[FanFick] Saiyan Power Forces
Moderator: Moderatorzy
- GokuSSJ = Dyninio
- SSJ 2
- Posty: 109
- Rejestracja: sob maja 28, 2005 5:28 pm
- Lokalizacja: Olsztynek
- Kontakt:
Odcinek swietny 
Fajne czxesc o mnie podobalo mi sie
Fajne czxesc o mnie podobalo mi sie
Zapraszam wszystkich fanow anime[a jest ich tutaj chyba duzo
] Na moje najnowsze forum o tematyce anime
www.ssjanime.fora.pl
www.ssjanime.fora.pl
Rozdział XXXXII - Legendarni bracia
Rayman stał w miejscu, przyglądał się własnemu odbiciu przed lustrem. Nie wiedział co ma począć, gdziekolwiek był, to nie mógł nic działać, był raczej kulą u nogi. Był besilny, gdy było trzeba jego pomocy, jakby przeznaczenie nie chciało dać mu udziało gdziekolwiek. Patrzał w oczy swego lustrzanego odbicia szukając odpowiedzi na gnębiące go pytania: Dlaczego tak musi być? Dlaczego jest taki bezsilny? Czy powinien o tym z kimś porozmawiać? Nie miał pojęcia co robić, te pytania zżerały go od środka niszcząc go kompletnie, nie mógł o nich po prostu zapomnieć i być, nie wiedział dlaczego. Akurat tak się zdarzyło, że przechodził obok Bart i zobaczył Raymana stojącego przed lustrem. Podszedł i powiedział:
- Nie martw się, dobrze wyglądasz - powiedział Bart
- Ale nie o to chodzi... Bo... - nie mógł wyrzucić z siebie Rayman tego, co go boli
- Coś nie tak? - zapytał kulturalnie i spokojnie Bart patrząc na małego Raymana - Powiedz, to może Ci pomoge
- Widzisz, bo... - wciąż nie mógł przejść do senda sprawy, czuł dziwne uczucie strachu i wstydu, których nie potrafił zatrzymać. Różne myśli przelatywały mu przez głowe, wreszcie wszystko sobie ułożył i powiedział - Czy wiesz jak to jest czuć się bezużytecznym?
- Więc o to chodzi? - zapytał retorycznie Bart nie będąc pewien slów Raymana - Wiem jak to jest... - powiedział Bart przypominając sobie swoje życie na ojczystej planecie, gdzie ojciec tylko szukał okazji by go zabić... Czuł się wtedy bezużyteczny, najpierw uważał, że przez niego umarła matka, potem odleciał jego brat i na końcu własny ojciec chciał go zabić... Okropność...
- Wiesz? - zapytał Rayman - Naprawde!?!
- Tak, przekonałem się o tym na własnej skórze - powiedział Bart
- Może więc powiesz mi jak się z tego wyleczyć? - zapytał Rayman
- Z pewnością bym tak zrobił, ale tego nie da się wyleczyć - powiedział Bart
- Jak to? - nie mógł uwierzyć Rayman - Ale ty teraz znalazłeś cel w życiu?
- Cel w życiu? Nigdy, to tylko małe zadanie, misja, nic więcej - powiedział Bart - Jedyne co może ci pomóc, to zapomnienie, zapomnij o tym kim byłeś, co się działo, żyj dniem dzisiejszym i ceń życie, bo z pewnością nie dostałeś go bez powodu
- Nie dostałem go bez powodu? - zaciekawił się Rayman - Nie myślałem o tym w ten sposób, więc jednak musze mieć swoje miejsce, gdzieś tam, hen daleko...
- Tak, teraz zostaje tylko poszukać - powiedział Bart, po czym w przenośni oddał radę - Czasem wystarczy tylko ściągnąć klapki z oczu, pamiętaj
- Klapki z oczu? - zapytał retorycznie Rayman, nie do końca rozumiąc o co chodzi
Bart spojrzał jeszcze raz na Raymana, po czym odszedł, miał do załatwienia sprawę z lodówką, mianowicie on i Kris byli głodni, więc poszedł po coś do jedzenia.
[center]***[/center]
"Czas przeczytać, jak zrobić miecz" - pomyślał Kris, czekając aż Bart wróci do niego z pragnionym jedzeniem. Wyciągnął notes elektroniczny spod poduszki i włączył go. Przyjazne menu znów go powitało, ponaciskał kilka przycisków i znalazł się w menu miecza. Mógł wybrać dowolny kształt tworzonego miecza, zasada była ta sama do tworzenia wszystkich mieczy półtoraręcznych, a on właśnie taki posiadał.
Na ekranie widać było schemat miecza, same linie poziome, pionowe i ukośne, które ruszając się tworzyły efekt, jakby miecz z takich lini obracał się. Po chwili linie zmieniły swe położenie i kształt pokazując całkowicie inny wygląd miecza. Zmieniały się co kilka chwil, Kris widział nawet styl podobny do tego, jaki miał jego miecz przed złamaniem. Obok obracającego się schematu pisały informacje:
- Heh, super, ty tak na pokaz? - zapytał Bart
- Nie wkurzaj mnie... To jest ciężkie! - odpowiedział Kris unosząc młotek oburącz lekko do góry
- Tak? - zapytał Bart, a z jego twarzy zaczął znikać uśmiech. Był ciekawy, czy ten młotek był ciężki - Mogę ja go potrzymać?
Kris bez słowa zaczął przenosić młotek do Bart'a, który złapał go oburącz. Młoteczek faktycznie był bardzo ciężki, Bart też miał problemy z utrzymaniem go.
- Kris... - powiedział Bart
- Co, masz już dość? - zapytał Kris
- Nie, on zaraz spadnie! - zawołał Bart
Miał rację. Miniaturowy młotek wyśliznął mu się z rąk i zaczął zbliżać się do podłogi, a raczej do tego co leżało na podłodze. Tuż przed Bartem, a pod młoteczkiem było ostrze i rękojeść miecza Krisa, młoteczek spadł uderzając w ostrze, które całe zadrżało. Wtedy miniaturowy młotek momentalnie zmienił swoje rozmiary, miał ok. dwa metry długości! Był tak samo ciężki, jak przedtem, Kris się o tym przekonał podnosząc go. Była jedna różnica - przez to, że był większy, to odrazu go upuścił i młot zderzył się z ostrzem miecza. Między ostrzem, a rękojeścią poleciały iskry i pojawiły się małe paski, jakby stalowe, ale były pół przezroczyste. Młot jednak odbił się od ostrza i znów w nie uderzył. Tym razem ostrze zbliżyło się do rękojeści po uderzeniu, miecz był już prawie połączony. Kris nie wierzył własnym oczom, przecież nie możliwe było to, żeby naprawić tak miecz!
Bart i Kris spojrzeli na siebie. Obaj wpadli na ten sam pomysł. Podeszli razem do młota, jeden z lewej strony, drugi z prawej. Podnieśli go wysoko, nie był już tak nisko, jak wcześniej. Wtedy zobaczyli jak spod miecza "wyrasta" kowadło, niewiadomo skąd. Młot wtedy stał się o wiele lżejszy. Bart i Kris zaczęli uderzać w miecz, który się czerwienił od wytwarzanego w ten sposób ciepła. Miecz bardzo powoli zmieniał swój kształt przy każdym uderzeniu, bo był bardzo twardy mimo wszystko. Saiyanie uderzali tak, by ten miecz jakoś wyglądał. Pomęczyli się trochę, aż wreszcie gdy podnieśli młot do góry, to go puścili. Młot spadając na podłoge zmienił się malutki młotek, a kowadło zniknęło spod miecza. Wtedy młoteczek zderzył się z podłogą i zatrzymał się na niej, nie robiąc jej żadnych szkód.
- Albo twój brat był głupi... - powiedział Kris
- Albo pomysłowy... - dokończył Bart
Kris spojrzał na miecz, który leżał teraz na podłodze. Wokół niego widać było parę i dym... Ale zaraz, on był jeszcze ciepły i podpalał podłogę! Kris chciał go podnieść, ale tylko się poparzył.
- Bart, pomóż mi! - poprosił o pomoc Kris
"A co ja moge zrobić?" - pomyślał Bart - "Wiem!!!"
