i zadał jej potężne uderzenie pięścią, po czym uderzył kolejny raz. I tak raz za razem, wykonując około trzydziestu uderzeń w ciągu kilku sekund.
Nagle się schylił i wystawił nogę do góry wybijając bestię, która chciała go zgładzić w powietrze. Odbił się rękami od ziemi i zastosował najdziwniejszą serię ciosów jaką ktokolwiek widział.
Najpierw uderzył pięścią, po chwili kopnął z półobrotu, po czym zadał kolejne trzy uderzenia pięścią. Co dziwniejsze - ciągle się wznosił, coraz wyżej i wyżej w powietrze. Teraz zadał kilkaset ciosów tak szybko, że nikt nawet nie zobaczył, jak szybko on uderza.
Mer z niedowierzaniem patrzył na chłopaka, który siał teraz postrach wśród szeregu bestii. Zobaczył też parę innych rzeczy. Zawsze był dobrym obserwatorem. Krew tych bestii wydawała się być kwasem, gdyż wgryzała się w podłogę robiąc w niej dziury. Mer już wyszedł z szoku dlatego wstał i biegnąc wyskoczył w powietrze. Gdy znajdował się nad podłogą wyprostował obie ręce w stronę jednej z bestii, a w jej stronę wyleciały dwa promienie. Ta odskoczyła przed jednym wpadając prosto w drugi, została z niej tylko plama.
Urith nagle wylądował na ziemi gubiąc gdzieś zwłoki, które jeszcze przed chwilą bił. Stał w bezruchu, przez krótki moment, po czym znalazł się przy Mer'rze, dostawiając mu pięść do twarzy. Ten był jak najbardziej zdziwiony. Jednak ręka chłopaka nie uderzyła mężczyzny, tylko trzęsła się tuż przed jego twarzą.
"On śpi" - domyślił się Mer - "On tak dobrze walczy jak śpi!"
Nagle chłopak zrobił dwa piruety przelatujac obok Mer'a, po czym złapał go "za fraki" i rzucił na drugą stronę sali. Wtedy na Urith'a wpadła bestia i uderzyła go w udo. Na jego twarzy pokazał się na moment grymas bólu, po czym zniknął. Niemalże się przebudził, jednak wciąż spał.
Bestie która go uderzyła zmiótł potężnym promienieniem, robiąc jednocześnie ogromną dziurę w ścianie. Nagle zatrzymał się na podłodze i uniósł lekko prawą ręke, w której zaczęło krążyć powietrze wymieszane z błękitną energią. Uformowało się na kształt kuli i krążyło zwiększając swoją szybkość.
Kolejny potwór skoczył w jego stronę, wtedy on zrobił piruet i wbił kulę prosto w jego żołądek, przez który przebił się wraz z kulą, a ta wystrzeliła w ścianę ryjąc w niej dziwny znak/ślad.
W sali zostały tylko jeszcze dwie bestie. Jedna z nich ryknęła ze wszystkich sił, wtedy Urith nagle otwarł oczy i nabrał powietrza. Upadł na ziemię i zaczął się krztusić.
Kolejna bestia skoczyła w jego stronę. Gdy była tuż przed nim świat dla niego się zatrzymał.
Mimo, że nic nie pamiętał, nic a nic, to miał jakąś dziwną moc. Może był taki jak oni? Potworem? Nie wiedział, jednak instynkt wziął górę. Odrucho powiedział...
- Energy shield - cicho powiedział Urith
Bestia uderzyła w błękitną barierę otaczającą chłopaka. Nie udało jej się drugi raz, gdyż Mer przeciął ją dziwnym mieczem z czarnej energii. Wtedy Urith wstał, powoli. Bolało go udo i obie ręce. Jednak był zdziwiony dziwną bronią Mer'a. Patrzył w jego stronę z niedowierzaniem, po czym wyciągnął prawą ręke lekko przed siebie, a w niej natychmiast ukazała się identyczna broń, tylko błękitna.
- Jak ja to zrobiłem!?! - zawołał
Mer spojrzał w jego stronę i naprawdę się zdziwił. Ta technika była tylko jego, nikt więcej nie potrafił stworzyć takiego miecza, w taki sposób. Jednak po chwili ta broń znikła, zamieniając się w tysiące małych kawałeczków energii.
"Jeszcze nie potrafi tego kontrolować" - pomyślał Mer, po czym obrócił się w stronę bestii, która biegła w stronę Urith'a
Nagle chłopak odskoczył do tyłu i będąc jeszcze w powietrzu jakoś dziwnie zaczął układać dłonie, z ogromną prędkością.
"Co to jest?" - pomyślał - "Dlaczego ja to robię!?! Czy to czasem nie...?"
Nagle nabrał nieco powietrza w płuca i wypuścił je z całych sił.
- Katon: Goukakyu no jutsu! - zawołał tuż przed wypuszczeniem z ust ogromnej kuli ognia, która spaliła bestię w locie.
Tuż po tym ataku Urith nie wylądował, a uderzył kilka razy w ziemię nie mogąc się zatrzymać i zemdlał zderzając się ze ścianą.
"Muszę coś zrobić..." - pomyślał Mer - "Teraz zostałem sam, dlatego..."
Mężczyzna wyciągnął obie ręce przed siebie, a w nich natychmiast pojawiły się dwa dziwne ostrza. Były dosyć długie i uginały się, przez co wyglądały jak dwumetrowe półokręgi.
Wziął zamach, potężny, po czym ciął przed siebie. Nagle jedna z broni wyleciała rozdzielając się na kilka mniejszych kawałków, które wbiły się w ścianę. Mer podniósł w ich stronę ręke i po chwili opóścił ją na dół, a one urosły tworząc dziwną, czarną barierę.
[center]***[/center]
Mark odsunął się nieco w bok, gdy nagle rzucił się na niego potwór. Niestety nie udało mu się uniknąć, a jedynie zablokować szpony bestii na swoich rękach, które teraz mocno krwawiły.
"Ała... Ale diabelski ból... Cholera!" - pomyślał zaciskając ręce na szponach potwora. Natychmiast z jego dłoni wystrzeliła jakaś energia, która po wniknięciu w ciało bestii kompletnie ją spopieliła.
"Łał!" - spojrzał Radek uderzając w jednego z potworów ręką
- Myślę, że zaczynam rozumieć... - powiedział cicho Mark
"Rozumieć?" - zdziwił się jego kolega, który natychmiast doskoczył bliżej niego
- Jak to? Co rozumiesz? - zapytał
- Przez te wszystkie lata myślałem, że jestem do niczego - odpowiedział - Jednak wcale tak nie jest...
- Ja tam nigdy nie uważałem, że jesteś do niczego - powiedział szczerze Radek stając na rękach, jednocześnie kopnął doskakującą do niego bestię prosto w głowę, która odłączyła się od reszty ciała - CHOLERA!
Radek złapał się za ramię, na które przed chwilą spadła dziwna krew bestii. Jak się okazało - miała dosyć żrące właściwości.
- Czas by przestać się bawić, nie uważasz? - zapytał Radek nieco poważniejąc
- Taa... - potwierdził Mark
Nagle fala energii wyleciała zarówno z ciała Radka, jak i Mark'a. Naokoło długowłosego szatyna pojawiła się dziwna, biała aura, która tymczasowo pokrywała jego ciało. U Mark'a wyładowanie energii było tylko chwilowe, przejściowe. Jednak po chwili pojawiło się coś innego.
Nagle Radek lekko przymknął lewe oko, gdyż światło pochodzące zza Mark'a było tak jasne i intensywne, że nie mógł tak po prostu się patrzeć. Dopiero po chwili przyzwyczaił wzrok do takiego światła i wtedy zobaczył, że cały blask wydobywa się z niewiekiej części łopatki, jakby tam był jakiś znak, który teraz błyszczał na czerwono.
- Co to jest? - zapytał Radek
- Niespodzianka... - odpowiedział Mark uśmiechając się. Podskoczył natychmiast w powietrze, niewysoko, a w ślad za nim pojawiła się smuga ognia. Zacisnął obie ręce w pięści, po czym je otworzył, a w nich pojawiły się płonące kule. Po chwili zaczął ciskać takimi płonącymi kulami w otaczające go kreatury - do których z pewnością nie należał Radek.
"Ładnie... Pięknie!" - myślał patrząc na ogniowładnego Mark'a - "Dlaczego ja nie mam takich technik, czy jakby to inaczej nazwać!?!".
Wyciągnął obie ręce przed siebie wołając "perteguki!", a z nich wyleciały dwie niewielkie kulki, które z ogromną prędkością przelatywały przez ciała czarnoskórych bestii, z których duża część już biegała w panice parzona przez ogień.
[center]***[/center]
- Sara - odezwał się Bart po długiej chwili do swojej w pełni zszokowanej dziewczyny - Może nie tak dla ciebie to wszystko wyglądało, może...
- Bart, powiedz, że ja śnię... To jest sen, prawda? Przecież ludzie nie latają i wogóle... - powiedziała Sara bez większej wiary w to, co mówi
"Jakbym chciał, by tak było... Teraz chyba wiem, o czym mówił mój brat, o tym że chciały normalnego życia..." - pomyślał Saiyan opuszczając głowę w dół. Podszedł nieco bliżej swojej dziewczyny, wiedział, że czeka go ciężka rozmowa i nie wystarczy tu użycie słów "Uwierz mi". A czas płynął, on o tym wiedział, bardzo dobrze wiedział, dlatego...
- Dałbym się zabić, żebyś mogła żyć w szczęściu - zaczął lekko ściskając dłonie dziewczyny, patrząc jej prosto w oczy. Głośno przełknął ślinę bojąc się, bardzo się bojąc tego jak Sara zareaguje - I jak zdążyłaś zauważyć, to nie jestem zwyczajny, choć... Chciałbym tego bardzo, bardziej niż sobie zdajesz sprawę.
Sara milczała, dokładnie wsłuchując się w słowa swojego chłopaka. Jej oczy wciąż były niepewne, a ciało trzęsło się mieszając w sobie wszystkie uczaucia: Strach, miłość do Bart'a, radość, że poznała Bart'a lepiej, lęk przed nieuniknionym...
- Być normalny, dla ciebie, by tylko spełniać twoje pragnienia... - powiedział Bart - Bym mógł cię uściskać z całej siły i powiedzieć jak bardzo mi na tobie zależy.
Jedną ręke wysunął w stronę noża, który pewnie chwycił w ręce, po czym obrócił go łapiąc za ostrze. Sara patrzyła nie wiedząc co Bart chce zrobić, w pełni przerażona, gotowa rzucić się do ucieczki. Jednak ręka chłopaka trzymała ją w tej sali. Nie tylko ręka, także to, że wciąż go kochała i choć mogłoby się wydawać, że tacy młodzi jeszcze nie dorośli do tego rodzaju uczuć, to oni chyba wyprzedzili epokę w tej sprawie.
Bart zacisnął ręke, w której trzymał ostrze, a to się zgięło, nie zostawiając na jego dłoni żadnej rany - jedynie przez moment na jego ręce był odbity ślad po ostrzu. Tuż po tym puścił zdeformowany nóż i znów objął ręce swojej dziewczyny własnymi.
- Jedyne co mogę, to stopniowo darzyć cię uczuciem. I niezależnie od tego co będziesz robić w przyszłości i z kim zwiążesz jej plany... Będe przy tobie, by móc cie wspomóc w potrzebie - ciągnął dalej - Jak tylko...
- Wystarczy... - przerwała Sara zaczynając szlochać - Wystarczy Bart! Wystarczy...
Obaj siedzieli w milczeniu przez jakiś czas. Nikt nawet nie śmiał poruszyć ręką. Jednak Bart wiedział, że nie ma więcej czasu. Musiał już iść, wolał odejść teraz, niż gdy usłyszy te pełne żalu i rozpaczy słowa "Myślałam że mnie kochasz i nie wystawisz mnie do wiatru... Nie w ten sposób... Jak mogłeś... Bart, jak mogłeś? Jak mogłeś...".
Puścił ręce swojej dziewczyny, pełen żalu do siebie ze względu na to, że naraził ją w takim stopniu. "Co mi wogóle strzeliło do głowy!?!" - w jego umyślnie trwała burza, burza myśli - "Po jaką cholerę się wiązałem z Sarą, skoro jedyne co mogłem jej dać, to ból... Rozpacz... Nic więcej! Nie jestem godny... Niczego..."
- Muszę iść - powiedział Bart obracając się plecami do Sary - Inni mnie potrzebują, bo widzisz... Ja bronię wszystkiego...
"A nie mogłem nawet obronić ciebie..." - dokończył w myślach, nie śmiąc powiedzieć tych słów na głos.
- Że... - chciał powiedzieć "żegnaj", jednak poczuł jak Sara opiera się o jego plecy, jednocześnie łagodnie tuląc Bart'a
- Myślałam że mnie kochasz i nie wystawisz mnie do wiatru... Nie w ten sposób... Jak mogłeś... Bart, jak mogłeś? Jak mogłeś... - Wypowiedziała zwrot którego Bart tak bardzo nie chciał usłyszeć. I choć stał cicho, to jego dusza krzyczała, błagając o to by nigdy się nie narodził lub chociaż nie poznał tej dziewczyny, którą tak zranił, która umieszczała go we wszystkich swoich planach na przyszłość. I to wszystko stało się tak szybko...
- Jak mogłeś... - powtórzyła Sara, po czym zaczęła mówić jednocześnie powstrzymując się z trudem przed płaczem - Dlaczego? Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś i nosiłeś to wszystko na swoich barkach? Nigdy nie pokazałeś jak przez to cierpisz, nigdy, aż do teraz... To ja powinnam cie przeprosić, za to że nie zobaczyłam jak cierpisz... Za wszystko!
Saiyan zaczął się trząść i to z pewnością nie dlatego, że było dosyć chłodno. Wrzały w nim emocje, które chciał wypuścić na zewnątrz.
- Idź Bart - nagle powiedziała Sara na moment mocniej sciskając chłopaka - Idź i im pomóż... Ale obiecaj mi jedno, wróć do mnie...
Chłopak obrócił się wydostając z uścisku Sary, po czym spojrzał jej jeszcze raz w oczy uśmiechając się. W jego oczach widać było wielką radość i zaskoczenie.
- Czy mówiłem ci kiedyś, że jesteś chodzącym aniołem? - zapytał Bart
- I me skrzydła są tylko dla ciebie... - odpowiedziała Sara uśmiechając się
W następnym odcinku:
- Macie pecha - odezwał się chłopak w czarnym płaszczu, z dziwną maską na twarzy, pokrytą setkami różnych wzorów, w wielu kolorach. Znad maski wystawały włosy, u obu chłopaków miały kolor biały - Bo wspaniali Ken i Ryu są tutaj!
Wszyscy napadający na bank zachichotali, po czym wystawili w stronę dwóch przebierańców bronie.
- Niezły żart - powiedział jeden z zamaskowanych - Ale dzieciom nie przystoi się tak bawić, na ziemię!
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się drugi chłopak, z nieco inną maską
***
- Ja... Jak to, coś tutaj przyleciało? - zdziwił się Herio - Skąd!?!
- Nasi zwiadowcy, mówią, że spadło z nieba - powiedział Adrian - Czyli są to obcy, ale jakie mają zamiary? Musimy to dokładniej zbadać...
***
- Bart - powiedziała Sara - Jeszcze nie miałam okazji ci podziękować... Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pewna, że to ty nas uratowałeś wczoraj... Tylko dlaczego Kamilek nie odzywa się ani słowem, jakby stracił głos?
Saiyan opuścił głowę nisko. Czuł się naprawde podle, przez niego brat jego dziewczyny cierpiał, okropnie cierpiał. Ostatnio widział, jak wystraszył się zwykłego wrzasku na ulicy.
***
- Kris! - zawołał Bobercik widząc, jak ten ugina się otrzymując kolejną serię uderzeń
- Mówiłem ci, żebyś stąd spadał? - zapytał spokojnie Kris, gdy nagle w jego ręce pojawił się miecz. Jak zwykle idealnie lśnił i widniała wokół niego jasno-niebieska aura, a powietrze było orzeźwiające. - No, już, masz chyba co robić, no nie?
Bobercik jeszcze raz spojrzał w stronę kolegi, po czym kiwnął głową na tak, nagle chmura kurzu wystrzeliła w powietrze, a Bobercik zniknął.
"Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że bez problemu sobie poradzisz? Albo, że się wygłupiasz?" - pomyślał Bobercik lecąc z ogromną prędkością
I wiele więcej!!!
Terenis wyglądała przez okno, uważając, by nie oprzeć się brzuchem o parapet. W końcu była w szóstym miesiącu ciąży. Cieszyła się, bardzo się cieszyła, że poznała Hebrid'a, Bart'a, Daegurth'a, Rauko i całą reszte. Dzięki nim mogła teraz zaznać życia, a potem najnormalniej w świecie umrzeć. Jak dotąd śmierć była dla niej nieosiągalna, instynktownie jej ciało zmuszało ją do robienia rzeczy, których wcale nie chciała. Teraz była naprawde wolna...
- Kochanie, wszystko w porządku? - zapytał Hebrid przechodząc przez drzwi - Nie trzeba ci czegoś?
- Nie, dziękuję - odpowiedziała kobieta uśmiechając się w stronę męża.
Mężczyzna przyszedł do swojej żony i łagodnie ją przytulił, po czym razem z nią zaczął wyglądać przez okno, gdzieś daleko, bardzo daleko...
[center]***[/center]
- Więc to wszystko? - zapytał Mark - Wystarczy teraz tylko się przebrać i...
Chłopak zaczął zakładać na siebie czarny jacket, po czym na twarz założył dziwną maskę o setkach różnokolorowych wzorów, a jego włosy same zmieniły kolor na biały. Podbiegł szybko do lustra i zaczął się przeglądać.
- Wyglądam jak jakiś debil... - powiedział
- Nikt nie powiedział, że wygrasz w tym miss świata - odezwał się Radek zakładając swoją maskę - Mnie się tam podoba
Stanął obok Mark'a. Jedyne co ich różniło, to ustawienie włosów i wzorki na maskach. Mark miał więcej jaskrawych kolorów, a u Radka przeważały kolory ciemniejsze.
- Teraz tylko jeszcze ostatni patent... - powiedział Mark ściągając maskę, jego włosy natychmiast zrobiły się spowrotem czarne i zmieniły ustawienie.
- Jaki? - zapytał Radek też ściągając maskę
Mark ściągnął czarny płaszcz i rzucił go na ziemię, nastepnie jakby od niechcenia rzucił na niego maskę. Potem wyciągnął jakiś zwój i wyczytał napisane na nim słowa, które były w jakimś innym, dziwnym języku, którego sam nie rozumiał.
Płaszcz i maska zaczęły unosić się w powietrzu, nagle maska tak jakby wchłonęła w siebie płaszcz, który kompletnie zniknął. Radek był szczerze zdziwiony.
- No co? - zapytał Mark - Ryurye poprosiłem o takie zaklęcie, ale nie miała czasu osobiście, wiesz, oni mają tą szkołe... Kazushe? Nie... Ketsushin, o, tak się nazywa.
- No i jak to działa? - zapytał Radek
- Patrz - powiedział Mark biorąc maskę w ręke.
Powoli ją założył na twarz, nagle jego włosy zmieniły kolor na biały, a na ciele zaczął pojawiać się płaszcz, od góry, do dołu. Jakby znikąd, jednak wkrótce Radek zobaczył, że tak jakby rozciąga się on od maski. Nie minęło dużo czasu, a Mark był kompletnie nie do poznania.
- No, no - przyznał Radek - Całkiem dobre, ja też tak mogę? - zapytał
- Jasne - powiedział Mark ściągając maskę, a proces się odwrócił - Teraz zostało nam tylko wymyślenie imion, czy ksywek, których będziemy używać...
- Faktycznie, tu może być problem... - przyznał Radek
[center]***[/center]
- Hej, patrz kto tam idzie! - zawołał jakiś mężczyzna w kimono - To nowi, chodź zagadamy, nie bądźmy tacy...
- Ale mamy zadanie - zaprzeczył jego nieco starszy kolega - Poza tym nie mam czasu na niańczenie dzieci... Uless?
Kolega Uless'a zdziwił się, gdy zobaczył, że tamten już podbiegł do "nowych". Westchnął myśląc "No nie, co za kretyn..."
- Hej! - powiedział do nieco zdziwionych osób przed sobą - Jak tam po inicjacjach?
Wszyscy patrzyli na niego z szeroko otwartymi oczyma, byli naprawde zdziwieni i nie wiedzieli co myśleć o czymkolwiek.
- Lepiej nie pytaj... - odpowiedział Hektor - Naprawde będziemy umieć takie rzeczy?
- Nie - powiedział uśmiechnięty Uless - Każdy uczy się własnych umiejętności, zapewne zauważyliście, że... Kto tam był? Chyba Herio i Kino... Tak, więc Kino uczy się technik ognia, a Herio... Sam nie wiem czego on się uczy, bo widzisz, każdy ma swój talent i...
- Uless - powiedział kolega mężczyzny - Wszystko wyjaśnią im na pierwszym spotkaniu, nie trać czasu, mamy coś do zrobienia...
- A tam, Mer, nieczęsto widzę tutaj nowych, a sam nie pamiętam już jak się czułem, gdy przeszedłem inicjację... - powiedział
- Ty mało rzeczy czujesz, Uless, a teraz chodź - powiedział Mer obracając się, po czym odszedł
- No nie... Tylko praca i praca - powiedział Uless, po czym obrócił się w stronę Hektora - Wiesz co? Jak tylko zaczniesz treningi sprawnościowe, to możesz przyjść do mnie, z chęcią pomogę. To się tyczy wszystkich, mogę wam też zdradzić parę wskazówek... Zresztą, zobaczycie! Narazie!
Szybko pobiegł w pogoni za swoim kolegą. Zaraz po tym jak wybiegł zrzedł mu uśmiech. "Co to było? Coś niedawno spadło, czyżby meteoryt? Lepiej to porządnie zbadać..." - pomyślał biegnąc.
Hektor, jak i inni, widząc postawę tego mężczyzny nieco odetchnęli. Widać było, że zachowywał się naturalnie i do tego nie był taki dziwny, jak ten drugi. No i jeszcze nawet zaproponował pomoc. Nowi uczniowie szkoły czuli się o wiele lepiej.
[center]***[/center]
Miasto było pełne życia. Samochody jeździły po ulicach, zwalniając, czy zatrzymując się na skrzyżowaniach. Ludzie pędzili swoimi ścieżkami, za swoimi celami. Wszystko było takie normalne, a jednak takie inne. Nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, co się dzieje tuż obok.
[Wewnątrz banku Internation]
- I nie radzę włączać alarmu! - powiedział głośno i wyraźnie zamaskowany mężczyzna
Na podłodze leżeli ludzie, co poniektórzy płakali, inni czując się bezsilni leżeli bojąc się o własne życie. Byli i tacy, którzy tylko czekali na moment, w którym mogą coś zrobić, jednak ciężko taki znaleźć, gdy ma się lufę przystawioną do twarzy.
Kasjer szybko przebierał rękami, wrzucając gotówkę do wora jednego z napadających, jednak ten ciągle go ponaglał. Inny bandyta właśnie wyciągał różne rzeczy, z sejfu, głównie jednak gotówkę.
- Nie szeptać, albo łeb roz**erdolę! - zawołał mężczyzna w kominiarce, wyciągając pistolet w stronę jakiegoś faceta, leżącego na ziemi
Nagle tuż obok wejścia pojawiły się dwie osoby. Obie opierały się plecami o ścianę mając ręce skrzyżowane przy klatce piersiowej.
- Macie pecha - odezwał się chłopak w czarnym płaszczu, z dziwną maską na twarzy, pokrytą setkami różnych wzorów, w wielu kolorach. Znad maski wystawały włosy, u obu chłopaków miały kolor biały - Bo Ken i Ryu są tutaj!
Wszyscy napadający na bank zachichotali, po czym wystawili w stronę dwóch przebierańców bronie.
- Niezły żart - powiedział jeden z zamaskowanych - Ale dzieciom nie przystoi się tak bawić, na ziemię!
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się drugi chłopak, z nieco inną maską
Pojawił się tuż przy mierzącym do niego bandycie, wyrywając mu broń płynnym ruchem ręki. Natychmiast zacisnął ręke z całych sił na lufie broni, po czym odłożył ją do ręki oszołomionego mężczyzny, jednak była już niezdatna do użycia.
- Ryu - usłyszał cichy szept kolegi Ken, który stał obok faceta z zepsutą bronią
Natychmiast zrozumiał o co chodziło koledze. Wszyscy napadający na bank wymierzyli w jego stronę, było ich naprawdę dużo, dlatego ciężko byłoby wszystkich obezwładnić tak jak tamtego. Dlatego szybko kopnął z półobrotu w brzuch faceta obok, a ten z potężnym impetem uderzył w jednego z swoich towarzyszy.
Dziesiątki naciskanych spustów wprowadziły w ruch mechanizm, który spowodował wystrzelenie dziesiątek pocisków, z charakterystycznym hukiem przy wystrzale. Wszystkie strzały leciały prosto w stronę osoby nazwanej Ryu, wtedy jednak jej kolega pojawił się tuż przed nim i obracając się, wraz z płaszczem, zaczął łapać pociski, aż do momentu, gdy magazynki w broniach okazały się puste. Wtedy Ken wyrzucił pociski na podłogę.
- Zadzwoń na policję - powiedział do kasjera - Albo włącz alarm, jak wolisz
Pracownik instytucji natychmiast nacisnął przycisk alarmowy, którego nie mógł wcześniej tknąć, będąc pod stałym zagrożeniem.
- Nie ruszać się! - zawołał jakiś zamaskowany mężczyzna wychodząc z ogromnego sejfu - Albo wysadzę ten cały budynek w powietrze!
Nie spieszył się, szedł powoli trzymając w ręku granat. Drugą ręke miał na zawleczce, którą gotów był wyciągnąć w każdej chwili.
- Facet kompletnie nie ma wyczucia - odezwał się Ken
- Taa, jakąś głupią zabawką chciałby coś zrobić - potwierdził Ryu
Obaj nie zwracali większej uwagi na grożącego mężczyznę. Jednak nie chcieli, by ich wkurzał. Dlatego Ryu schylił się i podniósł jedną z kul leżących na ziemi.
- Powiedziałem, nie ruszaj się! - zawołał mężczyzna, któremu ręce drżały ze strachu
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się Ryu robiąc zamach
Szybko, z całej siły, pchnął kulę przed siebie - prosto w granat, a dokładniej w zawleczkę, w której ułamała się część, za którą można uzbroić granat. W ten sposób stał się on bezużyteczny, przynajmniej dopóki nie ma się jakiś kleszczy lub czegoś, czym złapałoby się ledwie wystającą część zawleczki.
Mężczyzna puścił granat który podleciał Ken'owi pod nogi, wtedy podbił go sobie nogą w powietrze i zaczął nim kapkować, na przemian lewą i prawą nogą, po czym mocno wykopał do góry. Granat przebił się przez szklaną część dachu, a tuż za nim poleciała jasnoświecąca kula ki, która wysadziła go wysoko nad miastem, nie powodując żadnych szkód.
Ken ustawił jakoś dziwnie ręce, nie ściągając cienkich, skórzanych rękawic, po czym powiedział: "Kagebunshin no jutsu", a obok niego pojawiło się kilka wyglądających jednakowo postaci, które natychmiast podbiegły do nieobezwładnionych bandytów.
Po chwili klony Ken'a znikły, wtedy żaden z bandytów nie był zdolny do wyrządzenia żadnych szkód, gdyż byli poobijani i powiązani.
Leżący na podłodze ludzie powstawali i zaczęli bić brawa. Zebrali się naokoło Ryu i Ken'a wciąż jednak utrzymując dystans.
- Ryu - odezwała się jedna z osób, po czym dokończył drugi - i Ken, przepraszamy za zwłokę.
- Od dzisiaj będziemy starać się pomóc w życiu mieszkańców - wyznał Ryu - Ale nie lubimy policji, więc...
- Narazie! - zawołał Ken po czym obaj zniknęli w powietrzu. Dokładnie w tym momencie, gdy agenci ochrony i policja wbiegli do banku.
[center]***[/center]
- A to kto? - zapytał Dyninio widząc stojącego po środku sali chłopaka.
Zwrócił na niego szczególną uwagę, dzięki kilku szczegółom, mianowicie przypominał mu kogoś. Ten kolor włosów, ta postawa... Jednak nie mógł to być Daegurth, bowiem był za niski.
- Nazywa się Urith - odpowiedział mu Adrian - Urith Tonoe i jest jednym z nowych uczniów. Jednak to nie Daegurth, jest podobny, ale inny. Po pierwsze: ma krótkie włosy, po drugie: jest o wiele niższy, po trzecie: z pewnością o wiele młodszy.
- Jak się sprawdza na treningach? - zapytał Dyninio
- Jeszcze nie przeszedł żadnych treningów - przyznał się Adrian - A stoi na środku sali, jakby był na niej już wiele razy.
Urith zaczął rozglądać się wokół siebie, kiedy dostrzegł, że przyglądają mu się dwaj mistrzowie. Wtedy lekko się pochylił, robiąc ukłon, po czym wyszedł z sali.
[center]***[/center]
Uless pokazał koledze ręką, że ma się zatrzymać. Wtedy obaj stali w bezruchu, skryci za kupą kamieni, za którą znajdował się dziwny statek kosmiczny.
- Zbadam teren - odezwał się Uless nie bojąc się wogóle
- Ciii! - uciszył kolegę Mer
- Sam sobie bądź cicho - powiedział Uless wychodząc zza gruzów - I idź powiedzieć Mistrzom co tutaj widziałeś, ja postaram się dowiedzieć czegoś więcej
- Nie wygłupiaj się! - powiedział cicho, lekko oburzony Mer
- Nie rozumiesz - odezwał się Uless - Oni już wiedzą, że tutaj jesteśmy. Ja ich zatrzymam, a ty uciekaj, rozumiesz?
- Jak to...? - zdziwił się jego kolega
"Skąd on to wie? Dlaczego zachowuje się tak dziwnie, jeszcze nigdy nie był taki poważny... Co się cholera dzieje!?!" - zadawał sobie pytania w myślach Mer, jednak nie mógł znaleźć na nie odpowiedzi. Wiedział jednak jedno: Uless jeszcze nigdy go nie okłamał, dlatego skoro mówił, że już ich wykryli, to tak musiało być.
- Dobra - powiedział Mer normalnym tonem głosu - Tylko wróć cały, rozumiesz?
- Taa... - odpowiedział przeciągle jego kolega
[center]***[/center]
- Witam w Ketsushin - odezwał się Adrian - Mam tą niewątpliwą przyjemność rozpoczęcia nauk, będe waszym pierwszym nauczycielem. Więc, nazywam się Adrian, po prostu, nie mam nazwiska i jestem mistrzem w tej szkole. Od teraz proszę zwracać się do mnie po stopniu. Więc... Zacznijmy od początku, przedstawcie się wszyscy, dobrze? Po kolej, według wskazówek zegara.
Tworzące niewielki okrąg osoby wbijały wzrok w Adriana, który miał zostać ich mistrzem i zacząć pierwsze treningi. Tak jak poprosił, wszyscy zaczęli się przedstawiać.
- Hektor Nasze - odezwał się mężczyzna siedzący tuż obok mistrza
- Dariusz Kostur - powiedział nastepny
- Julia Oner - odezwała się dosyć wysoka kobieta, mniej więcej trzydziesto-dwu letnia
- Robert Czara - rzucił jakby od niechcenia drobny mężczyzna
- Ireneusz Grabek - odezwał się dosyć stary mężczyzna, lekko ukłaniając się głową
- Maria Trymer - niemalże wyśpiewała dosyć młoda kobieta o blond włosach
- Urith - odezwał się rudowłosy chłopak wbijając wzrok w Adriana. Mistrza przeszedł dreszcz - Urith Tonoe
- Jarek Postal - powiedział powoli mężczyzna siedzący obok, po czym ziewnął
Wszyscy podawali swoje imiona i nazwiska, dla lepszego spamiętania. Adrian wiedział, że jest to tylko tymczasowe, gdyż za niedługo dostaną przydomki, których będą używać, jednak teraz chciał poznać wszystkich nowych uczniów. Gdyby poznał ich dobrze, wiedziałby jaki trening dla nich przygotować. Prawda jest taka, że każdy jest dobry w odpowiednim fachu, nie ma dwóch identycznych osób, są jedynie podobne. Dlatego musiał się dowiedzieć o swoich nowych wychowankach jak najwięcej.
Tuż po tym jak wszyscy się przedstawili znów głos wrócił do mistrza.
- A teraz powiedzcie coś o sobie - poprosił Adrian - Pozwólcie, że ja zacznę. Lubię sporty ekstramalne i ponad wszystko kocham uczciwą rywalizację, choć czasami lepiej łamać zasady. Do tego nie lubie, gdy ktoś kogoś wykorzystuje, no i niezbyt smakują mi lody, ale tak to jest z Saiyan'ami. O nich dowiecie się na lekcjach z Mistrzynią Ryuryą. Teraz proszę, Hektor, powiedz coś o sobie.
Mężczyzna westchnął, po czym zaczął. Mówił pewnie i spokojnie. Opowiadał o tym, że lubi dobrą zabawę i że przepada za przebywaniem w wyrafinowanym towarzystwie.
- Niezbyt lubię się bić, jednak jeżeli to konieczne, to zrobię wszystko by dojść do celu... Tak przynajmniej myślę - dokończył - To chyba wszystko
Adrian kiwnął głową na potwierdzenie, że zrozumiał, po czym spojrzał na siedzącego obok.
- Nie wińcie mnie za to kim byłem - zaczął - Gdyż nie zawsze było mnie stać na jakiekolwiek luksusy. Gdy byłem młodszy, byłem złodziejaszkiem, na szczęście znalazłem uczciwą pracę i jestem z niej dumny. Lubię dawać z siebie sto procent i pomagać innym, jednak dla zdobycia wielu rzeczy jestem w stanie zrobić niemalże wszystko.
- Dziękuję - powiedział Adrian - Teraz Julia, dobrze zapamiętałem?
- Tak... Mistrzu. Ja zajmuję się wieloma rzeczami i jestem dosyć wszechstronna. Lubię pomagać innym, jak i nie odmawiam, gdy ktoś chce mi pomóc. Jak dotąd pracowałam w sklepie jubilerskim. Niektórych może dziwić co tutaj robię, ale prawda jest taka, że po prostu lubię wszelkiego rodzaju sztuki walki i gdybym nie dowiedziała się o Ketsushin, to pewnie poszłabym na Kung Fu lub do innej szkoły, jednak jestem dosyć zadowolona z mojego wyboru. Czy my naprawdę będziemy umieli takie rzeczy?
- W większości przypadków: tak - powiedział Adrian - Jest jednak kilka takich osób, które nie mogą opanować niektórych technik, jednak wtedy okazują się bardziej podatne na naukę innych.
- To wszystko - powiedziała Julia
- Ujmę to krótko - powiedział mężczyzna - Interesuję się sportami i lubię akrobatykę. To chyba wszystko.
- Skoro tak uważasz, teraz proszę Marię - powiedział Adrian
Adrian kiwnął głową i przesunął nieco wzrok, na Irka.
- No cóż - przyznał się następny uczeń - Jestem mistrzem w szkole karate i kung fu. Oprócz tego interesuję się filozofią we wszelkim tego słowa znaczeniu.
- Obecnie studiuję medycynę, jednak zawsze staram się znaleźć nieco czasu na trening i atletykę - powiedziała melodyjnym głosem kobieta - Niektórzy uważają mnie za mola książkowego, ale przecież musze kiedyś się uczyć, a medycyna nie jest najłatwiejsza. No i lubie też troszeczke narozrabiać czasami.
Adrian złapał dziwne spojrzenie Urith'a wysyłane w jego stronę. Wiedział, że miało jakieś znaczenie, jednak nie był pewien jakie.
- Chyba lubię wszystko - powiedział Urith - I mogę zajmować się wszystkim
- Bardzo ogólna odpowiedź, miło mi, że wszystko lubisz - powiedział Adrian - Proszę dalej.
- Ja jestem programistą w firmie Hydrosqua - powiedział kolejny mężczyzna - Jednak interesuję się sztukami walk, w szczególności z użyciem broni, jednak najpierw chciałem nauczyć się wlaczyć bez niej. Wygląda na to, że wogóle nie będe potrzebował broni.
Nagle drzwi do sali się otwarły, a przez nie coś przemknęło. Szybko przeleciało przez całą salę, aż zatrzymało się obok Adrian'a. Mer klęczał na jednym kolanie z opuszczoną w dół głową.
- Mistrzu - zaczął - Złe wieści
Po chwili szybko coś wyszeptał do ucha Adriana, po czym wybiegł z sali.
- Przepraszam, ale mamy drobne problemy i musimy przełożyć to spotkanie na kiedy indziej - odezwał się wstając Adrian - Do tego czasu jesteście wolni
[center]***[/center]
- Ja... Jak to, coś tutaj przyleciało? - zdziwił się Herio - Skąd!?!
- Nasi zwiadowcy, mówią, że spadło z nieba - powiedział Adrian - Czyli są to obcy, ale jakie mają zamiary? Musimy to dokładniej zbadać...
- Mistrzu, ale Uless tam został! - odezwał się nagle Mer
- Za niedługo wróci - odezwał się Adrian - Powiedziałem mu, że ma tylko wykonać zwiad
- Ale mistrzu, on może umrzeć! - zawołał naprawde oburzony Mer. Mimo wszystko Uless był jego najlepszym przyjacielem w tej szkole i jednocześnie jedyną tak oddaną osobą. Właśnie z nim spędzał tutaj najwięcej czasu.
- Nie umrze - powiedział Adrian - On już jest na wysokim poziomie, bardzo. I jest najdyskretniejszy w całym Ketsushin.
Mer był zdziwiony. Zawsze słyszał o tym, że on jest najdyskretniejszy, a tutaj dowiedział się, że Uless, jego przyjaciel z którym spędzał najwięcej czasu. Ale jak?
- Nawet nie wiesz o tym, że był agentem specjalnym - wyjaśniał Adrian - Nikt o tym nie wie, prócz mistrzów. Do tego opanował wszystkie możliwe dla siebie techniki, których mogliśmy go nauczyć, po czym zaczął tworzyć własne. Jest z pewnością przykładem dla wszystkich uczniów tej szkoły, gdyby nie to, że jest szpiegiem, to zostałby moim pomocnikiem, mistrzem.
"Uless? Ten zabawny, nieco przygłupawy facet? Ale jak? Kiedy?" - Głowę Mer'a przyciemniały ciągłe pytania
[center]***[/center]
"Jest źle" - pomyślał Urith odsuwając się od ściany - "Bardzo źle, nawet nie wiem co się dzieje. Cholera, powinienem pomóc... Ale jak? Może najlepiej nic nie robić?"
- Co jest, Urith? - zapytał Hektor podchodząc do chłopaka, którego nie widział, gdy podpisywał kontrakt wcześniej - Coś się stało?
- Nic takiego - odpowiedział - Ale powiem jedno: Teraz musimy bardzo dokładnie wykonywać wszystko, o co nas poproszą.
- A to dlaczego? - zapytał Hektor
- Wygląda na to, że coś złego się dzieje - odpowiedział Urith - Nie mów o tym nikomu, rozumiesz? Nie było mnie tu.
- Tak jest - odpowiedział Hektor lekko chwiejąc się na boki - Ale co się dzieje?
- Nie wiem, a nawet jakbym wiedział, to dla bezpieczeństwa nas obu nie mógłbym powiedzieć - odezwał się Urith - A teraz idź gdzie sobie chcesz, ja mam swoje sprawy.
Urith szybko pobiegł i znikł za zakrętem korytarza.
[center]***[/center]
Nagle Bart usłyszał dziwny dźwięk. Podniósł głowę, jednocześnie wyglądając za okno. Wiedział co on oznaczał, Ryurya już mu powiedziała, że właśnie tym dźwiękiem będzie zwoływać wszystkich w bardzo ważnych sprawach.
Bart szybko, w biegu, zabrał płaszcz z wieszaka i wybiegł z domu nawet go nie zamykając. Gdy przebiegł przez bramkę od swojej posiadłości zobaczył idącą w jego stronę Sarę. Szła nieco przybita, z lekko opuszczoną głową, gdy zobaczyła Bart'a natychmiast zaczęła biec w jego stronę, po czym mocno go przytuliła.
- Bart - powiedziała Sara - Jeszcze nie miałam okazji ci podziękować... Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pewna, że to ty nas uratowałeś wczoraj... Tylko dlaczego Kamilek nie odzywa się ani słowem, jakby stracił głos?
Saiyan opuścił głowę nisko. Czuł się naprawde podle, przez niego brat jego dziewczyny cierpiał, okropnie cierpiał. Ostatnio widział, jak wystraszył się zwykłego wrzasku na ulicy, czy jęczenia kotów, które niektórzy uznaliby za muzykę. On jednak nie miał tak wyrafinowanego gustu.
Młody mężczyzna nie wiedział co zrobić, był teraz uziemiony przy swojej dziewczynie, a mimo wszystko musiał biec na spotkanie. Jak dotąd nigdy nie został wezwany, tylko raz, próbnie, jednak teraz nie było żadnych zapowiedzi. To było nagle, więc coś musiało się stać i prawdopodobnie miało związek z tym lekkim trzęsieniem i mocnym wiatrem, który pojawił się tak szybko, jak zniknął.
Musiał wybierać, i to szybko. Albo zawiedzie Sarę i zostawi ją sobie, albo zawiedzie przyjaciół - może i wszystkich na Ziemi, gdyby to było coś ważnego. Zostawała jeszcze jedna opcja: powiedzieć wszystko swojej miłej, jednak wtedy nie mógł przewidzieć co by się stało...
- Sara - powiedział Bart lekko ją tuląc - Zabiorę cie w pewne miejsce, tam ci wszystko wyjaśnię, dobrze?
Dziewczyna oderwała głowę od klatki piersiowej swojego chłopaka i spojrzała mu w oczy.
- Jak to, wszystko? - zapytała
- Nie ma czasu, przepraszam... - powiedział Bart nieco mocniej i pewniej dociskając do siebie dziewczynę.
Pochylił się nieco do przodu, ugiął lekko kolana, po czym wybił się wysoko w powietrze. Gdy już zaczął się zatrzymywać, nagle ruszył, zaczynając łagodny lot.
Sara nie wierzyła własnym oczom, patrzyła ze zdziwieniem pod siebie, szybując w powietrzu.
[center]***[/center]
- Więc nie miałeś za dobrze - przyznał Bobercik popijając sobie herbatę
- Ta - odpowiedział Kris - Ale liczy się tu i teraz
Nagle Bobercik
wstał słysząc dobrze znany dźwięk.
- Kris, pozwól że... - nie zdąrzył powiedzieć Bobercik
- Jasne, biegnij, potrzebują cie - powiedział Kris - Bardziej niż ja
- Roksia! - zawołał Bobercik
- Nie ma jej - powiedział Kris - Poszła do koleżanki
"Skąd on to wie?" - zdziwił się Bobercik, jednak wiedział, że nie ma czasu. Wybiegł natychmiast przed dom
To co zobaczył przekroczyło wszystkie jego wyobrażenia. Ze wschodu w jego stronę biegły setki dziwnych bestii, niszcząc wszystko swoimi twardymi szponami. Wyglądały podobnie do tych z komiksów i filmów, jednak nie miał pojęcia, że takie coś istnieje naprawde.
- Biegnij - zawołał Kris - Ja się nimi zajmę
Bobercik spojrzał na kolegę, który powoli wyszedł z domu Bobercika i stanął po środku ulicy. Ostatni raz spojrzał w stronę Bobercika, po czym odwrócił głowę w stronę bestii przed sobą, które rzuciły się na niego całą chmarą kompletnie go zakrywając. Bobercik natychmiast odwrócił głowę w ich stronę, gdy zobaczył, że kolejna chmara nadbiega z północy, małą uliczką. Rzuciła się na Bobercika, jednak zatrzymała się nagle.
- Kris! - zawołał Bobercik widząc, jak ten ugina się otrzymując kolejną serią uderzeń
- Mówiłem ci, żebyś stąd spadał? - zapytał spokojnie Kris, gdy nagle w jego ręce pojawił się miecz. Jak zwykle idealnie lśnił i widniała wokół niego jasno-niebieska aura, a powietrze było orzeźwiające. - No, już, masz chyba co robić, no nie?
Bobercik jeszcze raz spojrzał w stronę kolegi, po czym kiwnął głową na tak, nagle chmura kurzu wystrzeliła w powietrze, a Bobercik zniknął.
"Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że bez problemu sobie poradzisz? Albo, że się wygłupiasz?" - pomyślał Bobercik lecąc z ogromną prędkością
[center]***[/center]
- Oni się zbliżają... - powiedział Urith stojąc przy ścianie - zaraz tutaj będą, musimy się schować
- Kto? - zdziwił się Hektor - O czym ty mówisz!?!
- Nie ma czasu, szybko, musimy się schować, niech Mistrzowie się tym zajmą! - zawołał Urith zbiegając szybko po schodach. Tuż za nim biegli wszyscy nowi uczniowie szkoły Ketsushin, nie mając pojęcia nawet o co chodzi.
- Stop! - zawołał Urith zatrzymując się i podnosząc ręke - Za późno, już tu są...
Nagle rozległ się dziwny dźwięk. Słychać było, jakby ktoś ciągnął czymś metalowym po ziemi, po czym kilka dziwnych jęków i pisków napełniło schody.