- Kris, umiesz telekinezę? - zapytał Bart
Kris aż uderzył się w czoło. Zapomniał o takiej rzeczy. Skierował ręke w stronę miecza i podniósł ją. Miecz zaczął unosić się w powietrzu. Podłoga pod bronią była przyczerniona, jednak nie paliła się. Kris Nie wiedział gdzie położyć swoją broń, rozejrzał się po pokoju. Wtedy usłyszał głos Bart'a:
- Wbij ją w ziemię na dworze - powiedział Bart - Tam nic nie zrobi
- Masz rację - zgodził się z Bartem Kris
Kris podszedł pod okno, po czym je otworzył. Najpierw na zewnątrz wyleciał miecz, wciąż ruszający się w powietrzu, a potem Kris wyskoczył przez okno. Wbił miecz niedaleko domu i przykrył go kamieniami. Wiedział, że ostygnie dopiero za jakiś czas, więc mógł śmiało wrócić do domu. Patrzał na mały stos kamieni, pod którym był wbity miecz, jednak po chwili chwycił się za brzuch, który zaczął wydawać z siebie dziwne dźwięki. Kris natychmiast wrócił do pokoju, podziękował Bartowi i rzucił się na kromki.
- Nie tak szybko, bo... - nie zdążył powiedzieć Bart, gdyż Kris już się zadławił. Bart powoli podszedł pod przyjaciela i powiedział - Nie spiesz się, bo to może Ci zaszkodzić!
Bart uderzył Krisa mocno w żołądek, a ten wypluł kęs, którym się zadławił, Zaczął powoli nabierać powietrza, coraz spokojniej i spokojniej. Wreszcie wyprostował się.
- Masz rację. Smacznego Bart - powiedział Kris, po czym obaj zaczęli jeść bez większego pośpiechu
[center]***[/center]
- Trzystapięćdziesiątpięc - powiedział Dyninio - Trzystapięćdziesiątsześć...
Młody Saiyan robił właśnie pompki, już prawie nie miał siły, zrobił naprawde dużo pompek, jednak wciąż nie przestawał. Przestał dopiero, gdy usłyszał z daleka pisk, ale tylko przez chwileczkę. Podniósł głowę i zobaczył w oddali ogromną ilość dymu. Natychmiast przerwał robienie pompek, wybił się do przodu i biegł już w stronę dymu.
Nie tylko Dyninio to zobaczył, zobaczyli to wszyscy, Adrian, trenujący chodzenie po powierzchni wody, Bart i Kris jedzący kanapki, Rayman wyglądający przez okno, Bobercik chodzący po podwórzu i Roksia trenująca techniki ki. Wszyscy wyczuli dziwną, dużą ki i ruszyli w jej stronę - w stronę stolicy województwa, Gentre. Wszyscy spotkali się po drodze. Biegli szybko po mieście, aby jak najszybciej je przebyć biegli po ścianach budynków. Mieszkańcy miasta patrzyli na nich nie wierząc, że to się dzieje naprawde. A bohaterowie biegli przed siebie, nie zatrzymując się nawet na sekundke. Po kilku minutach biegu sprintem mogli zobaczyć co się stało - nie było widać charakterystycznych dla stolicy drapaczów chmur, co znaczyło, że zostały zniszczone. Bart domyślił się, że to jego brat tam jest, zabija, nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi...
[center]***[/center]
Stolica miasta była spokojna, jak zwykle o tej porze. Raz po raz przejeżdżały jakieś samochody, zaś nie brakowało chodzących po chodnikach ludzi. Dużo ludzi pracowało, w sklepach, zakładach produkcyjnych, czy ogromnych drapaczach chmur. Mimo, że to było ogromne miasto i miało wiele zakłądów pracy, to jego poziom zanieczyszczenia był stosunkowo niski.
Chodnikiem szedł mężczyzna w garniturze, z walizką, najwyraźniej się spieszył, bo co chwilę spoglądał na zegarek i potykał się idąc. Prawie biegnął, ale jednak szedł, tylko dosyć szybko. Zobaczył ogromny cień, który zakrywał jego i wiele innych, idących obok, osób. Spojrzał do góry i zobaczył ogromną bestię, która leciała wprost na niego. Stał w bezruchu, przerażony, a bestia wpadła na niego wbijając jego i wiele innych osób w chodnik. Krew ofiar trysnęła strumieniem po całej ulicy, ludzie uciekali w panice. Bestia machała łapami tnąc ludzi swymi ostrymi pazurami. Mieszkańcy stolicy byli bezsilni. Jednak to nie był koniec terroru, ogromne monstrum złapało w łapę garstkę ludzi i pożarło ich. Ktoś, kto by się temu przyglądał, widziałby, jak zaraz po zabiciu jakiejś osoby z jej ciała wylatywała jasna kulka i momentalnie wlatywała w ogromną bestię. Jednak każdy, kto to zobaczył umierał po chwili z rąk monstrum. Bestia wzięła głęboki oddech, napełniła płuca jak tylko mogła i wypuściła powietrze, które niszczyło budynki i zabijało ludzi. Następnie powtórzyła to, z tą różnicą, że powietrze opuszczając jej usta podpalało się. Stworzony w ten sposób miotacz płomieni spalił wiele ludzi, a nawet podpalił kamienne budynki! Wydawało się to niemożliwe. Ogromna ilość ludzi zginęła, a to jeszcze nie wszystko. Monstrum zobaczyło małego chłopca biegnącego środkiem ulicy. Rzuciło się w jego stronę, chcąc go pożreć. Paszcza uzbrojona w ostre zęby zamknęła się - jednak nie było w jej wnętrzu niczego, prócz powietrza. Bestia rozejrzała się i zobaczyła stojącego z chłopcem w ramionach prawie że mężczyznę. Był dobrze umięśniony, jednak znaczną część jego ciała przysłaniały jego okropnie długie białawe włosy. Miał srebrne oczy, wyglądały na puste. Nie nosił swetra, ani podkoszulka, nic nie przysłaniało jego dobrze umięśnionej klatki piersiowej i bicepsów. Spodnie jednak nosił, o dziwo, były białawe, zupełnie jak jego włosy. Wyglądały na luźne, trzymały się, bo były przypięte paskiem koloru złoto-czarnego.
Mężczyzna położył chłopaka na ziemi i kazał mu uciekać, po czym obrócił się do bestii.
- Nie wiem skąd się tu wziąłeś, ale źle trafiłeś - powiedział umięśniony mężczyzna
Bestia wydała głośny ryk w stonę mężczyzny. Ten zastawił twarz, po czym powiedział:
- Umyj czasem zęby - powiedział umięśniony mężczyzna - Masz szczęście, jestem w humorze, możesz stąd mykać, póki jestem dobry
Monstrum przymknęło lekko oczy i uśmiechnęło się, pokazując swoje ogromne zęby w okropnie przerażającym uśmiechu.
- Aleś ty kurcze brzydki! - powiedział umięśniony mężczyzna - Ale dość, koniec z tym. Broly, pokaże Ci, że nie jestem nikim!
Mężczyzna o białawych włosach przymknął oczy. Jego włosy zaczęły się powoli unosić, a mięśnie powoli rosnąć. Nagle zawołał "Super Saiyan!" otwierając oczy, a jego włosy, jak i powieki, stały się złoto-żółte. Rzucił się w stronę bestii, która rozpłynęła się tuż przed nim. Wiedział, że tak będzie, obrócił się szybko i wystawił ręke lekko nad siebie. Bestia nagle się tam pokazała, nie na długo, z ręki Super Saiyana wyleciała biało-złota kula, która odrzuciła bestię niszcząc część jej pancerza z prawego ramienia. Złotowłosy nagle rozpłynął się w powietrzu i pojawił się za lecącą w tył bestią, mocnym uderzeniem oburącz sprowadził monstrum do ziemi, kompletnie wbijając ją w szczątki budnyku, który stał tam jeszcze niedawno. Super Saiyan wyciągnął obie ręce przed siebię, w stronę leżącego, wbitego w ziemię i skały, monstrum. Dłonie pokryła jasna poświata, która przekształciła się w niewielką kulę, a zaraz kula rozciągnęła się, tworząc złotą falę uderzeniową, która trafiła unieruchomione monstrum. Energia zderzając się z bestią chwilę wbijała ją jeszcze głębiej, a po niedługim czasie eksplodowała. Było widać jak szczątki zbroi monstrum, wraz z jego krwią, leciały we wszystkich kierunkach. Po chwili opadł pył i szczątki monstrum. Jednak potwór wciąż leżał wbity w ziemię, zastawiając się rękami. Super Saiyan nie wierzył w to, co widzi! Myślał, że to zabije bestię, ta jednak wciąż trzymała się, chociaż wyglądała na prawie martwą. Bestia podniosła się i stanęła na gruncie. Zbroja w ciągu kilku sekund sama się zreperowała, a po chwili pokryła ją dziwna powłoka. Monstrum stało teraz w bezruchu pokryte jakąś mazią, która po chwili zaschła, tworząc dziwną osłonę dla bestii.
Umięśniony mężczyzna zawołał: "Koniec zabawy!" i zaczął wysyłać ogromne kule ki, jedną za drugą. Każda trafiała w bestię, jednak ani trochę jej nie ruszała. Nawet ogromny wybuch nie był w stanie zniszczyć bestii, a jedynie spowodował powstanie małej rysy.
- Nie, nie mówcie, że to... - nie chciał wierzyć w to co widział Super Saiyan, widział, co się zaraz stanie, ale nie chciał w to wierzyć.
Mimo, że eksplozja już ustała, to rysa, którą przed chwilą spowodowała, dalej się powiększała. Wreszcie rozdzieliła osłonę monstrum na dwie części. Nagle obie ekslodowały, a ich szczątki leciały z ogromną prędkością we wszystkie strony. Super Saiyan unikał pędzących kawałków zastygniętej mazi, jednak jeden drasnął mu ramię, tworząc małą ranę z której natychmiast ciekła krew. Malutki kawałek osłony był w stanie rozciąć skórę, a nawet część mięśnia Super Saiyana, który widząc to zaczął dalej wypuszczać pociski ki w stronę bestii. Pociski trafiły w nią powodując ogromną, większą niż wcześniej, eksplozje. Masa pyłu i dymu po eksplozji zasłoniła wszystko wokół bestii. Super Saiyan sapiąc patrzał na pył licząc na to, że to wystarczy. Mylił się, z pyłu wyleciała bestia. Miała ogromne skrzydła, a jej skóra czerwona skóra była przeplatana różnymi wzorcami w czarnym kolorze. Można było widzieć jej niewielkie, w stosunku do reszty ciała, uszy, na których końcu był zaostrzony kawałek pancerza, innego pancerza niż wcześniej. Był czarny i lśnił jednocześnie w kolorze fioletowym, było to bardzo dziwne. Szpony monstrum się powiększyły. Przeszła kompletne przeobrażenie. Super Saiyan widział, jak bestia się do niego zbliża i wykonał szybki unik. Ta jednak rozpłynęła się w powietrzu, a umięśniony mężczyzna poczuł ból na plecach i po chwili wbił się w ziemię, nie czując bólu - nie czuł nic, jednocześnie nie mógł się ruszyć. Patrzał bezradnie, jak bestia zaczęła machać głową we wszystkie strony, utrzymując się w powietrzu przy pomocy skrzydeł. Po chwili z paszczy potwora zaczęło się świecić, światło przelatywało przez jego nieszczelne zęby. Paszcza otwarła się, a z jej wnętrza wyleciał czerwono-żółty promień, niczym laser, zbliżający się do Super Saiyana u kresu sił. Promień zderzył się z ziemią, a następnie bestia ruszyła głową przesuwając go. Co chwile, w każdym miejscu, w którym promień zderzał się z ziemią powstawała eksplozja. Pył powoli opadł, odsłaniając ogromny krater wywołany kolejnymi eksplozjami. Po Super Saiyanu nie było ani śladu. Bestia nie przejmowała się nim, zaczęła ryczeć głośno, gdyż wyrastał jej ogon, długi, pokryty pancerzem ogon. Na końcu był zaostrzony. Gdy bestia przestała ryczeć zobaczyła, że Super Saiyan, już odmieniony, leży obok krateru. Tuż obok niego stało kilka osób - byli to Bobercik, Bart, Kris, Adrian, Dynino, Rayman i Roksia. Patrzyli w stronę monstrum, wiedząc, że to Daegurth, ale jednocześnie nie poznając go. Wyglądał całkowicie inaczej, pancerz zmienił kolor, skóra też i te skrzydła, ogon... Wyglądał o wiele straszniej niż wcześniej.
Umięśniony mężczyzna, który jeszcze przed momentem był Super Saiyanem, leżał teraz na ziemi, nieprzytomny, krwawiło mu tylko ramię, które zostało przecięte kawałkiem ostrej i twardej, zastygniętej mazi.
Bart się mu przyglądał z ciekawością, tylko jego oczy nie były zwrócone na przeobrażone monstrum. Widział, że przed chwilą był Super Saiyanem, inni nie zwracali na to uwagi. On jednak wiedział jaką potęgą są Super Saiyanie i myślał, że tylko Broly może się zamienić w Super Saiyana, ale to tylko dlatego, że jest Legendarnym Super Saiyanem. A ten nieznajomy, który teraz leżał obok, mimo, że zamienił się w stadium zwane w skrócie SSJ, to nie był w stanie zniszczyć monstrum. Bart żałował, że nie widział całej walki, a tylko zobaczył, jak bestia chciała wystrzelić laser z paszczy. Na szczęście zdązył wraz z Bobercikiem zabrać nieznajomego z lini strzału, samemu prawie w nią wpadając.
Bestia patrzała na wszystkie osoby znajdujące się obok krateru, zaczęła wyć, gdyż z jej ogromnych ramion zaczęły wyrastać kolce z pancerza. Bestia machnęłą kilka razy skrzydłami i znikła z tego miejsca, a odgłos jej wycia jeszcze przez jakiś czas gościł w gruzach stolicy województwa. Wszyscy, prócz Bart'a, patrzyli jeszcze przez jakiś czas na niebo, szukając zagrożenia, bestii, która ich może zabić. Bart podszedł bliżej do nieznajomego i schylił się. Sprawdził, czy oddycha i czy ma tętno - na szczęście wszystko było w porządku. Zabrał go na ramie i zaczął zmierzać w stronę domu Hebrida.
- Hej, co ty robisz? - zapytał Bobercik - Nawet go nie znasz!
- Wystarczy mi to, że jest Saiyanem - powiedział Bart
- To jest Saiyan!?! - nie mógł uwierzyć Kris - Ale skąd wiesz?
- Nie ważne, zaufaj mi - powiedział Bart patrząc Krisowi w oczy
- Przestańcie i chodźmy nakopać temu potworkowi! - powiedział Dyninio
- Dyninio, ktoś cie uderzył w głowe? On uciekł, a my nie wiemy gdzie jest! - powiedział Adrian
- Racja... - powiedział Dyninio - W takim razie, NA OBIAD!!!
I wszyscy poszli w stronę domu Hebrida. Kris szedł niedaleko od Bart'a, wciąż będąc nie ufnym do nieznajomego. Co chwilę spoglądał w jego stronę, ten wciąż jednak był nieprzytomny...
[center]***[/center]
Dziwna, zakapturzona postać, pojawiła się nagle na dachu budynku, posiadłości Hebrida. Pojawiła się, jakby wyszła z powietrza, jak chmura, szybko, ale jednak pokojnie. Początkowo klęczała, jednak wyporostowała się po chwili. Rozejrzała się w lewo, potem obróciła się w prawo. Patrzała na zmierzające w jej stronę osoby, był to Bart i cała reszta. Spajrzała chwilę na nich, po czym zaczęła przyglądać się niesionemu przez Bart'a osobnikowi. Tak jakby osoba stojąca na dachu budynku zaniepokoiła się, wydała cichy dźwięk dezaprobaty po czym rozpłynęła się, a na jej miejscu pojawił się mały obłok, który zniknął po pewnym czasie...
[center]***[/center]
Bohaterowie nareszcie dotarli do domu, Dyninio odrazu rzucił się na kuchnie, gdzie Hebrid przygotowywał obiad, ale został stamtąd wyrzucony. Usiadł więc w salonie, przed stołem. Nie interesowało go kim jest "nowy znajomy" Barta, ufał mu, więc wiedział, że wszystko będzie w porządku.
Adrian po wejściu do domu podszedł do Bart'a i pomógł mu ściągnąć nieznajomego z pleców, po czym razem położyli go na podłodze.
- Przynieście wody - powiedział Bart - Trzeba go ocucić
Kris gdy usłyszał o wodzie, to od razu przypomniał sobie, że aby naprawić swoją broń musi zdobyć wodę w temperaturze absolutnego zera... Ale skąd taką wziąć? Gdzie może być przełęcz między światem żywych a zmarłych? Tego nie wiedział... Jednak myśląc nie oderwał się zbytnio od świata rzeczywistego, niezwłocznie poszedł do kuchni, gdzie nalał szklanke z wodą. Nawet nie zapomniał popchnąć Hebrida, a ten wpadł w talerze, prawie je tłukąc, po czym roześmiali się obaj. Kris wyszedł z kuchni i rzucił do Bart'a szklanką.