- Szybko, na dół! - zawołał Urith
Wszyscy byli teraz naprawde przerażenie, zbiegli ile sił w nogach na dół i zatrzymali się w dosyć dużej sali.
W międzyczasie chłopak prowadzący ich stanął na schodach i czekał. Czekał, nie wiedząc jak bardzo się naraża, gdyż wróg był już blisko, bliżej niż możnaby się spodziewać...
Nagle tylko coś przeleciało mu przed oczyma. Szybko odskoczył do tyłu, gdy poczuł okropny ból na brzuchu, z którego krew ciekła wielkimi czteroma ciętymi ranami.
Z ogromną prędkością spadł ze schodów, gdzie na dole stali osłupieni ludzie. Urith zaczął powoli się podnosić, powoli. Wciąż czuł okropny ból, a krew strumieniem płynęła mu po obu nogach.
Nagle tuż przed nim coś się pojawiło. Ni to człowiek, ni zwierze. Stało na dwóch łapach, dosyć długich i w miarę szerokich. Między palcami miało jakieś dziwne błony, oprócz tych palców u łap, które pokrywały szpony długości ok. 15 centymetrów. Twarz miało strasznie dziwną, przerażającą. Trzy pary ogromnych zębisk z niej wystawały, resztę można było dopiero zobaczyć, gdy ta bestia otwarła "usta".
Szybko machnęła łapą. Ten atak z pewnością zabiły Urith'a, jednak atak go nie trafił. Łagodnie się uchylił wypluwając jednocześnie krew z ust. Nie mógł jednak uniknąć kolejnego ataku...
Wtedy przy bestii pojawił się Mer i zatrzymał jej szpony przy pomocy specjalnej liny.
- Uciekaj do reszty - powiedział oplątując liną całą bestię. Udało mu się. Wtedy Urith zaczął powoli wlec się w stronę reszty, którą widział przez mgłę.
Mer odskoczył od bestii i nabrał dużo powietrza w płuca, po czym krzycząc wyciągnął prawą ręke przed siebie. Ogromna, potężna czarna fala wyleciała w stronę dziwnej bestii kompletnie ją miażdżąc. Mężczyzna pochylił się lekko i zaczął dyszeć, jednak po chwili wstał, i gdyby nie kilka kropel potu na twarzy, możnaby powiedzieć, że nawet się nie zmęczył.
- Dobrze, że ich sprowadziłeś - powiedział, po czym zobaczył jak Urith upada na ziemię, robiąc obrót. W ten sposób upadł na plecy, a nie na brzuch.
- Ta... - powiedział chłopak, gdy kolejna masa krwi zaczęła wypływać z jego żołądka
- Cholera! - zawołał Mer - Nie ma tutaj medyków, zajmują się resztą... Wytrzymaj, przyjdą tutaj za kilka minut!
- U... Uwaga... - powiedział Urith resztkami sił
Mer nagle odskoczył, a w miejsce w którym był jeszcze przed chwilą wbiła się kolejna bestia, która wyglądała niemalże identycznie jak poprzednia, tylko była nieco ciemniejsza. Obróciła się natychmiast i rozcięła zbliżającą się linę na kawałeczki. Mer otworzył oczy szeroko ze zdziwienia.
Urith patrzył na wszystko przez mgłę. Zaczęło kręcić mu się w głowie, po chwili zemdlał.
W kącie stali przerażeni ludzie widzący, jak bestia zaczęła ciąć Mer'a, nie mogącego sobie poradzić z takim naporem. Po chwili ze schodów zeszła kolejna.
"Stworzony żeby bronić" - myślał Mer blokując się ręką, jednak bestia szybko zmieniła kierunek uderzenia na udo - "A jednak do niczego... Ja już nie chce... Ja... Chce... żyć..."
Potwór mocno uderzył w Mer'a ogonem, którego nikt wcześniej nie widział, gdyż przylegał do ciała. Mer uderzył bardzo mocno w ścianę.
- Pomóżcie... - powiedział patrząc w stronę przerażonych ludzi w kącie i wyciągając w ich stronę ręke - Pomóżcie... Proszę...
Druga bestia nabrała nieco powietrza, było to widać wyraźnie, po czym ryknęła z całych sił unosząc głowę do góry.
[center]***[/center]
- Dobra, mamy problem! - zawołał Adrian - Widzę, że są tutaj już prawie wszyscy, brakuje tylko Bart'a i Bobercik'a
Nagle obaj wbiegli do sali, Bart wciąż mocno trzymał swoją dziewczynę.
- Są już, w takim razie słuchajcie - zaczął Adrian - Mamy cholerny problem! Coś nam tutaj spadło i nie wygląda na to, by sobie odleciało. Gdyby nie Mark i Radek, to w tym momencie połowa naszych by już zginęła! Na szczęście chcieli nam pomóc.
- Więc, wiadomo kto to jest? - zapytał Bart stawiajac Sarę łagodnie na podłogę
- Wiem tylko jak wyglądają, nic więcej - powiedział Adrian
- Mają bardzo twarde szpony i używają do walki ogona - powiedział Bobercik siadając
- Zęby raczej też nie są od parady - powiedział Dyninio - Nie dałem się jednak ugryźć, aż taki przeagent nie jestem
- Ryurya? - zapytał Adrian
- Wygląda na to, że to coś przyleciało tutaj z innej planety - powiedziała kobieta - I odeślijmy to jak najszybciej, bo zaczynamy mieć kłopoty.
- Bart, co się dzieje? - zapytała Sara - O co tutaj chodzi?
- Sara, wyjaśnię później, teraz naprawdę nie mogę - powiedział Bart
- Oczywiście wszyscy z Ketsushin starają się pomóc, jednak młodzi gdzieś zniknęli - powiedział Adrian - Ale Mer miał mieć na nich oko, macie dopilnować żeby młodym się nic nie stało, zrozumiano!?!
Natychmiast pięć osób stojących przy drzwiach wybiegło.
- Dobra, a teraz słuchać mnie, bo nie będe się powtarzać - powiedział Adrian - Za kilkanaście minut powinien tutaj wrócić Uless, znany także pod drugim nickiem, Sey. Jeżeli tak się nie stanie musimy kontratakować pełną mocą, gdyby jednak wrócił, wszyscy macie go słuchać, jasne!?!
- A kim jest ten Sey? - zapytał Bart
- Właśnie - potwierdził jakiś członek Ketsushin
- To nasz najlepszy uczeń, wiedzą o nim tylko Ja i Dyninio - powiedział Adrian
- Tak, Sey naprawde jest najlepszy, w niektórych rzeczach lepszy jest nawet ode mnie - powiedział Dyninio - Nawet na SSJ niekiedy był lepszy ode mnie, rozumiecie?
- Więc on był aż tak dobry? - zapytał Bart - Przypomina mi się ktoś jeszcze...
- Tak, wiem - powiedział Dyninio - Daegurth byłby z nas dumny, brońmy tego o co on sam walczył
- Tak... - powiedział Bart
[center]***[/center]
Hektor trząsł się cały ze strachu widząc jak w jego stronę zbliża się powoli bestia. Nagle przed niego wyskoczył jeden z jego kolegów, Ireneusz Grabek. Znał karate, dokładniej był jego mistrzem w jednej ze szkół i mimo, że się bał, chciał stawić czoła przeciwnikowi. Jednak było to na nic, natychmiast został uderzony szponami i wylądował na ścianie.
Wszyscy przerażeni ludzie zaczęli jęczeć i wrzeszczeć ze strachu. Urith wciąż był omdlały, leżał po środku sali z zamkniętymi oczyma gdy jego krew... Przestała wypływać z jego ciała, wprost odwrotnie, zaczęła do niego powoli wracać, a on sam zaczął się trząść.
Tylko jedna osoba to zobaczyła, nikt więcej. Był to Dariusz Kostur, kolega Hektor'a. Zobaczył wszystko, dokładnie. I wtedy zrobił coś, co ocaliło wszystkich. Zrobił to odruchowo, nigdy nie wiedział dlaczego.
- Urith! - Zawołał - Urith! Pomóż!
Nagle z ciała leżącego chłopaka wyleciała fala, we wszystkie strony. Wywołała potężny podmuch wiatru, który zwrócił uwagę dwóch bestii na leżącego. Natychmiast do niego doskoczyły, w tym samym momencie do pokoju wbiegło kilka następnych.
Jedna z nich bezpośrednio rzuciła się na chłopaka, gdy jednak miała go uderzyć ten obrócił się nieco. Wtedy chciała zadać mu potężne uderzenie ogonem w głowę, jednak on złapał jej ogon i zakręcił nią uderzając wszystkie pozostałe bestie, po czym rzucił w ścianę. Wstał i lekko bujał się na boki z rękoma uniesionymi nieco w powietrzu.
Jedna z bestii nagle się ruszyła. On zniknął, pojawił się tuż obok niej i zadał jej potężne uderzenie pięścią, po czym uderzył kolejny raz. I tak raz za razem, wykonując około trzydziestu uderzeń w ciągu kilku sekund.
Nagle się schylił i wystawił nogę do góry wybijając bestię, która chciała go zgładzić w powietrze. Odbił się rękami od ziemi i zastosował najdziwniejszą serię ciosów jaką ktokolwiek widział.
Najpierw uderzył pięścią, po chwili kopnął z półobrotu, po czym zadał kolejne trzy uderzenia pięścią. Co dziwniejsze - ciągle się wznosił, coraz wyżej i wyżej w powietrze. Teraz zadał kilkaset ciosów tak szybko, że nikt nawet nie zobaczył, jak szybko on uderza.
Mer z niedowierzaniem patrzył na chłopaka, który siał teraz postrach wśród szeregu bestii. Zobaczył też parę innych rzeczy. Zawsze był dobrym obserwatorem. Krew tych bestii wydawała się być kwasem, gdyż wgryzała się w podłogę robiąc w niej dziury. Mer już wyszedł z szoku dlatego wstał i biegnąc wyskoczył w powietrze. Gdy znajdował się nad podłogą wyprostował obie ręce w stronę jednej z bestii, a w jej stronę wyleciały dwa promienie. Ta odskoczyła przed jednym wpadając prosto w drugi, została z niej tylko plama.
Urith nagle wylądował na ziemi gubiąc gdzieś zwłoki, które jeszcze przed chwilą bił. Stał w bezruchu, przez krótki moment, po czym znalazł się przy Mer'rze, dostawiając mu pięść do twarzy. Ten był jak najbardziej zdziwiony. Jednak ręka chłopaka nie uderzyła mężczyzny, tylko trzęsła się tuż przed jego twarzą.
"On śpi" - domyślił się Mer - "On tak dobrze walczy jak śpi!"
Nagle chłopak zrobił dwa piruety przelatujac obok Mer'a, po czym złapał go "za fraki" i rzucił na drugą stronę sali. Wtedy na Urith'a wpadła bestia i uderzyła go w udo. Na jego twarzy pokazał się na moment grymas bólu, po czym zniknął. Niemalże się przebudził, jednak wciąż spał.
Bestie która go uderzyła zmiótł potężnym promienieniem, robiąc jednocześnie ogromną dziurę w ścianie. Nagle zatrzymał się na podłodze i uniósł lekko prawą ręke, w której zaczęło krążyć powietrze wymieszane z błękitną energią. Uformowało się na kształt kuli i krążyło zwiększając swoją szybkość.
Kolejny potwór skoczył w jego stronę, wtedy on zrobił piruet i wbił kulę prosto w jego żołądek, przez który przebił się wraz z kulą, a ta wystrzeliła w ścianę ryjąc w niej dziwny znak/ślad.
W sali zostały tylko jeszcze dwie bestie. Jedna z nich ryknęła ze wszystkich sił, wtedy Urith nagle otwarł oczy i nabrał powietrza. Upadł na ziemię i zaczął się krztusić.
Kolejna bestia skoczyła w jego stronę. Gdy była tuż przed nim świat dla niego się zatrzymał.
Mimo, że nic nie pamiętał, nic a nic, to miał jakąś dziwną moc. Może był taki jak oni? Potworem? Nie wiedział, jednak instynkt wziął górę. Odrucho powiedział...
- Energy shield - cicho powiedział Urith
Bestia uderzyła w błękitną barierę otaczającą chłopaka. Nie udało jej się drugi raz, gdyż Mer przeciął ją dziwnym mieczem z czarnej energii. Wtedy Urith wstał, powoli. Bolało go udo i obie ręce. Jednak był zdziwiony dziwną bronią Mer'a. Patrzył w jego stronę z niedowierzaniem, po czym wyciągnął prawą ręke lekko przed siebie, a w niej natychmiast ukazała się identyczna broń, tylko błękitna.
- Jak ja to zrobiłem!?! - zawołał
Mer spojrzał w jego stronę i naprawdę się zdziwił. Ta technika była tylko jego, nikt więcej nie potrafił stworzyć takiego miecza, w taki sposób. Jednak po chwili ta broń znikła, zamieniając się w tysiące małych kawałeczków energii.
"Jeszcze nie potrafi tego kontrolować" - pomyślał Mer, po czym obrócił się w stronę bestii, która biegła w stronę Urith'a
Nagle chłopak odskoczył do tyłu i będąc jeszcze w powietrzu jakoś dziwnie zaczął układać dłonie, z ogromną prędkością.
"Co to jest?" - pomyślał - "Dlaczego ja to robię!?! Czy to czasem nie...?"
Nagle nabrał nieco powietrza w płuca i wypuścił je z całych sił.
- Katon: Goukakyu no jutsu! - zawołał tuż przed wypuszczeniem z ust ogromnej kuli ognia, która spaliła bestię w locie.
Tuż po tym ataku Urith nie wylądował, a uderzył kilka razy w ziemię nie mogąc się zatrzymać i zemdlał zderzając się ze ścianą.
"Muszę coś zrobić..." - pomyślał Mer - "Teraz zostałem sam, dlatego..."
Mężczyzna wyciągnął obie ręce przed siebie, a w nich natychmiast pojawiły się dwa dziwne ostrza. Były dosyć długie i uginały się, przez co wyglądały jak dwumetrowe półokręgi.
Wziął zamach, potężny, po czym ciął przed siebie. Nagle jedna z broni wyleciała rozdzielając się na kilka mniejszych kawałków, które wbiły się w ścianę. Mer podniósł w ich stronę ręke i po chwili opóścił ją na dół, a one urosły tworząc dziwną, czarną barierę.
[center]***[/center]
Mark odsunął się nieco w bok, gdy nagle rzucił się na niego potwór. Niestety nie udało mu się uniknąć, a jedynie zablokować szpony bestii na swoich rękach, które teraz mocno krwawiły.
"Ała... Ale diabelski ból... Cholera!" - pomyślał zaciskając ręce na szponach potwora. Natychmiast z jego dłoni wystrzeliła jakaś energia, która po wniknięciu w ciało bestii kompletnie ją spopieliła.
"Łał!" - spojrzał Radek uderzając w jednego z potworów ręką
- Myślę, że zaczynam rozumieć... - powiedział cicho Mark
"Rozumieć?" - zdziwił się jego kolega, który natychmiast doskoczył bliżej niego
- Jak to? Co rozumiesz? - zapytał
- Przez te wszystkie lata myślałem, że jestem do niczego - odpowiedział - Jednak wcale tak nie jest...
- Ja tam nigdy nie uważałem, że jesteś do niczego - powiedział szczerze Radek stając na rękach, jednocześnie kopnął doskakującą do niego bestię prosto w głowę, która odłączyła się od reszty ciała - CHOLERA!
Radek złapał się za ramię, na które przed chwilą spadła dziwna krew bestii. Jak się okazało - miała dosyć żrące właściwości.
- Czas by przestać się bawić, nie uważasz? - zapytał Radek nieco poważniejąc
- Taa... - potwierdził Mark
Nagle fala energii wyleciała zarówno z ciała Radka, jak i Mark'a. Naokoło długowłosego szatyna pojawiła się dziwna, biała aura, która tymczasowo pokrywała jego ciało. U Mark'a wyładowanie energii było tylko chwilowe, przejściowe. Jednak po chwili pojawiło się coś innego.
Nagle Radek lekko przymknął lewe oko, gdyż światło pochodzące zza Mark'a było tak jasne i intensywne, że nie mógł tak po prostu się patrzeć. Dopiero po chwili przyzwyczaił wzrok do takiego światła i wtedy zobaczył, że cały blask wydobywa się z niewiekiej części łopatki, jakby tam był jakiś znak, który teraz błyszczał na czerwono.
- Co to jest? - zapytał Radek
- Niespodzianka... - odpowiedział Mark uśmiechając się. Podskoczył natychmiast w powietrze, niewysoko, a w ślad za nim pojawiła się smuga ognia. Zacisnął obie ręce w pięści, po czym je otworzył, a w nich pojawiły się płonące kule. Po chwili zaczął ciskać takimi płonącymi kulami w otaczające go kreatury - do których z pewnością nie należał Radek.
"Ładnie... Pięknie!" - myślał patrząc na ogniowładnego Mark'a - "Dlaczego ja nie mam takich technik, czy jakby to inaczej nazwać!?!".
Wyciągnął obie ręce przed siebie wołając "perteguki!", a z nich wyleciały dwie niewielkie kulki, które z ogromną prędkością przelatywały przez ciała czarnoskórych bestii, z których duża część już biegała w panice parzona przez ogień.
[center]***[/center]
- Sara - odezwał się Bart po długiej chwili do swojej w pełni zszokowanej dziewczyny - Może nie tak dla ciebie to wszystko wyglądało, może...
- Bart, powiedz, że ja śnię... To jest sen, prawda? Przecież ludzie nie latają i wogóle... - powiedziała Sara bez większej wiary w to, co mówi
"Jakbym chciał, by tak było... Teraz chyba wiem, o czym mówił mój brat, o tym że chciały normalnego życia..." - pomyślał Saiyan opuszczając głowę w dół. Podszedł nieco bliżej swojej dziewczyny, wiedział, że czeka go ciężka rozmowa i nie wystarczy tu użycie słów "Uwierz mi". A czas płynął, on o tym wiedział, bardzo dobrze wiedział, dlatego...
- Dałbym się zabić, żebyś mogła żyć w szczęściu - zaczął lekko ściskając dłonie dziewczyny, patrząc jej prosto w oczy. Głośno przełknął ślinę bojąc się, bardzo się bojąc tego jak Sara zareaguje - I jak zdążyłaś zauważyć, to nie jestem zwyczajny, choć... Chciałbym tego bardzo, bardziej niż sobie zdajesz sprawę.
Sara milczała, dokładnie wsłuchując się w słowa swojego chłopaka. Jej oczy wciąż były niepewne, a ciało trzęsło się mieszając w sobie wszystkie uczaucia: Strach, miłość do Bart'a, radość, że poznała Bart'a lepiej, lęk przed nieuniknionym...
- Być normalny, dla ciebie, by tylko spełniać twoje pragnienia... - powiedział Bart - Bym mógł cię uściskać z całej siły i powiedzieć jak bardzo mi na tobie zależy.
Jedną ręke wysunął w stronę noża, który pewnie chwycił w ręce, po czym obrócił go łapiąc za ostrze. Sara patrzyła nie wiedząc co Bart chce zrobić, w pełni przerażona, gotowa rzucić się do ucieczki. Jednak ręka chłopaka trzymała ją w tej sali. Nie tylko ręka, także to, że wciąż go kochała i choć mogłoby się wydawać, że tacy młodzi jeszcze nie dorośli do tego rodzaju uczuć, to oni chyba wyprzedzili epokę w tej sprawie.
Bart zacisnął ręke, w której trzymał ostrze, a to się zgięło, nie zostawiając na jego dłoni żadnej rany - jedynie przez moment na jego ręce był odbity ślad po ostrzu. Tuż po tym puścił zdeformowany nóż i znów objął ręce swojej dziewczyny własnymi.
- Jedyne co mogę, to stopniowo darzyć cię uczuciem. I niezależnie od tego co będziesz robić w przyszłości i z kim zwiążesz jej plany... Będe przy tobie, by móc cie wspomóc w potrzebie - ciągnął dalej - Jak tylko...
- Wystarczy... - przerwała Sara zaczynając szlochać - Wystarczy Bart! Wystarczy...
Obaj siedzieli w milczeniu przez jakiś czas. Nikt nawet nie śmiał poruszyć ręką. Jednak Bart wiedział, że nie ma więcej czasu. Musiał już iść, wolał odejść teraz, niż gdy usłyszy te pełne żalu i rozpaczy słowa "Myślałam że mnie kochasz i nie wystawisz mnie do wiatru... Nie w ten sposób... Jak mogłeś... Bart, jak mogłeś? Jak mogłeś...".
Puścił ręce swojej dziewczyny, pełen żalu do siebie ze względu na to, że naraził ją w takim stopniu. "Co mi wogóle strzeliło do głowy!?!" - w jego umyślnie trwała burza, burza myśli - "Po jaką cholerę się wiązałem z Sarą, skoro jedyne co mogłem jej dać, to ból... Rozpacz... Nic więcej! Nie jestem godny... Niczego..."
- Muszę iść - powiedział Bart obracając się plecami do Sary - Inni mnie potrzebują, bo widzisz... Ja bronię wszystkiego...
"A nie mogłem nawet obronić ciebie..." - dokończył w myślach, nie śmiąc powiedzieć tych słów na głos.
- Że... - chciał powiedzieć "żegnaj", jednak poczuł jak Sara opiera się o jego plecy, jednocześnie łagodnie tuląc Bart'a
- Myślałam że mnie kochasz i nie wystawisz mnie do wiatru... Nie w ten sposób... Jak mogłeś... Bart, jak mogłeś? Jak mogłeś... - Wypowiedziała zwrot którego Bart tak bardzo nie chciał usłyszeć. I choć stał cicho, to jego dusza krzyczała, błagając o to by nigdy się nie narodził lub chociaż nie poznał tej dziewczyny, którą tak zranił, która umieszczała go we wszystkich swoich planach na przyszłość. I to wszystko stało się tak szybko...
- Jak mogłeś... - powtórzyła Sara, po czym zaczęła mówić jednocześnie powstrzymując się z trudem przed płaczem - Dlaczego? Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś i nosiłeś to wszystko na swoich barkach? Nigdy nie pokazałeś jak przez to cierpisz, nigdy, aż do teraz... To ja powinnam cie przeprosić, za to że nie zobaczyłam jak cierpisz... Za wszystko!
Saiyan zaczął się trząść i to z pewnością nie dlatego, że było dosyć chłodno. Wrzały w nim emocje, które chciał wypuścić na zewnątrz.
- Idź Bart - nagle powiedziała Sara na moment mocniej sciskając chłopaka - Idź i im pomóż... Ale obiecaj mi jedno, wróć do mnie...
Chłopak obrócił się wydostając z uścisku Sary, po czym spojrzał jej jeszcze raz w oczy uśmiechając się. W jego oczach widać było wielką radość i zaskoczenie.