"On jest chyba inny!" - pomyślał Bobercik - "Rzucać szklanką z wodą...". Bart jednak nie myślał tak jak Bobercik, a podniósł się. Zgrabnym i szybkim ruchem owinął palce prawej ręki wokół szklanki i zrobił obrót w miejscu, przenosząc szklankę w koło. W ten sposób nie uronił ani kropli. Najpier podniósł szklankę do ust i się napił, dopiero potem wylał trochę na ręke, a z ręki strzepał wodę na twarz umięśnionego mężczyzny. Ten zamróżył oczyma, a po chwili je otworzył i odrazu podskoczył. Stanął przed Bart'em w pozycji bojowej i przyglądał mu się przez chwilę, po czym zaczął:
- Dlaczego mnie stamtąd zabraliście? - zapytał umięśniony mężczyzna
- Umarłbyś, a teraz głupio się pytasz... - skomentował Adrian
- Śmierć jest lepsza niż hańba, to że musiałem być ratowany - powiedział umięśniony mężczyzna
- W takim razie nie wszystko stracone - powiedział Adrian - Wciąż moge Cię zabić
- Hahahahaha! - roześmiał się głośno umięśnony mężczyzna - Takie robaki jak wy, ludzie, nie mają szans z kimś takim jak ja!
- Hola, uspokój się - powiedział Bart
Nieznajomy dziwnym trafem zamilkł i spojrzał na Bart'a. Przyglądał mu się przez pewien czas, patrząc mu głęboko w oczy. Bart przełamał ciszę.
- Prawie nikt w tym domu nie jest człowiekiem, przynajmniej zwyczajnym człowiekiem - powiedział Bart - Ale jak taki Saiyan jak ty mógł tego nie poznać?
Wszyscy byli w szoku, ogromnym szoku. Nie mieli pojęcia, że to był Saiyan, tylko Bart o tym wiedział. Sam mężczyzna o niemalże białych włosach też był zdziwiony, że tak szybko go rozpoznano. Nie wiedział, że istnieje więcej Saiyanów, niż Ci, których znał.
- Więc ty też jesteś Saiyanem - powiedział mężczyzna - Jestem ci winien przeprosiny
- Przyjęte, jednak nie w tym rzecz - powiedział Bart - Kim jesteś i co tu robisz?
- Moje imie to Groly - powiedział Saiyan - Całyczas, non stop, szukam okazji do zdobycia większej siły, dlatego tutaj jestem, jednak dziwnym trafem tamto monstrum było silniejsze ode mnie... Jak to możliwe?
- Sam nie wiem, widziałem ile widziałem, wystarczyło - powiedział Bart - Nawet nie mogłeś go zabić jako Super Saiyan
- Super Saiyan? - zapytał Bobercik - Co... Kto to jest?
Groly spojrzał na Bobercika z niedowierzaniem, że nie wie, kim jest Super Saiyan, jednak po chwili, rozglądając się, spostrzegł, że tylko Bart wie o czym była mowa, on jedyny wiedział kim jest Super Saiyan.
- Ja bym to nazwał darem - powiedział Groly - Tylko Saiyanie są nim obdarzeni, mogą się zamienić zdobywając ogromną moc. Wierzono, że to tylko legenda, dopóki mój brat się nie transformował
- Twój brat? - zapytał Kris
- Tak, mój brat to Broly, Legendarny Super Saiyan - powiedział Groly
Wszyscy byli w szoku. Nikt nie miał pojęcia, że Broly miał brata! Skąd mogli wiedzieć? Nawet Bart był pod wrażeniem, był ciekawy jak się dogadywali, jednak to musieli zostawić na później.
- Groly, mam pytanie - powiedział Bart
- Wal śmiało - szybko powiedział Groly
- Widziałeś tamto monstrum, pomożesz? - zapytał Bart
- Ale jak? - zapytał Dyninio - Że niby my za słabi?
- Nieee.... - powiedzieli równo Adrian i Dyninio patrząc na siebie
- Groly, może uda nam się razem go pokonać - powiedział Bart
- Nie - powiedział Groly - Dlaczego miałbym wam pomóc?
- Bo uratowaliśmy Ci życie? - zapytał Bobercik
- Żaden powód, mogliście pomyśleć trochę wcześniej - powiedział Groly
- Ale tupet... - powiedział Kris - Prawie jak mój!
- Groly? - zapytał Rayman, Saiyan się obrócił i spojrzał na mniejszego od siebie Raymana, po czym ten kontynuował - Szukasz siły?
- Tak, a co? - zapytał Groly
- Jeszcze niedawno byłem nikim, nie potrafiłem nic, żyłem na własnej planecie, bezsilny, chętny zemsty - powiedział Rayman - Teraz jednak tak nie jest, stałem się silniejszy, każdy z nas się stał
Rayman rozejrzał się wokół, patrząc przez chwilę na każdego z towarzyszy podróży, po czym znów zwrócił oczy na Grolyego.
- On ma racje - powiedział Bart - Całyczas stajemy się coraz silniejsi, nie wiemy dlaczego tak jest. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi, ale jak Ray teraz to powiedział... Ma racje
- Nawet ja to musze przyznać - powiedział Adrian - Kiedyś się tylko chwaliłem, a teraz potrafię
- Groly, chyba nie nadążasz - powiedział Bobercik - Oni chcą powiedzieć, że jeśli nam będziesz pomagał, to z pewnością staniesz się silniejszy
- Silniejszy? Przy was chyba tylko naucze się jak obierać ziemniaki - powiedział Groly
- Groly, widzisz tą dziewczynke? - zapytał Bart patrząc na Roksię
- Nie jestem ślepy, jeżeli o to chodzi - powiedział Groly
- Jeżeli chodzi o postępy, to ona w ciągu całej podróży stała się silniejsza ode mnie i od wszystkich tu obecnych, prócz ciebie - powiedział Bart - Prawie zamieniła się w SSJ
- Tak? - zapytał Bobercik - Nie wiedziałem, ale kiedy?
- To że byłem nieprzytomny, nie znaczy, że nie czułem jej gniewu - powiedział Bart - Nie tylko gniewu, jej mocy, tego co działo się wewnątrz jej. Tak jakbyśmy byli połączeni, czułem to co ona, z tą różnicą, że ja leżałem na ziemi i nie mogłem się ruszyć
Groly zaczął przyglądać się małej dziewczynce, która uśmiechnęła się w jego stronę. Ten nie przyzwyczajony do takiego zachowania zrobił groźną minę, jednak po chwili się rozluźnił.
- Ale jaką mam pewność, że będe silniejszy? - zapytał Groly
- Żadną - powiedział Bart - Ale na tym polega życie, na dokonywaniu wyborów
- A co jeśli odmówię? - zapytał Groly - I tak zdobęde siłę, z wami, czy bez was
- Ale jest coś o czym nie wiesz - wyrwał się Bobercik wierząc w to, że Super Saiyan jest naprawde potężny. Wcześniej miał szczerze mówiąc gdzieś to, co stanie się z tym Saiyanem, Grolym, ale teraz, chciał go mieś po swojej stronie
- Niby co? - zapytał Groly - Umiecie się zamieniać w SSJ?
- Nie, nie umiemy - powiedział Bobercik
- Niby skąd, wtedy wiedzielibyśmy co to jest - powiedział Kris
- Ja wiem to tylko dlatego, bo mieszkałem długie lata w mojej Saiyańskiej rodzinie, gdzie słyszałem wszystkie legendy po tysiąckroć - powiedział Bart
- Ale o czym chciałeś powiedzieć Bobercik? - zapytał Dyninio
- Gryly, do niedawna była tutaj osoba, która podjęła się tronowania nas - powiedział Bobercik
- I co z tego? - zapytał Groly - Nawet ja bym mógł się tego podjąc, ale nie warto
- Rozumiem - powiedział Bart patrząc na Bobercika i lekko przytakując w podzięce - To nie jest zwyczajna osoba, to Saiyan, który zna twojego brata
Groly obrócił się w stronę Barta i zaczął patrzeć na niego wnikliwiej, jakby chciał coś wyczytać z jego oczu.
- Mów dalej - powiedział najwyraźniej zaciekawiony Groly
- Ten Saiyan zna dosyć dobrze Brolyego, może nawet jest silniejszy od niego, z pewnością da ci recepte na to jak zostać silniejszym - powiedział Bart
- Heh, Daegurth, tak ma na imie tan Saiyan? - zapytał Groly
- Tak, skąd wiesz? - zapytał Bobercik, wszyscy inni byli zszokowani
- Poznałem go, gdy jeszcze utrzymywałem kontakt z bratem... Nie miłe wspomnienia - powiedział Groly
- Dobrze więc, nie moge cie zmuszać - powiedział Bart - Jeżeli chcesz to odejdź, poradzimy sobie bez ciebie
- Jaka strata... - powiedział Bobercik, przypominając sobie i ogarniając wszystko. Roksia prawie się zamieniła w to całe "SSJ", a już była taka potężna. Co jeśli by się zamieniła? Zżerała go ciekawość, a jednocześnie chciał obecności tego Saiyana obok... Czuł się, jakby to był jego brat. Patrząc na wszystko jeszcze raz, myśląc jeszcze raz o wszystkim doszedł do wniosku, że każdy Saiyan był dla niego bratem, mimo wszystko, czy był dobry, czy zły.
- Drzwi są tuż za tobą - powiedział Kris kładąc się na kanapie
Groly jednak stał patrząc się w podłoge. Lekko się trząsł, nikt jednak na niego nie patrzał, a przynajmniej nie zwracał na to uwagi.
- Naprawde trenował was Daegurth? - zapytał Groly
- Tak, ale ostatnio sprawy się pokomplikowały - powiedział Bart
- I co się stało? - zapytał ciekawy Groly
- W wersji skróconej - zawołał leżąc Kris - Ten potwór z którym walczyłeś, to on
Grolyemu szczęka opadła z wrażenia. Znał Daegurth'a, słabo, ale go znał, był jeszcze mały, gdy go spotkał i mimo, że byli w podobnym wieku, to zachowywał się dziwnie, jakoś inaczej... Nie miał jednak pojęcia, że to monstrum, to może być on.
- Daegurth... Dobrze, pomoge wam - powiedział Groly - Ale nie liczcie na nic więcej
- Cieszę się, a teraz poznaj paczkę - powiedział Bobercik
- Hebrid! - zawołał głośno Kris - Dodatkowe nakrycie na obiad!
- Wiedziałem! - zawołał głośno Hebrid z kuchni - Już przygotowałem obiad dla osoby więcej!
Po chwili Groly jadł obiad razem z innymi, nie zamieniając ani słowa. Smakowało mu, szczerze mówiąc nie jadał często Spaghetti z pulpetami w sosie pomidorowym. Dziwne danie, na początku miał problemy z jedzeniem go, jednak Roksia, siedząca obok Saiyana zaraz mu pokazała jak to się robi. Czuł się głupio, gdy taka dziewczynka go pouczała, wtedy by go pocieszyć Bobercik powiedział: "Ona jest najmądrzejsza z nas wszystkich - to słowa Daegurtha". Groly zdziwił się i zaczął przyglądać się dziecku z góry, będąc wyższym musiałby się postarać, by patrzeć z dołu. Słyszał kiedyś podobne słowa... "Groly jest mądrzejszy od nas"...
[center]***[/center]
Groly nieczęsto podchodził do brata. Bał się go, ale nie zmieniało to faktu, że chciał być taki jak on. Potężny, jedyny, Legendarny Super Saiyan... Było to marzenie małego Grolyego. Mimo, że matka bardziej kochała jego, to nie reagował na to i od małych lat szukał swojego miejsca u ojca, Paragasa. Ten jednak odrzucał go, nie uważał Grolyego, drugiego syna, za swoje dziecko. Ciągle zajmował się Brolym, starszym, o wiele starszym bratem. Pewnego dnia jednak Broly zabił swojego ojca, matki nie zabił, nikt nie wiedział dlaczego. Groly opłakiwał śmierć ojca i to, że too one nie może być Legendarnym Super Saiyanem, jego matka wprost odwrotnie - dziękowała szczęściu, że nie miała drugiego takiego syna.
Pewnego dnia, w wieku lat dwunastu Groly poszedł do brata, który nie zawsze był zły. Mimo wszystko czasem pożartował, ale to była naprawde rzadkość. Broly wyglądał w oczach młodszego brata za silniejszego po tym, jak jego ojciec umarł. Teraz patrzał na gwiazdy robiąc na przemian normalną minę i strasznie złą minę. Groly spostrzegł, że jest coś nie tak.
- Kakarotto... - powiedział sicho Broly, jednak jego brat usłyszał dziwne imie saiyańskie
- Kakarotto? - zapytał Groly podchodząc do brata
Broly spojrzał na młodszego brata, tak jakby z obrzydzeniem, po chwili obrócił się całym ciałem i podszedł bliżej.
- Nie twój interes - powiedział Broly
- Ty się nigdy nie zmienisz... - powiedział ktoś zza Brolyego
Legendarny Super Saiyan obrócił się i zobaczył przed sobą osobe w czarno-brązowym płaszczu z dużym kapturem zasłaniającym całkowicie twarz nieznajomego. Broly jednak wiedział kto to jest, spotkał go kilka razy wcześniej.
- Kiedy? - zapytał Broly
- Już wkrótce - odpowiedziała nieznajoma Grolyemu osoba patrząc Brolyemu w oczy - Doczekasz się
- Już nie mogę! - powiedział Broly - KAKAROTTO!!!
Mocna pięść nieznajomego znalazła się przy brzuchu Brolyego, a potem następna. Ten ledwo się zgiął, ale jednak uspokoił się.
- Wytrzymaj, jeszcze trochę, najdłużej kilkanaście dni - powiedziała zakapturzona postać
- Broly, kto to jest? - zapytał mały Groly
- Nie twój... - nie zdążył dokończyć Broly
- Mam swój język - powiedziała nieznana Grolyemu osoba - Hmmm, więc masz... Dwanaście lat, na wymiarowe to mniej więcej tyle co ja
Groly się naprawde zdziwił, nieznajomy stojący przed nim był o połowę wyższy od niego, a podobno był w jego wieku. Saiyan myślał, że jest duży, jak na swój wiek, jednak dowiedział się, że osoba w jego wieku jest wyższa... I dwoma uderzeniami mogła zatrzymać chęć Brolyego do walki. Niesamowite
- Nie gadaj z nim, jest słaby i głupi - powiedział Broly
- Może i jest słaby, ale jest mądrzejszy od nas wszystkich - powiedziała osoba w płaszczu
Groly się zdziwił i u śmiechnął na sercu. Pierwsza pochwała, nigdy nie słyszał żadnej pochwały od osób innych od jego matki. Naprawde się ucieszył, że ktoś go dostrzegł, nareszcie.
- Groly, nazywam się Daegurth - powiedział nieznajomy schylając się i zciągając jednocześnie kaptur z głowy
Groly spojrzał na jego twarz, ale najpierw w oczy rzuciły mu się te rudo-czerwone włosy. Potem zobaczył te oczy i straszny wyraz twarzy. Przestraszył się i zamarł w bezruchu, mając szeroko otwarte oczy. Z pewnością nie wyglądał na dwanaście lat, wyglądał na co najmniej osiemnaście. Daegurth otworzył usta mówiąc kolejne słowa, a brat Brolyego zobaczył jego ostre kły. Groly był przerażony, sam nie wiedział dlaczego, ale nie mógł się ruszyć, chociaż bardzo chciał. Nagle poczuł, jakby coś ugryzło go w lewą noge. Poruszył się - odzyskał władność. Zobaczył w nodze lekko wbity nóż... Nie, to był sztylet, cały czarny, o dziwnym kształcie, trzymany przez Daegurtha.
- Przepraszam, wiem, że na pierwszy raz mogę wystraszyć - powiedział Daegurth - Ale da się przyzwyczaić. Staram się tego pozbyć, ale mam problemy z kontrolowaniem tego.
- Co tutaj robisz? - zapytał ciekawy Groly
- Chce zobaczyć jedną walkę, jeden jedyny raz, Kakarotto kontra Broly... - powiedział Daegurth patrząc na Brolyego - Walka całkiem gdzie indziej, gdzie nie ma ograniczeń, żadnych...