- Czy mówiłem ci kiedyś, że jesteś chodzącym aniołem? - zapytał Bart
- I me skrzydła są tylko dla ciebie... - odpowiedziała Sara uśmiechając się
W następnym odcinku:
- Macie pecha - odezwał się chłopak w czarnym płaszczu, z dziwną maską na twarzy, pokrytą setkami różnych wzorów, w wielu kolorach. Znad maski wystawały włosy, u obu chłopaków miały kolor biały - Bo wspaniali Ken i Ryu są tutaj!
Wszyscy napadający na bank zachichotali, po czym wystawili w stronę dwóch przebierańców bronie.
- Niezły żart - powiedział jeden z zamaskowanych - Ale dzieciom nie przystoi się tak bawić, na ziemię!
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się drugi chłopak, z nieco inną maską
***
- Ja... Jak to, coś tutaj przyleciało? - zdziwił się Herio - Skąd!?!
- Nasi zwiadowcy, mówią, że spadło z nieba - powiedział Adrian - Czyli są to obcy, ale jakie mają zamiary? Musimy to dokładniej zbadać...
***
- Bart - powiedziała Sara - Jeszcze nie miałam okazji ci podziękować... Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pewna, że to ty nas uratowałeś wczoraj... Tylko dlaczego Kamilek nie odzywa się ani słowem, jakby stracił głos?
Saiyan opuścił głowę nisko. Czuł się naprawde podle, przez niego brat jego dziewczyny cierpiał, okropnie cierpiał. Ostatnio widział, jak wystraszył się zwykłego wrzasku na ulicy.
***
- Kris! - zawołał Bobercik widząc, jak ten ugina się otrzymując kolejną serię uderzeń
- Mówiłem ci, żebyś stąd spadał? - zapytał spokojnie Kris, gdy nagle w jego ręce pojawił się miecz. Jak zwykle idealnie lśnił i widniała wokół niego jasno-niebieska aura, a powietrze było orzeźwiające. - No, już, masz chyba co robić, no nie?
Bobercik jeszcze raz spojrzał w stronę kolegi, po czym kiwnął głową na tak, nagle chmura kurzu wystrzeliła w powietrze, a Bobercik zniknął.
"Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że bez problemu sobie poradzisz? Albo, że się wygłupiasz?" - pomyślał Bobercik lecąc z ogromną prędkością
I wiele więcej!!!
[Tom II - 3 - Poświęcenie w słusznej sprawie]
Wziął potężny zamach, obracając swoim błyszczącym mieczem, który wciąż pokrywała dziwna aura. Gdy obrócił go raz wokół siebie, to nagle wszystko wokół niego zaczęło zamarzać. Bestie same wbiegały do strefy, gdzie nie mogły już przeżyć i stawały się rzeźbami.
"Nie warte mojego czasu" - pomyślał Kris podrzucając miecz w powietrze, gdy ten nagle się rozpłynął, choć przez moment jeszcze na niebie widać było jego aurę.
Obrócił się szybko, wiedząc, że coś jest nie tak, po czym zmuszony był odskoczyć do góry. Coś pod nim tylko przemknęło z niesamowitą prędkością i wiedział, że już wraca. Zobaczył jak czarna smuga zbliża się w jego stronę, wtedy wyciągnął w jej stronę obie ręce, po czym rzucił nią na odległość, przy pomocy telekinezy. Jednak dziwna sylwetka oparła się w ostatnim momencie sile woli Kris'a i znów zaczęła zmierzać w jego stronę.
Chłopak nagle zobaczył jak w jego stronę lecą jakieś niewielkie kawałki mazi - domyślił się, że to nie woda dla spragnionych, a trucizna lub coś gorszego.
Zamknął oczy, po chwili je otwarł, a dziwne kawałki mazi koloru niebiesko-zielonego zawisły w powietrzu przed jego oczyma, jednak to "coś" wciąż leciało w jego stronę.
- Hyo... - powiedział cicho Kris - Mizu... Kaze... Diamond dust!
Wziął powietrza w płuca, po czym powoli zaczął je wypuszczać w stronę nadlatującej sylwetki.
Z jego ust wyleciała biała chmura, która powoli mknęła do przodu i widać było wyraźnie, że pod nią zaczął padać śnieg, zaś wszystko co znajdowało się w jej zasięgu zaczęło zamarzać. Wkrótce i czarna postać wleciała w chmurę zamieniając się w lodowy posąg, który zaczął spadać nim doleciał do Kris'a.
Ten szybko poleciał za spadającą statuą, mając nadzieję, że ją złapie. Chciał wiedzieć co go zaatakowało i czy była to tylko jednostka.
Zniknął, pojawił się nieco bliżej, po czym znów rozpłynął się w powietrzu i pojawił jeszcze bliżej. Był na tyle szybki, że szło mu to bez problemu. W ciągu chwili dogonił spadającą statuę, po czym złapał ją pewnie oburącz.
"Zimna" - pomyślał - "Lubie zimne"
Zwolnił, chciał łagodnie wylądować, bo choć wiedział, że gładki lód przywiera do skóry, to wolał nie ryzykować, że upuści posąg.
Spadł na lekko ugięte nogi, którymi jeszcze odrobinkę zamortyzował upadek, po czym położył łagodnie posąg i zaczął patrzeć na uwięzioną wewnątrz bestię.
Była inna niż te poprzednie, ta miała trochę zielonkawy kolor i większe szpony. Oprócz tego była niższa, ale miała nieco dłuższe kończyny, prócz ogona, który miał zaledwie metr, może troszeczke więcej, przy tym osobniku.
"Więc jest kilka różnych gatunków tej rasy" - domyślił się Kris - "Te, które spotkałem to pewnie jakieś oddziały od brudnej roboty, czy coś w tym stylu. Wygląda na to, że nie będzie tak łatwo jak myślałem... Bobercik, ciekawe co u ciebie?"
Pstryknął palcami u prawej ręki, a wszystkie posągi nagle pękły na miliony kawałeczków, które powoli zaczynały topnieć, zmieniając do niedawna całkiem suche ulice i chodniki na pełne kałuż masywy skalne.
[center]***[/center]
Omdlały Urith wciąż leżał lekko przybity do ściany. Wokół niego zgromadzili się wszyscy, którzy wstąpili niedawno do Ketsushin. Mer wciąż stał przed jedynym wejściem do tego miejsca chcąc zapewnić wszystkim bezpieczeństwo.
Fala dziwnej mazi przeleciała przez czarną barierę robiąc w niej tysiące dziur, które za sprawą Mer'a zaczęły się zrastać, jednak zanim tak się stało, to jakieś małe stworzenie wskoczyło do środka i natychmiast rzuciło się na Mer'a gryząc go w nogę.
Ten zacżął wrzeszczeć, gdyż mimo, że dopiero co mały potworek go ugryzł, to już wbił mu zęby po same kości. Powoli bariera zaczęła słabnąć, wtedy tuż za nią pojawiły się trzy bestie, a za nimi kolejne i kolejne, jakby nigdy nie miało ich zabraknąć.
"No nie, wszyscy zginiemy!" - pomyślał Hektor widząc co się dzieje.
Bestie stojące za barierą tak jakby się śmiały widząc przerażonych wewnątrz pomieszczenia. Cierpliwie czekały, aż będą mogły wejść i zrobić swoje.
Wtedy Urith zaczął mróżyć oczyma. Po chwili je otwarł i powoli wstał. Zaczął iść przed siebie w stronę bariery, dosyć niezdarnym krokiem i choć reszta osób próbowała go zatrzymać, to on wciąż brnął przed siebie.
"Czuję się dziwnie..." - pomyślał - "Wszystko mnie boli i ledwie chodzę... Ale... Ale jednak chodzę i dlatego zrobię co tylko mogę, żeby...".
Stawił kolejny krok, jednak zrobił to tak niedbale, że przewrócił się na twarz. Po chwili zaczął iść na klęczka, stawiając kolejno kolano i ręke do przodu.
- Urith, wracaj pod ścianę! - zawołał Mer lekko obracając głowę
- Iie... - odpowiedział chłopak wciąż mknąc przed siebie - Ore wa... Chigau... Chigau... Watashi mo... Ore mo...
Nikt nie rozumiał co ten chłopak mówi. Każdy uważał, że ma jakieś zwidy i nie jest sobą, ale z pewnością tak nie było. Bo w tym momencie właśnie był sobą najbardziej.
- Zabierzcie go pod ścianę! - zawołał Mer - Szybko, może jeszcze trochę wytrzymam!
Natychmiast, jakby na komendę wszyscy pobiegli w stronę Urith'a i wzięli go na ręce, po czym zaczęli odciągać. Ten jednak wyrwał im się, gdy go nieśli i upadł na podłogę, po czym zaczął się czołgać.
- Nie! - zawołał Hektor - Nie idź tam, nie rozumiesz!
- Urith, proszę, nic w takim stanie nie zdziałasz! - zawołał Dariusz, kolega Hektor'a
- Ore wa... Wakureru... Doshite... - ciągnął wciąż niezrozumiałe dla nikogo słowa, a może jednak ktoś je rozumiał?
- Iie, ikunaide kudosai - powiedział Ireneusz Grabek, który był mistrzem Karate. Jako mistrz karate uczył się języka znanego jako "japoński", w którym teraz mówił Urith.
Nagle Urith padł rozkładając się na podłodze i leżał nie mogąc się podnieść. Szybko jednak obrócił głowę w prawą stronę i spojrzał na ścianę.
- Zabierzcie mnie pod tą ścianę - powiedział - Proszę...
Hektor i Darek złapali Urith'a za ręke i zanieśli go we wskazane miejsce, po czym położyli go tak, by się opierał o ścianę. Wtedy on zaczął w nią bić z całych sił - a że miał ich niewiele, to wydobywał się ledwie słyszalny dźwięk.
Zamknął oczy, po czym skupił się na swojej ręce. "No dalej!" - pomyślał - "Musisz polecieć i uderzyć z całych sił w ścianę!". Wyobraził sobie tor lotu ręki i jak ona się rusza, jakby wspomagana jakąś dziwną siłą. Wtedy nagle uderzył w ścianę, a jego ręka się do niej wbiła.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa! - zawrzeszczał z bólu Urith otwierając szeroko oczy
- Odsuńcie się od ściany! - odezwał się nagle głos w pokoju, który wydobywał się niewiadomo skąd
[center]***[/center]
Roksia uciekała przed dziwnymi bestiami już przez dłuższy czas. Miała dość - uważała, że zebrała ich juz wystarczająco dużo. Obróciła się, jednocześnie składając ręce tuż obok miednicy, jakby między nimi coś było.
- Kamehame! - zawołała, gdy nagle niebieska kula pojawiła się między jej rękami i zaczęła pulsować, rzucając wokół masę światła.
Wraz z wykrzyknięciem "HA!" połączonego z wyprostowaniem rąk w stronę goniących ją bestii, wyleciał potężny niebieski promień, który wyrył tunel niszczęc wszystkie bestie po drodze.
Roksia opuściła swoje rączki i zaczęła dyszeć, dosyć się zmęczyła, wcale nie było najłatwiej wykonać taką technikę, szczególnie dla takiej małej dziewczynki
Jednak nie był to wcale koniec. Nagle bestie zaczęły zbiegać się ze wszystkich stron, wtedy Roksia zaczęła uciekać, jednak zatrzymała się widząc przed sobą swojego brata.
- Nieźle Roksia! - powiedział Bobercik głaszcząc dziewczynkę po głowie - Ale pozwól, że ja się nimi zajmę...
Spojrzał w stronę trzech bestii, które nagle się zatrzymały i rzuciły na swoich pobratymców, zaczynając ich zabijać. W pewnym momencie dostrzegł jakiegoś mężczyznę starającego się uciec od tych bestii. "Cholera!" - pomyślał Bobercik skacząc w jego stronę
- Jeżeli się zbliżycie, to was zabiję! - zawołał Bobercik do bestii jednocześnie wysyłając do umysłów wszystkich potworów uczucie strachu, któremu żaden potwór nie mógł się przeciwstawić. Wtedy bestie zaczęły mijać Bobercika i trzęsącego się za nim ze strachu mężczyznę
"Muszę coś wymyślić... Tych potworów jest za dużo, nie zdołam ich pokonać jednocześnie nie niszcząc miasta..." - pomyślał Bobercik
[center]***[/center]
Wszyscy nasłuchiwali. Przed chwilą kogoś usłyszeli, nie mieli jednak bladego pojęcia kto to był. Głos, który przed chwilą przyniósł im tyle nadziei teraz milczał, jednak nie można powiedzieć że w całej sali było cicho. Słychać było ciche jęki Urith'a, który najprawdopodobniej złamał ręke. Oprócz tego setki niezsynchronizowanych pisków i szmerów wydawanych przez dziwne potwory próbujące przebić się przez barierę, którą stworzył niedawno Mer.
"Błagam, niech ktoś tutaj już przyjdzie..." - pomyślał Mer wciąż zmagając się z falą nadchodzących potworów. Nie zostało mu dużo sił, modlił się więc do Boga, w którego wierzył mimo tego co widział, o to, by wytrzymał jeszcze kilka minut. Znał procedury Ketsushin, studiował je przez długie dwa lata. Wiedział, że pomoc musi być w drodze, gdyż bezpieczeństwo nowych członków szkoły jest na pierwszym miejscu. I tylko dlatego wciąż wytrzymywał, mimo, że nie miał już energii, a jedynie trochę nadziei.
Nagle jedna ze ścian zaczęła falować, jakby to była woda na wiatrze - do tego utrzymywała się w jednym miejscu. Przez falującą ścianę widać było jakąś sylwetkę, która miała jedną ręke wyciągniętą do przodu. Po chwili ją opuściła, a dość duży masyw ściany, który przed momentem falował latając we wszystki strony, rozpuścił się, zostawiając na podłodze niewielki ślad.
Postać powoli weszła do środka i rozejrzała się. "Jeden ranny, kilku nowych, przerażonych i wciąż walczący Mer... Dlaczego nikt tu nie przyszedł przede mną?" - zdziwił się mężczyzna wchodząc do sali z uśmiechem na twarzy.
Mer kątem oka dostrzegł znajomą twarz, gdy jego ręce już bardzo się trzęsły.
- Uless... - powiedział cicho Mer, padając na jedno kolano z wykończenia - pomóż...
- Już - odpowiedział na prośbę kolegi Uless, gdy momentalnie uśmiech zniknął z jego twarzy. Stanął na środku sali i patrzył w stronę próbujących się dostać do środka potworów - Wpuść je
Na początku Mer myślał, że źle usłyszał, jednak wcale tak nie było. Przypominając sobie jednak co mówił Adrian o Uless'ie natychmiast zrozumiał, że skoro o to prosi, to ma jakiś plan.
Nagle czarne ostrza zagradzające przejście rozpłynęły się w powietrzu, a Mer zaczął podpierać się rękoma o podłogę, by nie upaść całkowicie. W tym czasie do pokoju zaczęły wbiegać okropnie szybkie bestie, na które Uless patrzył pełnym pogardy wzrokiem.
Nagle wyciągnął obie ręce przed siebie, po czym pociągnął nimi, raz w prawo, raz w lewo. Ściany zaczęły się wyginać i łapać dziwne bestie, po czym zgniatały je. Działo się to tak szybko, tak duża ilość kruszca się przemieszczała na raz, że wydawało to okropne huki i piski.
W pewnym momencie do Mer'a doskoczył któryś z atakujących potworów, wtedy z ziemi wyrosła naokoło niego bariera ze skały. Uless przełknął ślinę. "O mały włos" - pomyślał obracając się, gdy nagle jego cała ręka pokryła się litą skałą, którą uderzył prosto w głowę doskakującej do niego bestii.
Urith przestając narzekać na ból patrzył uważnie jak Uless walczy. I musiał przyznać, że był w tym dosyć dobry. "On przynajmniej... ała... wie jak walczyć, on pamięta..." - pomyślał Urith łapiąc ręke wbitą w ścianę tą drugą, po czym nie zważając na ból wyciągnął ją.
Ciekła z niej krew, do tego była tak dziwnie powyginana. Z pewnością złamał ją w kilku miejscach, o ile nawet nie zmiażdżył kompletnie. Z bólu całe jego ciało się trzęsło, on jednak nie przykładał do niego większej uwagi. Leżał teraz, podziwiając walkę, która najwyraźniej mu się spodobała.
Chwilę tak leżąc zobaczył jak wszyscy jego nowi koledzy trzęsą się ze strachu.
- Tutaj... - powiedział cicho, jednak wszyscy go usłyszeli. Wtedy on wstał i zaczął się bujać na boki, nie mogąc stanąć w miejscu - Obronię was, stójcie za mną...
Posłuchali. Jednak nie wszyscy. Wciąż w jednym miejscu, trzęsąc się siedziała dosyć młoda kobieta o blond włosach, która niedawno przedstawiła się jako Maria. Trzęsła się ze strachu nie mogąc wogóle ruszyć.
- Gdzie ty się tego nauczyłeś? - zapytał Hektor szepcząc do ucha Urith'a, jednocześnie wnikliwym wzrokiem się rozglądając
- Nie wiem... - odpowiedział Urith nie obracając głowy - Uwaga, po prawej!
Nagle z prawej strony Urith'a wyskoczył jeden z potworów rzucając się w stronę Darka. Urith chciał doskoczyć przed niego, by zablokować cios, jednak Hektor był pierwszy. Popchnął swojego przyjaciela dość mocno, a bestia przeleciała między nimi, wtedy nagle z sufitu spadła na nią masa skały gniotąc ją.
Wyprowadzony z rytmu rudowłosy chłopak upadł na ziemię uderzając się w połamaną ręke. Zajęczał z bólu po raz kolejny.
- Koniec - powiedział - Koniec, nie mogę już wytrzymać tego bólu... Proszę, zabierzcie go!
Niestety nikt nie mógł pomóc chłopakowi, nikt stąd. Jego ręka była w bardzo ciężkim stanie. Wtedy on wstał wciąż trzęsąc się.
- Hyaaaaa! - zaczął wrzeszczeć, po czym wydał z siebie najgłośniejszy krzyk - AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
Nagle cała sala... Cały kompleks zaczął się trząść! Ogromna ilość energii jednorazowo wyleciała z ciała Urith'a uderzając we wszystko w niewielkiej sali, Uless ledwie zdołał zablokować siebie i innych. Atakujące ich potwory nie miały takiego szczęścia, zostały zgniecione uderzając w ścianę.
Zaraz po tym chłopak nagle ucichł i upadł na twarz kompletnie tracąc przytomność.
"Kto to jest?" - zdziwił się Uless podchodząc do leżącego omdlałego chłopaka. Chciał spojrzeć w jego głąb, by wykryć jego energię, czego uczył się na potajemnych treningach. Jednak mimo, że wykonał to rutynowe zadanie, nie dało ono żadnych efektów - "Czyżby to kolejny utalentowany członek Ketsushin? Może nawet będzie silniejszy ode mnie?".
Nagle w sali pojawiło się kilka osób.
- Skład gotowy! - zawołał jakiś mężczyzna - Przepraszamy za zwłokę, już się nimi zajmujemy...
"Skąd tutaj tyle tych zwłok, trupów?" - zdziwił się ten sam mężczyzna - "Czyżby ktoś z Ketsushin był na tyle silny?"
[center]***[/center]
- Bobercik, nie przejmuj się - powiedział wybiegając zza rogu Mark - Zajmę się nimi, ty biegnij, na pewno masz gdzie.
Szczerze zdziwiony nagłym pojawieniem się Mark'a Bobercik nie od razu pojął o co chodzi. Zastanawiał się skąd on tutaj się wziął, gdy nawet nie wyczuł jego obecności. Powoli się rozejrzał, po czym kiwnął głową na "tak", skoczył do Roksi łapiąc ją oburącz i skoczył przed siebie - w chmarę, setki, a może nawet tysiące bestii. Zanim jeszcze do nich doleciał jego ciało, jak i roksi, pokryła jasno-zielona aura, która wydawałaby się strasznie miękka i ulotna, bowiem zaraz po opuszczeniu ciał lecących postaci rozpływała się w powietrzu.
Jednak idealnie spełniła powierzone jej zadanie. Żadna z bestii nie tknęła ani Bobercik'a, ani Roksi, jedynie uderzały piekielnie twardą aurę, od której się odbijali, gdyż chłopak nadał jej takiej prędkości i takiej formy, aby mogła odeprzeć ataki tych dziwnych istot.
Mark nieco zwolnił, po czym się zatrzymał. Bestie zaczęły go okrążać, on powoli obracał głowę to w prawo, to w lewo. Mimo, że wiedział co musi zrobić i był pewien siebie to nieco się bał. Otaczały go tysiące dziwnych bestii, a on był sam jeden.
Chmara czarnych sylwetek zbliżała się z ogromną prędkością. Jeszcze chwilę temu były dosyć daleko, kilkanaście metrów dzieliło ich od stojącego chłopaka, a teraz znalazły się w zasięgu kilku łokci od niego. Nie była to dla niego szczególnie miła sytuacja. Ale przynajmniej była to okazja aby się sprawdzić...
Nagły błysk na barku, który rzucił światło we wszystkie strony. A następnie wybuch, potężna eksplozja która objęła dosyć spory teren. Nawet dosyć już oddalony Bobercik poczuł lekkie pieczenie, będąc znacznie oddalonym od epicentrum.
[center]***[/center]
- Bart! - zawołała Ryurya biegnąc, a tuż obok niej nagle pojawił się Adrian.
Biegli wszyscy trzej, nie oglądając się za siebie, w jednym szeregu. Wiedzieli co muszą zrobić, omówili to nieco wcześniej. Telepatycznie, dzięki magii niezastąpionej w tej kwestii księżniczki Ryuryi.
- Gotowi? - zapytał Adrian ostatni raz
- Tak - odparli naraz Bart i Ryurya
Niebieskowłosa kobieta biegnąc wyciągnęła ręce przed siebie, po czym zaczęła obiema rękami robić jakieś znaki, jakby rysowała coś w powietrzu. Już po chwili naokoło jej dłoni pojawiła się dziwna wielobarwna aura. Po chwili przed Bart'em i Adrianem pojawiły się jakby lustra, które jednak wcale nie odbijały ich wizerunków. Pokazywały się w nich miejsca w których nikogo teraz nie było, miejsca daleko stąd. Obaj nagle wskoczyli w dziwne obłoki przed nimi znikając komletnie. Teraz biegła tylko Ryurya, jednak po chwili i ona się zatrzymała.
Gdyby ktoś przyglądał im się z góry, z bardzo wysoka, żeby objąć ich trzech wzrokiem, to zobaczyłby, że te malutkie punkciki tworzą między sobą tak jakby trójkąt. Trzy punkty, tak jak są trzy wierzchołki w tej figurze. Trzy punkty, chyba jedyne, które były statycznie, nieruchome, gdyż całe pole przemieszczało się na tle ognia, krwi i zniszczeć. Bestie pędziły w jedną, konkretną stronę, choć nie wszystkie. Niektóre biegły jak oszalałe we wszystkie strony. Ale z tak wysoka, były to jedynie maleńkie punkty, które dostrzec mógł jedynie bardzo wydatny drapieżnik. Tak jak ten jastrząb, który szybko czmychnął, orientując się, że nie stanie się tutaj nic dobrego. Tymbardziej słysząc te przerażające krzyki wciąż panikujących ludzi i piski dziwnych, nikomu bliżej nie znanych bestii.