- Ale jak? - zapytał Groly
- Ehhh, nie zrozumiesz, ale Ci powiem - Daegurth zaczął wyjaśniać co zamierza - Otworze wir wymiarowy załamując czas w tym miejscu, wtedy przejście stanie się stabilne na parę sekund, nie jestem pewien gdzie będzie wyjście, ale na pewno będzie to pusty wymiar, o to się postaram, bo puste wymiary nauczyłem się znajdować. Wtedy tylko wrzuce tam Brolyego, a jego rywal tam na niego będzie czekał, on tam jest, czeka na wyzwania. Pusty wymiar, a on tam jest... Dziwne, ale musiał tego bardzo chcieć i to za setki lat, bo gdy raz trafiłem w przyszłość, to wszystko było inaczej...
- Faktycznie nie rozumiem - powiedział Groly
- Heh, będziesz miał czas na trening - powiedział Daegurth - Będziesz jeszcze potężny
- Daegurth, zawiodłem się na tobie, robić chłopakowi nadzieję... - powiedział Broly
- Znikniesz na jakiś czas, gdy wrócisz on może być starszy od ciebie - powiedział Daegurth - Może być potężniejszy od ciebie... Ale raczej zostawie umiejętne ślady, byś wrócił za kilka lat
- Broly, gdzieś idziesz? - zapytał Groly
- Zamknij się - powiedział Broly - I lepiej, żebyś był wystarczająco silny jak wrócę
- Nie odzywaj się tak do niego, albo nie spotkasz się nigdy z Kakarottem - powiedział Daegurth
Broly się wkurzył i chciał uderzyć Daegurth'a, ten jednak ustawił dziwnie obie ręce, miał je złączone, ale kilka palców inaczej się układało, jak pięści. Mając taki znak stał i patrzał się jak Broly jest przyciągany do podłoża, po chwili leżał
- Tak niczego nie wskórasz, może nie jestem w stanie Cie pokonać, ale unieruchomić moge - powiedział Daegurth
- Puść mnie śmieciu! - zawołał Broly
- Nie trzymam cie bystrzaku - powiedział spokojnie Daegurth
Groly cicho zachichotał zasłaniając usta.
- Groly, zabiorę stąd twojego brata - powiedział Daegurth - Jest naprawde wkurzony, mógłby Ci coś zrobić, przypadkiem lub nie. I pamiętaj, przestań się przejmować, jesteś silniejszy od wszystkich, nie musisz tego udowadniać.
Daegurth dotknął prawą ręką Brolyego, wciąż nie ruszając lewą, trzymając ją w dziwnym znaku. Nagle szybko przyłożył lewą ręke do głowy. Broly zaczął się podnosić i... Nagle obaj, Broly i Daegurth rozpłynęli się w powietrzu, zniknęli na dobre. Groly długo machał rękami w miejscach, w których byli, jednak było tam tylko powietrze.
Dwa lata później
Groly był już nieco starszy i mimo, że miał czterynaście lat, to był bardzo silny. Stanął w miejscu, gdzie zwykle trenował i zaczął trening, najintensywniejszy jak dotąd. Dawał z siebie wszystko, uderzał wciąż w powietrze, coraz szybciej i szybciej. Podskoczył i zawisł w powietrzu, szybko latał we wszystkie strony, jakby odbijał się od powietrza. Zużywał naprawde dużo energii. W pewnym momencie zatrzymał się i rozłożył ręce na boki. W obu rękach pojawiły się momentalnie dwie kule, dwie duże białe kule, wokó których latały niebieskawe i złotawe piorunki. Następnie Groly wyprostował ręce, a kule złoczyły się. "Groly Flash!" zakrzyczał ze wszystkich sił Saiyan, a z jego rąk wyleciała ogromna fala, szeroka jak nigdy. Miała ponad pięć metrów średnicy i leciała wysoko w stronę nieba. Wtedy Saiyan zawołał "Groly MAX POWER!". Wokół niego pojawiła się ogromna aura koloru biało-niebieskiego. Nagle fala wypływająca z jego rąk poszerzyłą się o metr w średnicy, a aura wciąż była prawie tak wielka, jak przed chwilą. We wszystkich kierunkach wyleciała kolejna fala, inna od tej wylatującej z rąk. Była to jakby fala dźwiękowa, jednak wywołała eksplozje wszędzie wokół Grolyego. Minęło parę minut zanim zniknął jasny blask po wybuchu, zanim opadł kurz i dym zasłaniający wszystko. Saiyan leżał w samym środku ogromnego krateru, nie miał siły. Podniósł się powoli, cały drżał, nie z bólu, nie ze strachu, nie z braku sił - z nerwów. Lekko ugiął nogi w kolanach i ręce w łokciach, po czym zaczął krzyczeć: "HAAAAAA!!!!!". W kraterze pojawiło się niemalże tornado, ogromny słup powietrza otaczał Grolyego, którego włosy powiewały we wszystkie strony na tym wietrze.
- Broly! - zakrzyczał brat Legendarnego Super Saiyana ile miał sił - Jestem od ciebie silniejszy! Nie będe ci tego udowadniać! Wszyscy się odwalcie! Mam was gdzieś! AAAAAAAAAAAA!
Nagle pojawiły się trzy tornada wokół Grolyego, każde walczyło ze sobą, jakby każde chciało połknąć, zabrać Saiyana w swoje objęcia. Nad wszystkimi trąbami wietrznymi pojawiły się czarne chmury, których tornada nie mogły znieść. Z chmur zaczęły wylatywać łądunki elektryczne, ogromne błyskawice, które podpalały drzewa i domy w pobliskim mieście, a raczej ich szczątki, gdyż jedno tornado wyleciało z obiegu i wpadło w miasto kompletnie je rujnując. Groly wyprostował się krzycząc jeszcze głośniej, wtedy ogromna fala wyleciała we wszystkie strony, powiększając krater kilkakrotnie, niszcząc tornada i niwelując ciemne chmury nad Saiyanem. Groly miał zamknięte oczy, blask światła jeszcze nie znikł, dopiero po jakimś czasie bardzo jasne światło rozpłynęło się we wszystkie kierunki, znikając. Groly otworzył oczy, stał bez trudu, wogóle nie zmęczony, otworzył oczy i spojrzał na swoje ręce. Zobaczył wokół nich złotą aurę, spjrzał na swoje, jak mniemał, białe włosy do ramion - jednak wcale nie były one białe, a złoto-żółte i do tego podniosły się nieco. Wokół Saiyana była jasna aura, wbijająca się w ziemię na której stał.
- Czy ja... Zmieniłem się w Super Saiyana? - zapytał sam siebie Groly
Był zdziwiony, nigdy nie dysponował taką mocą, przetestował ją, wystarczył raz, jeden cichy krzyk, który wywołał falę, powodującą wgłębienie środka krateru. Super Saiyan nie wierzył w to co zrobił, osiągnął to stadium w tak młodym wieku, podobno jego brat zamienił się dopiero, gdy miał szesnaście lat. Zatem był o wiele lepszy od niego, nareszcie to udowodnił, bardzo się cieszył z tego powodu. Uspokoił się i przymknął oczy. Aura znikła, a włosy opadły odzyskując kolor białawy.
Groly uświadomił sobie, że zrobił dokładnie to, o czym mówił Daegurth kilka lat temu, tak jakby wiedział o wszystkim, jakby znał przyszłość... A może ją znał?
[center]***[/center]
Groly przestał wspominać te czasy, wiedział, że jeżeli to Daegurth dał mu taką moc, to może mu pomóc stać się jeszcze silniejszym. Do tego dowiedział się, że Bart to brat Daegurth'a... To było dla niego ciekawe, chciał go lepiej poznać, nie miał na to jednak siły, musiał się przespać. Hebrid przydzielił mu łóżko, na którym się położył.
Kris się zastanawiał nad jedną rzeczą: "Jak to może być, że Daegurth znał wszystkich?". Nie mógł odpowiedzieć sobie na to pytanie, chociaż chciałby. Było tyle rzeczy, których o nim nie wiedział... Teraz przejmował się czymś innym, jak się dostać na tą całą przełęcz... Wpadł na nowy pomysł - poszukał hasła "zero absolutne" w notesie elektronicznym i znalazł więcej, niż jeden wynik. Oprócz przełęczy między światami żywych, a martwych była jeszcze jedna opcja - "Shiva"...
[center]***[/center]
W międzyczasie w dziwnej mrocznej komnacie z kobietą zakapturzoną przy oknie pojawiła się osoba, wychodząc z cienia.