Ryurye przeszły ciarki, jednak wiedziała co musi zrobić. "Ciekawe co myślą Bart i Adrian... Oni chyba jeszcze nie spotkali takich bestii, ja byłam na to przygotowana. Już od dziecka byłam przecież uczona o takich rzeczach..."
Ogromny potwór, mający wiele macek zamiast pary rąk, z tą dziwną głową pełną oczu i dziwnym tułowiem, pokrytym śluzem stał niemalże nieruchomo w klatce. Widać było tylko niewielkie rozszerzanie się i zwężanie niewielkich otworów z tyłu "głowy". Zapewne w taki sposób to "coś" oddychało.
Mała niebieskowłosa dziewczynka podeszła nieco bliżej klatki w towarzystwie swojego nauczyciela. Jednego z wielu, których mieli tą okazję, by uczyć małą księżniczkę o świecie, który ją otacza.
Był dosyć wysoki, jak na osobę, która wogóle nie ma talentu w żadnych sportach. Jedynie był dobrym poetą, a i magik z niego był taki, jak z Ryuryi - na moment obecny - kobieta. Znał tylko parę podstawowych zaklęć, jednak jego znajomość alchemii i wszelkiego rodzaju pism była wysoce doceniona. To dlatego otrzymał stanowisko mistrza, Maister Gremor, i mógł nauczać wewnątrz królestwa, wewnątrz zamku. Do tego nie należał do osób, którym łatwo rozplątywał się język, podobno raz nawet złapany w niewolę nie powiedział ani jednego słowa mogącego naprowadzić tych tyranów i gnojów z Imperium na jego małe, ukochane państwo. Co więcej, wprowadził ich w błąd, kompletnie ruinując ich plany. Rozegrał to mądrze, nie bronią i siłą, a słowem i podstępem. Dlatego był teraz tak doceniany. W końcu na to zasługiwał.
Nagle bestia znalazła się przy prętach ograniczających ją od świata zewnętrznego. W niewielkiej sali słychać było przeciągły dźwięk, jakby pisk, czy krzyk kobiety, po czym przeszedł on w męski bas.
Mała księżniczka odskoczyła do tyłu i wtuliła się w nogę mężczyzny stojącego za nią i choć tego nie widziała, to on szybko, instynktownie, wyciągnął sztylet i podstawił go prosto pod nadlatujacą mackę. Ta natychmiast się zatrzymała. Potwór zobaczył, że grozi mu niebezpieczeństwo i natychmiast się cofnął, powoli, jakby jęcząc po drodze. Co nie zmieniało faktu, że Ryurya strasznie się go bała.
Choć Maister Gremor nie okazał tego po sobie, to bał się go również. Panicznie. Widział takie "cudo" w akcji, wiedział co potrafi zrobić... I wiedział, że ten jego marny sztylet, ba, nawet jego zaklęcia nie dadzą mu najmniejszej szansy w walce z tym Eloinem. Miał szczęście, że tamten wolał nie ryzykowac. Bowiem mimo, że należał do tej rasy bezwzględnych zabójców, to jednak oni myśleli i nie ryzykowali. Musiał się domyślić, że wywoła to straszczy zamęt w całym zamku, że przybiegną strażnicy i magowie, a następnie go będą męczyć. Długo i okropnie boleśnie. Gdy jednak zrobił, to co zrobił, miał szanse na znalezienie lepszej sposobności.
- Chodźmy stąd - powiedziała Ryurya niemalże płacząc
- Zgadzam się - potwierdził Maister niemal bez zastanowienia - Chodź malutka...
[center]***[/center]
Kolejny potwór rzucił się na Radka, jednak bezskutecznie. Ten z gracją uniknął przeskakując nad nim, jednocześnie strzelając w niego pociskiem bardzo skompresowanej energii, co było dosyć męczące. No dobra, cholernie męczące, ledwie mu się udawało zrobić kolejne ruchy, gdyż taka koncentracja raz: nie była taka szybka, dwa: nie była taka łatwa. A czas był tym, czego mu nieco brakowało.
Odruchowo schylił się i uderzył łokciem prawej ręki w tył, po czym zrobił półobrót kopiąc prawą nogą doskakującego do niego stwora.
"Dużo ich..." - pomyślał Radek - "Dlatego muszę użyć czegoś więcej niż tylko zwykłe kulki i siła... Ale porządnie najpierw wszystko muszę przemyśleć"
Miał na to czas. Akurat na to i tylko na to, przynajmniej na razie. Mimo, że był zmęczony, to już przyzwyczaił się do takiego stanu. Niemalże ciągły trening całkiem go zmienił. Mimo, że był jeszcze chłopcem, to był bardziej wytrzymały od wielu mężczyzn, nawet Saiyanów. Problemem w myśleniu wydawałaby się walka - jednak ona była bazowana całkiem na odruchach. Mógł tak wytrzymać kilka, a nawet kilkanaście minut, bowiem wyuczył się odruchów niemal do perfekcji. A te stwory nie były aż takie potężne, jednak zwykły człowiek... Sto ludzi nie dałoby rady takiemu jednemu. Mieli szczęście. On tu był. On myślał.
Kolejny skok, tym razem w powietrzu nieco obrócił ręce jednocześnie przyciskając się do siebie. Nadał tym sobie rotacji, po czym wystawił obie nogi na bok kopiąc dwie nadlatujące bestie. Jednak kolejna, nieco inna, już się na niego rzucała. Widział, że była znacznie szybsza od swoich towarzyszy.
"Cholera!" - zaklnął w myślach czując jak coś wbija mu pazury w prawe ramię. Natychmiast wykonał piruet w lewą stronę, aby zapobiec dalszemu wbiciu tnących szponów w jego ciało, po czym złapał winowajcę za rękę i rzucił go w nadlatującego potwora. Ten jednak zanim do niego doleciał obrócił się, po czym, jak to Radek uważał "Po chamsku" odbił się tamtemu od twarzy.
Zbliżał się równie szybko, jak przed chwilą się oddalał. W mgnieniu oka znalazł się tuż przed Radkiem, który głośno przełknął ślinę.
"Więc już czas? Chciałem jeszcze trochę potrzymać to dla siebie, ale jak widać, jestem za wolny... Cholera..." - pomyślał, gdy nagle z jego ciała zaczęła się unosić energia, bardzo widoczna i żółta w swoim zabarwieniu.
Jego wzrok wskazywał na to, że był pewien siebie. Jego postawa mówiła tylko jedno - koniec zabawy. I choć wydawałoby się, że ta unosząca się energia, to nic - nagle zebrała się tuż przed nim zamieniając się w kule i tnąc chcącą go zaatakować bestię na kawałeczki.
Radek zamknął oczy myśląc "Sorki, ale tu jest prosty wybór, albo ja i moi koledzy, albo wy...".
- Perteguki! - zawołał Radek, gdy energia nagle rozleciała się we wszystkie strony w postaci kul. Dwie zostały też przy nim i krążyły naokoło, jakby kazał im zostać. Wcale tak nie było. Po prostu nie miały już gdzie lecieć, reszta powienna wykonać powierzone im zadanie. I tak było. Bezbłędnie przeleciały przez wiele ścian, aby tylko dostać się do swoich celów. Niektóre z bestii nawet nie były świadomo co się dzieje - kula leciała z taką ogromną prędkością, że nawet Radek, kontrolujący ją, ledwie ją widział i jedynie mógł mieć przeczucie gdzie poleci.
[center]***[/center]
Podniósł powoli ręce i zaczął nimi ruszać. Nie bardzo wiedział kim jest, choć pamiętał wszystko dokładnie. Jeszcze czuł przez moment w sobie tą złość, jednak po chwili nie został po niej żaden ślad.
Stał wyprostowany i pewny siebie. Miał na sobie wiele opasek z różnymi znakami, był średniego wzrostu, z saszetą przyczepioną do dziwnego ubrania. Te luźne spodnie jeansowe i bluza z kapturem. Stał chcąc wszystko jeszcze raz sobie przypomnieć. Wszystko, po kolei...
"Co ja zrobiłem?" - pomyślał uświadamiając sobie jakie są skutki tego, co niedawno się stało z jego powodu - "Co ja zrobiłem...?"
Obrócił się na pięcie i powoli zaczął iść w swoją stronę. Słońca dzisiaj nie było, chmury przesłaniały dużą część nieba, zbierało się na deszcz.
[center]***[/center]
- Użycz mi nieco swojej mocy, o wszechpotężny panie ognia, niech twa uroda pani mrozu przetrwa wieki. Wszechobecny wietrze i życiodajna wodo, dajcie mi siłę, użyczcie swej mocy. Dominum... Dominum... Dominum... Niech moc ta odpowiednio skierowana, stanie się osłoną dla mego biednego ciała i ziemi, na której żyję. Niech skruszy każdego, kto będzie starał się przez nią przedrzeć - ciągła Ryurya, starając się skoncentrować. Gdy wymawiała kolejne słowa między jej rękami pojawiła się niewielka magiczna kulka. Adrian i Bart też zauważyli, że ich ręce same się złączają i zaczyna pojawiać się między nimi jakaś dziwna energia, z którą już się wcześniej spotkali, choć może nie w identycznej postaci - Open the holy gates to the other side, make indestructable wall that no one other than marked ones will be able to pass... Alle energien of die Welt, komm aus mich, bitte, komm aus mich und builde energien barieren. Niech nasza trójka będzie znakiem, dla świętej drogi, której przekroczyć moc mieć chcę tylko ja i móc ją nadawać chcę. Holy spell chain: Undestructable energetic barier!
Na początku okropna fala powietrza wystrzeliła we wszystkie strony, zarówno z kuli którą trzymał Bart, jak i tej u Ryurui i Adriana. Fala ta zmiotła mniejsze rzeczy hen daleko. Włosy Ryuryi, które były związane teraz rozpuściły się przez tą falę powietrza.
Następnie ze wszystkich kul wyleciały promienie. Każdy łączył kulę z dwiema pozostałymi. Powstał w ten sposób pewien ogromny trójkąt, stworzony z energii podobnej do laseru o złotej barwie. Jednak po chwili zaczął on się odginać, tworząc powoli okrąg. Nie minęło dużo czasu aż się zatrzymał.
Bart i Adrian czuli się dziwnie. Nie często uczestniczyli w rzucaniu zaklęć, tym bardziej potężnych zaklęć. Teraz mieli okazje poczuć jakie to męczące.
Po pierwsze nagle poczuli się senni i zaczęły boleć ich wszystki, bez wyjątku, mięśnie. Jednak jakoś to znieśli. Gorzej, gdy ręce zaczęły im drętwieć, a dłonie parzyć. Ani myśleli mimo tego bólu i odrętwienia przestać. To dawało im jeszcze większą motywację, że robią coś na tyle potężnego, że wymaga to takiego poświęcenia. Do tego wiedzieli, że Ryurya im zaufała, a nie chcieli jej zawieść.
"Cholera, ale ból..." - pomyślał Adrian - "Ryurya, żeby to było naprawde tego warte..."
"Ryurya, jesteś księżniczką, tak?" - pomyślał Bart ignorując ból, przynajmniej starając się, bo grymas jego twarzy mówił całkiem co innego - "W takim razie twoja prośba jest dla mnie rozkazem..."
Ogromny energetyczny okręg nagle wbił się w ziemię. Kule skupiające energię wyleciały Ryuryi, Bart'owi i Adrian'owi z rąk. Po chwili wysoko w niebo wyleciała fala, z każdego miejsca w które wbił się krąg.
Chociaż nie można nazwać tego głębokim tunelem, gdyż wbicie się tej energii wykonało zaledwie kilkucentymetrowy rowek, to fala wybijająca się w górę była ogromna, znikała gdzieś w przestrzeni kosmicznej. Ale było tak tylko przez moment, gdyż po chwili cała bariera się rozpłynęła w powietrzu, został tylko niewielki rowek.
"To wszystko?" - zdziwił się Bart wyciągając ręke przed siebie, w miejsce gdzie powinna być bariera.
W miarę, jak jego ręka zbliżała się do bariery, to ta uwidoczniała się, gdy już miał ją dotknąć zawachał się. I słusznie. Wziął w ręke kamień, lekko wrzucił w barierę, a ten niemalże walnął go w głowę potęznie się od niej odbijając. A raczej to co z niego zostało, bo rozwalił się na kawałeczki.
Przed Bart'em i Adrianem pojawiły się dziwne chmurki, po chwili rozszerzyły się, a wewnątrz nich jakby otwarła się jakaś przestrzeń, przejście. Po drugiej stronie widzieli Ryurye, dlatego weszli do środka. Wiedzieli, że jest to zwyczajny teleporter.
Zaraz po tym jak znaleźli się po drugiej stronie zobaczyli jak Ryurya się chwieje na boki. Podparli ją z obu stron, nawet nie pytając o zgodę, wiedzieli, że musi być cholernie zmęczona. Oni jedynie pomagając przy rzucaniu tego zaklęcia odczuli takie okropne skutki, co dopiero musiała czuć sama rzucająca zaklęcie? To wiedziała tylko ona.
- Muszę... - zaczęła Ryurya, jednak przerwał jej Adrian
- Tak, natychmiast musisz odpocząć - potwierdził Adrian - Zaprowadzimy cię do ośrodka
- Ta bariera jest naprawde potężna, ale wytrzyma? - zapytał Bart - Napewno nic się nie wydostanie ze środka, ani nie dostanie do wewnątrz?
- Od teraz możecie przechodzić przez tą barierę do woli - powiedziała księżniczka starając się stawiać kroki, jednak ledwie ruszała nogami - Wystarczy, że powiecie do kogoś "Holy marked one", a on będzie mógł przechodzić przez bramę. Oczywiście do tego musicie...
- Tak, wiemy - powiedział Adrian, gdy jednocześnie Bart kiwnął głową - Cała formułka i magiczne akcesoria, bez tego nic nie zadziała. Pamiętam.
- W takim razie spieszmy się - powiedział Bart - Musimy jeszcze posprzątać ten bajzel, a dopiero potem zastanowić się co będzie z tymi po drugiej stronie bariery...
Nikt nawet nie śmiał się z nim sprzeczać. Miał racje we wszystkich względach. Najpierw musieli zająć się tymi potworami, których nie udało się zamknąć, a dopiero potem mogli zająć się tym, co jest za barierą - miejąc nadzieję, że ta wytrzyma.
"Błagam, niech ta bariera trzyma lepiej, niż ja jak byłem mały..." - pomyślał Adrian, gdy wrócił mu dobry humor. Oczywiście był to żart, który po przemyśleniu powiedział na głos wywołując uśmiechy na twarzach Ryuryi i Bart'a.
[center]***[/center]
Wlecieli do dość małego, ale przytulnego pokoju przez okno. Zaraz po tym jak Bobercik wylądował postawił swoją siostrę na twardym gruncie, po czym wybiegł na korytarz.
Wszystkie oczy nagle zwróciły się w jego stronę - nie były to ludzkie oczy, gdyż akurat ta część Ketsushin musiała być jeszcze oblegana przez dziwne stworzenia.
- Zostań, Roksia! - zawołał zagradzając drogę dziewczynce ręką, po czym skupił się. Widać to było na jego twarzy. Zmusił się do maksymalnego wysiłku, jego twarz nabrała bardzo demonicznego wyglądu, przymknąl lekko oczy, jednak wciąż patrzył na korytarz.
Bestie zaczęły bieg w jego stronę, gdy nagle rzuciły się w inną stronę, potem znów w inną. Kilka razy nawet uderzyły w ścianę. A po chwili padły na podłogę, a z ich głów zaczęła wypływać maź, bądź krew, która wgryzała się w ziemię jak jakiś kwas.
- Dobra, możemy iść - powiedział Bobercik podpierając przemęczoną głowę ręką.
Ruszyli powoli, Bobercik dokładnie rozglądał się na boki. Nie chciał przecież, żeby coś stało się jego siostrze. Dlatego musiał być dokładny. I pewny siebie. Mimo, że brakowało mu nieco tego pierwszego, to drugie nadrabiało straty.
[center]***[/center]
Jehkt wybiegł z Ketsushin i od razu wziął księżniczkę w swoje ręce. On, w odróżnieniu od Bart'a i Adrian'a był słusznej postury. Oni, ze względu na to, że byli Saiyanami nie musieli wcale wyglądać na silnych, by takimi być. Jednak Jehkt był człowiekiem, z bardzo wydatną muskulaturą ciała. Dlatego podniósł Ryuryę oburącz i niósł do środka.
- Już wszystko gotowe - powiedział - Za chwilę zacznie się kontratak
- Widze, że ten system nie jest wcale taki zły... - powiedział Adrian rozciągając ręce, wciąż nie zwalniając kroku
Nagle z budynków w których mieściły się oddziały szkoły wybiegli ludzie. Może nie najzwyklejsi, ale jednak ludzie, którzy mknąc przed siebie w specjalnych maskach zaczęli walczyć z kolejnymi bestiami. Może nie było ich tak wiele, jak tych dziwnych stworów, jednak w odróżnieniu do tamtych, wspaniale współpracowali.
- No, wiecie co? - zapytał Adrian - Chyba czas pomóc naszym głupiutkim adeptom...
- Taa... - powiedział Bart strzelając palcami u rąk - Nareszcie pora wziąć się do roboty...
Jednak zanim nawet się ruszyli, to ich oczy przyćmił jasny blask, który po chwili zniknął. Zobaczyli wtedy, jak tuż obok nich stał Mark, a coś pod jego ubraniem, dokładnie pod prawą łopatką, błyszczało rzucając światło wokół.
- Mark, co jest? - zapytał Adrian przyglądając się dokładnie chłopakowi
Ten obrócił głowę, w stronę Adriana wywołując w nim szok. Gdyż jego oczy były takie dziwne, jakby wewnątrz jego źrenic panował jakiś pożar
- Nie mam pojęcia - przyznał szczerze chłopak podnosząc lewą ręke, a zaraz potem prawą. Pstryknął palcami, a nad nimi pojawił się na moment płomień - Ale bardzo mi się to podoba!
Podniósł obie ręce nieco do góry i wtedy całe jego ciało pokryły płomienie. Jednak nie czuł bólu, nic a nic. Jedynie satysfakcję i nieco zmęczenia.
Wyskoczył przed siebie, nawet nie świadom, że tuż za nim został ślad ognia w powietrzu, który zniknął dopiero po chwili.
Tuż za nim skoczyli Bart i Adrian, wybijając się dosyć porządnie, gdyż po chwili dogonili Mark'a.
- Wielka moc, wielka odpowiedzialność - powiedział Bart starając się zrównać prędkość z Mark'iem
- Wiem... - przyznał rację koledze - Wiem to aż za dobrze...
- Heh... Dobre to było - zaśmiał się Adrian
Widać było, że kompletnie zadrwił teraz z Mark'a. Pewnie miał ku temu swoje powody, jednak Mark wcale na to tak nie pratrzył. Uważał się teraz za kogoś wielkiego i nie chciał, by ktoś w niego wątpił. Nawet w żartach.
- Adrian, powiedziałem, że to rozumiem - odezwał się Mark nieco zwalniając, jednocześnie wystrzeliwując kilka kul, które poleciały w stronę bestii walczących z adeptami Ketsushin - O co ci chodzi?
- Kiedyś zobaczysz, ale jeszcze jest na to za wcześnie - powiedział Adrian nawet na moment nie zwalniając lotu. Prześcignął więc zarówno Bart'a, jak i Mark'a.
Zatrzymał się nieco dalej i uniósł prawą ręke, a nad nią pojawiła się kula ki. Złota, do tego zaczęła wirować, z ogromną prędkością. Widać było po chwili, że energia w kuli jest strasznie skupiona, gdyż ta błyszczała i jednocześnie rzucała takie dziwne uczucie, szczególnie dla tych wyczulonych na wykrywanie energii ki.
Zgniótł kulę zaciskając ręke w pięść, po czym znów otwarł ręke wyciągając ją jednocześnie do góry.
Nagle z jego ręki wysoko w powietrze wyleciała kula ki i zawisła na niebie, na moment, po czym... Zaczęła strzelać cienkimi, okropnie szybkimi promieniami ki w bestie. W tym czasie Adrian wciąż trzymał ręke wyciągniętą do góry, jednak nie musiał się martwić, że jakiś z "obcych" mu przerwie. Sam, wolą jedynie, kontrolował tą broń, która wisiała mu nad głową. Do tego był w stanie przy pomocy zaledwie kilku strzałów zabić bestię.
[center]***[/center]
Rauko westchnął. Był trochę oburzony. Od momentu, gdy Daegurth zniknął chciał znaleźć chociaż ślad po nim. Oczywiście mu się udało, ale wszystkie ślady prowadziły go spowrotem do nikąd. "Chyba nie będe detektywem..." - pomyślał - "Choć... Raz zaufam mojemu instynktowi. Zobaczymy czy Daegurth miał rację i czasem instynk może być wzmocniony... Energią".
Stanął w lekkim rozkroku, po czym się skupił. Tak jak się tego zawsze uczył, spokojnie i powoli. Pośpiech nie tylko był niewskazany - nawet by przeszkadzał. Była to delikatna operacja. Do tego musiał intensywnie myśleć, a na szybko to nie wychodzi. Bo instynkt nie tylko działa na bazie strzału: Chybił lub trafił. Najważniejsze jest wykluczenie najbardziej absurdalnych odpowiedzi, bądź niemożliwych - tylko trzeba pamiętać, że mimo wszystko klucz może tkwić właśnie w nich.
"Na pewno opuścił ten wymiar" - podsumował na początku - "Już dawno temu, jednak później, po kilku miesiącach znów poczułem to dziwne uczucie, które wywołało u mnie lekki skurcz w prawej nodze i na przeponie. Czyli znów ktoś przeskoczył przez drzwi wymiarów, tylko to mógł nie być on. Do tego mam dziwne uczucie, że on tu gdzieś jest, jakby stał obok... Ale przecież go nie ma i tu jest największy problem. A może się przed nami chowa? Boi się nas? Albo o nas? No i mam pierwszy absurd - na pewno się nie chowa. Nie może, bo nigdy mu nie wychodziło w chowanego. Są po prostu rzeczy, które się nie zmieniają."
Westchnął ponownie. Wmawiał sobie, że musi się skupić i to porządnie, nie tak jak czasem podczas treningów Radka, które szły na przód nawet szybciej, niż się spodziewał. Dziwił się tylko jednego - dlaczego ten jeszcze nie osiągnął stadium SSJ? Podobno jest saiyanem - pomyślał - ale jeszcze mu się nie udało, gdy ja już przy jego poziomie mocy osiągnąłem SSJ... Dopiero wiele później udało mi się przekroczyć ten poziom i uaktywnić USSJ, jednak jak dobrze wiem, mięśnie wtedy są tak ogromne, a energia tak skompresowana, że zwalnia to moje ruchy... Nie lubie go.