- Oni nie są sami - odezwał się dziecięcy głos osoby, która wyszła z cienia
- Poradzisz sobie? - zapytała kobieta odwracając się - Jeśli nie, to powiedz, nie jesteś wszechmocna
- Raczej nie, w nim było coś dziwnego... - odezwała się dziecinnym, dziewczęcym głosem osoba, która niedawno wyszła z cienia
- Wierze, nie przyszłabyś z niczym - powiedziała kobieta ściągając kaptur, pod którym kryła się twarz pięknej kobiety o fiołkowych oczach i długich, zawiniętych w kok, blond włosach - Musimy zabrać Rauko, tylko on może sobie poradzić z naprawde mocnym przeciwnikiem
- Tak Pani - powiedziała dziewczyna w płaszczu - Tylko nie wiemy gdzie on jest
- Już kazuje po niego posłać - Powiedziała "Pani", po czym nagle ruszyło się coś za kilkoma filarami. Były to słudzy tej kobiety, którzy zniknęli, natychmiast, w poszukiwaniu kogoś zwanego Rauko
I jak, podoba się? Mam nadzieję, że tak ^^
Rayman stał w miejscu, przyglądał się własnemu odbiciu przed lustrem. Nie wiedział co ma począć, gdziekolwiek był, to nie mógł nic działać, był raczej kulą u nogi. Był besilny, gdy było trzeba jego pomocy, jakby przeznaczenie nie chciało dać mu udziało gdziekolwiek. Patrzał w oczy swego lustrzanego odbicia szukając odpowiedzi na gnębiące go pytania: Dlaczego tak musi być? Dlaczego jest taki bezsilny? Czy powinien o tym z kimś porozmawiać? Nie miał pojęcia co robić, te pytania zżerały go od środka niszcząc go kompletnie, nie mógł o nich po prostu zapomnieć i być, nie wiedział dlaczego. Akurat tak się zdarzyło, że przechodził obok Bart i zobaczył Raymana stojącego przed lustrem. Podszedł i powiedział:
- Nie martw się, dobrze wyglądasz - powiedział Bart
- Ale nie o to chodzi... Bo... - nie mógł wyrzucić z siebie Rayman tego, co go boli
- Coś nie tak? - zapytał kulturalnie i spokojnie Bart patrząc na małego Raymana - Powiedz, to może Ci pomoge
- Widzisz, bo... - wciąż nie mógł przejść do senda sprawy, czuł dziwne uczucie strachu i wstydu, których nie potrafił zatrzymać. Różne myśli przelatywały mu przez głowe, wreszcie wszystko sobie ułożył i powiedział - Czy wiesz jak to jest czuć się bezużytecznym?
- Więc o to chodzi? - zapytał retorycznie Bart nie będąc pewien slów Raymana - Wiem jak to jest... - powiedział Bart przypominając sobie swoje życie na ojczystej planecie, gdzie ojciec tylko szukał okazji by go zabić... Czuł się wtedy bezużyteczny, najpierw uważał, że przez niego umarła matka, potem odleciał jego brat i na końcu własny ojciec chciał go zabić... Okropność...
- Wiesz? - zapytał Rayman - Naprawde!?!
- Tak, przekonałem się o tym na własnej skórze - powiedział Bart
- Może więc powiesz mi jak się z tego wyleczyć? - zapytał Rayman
- Z pewnością bym tak zrobił, ale tego nie da się wyleczyć - powiedział Bart
- Jak to? - nie mógł uwierzyć Rayman - Ale ty teraz znalazłeś cel w życiu?
- Cel w życiu? Nigdy, to tylko małe zadanie, misja, nic więcej - powiedział Bart - Jedyne co może ci pomóc, to zapomnienie, zapomnij o tym kim byłeś, co się działo, żyj dniem dzisiejszym i ceń życie, bo z pewnością nie dostałeś go bez powodu
- Nie dostałem go bez powodu? - zaciekawił się Rayman - Nie myślałem o tym w ten sposób, więc jednak musze mieć swoje miejsce, gdzieś tam, hen daleko...
- Tak, teraz zostaje tylko poszukać - powiedział Bart, po czym w przenośni oddał radę - Czasem wystarczy tylko ściągnąć klapki z oczu, pamiętaj
- Klapki z oczu? - zapytał retorycznie Rayman, nie do końca rozumiąc o co chodzi
Bart spojrzał jeszcze raz na Raymana, po czym odszedł, miał do załatwienia sprawę z lodówką, mianowicie on i Kris byli głodni, więc poszedł po coś do jedzenia.
[center]***[/center]
"Czas przeczytać, jak zrobić miecz" - pomyślał Kris, czekając aż Bart wróci do niego z pragnionym jedzeniem. Wyciągnął notes elektroniczny spod poduszki i włączył go. Przyjazne menu znów go powitało, ponaciskał kilka przycisków i znalazł się w menu miecza. Mógł wybrać dowolny kształt tworzonego miecza, zasada była ta sama do tworzenia wszystkich mieczy półtoraręcznych, a on właśnie taki posiadał.
Na ekranie widać było schemat miecza, same linie poziome, pionowe i ukośne, które ruszając się tworzyły efekt, jakby miecz z takich lini obracał się. Po chwili linie zmieniły swe położenie i kształt pokazując całkowicie inny wygląd miecza. Zmieniały się co kilka chwil, Kris widział nawet styl podobny do tego, jaki miał jego miecz przed złamaniem. Obok obracającego się schematu pisały informacje:
Kris przeczytał cały opis miecza, nie rozumiał jednak wielu rzeczy. "O co chodzi z tą siłą?" - zastanawiał się - "Albo szybkością? I co to są sloty?". Nacisnął przycisk "[Pomoc]>Objaśnienia skrótów i pojęć" i natychmiast ukazały się nowe informacje, tuż pod opisem, jakby strona z informacjami się rozszerzyła. Kris zjechał suwakiem pod temat "Objaśnienia skrótów i pojęć.Typ: Broń
Rodzaj: Miecz - półtoraręczny
Siła: S-A; M-B; L-D
Szybkość: od S do C - zależy od umiejętności
Slot: Do pięciu, najczęściej zero lub jeden
Części: a)Rękojeść; b)Ostrze; c)Sloty
Sposób budowy: <TUTAJ>
Miecz półtoraręczny to potężna broń w rękach dobrego wojownika, jednak nie każdy potrafi się nią posługiwać. Nie jest to typowy miecz jednoręczny, trzeba dobrej krzepy do noszenia go. Nie jest to też miecz oburęczny, wymagający pracy obu rąk. Broń taka pozwala na szybkie manewry, jak i silne ataki.
Moc broni zależy nie tylko od umiejętności właściciela, ale i od tego jak została zrobiona. Mistrzowsko zrobiona broń nie wymaga właściciela!
[Pomoc]>Objaśnienia skrótów i pojęć
[Pomoc]>N00b school
Saiyan już zrozumiał kilka pojęć i skrótów, były bardzo proste, dziwił się, że sam na to nie wpadł, ale cóż, tak bywa... Z niecierpliwością włączył przycisk: "<Tutaj>", który miał go przenieść do sposobu budowy broni. Tak i się stało, wyskoczyły kolejne instrukcje oprawione pokazem wizualnym. Kris wiedział, że nie dowie się z tych instrukcji co ma robić, bo on chciał naprawić broń, a nie robić od nowa... Jednak ku jego zdumieniu zobaczył opcje: "Naprawa broni". Natychmiast go włączył i wyskoczyły napisy, jak tego dokonać.<Objaśnienia skrótów i pojęć>
S,M,L - S=Small=Bliski Dystans; M=Medium=Średni Dystans; L=Long=Daleki Dystans
S,A,B,C,D,E - S=Super; A=Amazing=Zadziwiająco; B=Blast=Wystrzałowo; C=Cool=Świetnie; D=Doppel=Nie powtarzalny; E=Excelent=Niesamowity
Slot - Miejsce wolne, możliwe ulepszenie, zaklęcie
"Ehhh, więc teraz mogę tylko lekko zbić rękojeść z ostrzem?" - zastanawiał się Kris, licząc na więcej - "Dobrze więc, spróbujmy". Saiyan otworzył walizkę i spojrzał do niej. Widział młotek, ale coś mu nie pasowało... On miał 3 cm wysokości! Kris podniósł go jedną ręką i poczuł jaki on ciężki. Prawie się przewrócił na ziemię podnosząc niby młotek. Musiał chwycić go obiema rękami, a nawet wtedy miał problemy z utrzymaniem go. Małe narzędzie płatnerskie wyślizgiwało mu się z rąk. W tym momencie do pokoju wszedł Bart, niosąc talerz z kanapkami. Zobaczył Krisa i zaczął się śmiać. Wyglądało to naprawde zabawnie, ledwo trzymał taką małą rzecz. Bart postawił kanapki na stoliczku i podszedł pod Kris'a.Lekko zbić ostrze z rękojeścią, przy pomocy miecza, a następnie wrzucić do wody o temperaturze zera absolutnego w celu wzmocnienia wiązań między rękojeścią, a ostrzem. Powinno to stworzyć bardzo mocne, prawie nie zniszczalne wiązanie. Później można ulepszać broń w dowolny sposób, np. dodając kryształ do wody w której jest miecz. W temperaturze zera absolutnego kryształ powinien się rozpuścić i złączyć z metalem, ostrzem miecza. Późniejsze zabiegi można kontynuować po wyciągnięciu broni z wody, jest to jednak nie łatwe, gdyż można przy tym umrzeć. Dlatego najlepiej zastosować osłonę lub użyć nieprzewodnika o dużej wytrzymałości, np. obcęk Kathinowo-estrynowych.