No i znowu, no nie. Rozkojarzyłem się. Miałem myśleć o tym gdzie tamta menda polazła, bo kolejnym absurdem jest to, że umarł... W to po prostu nie wierzę, on nie ma takiego szczęścia, bo jeżeli o nie chodzi, to mówił, że "Nawet przy pomocy energii nie mogę nim sterować, choć podobno to proste". Ja też nie potrafię, ale on po prostu przesadza... Wszystko dzieje się pięknie, by nagle zwalić mu się na głowę, ale jednak... Zawsze z tego wychodził cało, zawsze. Dlatego odpada też to, że dał za wygraną. Obiecał chyba coś komuś, jeżeli dobrze pamiętam to jego majaczenie i mamroczenie podczas snów... Cóż, przez sen gada chyba czasem więcej niż wprost, jeżeli to wogóle możliwe!
No i wróciłem do punktu wyjścia. Gdzieś jest, ale nie wiem gdzie. Stąd teraz używam energii... Niech znajdę wszystkich, którzy mogą mieć z nim jakieś powiązania... Albo, wiem! Shingan! On kiedyś coś o nim mówił... Cholera, jednak mogłem słuchać tego debila, choć czasami. Może był kretyn, ale cóż...
"Istota shingana tkwi w tym, że jest uniwersalny" - jakoś tak to ujął - "Sam go stworzyłem, bo widzisz, każdy ma w sobie coś... Nazwijmy to Pierwiastek, dla ułatwienia. To jest jego potencjał, z którym może zrobić co chce. Dosłownie. No i ja z niego zrobiłem Shingan, ty, przypadkowo, zrobiłeś z niego swojego wewnętrznego demona. Saiyanie, jako rasa, przypadkiem wykształcili sobie te wszystkie umiejętności. Bo widzisz, choć jestem ateistą, to nie kompletnym. I dopuszczam do siebię te myśl, że stwórca gdy nas zrobił na swoje podobieństwo i swoich podwładnych, przekazał i nam cząstkę siebie. Właśnie o niej mówimy". Eeee, przynudzał mnie wtedy i usnąłem chwilę po tym... Ale dobry obiadek zrobił! To mu się chwali, ale wracajmy do rzeczy. Więc, istnieje pierwiastek i on sam wykształcił Shingan, więc... Kierując się tym gdzie on jest powinienem móc namierzyć i jego właściciela.
I tu kolejny problem, bo ni hu hu, choćbym chciał, nie wiem jak to zrobić. Nigdy nawet bym nie dostrzegł, że coś takiego jak "Pierwiastek" istnieje.
Otwarł oczy i znów westchnął. Ostatnia jego myśl "Totalna załamka" podsumowała wszystko. Przez niemal cały rok gonił za nieosiągalnym, by teraz się zorientować, że na przeznaczenie nie wpłynie.
I mówią, że ludzie się nie zmieniają, że wszyscy są tacy sami. No i o innych rasach też się tak mówi. A jednak, Rauko zaczął filozofować i głęboko myśleć. Było to coś kompletnie nowego, dlatego jeszcze nie wiedział jak z tego korzystać. Teraz tylko wystarczyło się nauczyć.
[center]***[/center]
Minęła długa noc, w czasie której wszyscy członkowie Ketsushin mieli ręce pełne roboty. I tak mieli dużo szczęścia, że to coś wylądowało akurat w tym mieście, a nie w innym. No i że nie rozprzestrzeniło się zbyt szybko, bo jak by przeskoczyło na inne kontynenty... Wojsko może by sobie z tym poradziło. Może wytrzymałoby. Przez rok, dwa, ale później byłby koniec. No i wszystko skończyło się dobrze, choć nikt o tym nie wiedział, przez członków Ketsushin, którzy mimo wszystko pozostali w ukryciu. Niemiło mogłoby wpłynąć na ich życie ujawnienie prawdziwej tożsamości.
No weźmy przykład. Jest sobie kolega(lub koleżanka, jak kto woli), podchodzimy bliżej i mówimy: "Hej, a mówiłem ci, że umiem latać i ziać ogniem?". Reakcja byłaby chyba oczywista: "Piłeś coś?", albo ktoś by zaczął się śmiać lub żartować. A co by było, gdybyś to ty był takim ziejącym ogniem?
Ludzie zaczęliby się ciebie bać, niekoniecznie słusznie, jednak prędzej czy później zaczęliby. I co wtedy? Chcieli by się pozbyć zagrożenia. Tak jest zawsze, w historii dziejów się to powtarza. Wiele razy.
Dobrze, że mnie tam wtedy nie było. Dobrze, że Broly jednak zechciał się ze mną zadawać, nareszcie. Mogłem wraz z nim trenować i jak się okazało, byłem od niego silniejszy. Tylko się go bałem, mimo, że tak chciałem go pokonać, to strach i wściekła furia przysłoniały mi wzrok. Oby nikt z tego całego Ketsushin nie zaznał takiego uczucia... Nigdy.
- Hej, gotów? - zapytał Broly Darkness podlatując bliżej swojego brata
- Tak - odpowiedział wstając z powierzchni księżyca - Więc, zacznijmy od nowa...
[center]***[/center]
- I jak? - zapytał Adrian
Ledwie co wszedł do pokoju, jeszcze był zdyszany, ale ani myślał odpoczywać. Naprzeciwko niego stała Ryurya, odzyskała już większość sił i od pewnego czasu sterowała z tego pokoju wszystkimi oddziałami szkoły Ketsushin. Do niej dochodziły wszystkie raporty i jak się przekonała było tego strasznie dużo. Zazwyczaj zajmował się tym tylko Adrian, czasem ktoś mu pomagał, ale poza tym to niemal nikt nie zajmował się dowodzeniem. Po prostu to ich przerastało.
- Niezbyt dobrze - przyznała szczerze Ryurya. Wiedziała, że ukrywanie faktów nie ma sensu, więc ciągła dalej - Dużo niewinnych ucierpiało, a jeszcze więcej zginęło. Oprócz tego straciliśmy część naszych, dużą część.
- Faktycznie, niebyt przyjemnie - podsumował Adrian padając na kanapę i zwalniając oddech - Mogłem trochę wcześniej ruszyć zadek, ale już za późno by o tym gadać. Co się stało się nie odstanie. Coś jeszcze jest ważnego?
- Duża część miasta została zniszczona i pewnie za niedługo trafi tutaj wojsko, prasa i wszelkiego rodzaju instytucje - powiedziała Ryurya wzdychając. Wiedziała, że nie czeka ich nic innego jak kolejna kupa problemów pokrytych problemami - No i może być problem z barierą, którą postawiliśmy. Ona naprawde razi, zarówno osoby z zewnątrz jak i wewnątrz, dlatego może być problem.
- Raczej nie odciągnie ich tabliczka "Uwaga wysokie napięcie" - zażartował Adrian, choć wogóle się nie uśmiechnął - Będą musieli sami się zorientować, a my jak najbardziej pospieszyć. Uless?
W pokoju natychmiast pojawił się wywołany, jakby chował się tu gdzieś i czekał. Jednak wcale tak nie było, był gdzie indziej, tylko został wezwany i się stawił tak szybko, jak tylko mógł.
- Tak? - zapytał robiąc lekki ukłon w stronę Adriana
- Podnieś głowę, nie wygłupiaj się - zaczął mistrz - Przecież wiesz dobrze, że nie lubię gdy mi się kłaniasz.
Uless powoli się wyprostował i kiwnął głową, po czym uważnie zaczął się wsłuchiwać.
- Musisz natychmiast zdać raport. Wszystko co wiesz, a następnie przygotowujemy się do jakichś działań, które ustalimy dopiero po wysłuchania twojego raportu - powiedział stanowczo Adrian uśmiechając się
Nagle Adriana wzrok przykuł mały szczegół, bluza Uless'a była w jedym miejscu nieco rozdarta i widać było niewilką ranę ciętą tuż za rozdarciem.
- Ale najpierw masz mi powiedzieć co się stało - rozkazał Adrian
- Tak jest. Oczywiście nie jestem masochistą żeby się ranić, nie zrobił tego też żaden z potworów. To był przypadek, jakiś młodzik mnie uderzył - powiedział powoli Uless, podkreślając ton swojej wypowiedzi
- Bardzo zabawne. Ja nie mogłem cie ostatnio zranić, a on to zrobił? Jak, ciekawy jestem - zdziwił się Adrian
- On nie jest zwyczajny, ale nie dużo widziałem. Jednak Mer... Mer mówił nieco więcej. Mówił, że ten chłopak przez moment walczył bardzo dobrze, ale co było najdziwnejsze: gdy zemdlał. Stracił przytomność, a jednak walczył - wyjaśnił Uless
- Dream instinct - wtrąciła się Ryurya - Słyszałam o tym w Ostrzach Mrozu, podobno przez długi wieloletni trening walki wręcz można się wyuczyć bazować na pamięci mięśniowej i pozostałych zmysłach, innych niż wzrok, co daje możliwość walki podczas snu
- No, no, pani jednak nie tylko piękna i potężna, ale i inteligentna - powiedział Adrian przymykając oczy na moment - Może wiesz coś jeszcze o tym... Dream cośtam
- Mistrzowie w Ostrzach Mrozu, specjalnym oddziale królestwa Redreth, posiadają tą umiejętność. Tylko muszę powiedzieć jedno: oni są naprawde potężni, mniej więcej tak jak ty Adrian. Sam zaś Dream Instinct jest potężną bronią. Żadne gazy usypiające i trucizny nie uniemożliwiają ci walki. W przypadku uśpienia walczysz lepiej niż normalnie, jednak nie możesz planować i reagujesz tylko na proste komendy, a czasami nawet na żadne. Zaś w przypadku trucizny, możesz sam się ogłuszyć i nie zażyć jej wogóle, a nastepnie zmuszać organizm do wydalenia trucizny w procesie Dream Instinct, jednak jest to bardzo trudne - wygłosiła wykład księżniczka z iście gracją na jaką przystało
- Więc ten ktoś musiał trenować już wcześniej, co jeszcze o nim wiemy? - zapytał Adrian
- W tym rzecz, że nic - przyznał się Uless - On sam mówi, że nie wie kim był i raczej mu wierzę. Jednak skąd zna techniki walki? Nie mam pojęcia. Poza tym czas zmienić temat.
- Racja - przytaknął Adrian wstając - Mów co na nie dobrze działa, jaki mają system i całą resztę. Musimy przygotować strategię i wszystko spisać do dokumentów, gdyby szkoła miała przetrwać więcej niż mój żywot, będzie to potrzebne.
- Tak więc...
W następnym odcinku: Nie mam pojęcia co będzie, ale chyba będzie fajne ^^
Wziął potężny zamach, obracając swoim błyszczącym mieczem, który wciąż pokrywała dziwna aura. Gdy obrócił go raz wokół siebie, to nagle wszystko wokół niego zaczęło zamarzać. Bestie same wbiegały do strefy, gdzie nie mogły już przeżyć i stawały się rzeźbami.
"Nie warte mojego czasu" - pomyślał Kris podrzucając miecz w powietrze, gdy ten nagle się rozpłynął, choć przez moment jeszcze na niebie widać było jego aurę.
Obrócił się szybko, wiedząc, że coś jest nie tak, po czym zmuszony był odskoczyć do góry. Coś pod nim tylko przemknęło z niesamowitą prędkością i wiedział, że już wraca. Zobaczył jak czarna smuga zbliża się w jego stronę, wtedy wyciągnął w jej stronę obie ręce, po czym rzucił nią na odległość, przy pomocy telekinezy. Jednak dziwna sylwetka oparła się w ostatnim momencie sile woli Kris'a i znów zaczęła zmierzać w jego stronę.
Chłopak nagle zobaczył jak w jego stronę lecą jakieś niewielkie kawałki mazi - domyślił się, że to nie woda dla spragnionych, a trucizna lub coś gorszego.
Zamknął oczy, po chwili je otwarł, a dziwne kawałki mazi koloru niebiesko-zielonego zawisły w powietrzu przed jego oczyma, jednak to "coś" wciąż leciało w jego stronę.
- Hyo... - powiedział cicho Kris - Mizu... Kaze... Diamond dust!
Wziął powietrza w płuca, po czym powoli zaczął je wypuszczać w stronę nadlatującej sylwetki.
Z jego ust wyleciała biała chmura, która powoli mknęła do przodu i widać było wyraźnie, że pod nią zaczął padać śnieg, zaś wszystko co znajdowało się w jej zasięgu zaczęło zamarzać. Wkrótce i czarna postać wleciała w chmurę zamieniając się w lodowy posąg, który zaczął spadać nim doleciał do Kris'a.
Ten szybko poleciał za spadającą statuą, mając nadzieję, że ją złapie. Chciał wiedzieć co go zaatakowało i czy była to tylko jednostka.
Zniknął, pojawił się nieco bliżej, po czym znów rozpłynął się w powietrzu i pojawił jeszcze bliżej. Był na tyle szybki, że szło mu to bez problemu. W ciągu chwili dogonił spadającą statuę, po czym złapał ją pewnie oburącz.
"Zimna" - pomyślał - "Lubie zimne"
Zwolnił, chciał łagodnie wylądować, bo choć wiedział, że gładki lód przywiera do skóry, to wolał nie ryzykować, że upuści posąg.
Spadł na lekko ugięte nogi, którymi jeszcze odrobinkę zamortyzował upadek, po czym położył łagodnie posąg i zaczął patrzeć na uwięzioną wewnątrz bestię.
Była inna niż te poprzednie, ta miała trochę zielonkawy kolor i większe szpony. Oprócz tego była niższa, ale miała nieco dłuższe kończyny, prócz ogona, który miał zaledwie metr, może troszeczke więcej, przy tym osobniku.
"Więc jest kilka różnych gatunków tej rasy" - domyślił się Kris - "Te, które spotkałem to pewnie jakieś oddziały od brudnej roboty, czy coś w tym stylu. Wygląda na to, że nie będzie tak łatwo jak myślałem... Bobercik, ciekawe co u ciebie?"
Pstryknął palcami u prawej ręki, a wszystkie posągi nagle pękły na miliony kawałeczków, które powoli zaczynały topnieć, zmieniając do niedawna całkiem suche ulice i chodniki na pełne kałuż masywy skalne.
[center]***[/center]
Omdlały Urith wciąż leżał lekko przybity do ściany. Wokół niego zgromadzili się wszyscy, którzy wstąpili niedawno do Ketsushin. Mer wciąż stał przed jedynym wejściem do tego miejsca chcąc zapewnić wszystkim bezpieczeństwo.
Fala dziwnej mazi przeleciała przez czarną barierę robiąc w niej tysiące dziur, które za sprawą Mer'a zaczęły się zrastać, jednak zanim tak się stało, to jakieś małe stworzenie wskoczyło do środka i natychmiast rzuciło się na Mer'a gryząc go w nogę.
Ten zacżął wrzeszczeć, gdyż mimo, że dopiero co mały potworek go ugryzł, to już wbił mu zęby po same kości. Powoli bariera zaczęła słabnąć, wtedy tuż za nią pojawiły się trzy bestie, a za nimi kolejne i kolejne, jakby nigdy nie miało ich zabraknąć.
"No nie, wszyscy zginiemy!" - pomyślał Hektor widząc co się dzieje.
Bestie stojące za barierą tak jakby się śmiały widząc przerażonych wewnątrz pomieszczenia. Cierpliwie czekały, aż będą mogły wejść i zrobić swoje.
Wtedy Urith zaczął mróżyć oczyma. Po chwili je otwarł i powoli wstał. Zaczął iść przed siebie w stronę bariery, dosyć niezdarnym krokiem i choć reszta osób próbowała go zatrzymać, to on wciąż brnął przed siebie.
"Czuję się dziwnie..." - pomyślał - "Wszystko mnie boli i ledwie chodzę... Ale... Ale jednak chodzę i dlatego zrobię co tylko mogę, żeby...".
Stawił kolejny krok, jednak zrobił to tak niedbale, że przewrócił się na twarz. Po chwili zaczął iść na klęczka, stawiając kolejno kolano i ręke do przodu.
- Urith, wracaj pod ścianę! - zawołał Mer lekko obracając głowę
- Iie... - odpowiedział chłopak wciąż mknąc przed siebie - Ore wa... Chigau... Chigau... Watashi mo... Ore mo...
Nikt nie rozumiał co ten chłopak mówi. Każdy uważał, że ma jakieś zwidy i nie jest sobą, ale z pewnością tak nie było. Bo w tym momencie właśnie był sobą najbardziej.
- Zabierzcie go pod ścianę! - zawołał Mer - Szybko, może jeszcze trochę wytrzymam!
Natychmiast, jakby na komendę wszyscy pobiegli w stronę Urith'a i wzięli go na ręce, po czym zaczęli odciągać. Ten jednak wyrwał im się, gdy go nieśli i upadł na podłogę, po czym zaczął się czołgać.
- Nie! - zawołał Hektor - Nie idź tam, nie rozumiesz!
- Urith, proszę, nic w takim stanie nie zdziałasz! - zawołał Dariusz, kolega Hektor'a
- Ore wa... Wakureru... Doshite... - ciągnął wciąż niezrozumiałe dla nikogo słowa, a może jednak ktoś je rozumiał?
- Iie, ikunaide kudosai - powiedział Ireneusz Grabek, który był mistrzem Karate. Jako mistrz karate uczył się języka znanego jako "japoński", w którym teraz mówił Urith.
Nagle Urith padł rozkładając się na podłodze i leżał nie mogąc się podnieść. Szybko jednak obrócił głowę w prawą stronę i spojrzał na ścianę.
- Zabierzcie mnie pod tą ścianę - powiedział - Proszę...
Hektor i Darek złapali Urith'a za ręke i zanieśli go we wskazane miejsce, po czym położyli go tak, by się opierał o ścianę. Wtedy on zaczął w nią bić z całych sił - a że miał ich niewiele, to wydobywał się ledwie słyszalny dźwięk.
Zamknął oczy, po czym skupił się na swojej ręce. "No dalej!" - pomyślał - "Musisz polecieć i uderzyć z całych sił w ścianę!". Wyobraził sobie tor lotu ręki i jak ona się rusza, jakby wspomagana jakąś dziwną siłą. Wtedy nagle uderzył w ścianę, a jego ręka się do niej wbiła.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa! - zawrzeszczał z bólu Urith otwierając szeroko oczy
- Odsuńcie się od ściany! - odezwał się nagle głos w pokoju, który wydobywał się niewiadomo skąd
[center]***[/center]
Roksia uciekała przed dziwnymi bestiami już przez dłuższy czas. Miała dość - uważała, że zebrała ich juz wystarczająco dużo. Obróciła się, jednocześnie składając ręce tuż obok miednicy, jakby między nimi coś było.
- Kamehame! - zawołała, gdy nagle niebieska kula pojawiła się między jej rękami i zaczęła pulsować, rzucając wokół masę światła.
Wraz z wykrzyknięciem "HA!" połączonego z wyprostowaniem rąk w stronę goniących ją bestii, wyleciał potężny niebieski promień, który wyrył tunel niszczęc wszystkie bestie po drodze.
Roksia opuściła swoje rączki i zaczęła dyszeć, dosyć się zmęczyła, wcale nie było najłatwiej wykonać taką technikę, szczególnie dla takiej małej dziewczynki
Jednak nie był to wcale koniec. Nagle bestie zaczęły zbiegać się ze wszystkich stron, wtedy Roksia zaczęła uciekać, jednak zatrzymała się widząc przed sobą swojego brata.
- Nieźle Roksia! - powiedział Bobercik głaszcząc dziewczynkę po głowie - Ale pozwól, że ja się nimi zajmę...
Spojrzał w stronę trzech bestii, które nagle się zatrzymały i rzuciły na swoich pobratymców, zaczynając ich zabijać. W pewnym momencie dostrzegł jakiegoś mężczyznę starającego się uciec od tych bestii. "Cholera!" - pomyślał Bobercik skacząc w jego stronę
- Jeżeli się zbliżycie, to was zabiję! - zawołał Bobercik do bestii jednocześnie wysyłając do umysłów wszystkich potworów uczucie strachu, któremu żaden potwór nie mógł się przeciwstawić. Wtedy bestie zaczęły mijać Bobercika i trzęsącego się za nim ze strachu mężczyznę
"Muszę coś wymyślić... Tych potworów jest za dużo, nie zdołam ich pokonać jednocześnie nie niszcząc miasta..." - pomyślał Bobercik
[center]***[/center]
Wszyscy nasłuchiwali. Przed chwilą kogoś usłyszeli, nie mieli jednak bladego pojęcia kto to był. Głos, który przed chwilą przyniósł im tyle nadziei teraz milczał, jednak nie można powiedzieć że w całej sali było cicho. Słychać było ciche jęki Urith'a, który najprawdopodobniej złamał ręke. Oprócz tego setki niezsynchronizowanych pisków i szmerów wydawanych przez dziwne potwory próbujące przebić się przez barierę, którą stworzył niedawno Mer.
"Błagam, niech ktoś tutaj już przyjdzie..." - pomyślał Mer wciąż zmagając się z falą nadchodzących potworów. Nie zostało mu dużo sił, modlił się więc do Boga, w którego wierzył mimo tego co widział, o to, by wytrzymał jeszcze kilka minut. Znał procedury Ketsushin, studiował je przez długie dwa lata. Wiedział, że pomoc musi być w drodze, gdyż bezpieczeństwo nowych członków szkoły jest na pierwszym miejscu. I tylko dlatego wciąż wytrzymywał, mimo, że nie miał już energii, a jedynie trochę nadziei.
Nagle jedna ze ścian zaczęła falować, jakby to była woda na wiatrze - do tego utrzymywała się w jednym miejscu. Przez falującą ścianę widać było jakąś sylwetkę, która miała jedną ręke wyciągniętą do przodu. Po chwili ją opuściła, a dość duży masyw ściany, który przed momentem falował latając we wszystki strony, rozpuścił się, zostawiając na podłodze niewielki ślad.
Postać powoli weszła do środka i rozejrzała się. "Jeden ranny, kilku nowych, przerażonych i wciąż walczący Mer... Dlaczego nikt tu nie przyszedł przede mną?" - zdziwił się mężczyzna wchodząc do sali z uśmiechem na twarzy.
Mer kątem oka dostrzegł znajomą twarz, gdy jego ręce już bardzo się trzęsły.
- Uless... - powiedział cicho Mer, padając na jedno kolano z wykończenia - pomóż...
- Już - odpowiedział na prośbę kolegi Uless, gdy momentalnie uśmiech zniknął z jego twarzy. Stanął na środku sali i patrzył w stronę próbujących się dostać do środka potworów - Wpuść je
Na początku Mer myślał, że źle usłyszał, jednak wcale tak nie było. Przypominając sobie jednak co mówił Adrian o Uless'ie natychmiast zrozumiał, że skoro o to prosi, to ma jakiś plan.
Nagle czarne ostrza zagradzające przejście rozpłynęły się w powietrzu, a Mer zaczął podpierać się rękoma o podłogę, by nie upaść całkowicie. W tym czasie do pokoju zaczęły wbiegać okropnie szybkie bestie, na które Uless patrzył pełnym pogardy wzrokiem.
Nagle wyciągnął obie ręce przed siebie, po czym pociągnął nimi, raz w prawo, raz w lewo. Ściany zaczęły się wyginać i łapać dziwne bestie, po czym zgniatały je. Działo się to tak szybko, tak duża ilość kruszca się przemieszczała na raz, że wydawało to okropne huki i piski.
W pewnym momencie do Mer'a doskoczył któryś z atakujących potworów, wtedy z ziemi wyrosła naokoło niego bariera ze skały. Uless przełknął ślinę. "O mały włos" - pomyślał obracając się, gdy nagle jego cała ręka pokryła się litą skałą, którą uderzył prosto w głowę doskakującej do niego bestii.
Urith przestając narzekać na ból patrzył uważnie jak Uless walczy. I musiał przyznać, że był w tym dosyć dobry. "On przynajmniej... ała... wie jak walczyć, on pamięta..." - pomyślał Urith łapiąc ręke wbitą w ścianę tą drugą, po czym nie zważając na ból wyciągnął ją.
Ciekła z niej krew, do tego była tak dziwnie powyginana. Z pewnością złamał ją w kilku miejscach, o ile nawet nie zmiażdżył kompletnie. Z bólu całe jego ciało się trzęsło, on jednak nie przykładał do niego większej uwagi. Leżał teraz, podziwiając walkę, która najwyraźniej mu się spodobała.
Chwilę tak leżąc zobaczył jak wszyscy jego nowi koledzy trzęsą się ze strachu.
- Tutaj... - powiedział cicho, jednak wszyscy go usłyszeli. Wtedy on wstał i zaczął się bujać na boki, nie mogąc stanąć w miejscu - Obronię was, stójcie za mną...
Posłuchali. Jednak nie wszyscy. Wciąż w jednym miejscu, trzęsąc się siedziała dosyć młoda kobieta o blond włosach, która niedawno przedstawiła się jako Maria. Trzęsła się ze strachu nie mogąc wogóle ruszyć.
- Gdzie ty się tego nauczyłeś? - zapytał Hektor szepcząc do ucha Urith'a, jednocześnie wnikliwym wzrokiem się rozglądając
- Nie wiem... - odpowiedział Urith nie obracając głowy - Uwaga, po prawej!
Nagle z prawej strony Urith'a wyskoczył jeden z potworów rzucając się w stronę Darka. Urith chciał doskoczyć przed niego, by zablokować cios, jednak Hektor był pierwszy. Popchnął swojego przyjaciela dość mocno, a bestia przeleciała między nimi, wtedy nagle z sufitu spadła na nią masa skały gniotąc ją.
Wyprowadzony z rytmu rudowłosy chłopak upadł na ziemię uderzając się w połamaną ręke. Zajęczał z bólu po raz kolejny.
- Koniec - powiedział - Koniec, nie mogę już wytrzymać tego bólu... Proszę, zabierzcie go!
Niestety nikt nie mógł pomóc chłopakowi, nikt stąd. Jego ręka była w bardzo ciężkim stanie. Wtedy on wstał wciąż trzęsąc się.
- Hyaaaaa! - zaczął wrzeszczeć, po czym wydał z siebie najgłośniejszy krzyk - AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
Nagle cała sala... Cały kompleks zaczął się trząść! Ogromna ilość energii jednorazowo wyleciała z ciała Urith'a uderzając we wszystko w niewielkiej sali, Uless ledwie zdołał zablokować siebie i innych. Atakujące ich potwory nie miały takiego szczęścia, zostały zgniecione uderzając w ścianę.
Zaraz po tym chłopak nagle ucichł i upadł na twarz kompletnie tracąc przytomność.
"Kto to jest?" - zdziwił się Uless podchodząc do leżącego omdlałego chłopaka. Chciał spojrzeć w jego głąb, by wykryć jego energię, czego uczył się na potajemnych treningach. Jednak mimo, że wykonał to rutynowe zadanie, nie dało ono żadnych efektów - "Czyżby to kolejny utalentowany członek Ketsushin? Może nawet będzie silniejszy ode mnie?".
Nagle w sali pojawiło się kilka osób.
- Skład gotowy! - zawołał jakiś mężczyzna - Przepraszamy za zwłokę, już się nimi zajmujemy...
"Skąd tutaj tyle tych zwłok, trupów?" - zdziwił się ten sam mężczyzna - "Czyżby ktoś z Ketsushin był na tyle silny?"
[center]***[/center]
- Bobercik, nie przejmuj się - powiedział wybiegając zza rogu Mark - Zajmę się nimi, ty biegnij, na pewno masz gdzie.
Szczerze zdziwiony nagłym pojawieniem się Mark'a Bobercik nie od razu pojął o co chodzi. Zastanawiał się skąd on tutaj się wziął, gdy nawet nie wyczuł jego obecności. Powoli się rozejrzał, po czym kiwnął głową na "tak", skoczył do Roksi łapiąc ją oburącz i skoczył przed siebie - w chmarę, setki, a może nawet tysiące bestii. Zanim jeszcze do nich doleciał jego ciało, jak i roksi, pokryła jasno-zielona aura, która wydawałaby się strasznie miękka i ulotna, bowiem zaraz po opuszczeniu ciał lecących postaci rozpływała się w powietrzu.
Jednak idealnie spełniła powierzone jej zadanie. Żadna z bestii nie tknęła ani Bobercik'a, ani Roksi, jedynie uderzały piekielnie twardą aurę, od której się odbijali, gdyż chłopak nadał jej takiej prędkości i takiej formy, aby mogła odeprzeć ataki tych dziwnych istot.
Mark nieco zwolnił, po czym się zatrzymał. Bestie zaczęły go okrążać, on powoli obracał głowę to w prawo, to w lewo. Mimo, że wiedział co musi zrobić i był pewien siebie to nieco się bał. Otaczały go tysiące dziwnych bestii, a on był sam jeden.
Chmara czarnych sylwetek zbliżała się z ogromną prędkością. Jeszcze chwilę temu były dosyć daleko, kilkanaście metrów dzieliło ich od stojącego chłopaka, a teraz znalazły się w zasięgu kilku łokci od niego. Nie była to dla niego szczególnie miła sytuacja. Ale przynajmniej była to okazja aby się sprawdzić...
Nagły błysk na barku, który rzucił światło we wszystkie strony. A następnie wybuch, potężna eksplozja która objęła dosyć spory teren. Nawet dosyć już oddalony Bobercik poczuł lekkie pieczenie, będąc znacznie oddalonym od epicentrum.
[center]***[/center]
- Bart! - zawołała Ryurya biegnąc, a tuż obok niej nagle pojawił się Adrian.
Biegli wszyscy trzej, nie oglądając się za siebie, w jednym szeregu. Wiedzieli co muszą zrobić, omówili to nieco wcześniej. Telepatycznie, dzięki magii niezastąpionej w tej kwestii księżniczki Ryuryi.
- Gotowi? - zapytał Adrian ostatni raz
- Tak - odparli naraz Bart i Ryurya
Niebieskowłosa kobieta biegnąc wyciągnęła ręce przed siebie, po czym zaczęła obiema rękami robić jakieś znaki, jakby rysowała coś w powietrzu. Już po chwili naokoło jej dłoni pojawiła się dziwna wielobarwna aura. Po chwili przed Bart'em i Adrianem pojawiły się jakby lustra, które jednak wcale nie odbijały ich wizerunków. Pokazywały się w nich miejsca w których nikogo teraz nie było, miejsca daleko stąd. Obaj nagle wskoczyli w dziwne obłoki przed nimi znikając komletnie. Teraz biegła tylko Ryurya, jednak po chwili i ona się zatrzymała.
Gdyby ktoś przyglądał im się z góry, z bardzo wysoka, żeby objąć ich trzech wzrokiem, to zobaczyłby, że te malutkie punkciki tworzą między sobą tak jakby trójkąt. Trzy punkty, tak jak są trzy wierzchołki w tej figurze. Trzy punkty, chyba jedyne, które były statycznie, nieruchome, gdyż całe pole przemieszczało się na tle ognia, krwi i zniszczeć. Bestie pędziły w jedną, konkretną stronę, choć nie wszystkie. Niektóre biegły jak oszalałe we wszystkie strony. Ale z tak wysoka, były to jedynie maleńkie punkty, które dostrzec mógł jedynie bardzo wydatny drapieżnik. Tak jak ten jastrząb, który szybko czmychnął, orientując się, że nie stanie się tutaj nic dobrego. Tymbardziej słysząc te przerażające krzyki wciąż panikujących ludzi i piski dziwnych, nikomu bliżej nie znanych bestii.
Ryurye przeszły ciarki, jednak wiedziała co musi zrobić. "Ciekawe co myślą Bart i Adrian... Oni chyba jeszcze nie spotkali takich bestii, ja byłam na to przygotowana. Już od dziecka byłam przecież uczona o takich rzeczach..."
Ogromny potwór, mający wiele macek zamiast pary rąk, z tą dziwną głową pełną oczu i dziwnym tułowiem, pokrytym śluzem stał niemalże nieruchomo w klatce. Widać było tylko niewielkie rozszerzanie się i zwężanie niewielkich otworów z tyłu "głowy". Zapewne w taki sposób to "coś" oddychało.
Mała niebieskowłosa dziewczynka podeszła nieco bliżej klatki w towarzystwie swojego nauczyciela. Jednego z wielu, których mieli tą okazję, by uczyć małą księżniczkę o świecie, który ją otacza.
Był dosyć wysoki, jak na osobę, która wogóle nie ma talentu w żadnych sportach. Jedynie był dobrym poetą, a i magik z niego był taki, jak z Ryuryi - na moment obecny - kobieta. Znał tylko parę podstawowych zaklęć, jednak jego znajomość alchemii i wszelkiego rodzaju pism była wysoce doceniona. To dlatego otrzymał stanowisko mistrza, Maister Gremor, i mógł nauczać wewnątrz królestwa, wewnątrz zamku. Do tego nie należał do osób, którym łatwo rozplątywał się język, podobno raz nawet złapany w niewolę nie powiedział ani jednego słowa mogącego naprowadzić tych tyranów i gnojów z Imperium na jego małe, ukochane państwo. Co więcej, wprowadził ich w błąd, kompletnie ruinując ich plany. Rozegrał to mądrze, nie bronią i siłą, a słowem i podstępem. Dlatego był teraz tak doceniany. W końcu na to zasługiwał.
Nagle bestia znalazła się przy prętach ograniczających ją od świata zewnętrznego. W niewielkiej sali słychać było przeciągły dźwięk, jakby pisk, czy krzyk kobiety, po czym przeszedł on w męski bas.
Mała księżniczka odskoczyła do tyłu i wtuliła się w nogę mężczyzny stojącego za nią i choć tego nie widziała, to on szybko, instynktownie, wyciągnął sztylet i podstawił go prosto pod nadlatujacą mackę. Ta natychmiast się zatrzymała. Potwór zobaczył, że grozi mu niebezpieczeństwo i natychmiast się cofnął, powoli, jakby jęcząc po drodze. Co nie zmieniało faktu, że Ryurya strasznie się go bała.
Choć Maister Gremor nie okazał tego po sobie, to bał się go również. Panicznie. Widział takie "cudo" w akcji, wiedział co potrafi zrobić... I wiedział, że ten jego marny sztylet, ba, nawet jego zaklęcia nie dadzą mu najmniejszej szansy w walce z tym Eloinem. Miał szczęście, że tamten wolał nie ryzykowac. Bowiem mimo, że należał do tej rasy bezwzględnych zabójców, to jednak oni myśleli i nie ryzykowali. Musiał się domyślić, że wywoła to straszczy zamęt w całym zamku, że przybiegną strażnicy i magowie, a następnie go będą męczyć. Długo i okropnie boleśnie. Gdy jednak zrobił, to co zrobił, miał szanse na znalezienie lepszej sposobności.
- Chodźmy stąd - powiedziała Ryurya niemalże płacząc
- Zgadzam się - potwierdził Maister niemal bez zastanowienia - Chodź malutka...
[center]***[/center]
Kolejny potwór rzucił się na Radka, jednak bezskutecznie. Ten z gracją uniknął przeskakując nad nim, jednocześnie strzelając w niego pociskiem bardzo skompresowanej energii, co było dosyć męczące. No dobra, cholernie męczące, ledwie mu się udawało zrobić kolejne ruchy, gdyż taka koncentracja raz: nie była taka szybka, dwa: nie była taka łatwa. A czas był tym, czego mu nieco brakowało.
Odruchowo schylił się i uderzył łokciem prawej ręki w tył, po czym zrobił półobrót kopiąc prawą nogą doskakującego do niego stwora.
"Dużo ich..." - pomyślał Radek - "Dlatego muszę użyć czegoś więcej niż tylko zwykłe kulki i siła... Ale porządnie najpierw wszystko muszę przemyśleć"
Miał na to czas. Akurat na to i tylko na to, przynajmniej na razie. Mimo, że był zmęczony, to już przyzwyczaił się do takiego stanu. Niemalże ciągły trening całkiem go zmienił. Mimo, że był jeszcze chłopcem, to był bardziej wytrzymały od wielu mężczyzn, nawet Saiyanów. Problemem w myśleniu wydawałaby się walka - jednak ona była bazowana całkiem na odruchach. Mógł tak wytrzymać kilka, a nawet kilkanaście minut, bowiem wyuczył się odruchów niemal do perfekcji. A te stwory nie były aż takie potężne, jednak zwykły człowiek... Sto ludzi nie dałoby rady takiemu jednemu. Mieli szczęście. On tu był. On myślał.
Kolejny skok, tym razem w powietrzu nieco obrócił ręce jednocześnie przyciskając się do siebie. Nadał tym sobie rotacji, po czym wystawił obie nogi na bok kopiąc dwie nadlatujące bestie. Jednak kolejna, nieco inna, już się na niego rzucała. Widział, że była znacznie szybsza od swoich towarzyszy.
"Cholera!" - zaklnął w myślach czując jak coś wbija mu pazury w prawe ramię. Natychmiast wykonał piruet w lewą stronę, aby zapobiec dalszemu wbiciu tnących szponów w jego ciało, po czym złapał winowajcę za rękę i rzucił go w nadlatującego potwora. Ten jednak zanim do niego doleciał obrócił się, po czym, jak to Radek uważał "Po chamsku" odbił się tamtemu od twarzy.
Zbliżał się równie szybko, jak przed chwilą się oddalał. W mgnieniu oka znalazł się tuż przed Radkiem, który głośno przełknął ślinę.
"Więc już czas? Chciałem jeszcze trochę potrzymać to dla siebie, ale jak widać, jestem za wolny... Cholera..." - pomyślał, gdy nagle z jego ciała zaczęła się unosić energia, bardzo widoczna i żółta w swoim zabarwieniu.
Jego wzrok wskazywał na to, że był pewien siebie. Jego postawa mówiła tylko jedno - koniec zabawy. I choć wydawałoby się, że ta unosząca się energia, to nic - nagle zebrała się tuż przed nim zamieniając się w kule i tnąc chcącą go zaatakować bestię na kawałeczki.
Radek zamknął oczy myśląc "Sorki, ale tu jest prosty wybór, albo ja i moi koledzy, albo wy...".
- Perteguki! - zawołał Radek, gdy energia nagle rozleciała się we wszystkie strony w postaci kul. Dwie zostały też przy nim i krążyły naokoło, jakby kazał im zostać. Wcale tak nie było. Po prostu nie miały już gdzie lecieć, reszta powienna wykonać powierzone im zadanie. I tak było. Bezbłędnie przeleciały przez wiele ścian, aby tylko dostać się do swoich celów. Niektóre z bestii nawet nie były świadomo co się dzieje - kula leciała z taką ogromną prędkością, że nawet Radek, kontrolujący ją, ledwie ją widział i jedynie mógł mieć przeczucie gdzie poleci.
[center]***[/center]
Podniósł powoli ręce i zaczął nimi ruszać. Nie bardzo wiedział kim jest, choć pamiętał wszystko dokładnie. Jeszcze czuł przez moment w sobie tą złość, jednak po chwili nie został po niej żaden ślad.
Stał wyprostowany i pewny siebie. Miał na sobie wiele opasek z różnymi znakami, był średniego wzrostu, z saszetą przyczepioną do dziwnego ubrania. Te luźne spodnie jeansowe i bluza z kapturem. Stał chcąc wszystko jeszcze raz sobie przypomnieć. Wszystko, po kolei...
"Co ja zrobiłem?" - pomyślał uświadamiając sobie jakie są skutki tego, co niedawno się stało z jego powodu - "Co ja zrobiłem...?"
Obrócił się na pięcie i powoli zaczął iść w swoją stronę. Słońca dzisiaj nie było, chmury przesłaniały dużą część nieba, zbierało się na deszcz.
[center]***[/center]
- Użycz mi nieco swojej mocy, o wszechpotężny panie ognia, niech twa uroda pani mrozu przetrwa wieki. Wszechobecny wietrze i życiodajna wodo, dajcie mi siłę, użyczcie swej mocy. Dominum... Dominum... Dominum... Niech moc ta odpowiednio skierowana, stanie się osłoną dla mego biednego ciała i ziemi, na której żyję. Niech skruszy każdego, kto będzie starał się przez nią przedrzeć - ciągła Ryurya, starając się skoncentrować. Gdy wymawiała kolejne słowa między jej rękami pojawiła się niewielka magiczna kulka. Adrian i Bart też zauważyli, że ich ręce same się złączają i zaczyna pojawiać się między nimi jakaś dziwna energia, z którą już się wcześniej spotkali, choć może nie w identycznej postaci - Open the holy gates to the other side, make indestructable wall that no one other than marked ones will be able to pass... Alle energien of die Welt, komm aus mich, bitte, komm aus mich und builde energien barieren. Niech nasza trójka będzie znakiem, dla świętej drogi, której przekroczyć moc mieć chcę tylko ja i móc ją nadawać chcę. Holy spell chain: Undestructable energetic barier!
Na początku okropna fala powietrza wystrzeliła we wszystkie strony, zarówno z kuli którą trzymał Bart, jak i tej u Ryurui i Adriana. Fala ta zmiotła mniejsze rzeczy hen daleko. Włosy Ryuryi, które były związane teraz rozpuściły się przez tą falę powietrza.
Następnie ze wszystkich kul wyleciały promienie. Każdy łączył kulę z dwiema pozostałymi. Powstał w ten sposób pewien ogromny trójkąt, stworzony z energii podobnej do laseru o złotej barwie. Jednak po chwili zaczął on się odginać, tworząc powoli okrąg. Nie minęło dużo czasu aż się zatrzymał.
Bart i Adrian czuli się dziwnie. Nie często uczestniczyli w rzucaniu zaklęć, tym bardziej potężnych zaklęć. Teraz mieli okazje poczuć jakie to męczące.
Po pierwsze nagle poczuli się senni i zaczęły boleć ich wszystki, bez wyjątku, mięśnie. Jednak jakoś to znieśli. Gorzej, gdy ręce zaczęły im drętwieć, a dłonie parzyć. Ani myśleli mimo tego bólu i odrętwienia przestać. To dawało im jeszcze większą motywację, że robią coś na tyle potężnego, że wymaga to takiego poświęcenia. Do tego wiedzieli, że Ryurya im zaufała, a nie chcieli jej zawieść.
"Cholera, ale ból..." - pomyślał Adrian - "Ryurya, żeby to było naprawde tego warte..."
"Ryurya, jesteś księżniczką, tak?" - pomyślał Bart ignorując ból, przynajmniej starając się, bo grymas jego twarzy mówił całkiem co innego - "W takim razie twoja prośba jest dla mnie rozkazem..."
Ogromny energetyczny okręg nagle wbił się w ziemię. Kule skupiające energię wyleciały Ryuryi, Bart'owi i Adrian'owi z rąk. Po chwili wysoko w niebo wyleciała fala, z każdego miejsca w które wbił się krąg.
Chociaż nie można nazwać tego głębokim tunelem, gdyż wbicie się tej energii wykonało zaledwie kilkucentymetrowy rowek, to fala wybijająca się w górę była ogromna, znikała gdzieś w przestrzeni kosmicznej. Ale było tak tylko przez moment, gdyż po chwili cała bariera się rozpłynęła w powietrzu, został tylko niewielki rowek.
"To wszystko?" - zdziwił się Bart wyciągając ręke przed siebie, w miejsce gdzie powinna być bariera.
W miarę, jak jego ręka zbliżała się do bariery, to ta uwidoczniała się, gdy już miał ją dotknąć zawachał się. I słusznie. Wziął w ręke kamień, lekko wrzucił w barierę, a ten niemalże walnął go w głowę potęznie się od niej odbijając. A raczej to co z niego zostało, bo rozwalił się na kawałeczki.
Przed Bart'em i Adrianem pojawiły się dziwne chmurki, po chwili rozszerzyły się, a wewnątrz nich jakby otwarła się jakaś przestrzeń, przejście. Po drugiej stronie widzieli Ryurye, dlatego weszli do środka. Wiedzieli, że jest to zwyczajny teleporter.
Zaraz po tym jak znaleźli się po drugiej stronie zobaczyli jak Ryurya się chwieje na boki. Podparli ją z obu stron, nawet nie pytając o zgodę, wiedzieli, że musi być cholernie zmęczona. Oni jedynie pomagając przy rzucaniu tego zaklęcia odczuli takie okropne skutki, co dopiero musiała czuć sama rzucająca zaklęcie? To wiedziała tylko ona.
- Muszę... - zaczęła Ryurya, jednak przerwał jej Adrian
- Tak, natychmiast musisz odpocząć - potwierdził Adrian - Zaprowadzimy cię do ośrodka
- Ta bariera jest naprawde potężna, ale wytrzyma? - zapytał Bart - Napewno nic się nie wydostanie ze środka, ani nie dostanie do wewnątrz?
- Od teraz możecie przechodzić przez tą barierę do woli - powiedziała księżniczka starając się stawiać kroki, jednak ledwie ruszała nogami - Wystarczy, że powiecie do kogoś "Holy marked one", a on będzie mógł przechodzić przez bramę. Oczywiście do tego musicie...
- Tak, wiemy - powiedział Adrian, gdy jednocześnie Bart kiwnął głową - Cała formułka i magiczne akcesoria, bez tego nic nie zadziała. Pamiętam.
- W takim razie spieszmy się - powiedział Bart - Musimy jeszcze posprzątać ten bajzel, a dopiero potem zastanowić się co będzie z tymi po drugiej stronie bariery...
Nikt nawet nie śmiał się z nim sprzeczać. Miał racje we wszystkich względach. Najpierw musieli zająć się tymi potworami, których nie udało się zamknąć, a dopiero potem mogli zająć się tym, co jest za barierą - miejąc nadzieję, że ta wytrzyma.
"Błagam, niech ta bariera trzyma lepiej, niż ja jak byłem mały..." - pomyślał Adrian, gdy wrócił mu dobry humor. Oczywiście był to żart, który po przemyśleniu powiedział na głos wywołując uśmiechy na twarzach Ryuryi i Bart'a.
[center]***[/center]
Wlecieli do dość małego, ale przytulnego pokoju przez okno. Zaraz po tym jak Bobercik wylądował postawił swoją siostrę na twardym gruncie, po czym wybiegł na korytarz.
Wszystkie oczy nagle zwróciły się w jego stronę - nie były to ludzkie oczy, gdyż akurat ta część Ketsushin musiała być jeszcze oblegana przez dziwne stworzenia.
- Zostań, Roksia! - zawołał zagradzając drogę dziewczynce ręką, po czym skupił się. Widać to było na jego twarzy. Zmusił się do maksymalnego wysiłku, jego twarz nabrała bardzo demonicznego wyglądu, przymknąl lekko oczy, jednak wciąż patrzył na korytarz.
Bestie zaczęły bieg w jego stronę, gdy nagle rzuciły się w inną stronę, potem znów w inną. Kilka razy nawet uderzyły w ścianę. A po chwili padły na podłogę, a z ich głów zaczęła wypływać maź, bądź krew, która wgryzała się w ziemię jak jakiś kwas.
- Dobra, możemy iść - powiedział Bobercik podpierając przemęczoną głowę ręką.
Ruszyli powoli, Bobercik dokładnie rozglądał się na boki. Nie chciał przecież, żeby coś stało się jego siostrze. Dlatego musiał być dokładny. I pewny siebie. Mimo, że brakowało mu nieco tego pierwszego, to drugie nadrabiało straty.
[center]***[/center]
Jehkt wybiegł z Ketsushin i od razu wziął księżniczkę w swoje ręce. On, w odróżnieniu od Bart'a i Adrian'a był słusznej postury. Oni, ze względu na to, że byli Saiyanami nie musieli wcale wyglądać na silnych, by takimi być. Jednak Jehkt był człowiekiem, z bardzo wydatną muskulaturą ciała. Dlatego podniósł Ryuryę oburącz i niósł do środka.
- Już wszystko gotowe - powiedział - Za chwilę zacznie się kontratak
- Widze, że ten system nie jest wcale taki zły... - powiedział Adrian rozciągając ręce, wciąż nie zwalniając kroku
Nagle z budynków w których mieściły się oddziały szkoły wybiegli ludzie. Może nie najzwyklejsi, ale jednak ludzie, którzy mknąc przed siebie w specjalnych maskach zaczęli walczyć z kolejnymi bestiami. Może nie było ich tak wiele, jak tych dziwnych stworów, jednak w odróżnieniu do tamtych, wspaniale współpracowali.
- No, wiecie co? - zapytał Adrian - Chyba czas pomóc naszym głupiutkim adeptom...
- Taa... - powiedział Bart strzelając palcami u rąk - Nareszcie pora wziąć się do roboty...
Jednak zanim nawet się ruszyli, to ich oczy przyćmił jasny blask, który po chwili zniknął. Zobaczyli wtedy, jak tuż obok nich stał Mark, a coś pod jego ubraniem, dokładnie pod prawą łopatką, błyszczało rzucając światło wokół.
- Mark, co jest? - zapytał Adrian przyglądając się dokładnie chłopakowi
Ten obrócił głowę, w stronę Adriana wywołując w nim szok. Gdyż jego oczy były takie dziwne, jakby wewnątrz jego źrenic panował jakiś pożar
- Nie mam pojęcia - przyznał szczerze chłopak podnosząc lewą ręke, a zaraz potem prawą. Pstryknął palcami, a nad nimi pojawił się na moment płomień - Ale bardzo mi się to podoba!
Podniósł obie ręce nieco do góry i wtedy całe jego ciało pokryły płomienie. Jednak nie czuł bólu, nic a nic. Jedynie satysfakcję i nieco zmęczenia.
Wyskoczył przed siebie, nawet nie świadom, że tuż za nim został ślad ognia w powietrzu, który zniknął dopiero po chwili.
Tuż za nim skoczyli Bart i Adrian, wybijając się dosyć porządnie, gdyż po chwili dogonili Mark'a.
- Wielka moc, wielka odpowiedzialność - powiedział Bart starając się zrównać prędkość z Mark'iem
- Wiem... - przyznał rację koledze - Wiem to aż za dobrze...
- Heh... Dobre to było - zaśmiał się Adrian
Widać było, że kompletnie zadrwił teraz z Mark'a. Pewnie miał ku temu swoje powody, jednak Mark wcale na to tak nie pratrzył. Uważał się teraz za kogoś wielkiego i nie chciał, by ktoś w niego wątpił. Nawet w żartach.
- Adrian, powiedziałem, że to rozumiem - odezwał się Mark nieco zwalniając, jednocześnie wystrzeliwując kilka kul, które poleciały w stronę bestii walczących z adeptami Ketsushin - O co ci chodzi?
- Kiedyś zobaczysz, ale jeszcze jest na to za wcześnie - powiedział Adrian nawet na moment nie zwalniając lotu. Prześcignął więc zarówno Bart'a, jak i Mark'a.
Zatrzymał się nieco dalej i uniósł prawą ręke, a nad nią pojawiła się kula ki. Złota, do tego zaczęła wirować, z ogromną prędkością. Widać było po chwili, że energia w kuli jest strasznie skupiona, gdyż ta błyszczała i jednocześnie rzucała takie dziwne uczucie, szczególnie dla tych wyczulonych na wykrywanie energii ki.
Zgniótł kulę zaciskając ręke w pięść, po czym znów otwarł ręke wyciągając ją jednocześnie do góry.
Nagle z jego ręki wysoko w powietrze wyleciała kula ki i zawisła na niebie, na moment, po czym... Zaczęła strzelać cienkimi, okropnie szybkimi promieniami ki w bestie. W tym czasie Adrian wciąż trzymał ręke wyciągniętą do góry, jednak nie musiał się martwić, że jakiś z "obcych" mu przerwie. Sam, wolą jedynie, kontrolował tą broń, która wisiała mu nad głową. Do tego był w stanie przy pomocy zaledwie kilku strzałów zabić bestię.
[center]***[/center]
Rauko westchnął. Był trochę oburzony. Od momentu, gdy Daegurth zniknął chciał znaleźć chociaż ślad po nim. Oczywiście mu się udało, ale wszystkie ślady prowadziły go spowrotem do nikąd. "Chyba nie będe detektywem..." - pomyślał - "Choć... Raz zaufam mojemu instynktowi. Zobaczymy czy Daegurth miał rację i czasem instynk może być wzmocniony... Energią".
Stanął w lekkim rozkroku, po czym się skupił. Tak jak się tego zawsze uczył, spokojnie i powoli. Pośpiech nie tylko był niewskazany - nawet by przeszkadzał. Była to delikatna operacja. Do tego musiał intensywnie myśleć, a na szybko to nie wychodzi. Bo instynkt nie tylko działa na bazie strzału: Chybił lub trafił. Najważniejsze jest wykluczenie najbardziej absurdalnych odpowiedzi, bądź niemożliwych - tylko trzeba pamiętać, że mimo wszystko klucz może tkwić właśnie w nich.
"Na pewno opuścił ten wymiar" - podsumował na początku - "Już dawno temu, jednak później, po kilku miesiącach znów poczułem to dziwne uczucie, które wywołało u mnie lekki skurcz w prawej nodze i na przeponie. Czyli znów ktoś przeskoczył przez drzwi wymiarów, tylko to mógł nie być on. Do tego mam dziwne uczucie, że on tu gdzieś jest, jakby stał obok... Ale przecież go nie ma i tu jest największy problem. A może się przed nami chowa? Boi się nas? Albo o nas? No i mam pierwszy absurd - na pewno się nie chowa. Nie może, bo nigdy mu nie wychodziło w chowanego. Są po prostu rzeczy, które się nie zmieniają."
Westchnął ponownie. Wmawiał sobie, że musi się skupić i to porządnie, nie tak jak czasem podczas treningów Radka, które szły na przód nawet szybciej, niż się spodziewał. Dziwił się tylko jednego - dlaczego ten jeszcze nie osiągnął stadium SSJ? Podobno jest saiyanem - pomyślał - ale jeszcze mu się nie udało, gdy ja już przy jego poziomie mocy osiągnąłem SSJ... Dopiero wiele później udało mi się przekroczyć ten poziom i uaktywnić USSJ, jednak jak dobrze wiem, mięśnie wtedy są tak ogromne, a energia tak skompresowana, że zwalnia to moje ruchy... Nie lubie go.
No i znowu, no nie. Rozkojarzyłem się. Miałem myśleć o tym gdzie tamta menda polazła, bo kolejnym absurdem jest to, że umarł... W to po prostu nie wierzę, on nie ma takiego szczęścia, bo jeżeli o nie chodzi, to mówił, że "Nawet przy pomocy energii nie mogę nim sterować, choć podobno to proste". Ja też nie potrafię, ale on po prostu przesadza... Wszystko dzieje się pięknie, by nagle zwalić mu się na głowę, ale jednak... Zawsze z tego wychodził cało, zawsze. Dlatego odpada też to, że dał za wygraną. Obiecał chyba coś komuś, jeżeli dobrze pamiętam to jego majaczenie i mamroczenie podczas snów... Cóż, przez sen gada chyba czasem więcej niż wprost, jeżeli to wogóle możliwe!
No i wróciłem do punktu wyjścia. Gdzieś jest, ale nie wiem gdzie. Stąd teraz używam energii... Niech znajdę wszystkich, którzy mogą mieć z nim jakieś powiązania... Albo, wiem! Shingan! On kiedyś coś o nim mówił... Cholera, jednak mogłem słuchać tego debila, choć czasami. Może był kretyn, ale cóż...
"Istota shingana tkwi w tym, że jest uniwersalny" - jakoś tak to ujął - "Sam go stworzyłem, bo widzisz, każdy ma w sobie coś... Nazwijmy to Pierwiastek, dla ułatwienia. To jest jego potencjał, z którym może zrobić co chce. Dosłownie. No i ja z niego zrobiłem Shingan, ty, przypadkowo, zrobiłeś z niego swojego wewnętrznego demona. Saiyanie, jako rasa, przypadkiem wykształcili sobie te wszystkie umiejętności. Bo widzisz, choć jestem ateistą, to nie kompletnym. I dopuszczam do siebię te myśl, że stwórca gdy nas zrobił na swoje podobieństwo i swoich podwładnych, przekazał i nam cząstkę siebie. Właśnie o niej mówimy". Eeee, przynudzał mnie wtedy i usnąłem chwilę po tym... Ale dobry obiadek zrobił! To mu się chwali, ale wracajmy do rzeczy. Więc, istnieje pierwiastek i on sam wykształcił Shingan, więc... Kierując się tym gdzie on jest powinienem móc namierzyć i jego właściciela.
I tu kolejny problem, bo ni hu hu, choćbym chciał, nie wiem jak to zrobić. Nigdy nawet bym nie dostrzegł, że coś takiego jak "Pierwiastek" istnieje.
Otwarł oczy i znów westchnął. Ostatnia jego myśl "Totalna załamka" podsumowała wszystko. Przez niemal cały rok gonił za nieosiągalnym, by teraz się zorientować, że na przeznaczenie nie wpłynie.
I mówią, że ludzie się nie zmieniają, że wszyscy są tacy sami. No i o innych rasach też się tak mówi. A jednak, Rauko zaczął filozofować i głęboko myśleć. Było to coś kompletnie nowego, dlatego jeszcze nie wiedział jak z tego korzystać. Teraz tylko wystarczyło się nauczyć.
[center]***[/center]
Minęła długa noc, w czasie której wszyscy członkowie Ketsushin mieli ręce pełne roboty. I tak mieli dużo szczęścia, że to coś wylądowało akurat w tym mieście, a nie w innym. No i że nie rozprzestrzeniło się zbyt szybko, bo jak by przeskoczyło na inne kontynenty... Wojsko może by sobie z tym poradziło. Może wytrzymałoby. Przez rok, dwa, ale później byłby koniec. No i wszystko skończyło się dobrze, choć nikt o tym nie wiedział, przez członków Ketsushin, którzy mimo wszystko pozostali w ukryciu. Niemiło mogłoby wpłynąć na ich życie ujawnienie prawdziwej tożsamości.
No weźmy przykład. Jest sobie kolega(lub koleżanka, jak kto woli), podchodzimy bliżej i mówimy: "Hej, a mówiłem ci, że umiem latać i ziać ogniem?". Reakcja byłaby chyba oczywista: "Piłeś coś?", albo ktoś by zaczął się śmiać lub żartować. A co by było, gdybyś to ty był takim ziejącym ogniem?
Ludzie zaczęliby się ciebie bać, niekoniecznie słusznie, jednak prędzej czy później zaczęliby. I co wtedy? Chcieli by się pozbyć zagrożenia. Tak jest zawsze, w historii dziejów się to powtarza. Wiele razy.
Dobrze, że mnie tam wtedy nie było. Dobrze, że Broly jednak zechciał się ze mną zadawać, nareszcie. Mogłem wraz z nim trenować i jak się okazało, byłem od niego silniejszy. Tylko się go bałem, mimo, że tak chciałem go pokonać, to strach i wściekła furia przysłoniały mi wzrok. Oby nikt z tego całego Ketsushin nie zaznał takiego uczucia... Nigdy.
- Hej, gotów? - zapytał Broly Darkness podlatując bliżej swojego brata
- Tak - odpowiedział wstając z powierzchni księżyca - Więc, zacznijmy od nowa...
[center]***[/center]
- I jak? - zapytał Adrian
Ledwie co wszedł do pokoju, jeszcze był zdyszany, ale ani myślał odpoczywać. Naprzeciwko niego stała Ryurya, odzyskała już większość sił i od pewnego czasu sterowała z tego pokoju wszystkimi oddziałami szkoły Ketsushin. Do niej dochodziły wszystkie raporty i jak się przekonała było tego strasznie dużo. Zazwyczaj zajmował się tym tylko Adrian, czasem ktoś mu pomagał, ale poza tym to niemal nikt nie zajmował się dowodzeniem. Po prostu to ich przerastało.
- Niezbyt dobrze - przyznała szczerze Ryurya. Wiedziała, że ukrywanie faktów nie ma sensu, więc ciągła dalej - Dużo niewinnych ucierpiało, a jeszcze więcej zginęło. Oprócz tego straciliśmy część naszych, dużą część.
- Faktycznie, niebyt przyjemnie - podsumował Adrian padając na kanapę i zwalniając oddech - Mogłem trochę wcześniej ruszyć zadek, ale już za późno by o tym gadać. Co się stało się nie odstanie. Coś jeszcze jest ważnego?
- Duża część miasta została zniszczona i pewnie za niedługo trafi tutaj wojsko, prasa i wszelkiego rodzaju instytucje - powiedziała Ryurya wzdychając. Wiedziała, że nie czeka ich nic innego jak kolejna kupa problemów pokrytych problemami - No i może być problem z barierą, którą postawiliśmy. Ona naprawde razi, zarówno osoby z zewnątrz jak i wewnątrz, dlatego może być problem.
- Raczej nie odciągnie ich tabliczka "Uwaga wysokie napięcie" - zażartował Adrian, choć wogóle się nie uśmiechnął - Będą musieli sami się zorientować, a my jak najbardziej pospieszyć. Uless?
W pokoju natychmiast pojawił się wywołany, jakby chował się tu gdzieś i czekał. Jednak wcale tak nie było, był gdzie indziej, tylko został wezwany i się stawił tak szybko, jak tylko mógł.
- Tak? - zapytał robiąc lekki ukłon w stronę Adriana
- Podnieś głowę, nie wygłupiaj się - zaczął mistrz - Przecież wiesz dobrze, że nie lubię gdy mi się kłaniasz.
Uless powoli się wyprostował i kiwnął głową, po czym uważnie zaczął się wsłuchiwać.
- Musisz natychmiast zdać raport. Wszystko co wiesz, a następnie przygotowujemy się do jakichś działań, które ustalimy dopiero po wysłuchania twojego raportu - powiedział stanowczo Adrian uśmiechając się
Nagle Adriana wzrok przykuł mały szczegół, bluza Uless'a była w jedym miejscu nieco rozdarta i widać było niewilką ranę ciętą tuż za rozdarciem.
- Ale najpierw masz mi powiedzieć co się stało - rozkazał Adrian
- Tak jest. Oczywiście nie jestem masochistą żeby się ranić, nie zrobił tego też żaden z potworów. To był przypadek, jakiś młodzik mnie uderzył - powiedział powoli Uless, podkreślając ton swojej wypowiedzi
- Bardzo zabawne. Ja nie mogłem cie ostatnio zranić, a on to zrobił? Jak, ciekawy jestem - zdziwił się Adrian
- On nie jest zwyczajny, ale nie dużo widziałem. Jednak Mer... Mer mówił nieco więcej. Mówił, że ten chłopak przez moment walczył bardzo dobrze, ale co było najdziwnejsze: gdy zemdlał. Stracił przytomność, a jednak walczył - wyjaśnił Uless
- Dream instinct - wtrąciła się Ryurya - Słyszałam o tym w Ostrzach Mrozu, podobno przez długi wieloletni trening walki wręcz można się wyuczyć bazować na pamięci mięśniowej i pozostałych zmysłach, innych niż wzrok, co daje możliwość walki podczas snu
- No, no, pani jednak nie tylko piękna i potężna, ale i inteligentna - powiedział Adrian przymykając oczy na moment - Może wiesz coś jeszcze o tym... Dream cośtam
- Mistrzowie w Ostrzach Mrozu, specjalnym oddziale królestwa Redreth, posiadają tą umiejętność. Tylko muszę powiedzieć jedno: oni są naprawde potężni, mniej więcej tak jak ty Adrian. Sam zaś Dream Instinct jest potężną bronią. Żadne gazy usypiające i trucizny nie uniemożliwiają ci walki. W przypadku uśpienia walczysz lepiej niż normalnie, jednak nie możesz planować i reagujesz tylko na proste komendy, a czasami nawet na żadne. Zaś w przypadku trucizny, możesz sam się ogłuszyć i nie zażyć jej wogóle, a nastepnie zmuszać organizm do wydalenia trucizny w procesie Dream Instinct, jednak jest to bardzo trudne - wygłosiła wykład księżniczka z iście gracją na jaką przystało
- Więc ten ktoś musiał trenować już wcześniej, co jeszcze o nim wiemy? - zapytał Adrian
- W tym rzecz, że nic - przyznał się Uless - On sam mówi, że nie wie kim był i raczej mu wierzę. Jednak skąd zna techniki walki? Nie mam pojęcia. Poza tym czas zmienić temat.
- Racja - przytaknął Adrian wstając - Mów co na nie dobrze działa, jaki mają system i całą resztę. Musimy przygotować strategię i wszystko spisać do dokumentów, gdyby szkoła miała przetrwać więcej niż mój żywot, będzie to potrzebne.
- Tak więc...
W następnym odcinku: Nie mam pojęcia co będzie, ale chyba będzie fajne ^^
Jak zwykle, jedyne co potrafię, czy też muszę powiedzieć, jest słowo "Wspaniałe", nie potrafię sobię wyobrazić, jak długo nad tym siedzisz, jak zdobywasz te pomysły i jak to robisz ^^. Chociasz w niektórych momentach o dziwo.. gubiłem się, kilka słow nie jasnych było, tak jakbyś na szybko chciał napisać, lecz ogólenie, odcinki wspaniałe ^^.
80/100
80/100


1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >
Juz myslalem ze zapomniales
A tu kolejny podwojny odcinek 
Jak zwykle doskonały , teraz tylko pozostaje nam czekac na kolejny ....
I co sie cos dzieje z ta strona , takie male pytanie z ciekawosci .
EE NIC, każdy albo nie ma czasu albo za duze wymagania//kris
Jak zwykle doskonały , teraz tylko pozostaje nam czekac na kolejny ....
I co sie cos dzieje z ta strona , takie male pytanie z ciekawosci .
EE NIC, każdy albo nie ma czasu albo za duze wymagania//kris
Ostatnio zmieniony sob paź 13, 2007 1:19 pm przez Dyninio, łącznie zmieniany 1 raz.
Dae pisze:W następnym odcinku:
- Macie pecha - odezwał się chłopak w czarnym płaszczu, z dziwną maską na twarzy, pokrytą setkami różnych wzorów, w wielu kolorach. Znad maski wystawały włosy, u obu chłopaków miały kolor biały - Bo wspaniali Ken i Ryu są tutaj!
Wszyscy napadający na bank zachichotali, po czym wystawili w stronę dwóch przebierańców bronie.
- Niezły żart - powiedział jeden z zamaskowanych - Ale dzieciom nie przystoi się tak bawić, na ziemię!
- Ta, jasne, czego jeszcze... - odezwał się drugi chłopak, z nieco inną maską
***
- Ja... Jak to, coś tutaj przyleciało? - zdziwił się Herio - Skąd!?!
- Nasi zwiadowcy, mówią, że spadło z nieba - powiedział Adrian - Czyli są to obcy, ale jakie mają zamiary? Musimy to dokładniej zbadać...
***
- Bart - powiedziała Sara - Jeszcze nie miałam okazji ci podziękować... Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pewna, że to ty nas uratowałeś wczoraj... Tylko dlaczego Kamilek nie odzywa się ani słowem, jakby stracił głos?
Saiyan opuścił głowę nisko. Czuł się naprawde podle, przez niego brat jego dziewczyny cierpiał, okropnie cierpiał. Ostatnio widział, jak wystraszył się zwykłego wrzasku na ulicy.
***
- Kris! - zawołał Bobercik widząc, jak ten ugina się otrzymując kolejną serię uderzeń
- Mówiłem ci, żebyś stąd spadał? - zapytał spokojnie Kris, gdy nagle w jego ręce pojawił się miecz. Jak zwykle idealnie lśnił i widniała wokół niego jasno-niebieska aura, a powietrze było orzeźwiające. - No, już, masz chyba co robić, no nie?
Bobercik jeszcze raz spojrzał w stronę kolegi, po czym kiwnął głową na tak, nagle chmura kurzu wystrzeliła w powietrze, a Bobercik zniknął.
"Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że bez problemu sobie poradzisz? Albo, że się wygłupiasz?" - pomyślał Bobercik lecąc z ogromną prędkością
Chyba cos Ci sie pokrecilo
Dobra, rozumiem, nie komentujcie tego XD Po prostu zapomniałem tego usunąć na końcu
Ostatnio zmieniony ndz paź 14, 2007 12:14 am przez Pitti, łącznie zmieniany 2 razy.

I'll become The King of Pirates!