Woda w temperatorze absolutnego zera może być uzyskana przy pomocy magii lub arcytechnik. Można też ją znaleźć na "przełęczy" między światem żywych, a martwych
- Heh, super, ty tak na pokaz? - zapytał Bart
- Nie wkurzaj mnie... To jest ciężkie! - odpowiedział Kris unosząc młotek oburącz lekko do góry
- Tak? - zapytał Bart, a z jego twarzy zaczął znikać uśmiech. Był ciekawy, czy ten młotek był ciężki - Mogę ja go potrzymać?
Kris bez słowa zaczął przenosić młotek do Bart'a, który złapał go oburącz. Młoteczek faktycznie był bardzo ciężki, Bart też miał problemy z utrzymaniem go.
- Kris... - powiedział Bart
- Co, masz już dość? - zapytał Kris
- Nie, on zaraz spadnie! - zawołał Bart
Miał rację. Miniaturowy młotek wyśliznął mu się z rąk i zaczął zbliżać się do podłogi, a raczej do tego co leżało na podłodze. Tuż przed Bartem, a pod młoteczkiem było ostrze i rękojeść miecza Krisa, młoteczek spadł uderzając w ostrze, które całe zadrżało. Wtedy miniaturowy młotek momentalnie zmienił swoje rozmiary, miał ok. dwa metry długości! Był tak samo ciężki, jak przedtem, Kris się o tym przekonał podnosząc go. Była jedna różnica - przez to, że był większy, to odrazu go upuścił i młot zderzył się z ostrzem miecza. Między ostrzem, a rękojeścią poleciały iskry i pojawiły się małe paski, jakby stalowe, ale były pół przezroczyste. Młot jednak odbił się od ostrza i znów w nie uderzył. Tym razem ostrze zbliżyło się do rękojeści po uderzeniu, miecz był już prawie połączony. Kris nie wierzył własnym oczom, przecież nie możliwe było to, żeby naprawić tak miecz!
Bart i Kris spojrzeli na siebie. Obaj wpadli na ten sam pomysł. Podeszli razem do młota, jeden z lewej strony, drugi z prawej. Podnieśli go wysoko, nie był już tak nisko, jak wcześniej. Wtedy zobaczyli jak spod miecza "wyrasta" kowadło, niewiadomo skąd. Młot wtedy stał się o wiele lżejszy. Bart i Kris zaczęli uderzać w miecz, który się czerwienił od wytwarzanego w ten sposób ciepła. Miecz bardzo powoli zmieniał swój kształt przy każdym uderzeniu, bo był bardzo twardy mimo wszystko. Saiyanie uderzali tak, by ten miecz jakoś wyglądał. Pomęczyli się trochę, aż wreszcie gdy podnieśli młot do góry, to go puścili. Młot spadając na podłoge zmienił się malutki młotek, a kowadło zniknęło spod miecza. Wtedy młoteczek zderzył się z podłogą i zatrzymał się na niej, nie robiąc jej żadnych szkód.
- Albo twój brat był głupi... - powiedział Kris
- Albo pomysłowy... - dokończył Bart
Kris spojrzał na miecz, który leżał teraz na podłodze. Wokół niego widać było parę i dym... Ale zaraz, on był jeszcze ciepły i podpalał podłogę! Kris chciał go podnieść, ale tylko się poparzył.
- Bart, pomóż mi! - poprosił o pomoc Kris
"A co ja moge zrobić?" - pomyślał Bart - "Wiem!!!"
- Kris, umiesz telekinezę? - zapytał Bart
Kris aż uderzył się w czoło. Zapomniał o takiej rzeczy. Skierował ręke w stronę miecza i podniósł ją. Miecz zaczął unosić się w powietrzu. Podłoga pod bronią była przyczerniona, jednak nie paliła się. Kris Nie wiedział gdzie położyć swoją broń, rozejrzał się po pokoju. Wtedy usłyszał głos Bart'a:
- Wbij ją w ziemię na dworze - powiedział Bart - Tam nic nie zrobi
- Masz rację - zgodził się z Bartem Kris
Kris podszedł pod okno, po czym je otworzył. Najpierw na zewnątrz wyleciał miecz, wciąż ruszający się w powietrzu, a potem Kris wyskoczył przez okno. Wbił miecz niedaleko domu i przykrył go kamieniami. Wiedział, że ostygnie dopiero za jakiś czas, więc mógł śmiało wrócić do domu. Patrzał na mały stos kamieni, pod którym był wbity miecz, jednak po chwili chwycił się za brzuch, który zaczął wydawać z siebie dziwne dźwięki. Kris natychmiast wrócił do pokoju, podziękował Bartowi i rzucił się na kromki.
- Nie tak szybko, bo... - nie zdążył powiedzieć Bart, gdyż Kris już się zadławił. Bart powoli podszedł pod przyjaciela i powiedział - Nie spiesz się, bo to może Ci zaszkodzić!
Bart uderzył Krisa mocno w żołądek, a ten wypluł kęs, którym się zadławił, Zaczął powoli nabierać powietrza, coraz spokojniej i spokojniej. Wreszcie wyprostował się.
- Masz rację. Smacznego Bart - powiedział Kris, po czym obaj zaczęli jeść bez większego pośpiechu
[center]***[/center]
- Trzystapięćdziesiątpięc - powiedział Dyninio - Trzystapięćdziesiątsześć...
Młody Saiyan robił właśnie pompki, już prawie nie miał siły, zrobił naprawde dużo pompek, jednak wciąż nie przestawał. Przestał dopiero, gdy usłyszał z daleka pisk, ale tylko przez chwileczkę. Podniósł głowę i zobaczył w oddali ogromną ilość dymu. Natychmiast przerwał robienie pompek, wybił się do przodu i biegł już w stronę dymu.
Nie tylko Dyninio to zobaczył, zobaczyli to wszyscy, Adrian, trenujący chodzenie po powierzchni wody, Bart i Kris jedzący kanapki, Rayman wyglądający przez okno, Bobercik chodzący po podwórzu i Roksia trenująca techniki ki. Wszyscy wyczuli dziwną, dużą ki i ruszyli w jej stronę - w stronę stolicy województwa, Gentre. Wszyscy spotkali się po drodze. Biegli szybko po mieście, aby jak najszybciej je przebyć biegli po ścianach budynków. Mieszkańcy miasta patrzyli na nich nie wierząc, że to się dzieje naprawde. A bohaterowie biegli przed siebie, nie zatrzymując się nawet na sekundke. Po kilku minutach biegu sprintem mogli zobaczyć co się stało - nie było widać charakterystycznych dla stolicy drapaczów chmur, co znaczyło, że zostały zniszczone. Bart domyślił się, że to jego brat tam jest, zabija, nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi...
[center]***[/center]
Stolica miasta była spokojna, jak zwykle o tej porze. Raz po raz przejeżdżały jakieś samochody, zaś nie brakowało chodzących po chodnikach ludzi. Dużo ludzi pracowało, w sklepach, zakładach produkcyjnych, czy ogromnych drapaczach chmur. Mimo, że to było ogromne miasto i miało wiele zakłądów pracy, to jego poziom zanieczyszczenia był stosunkowo niski.
Chodnikiem szedł mężczyzna w garniturze, z walizką, najwyraźniej się spieszył, bo co chwilę spoglądał na zegarek i potykał się idąc. Prawie biegnął, ale jednak szedł, tylko dosyć szybko. Zobaczył ogromny cień, który zakrywał jego i wiele innych, idących obok, osób. Spojrzał do góry i zobaczył ogromną bestię, która leciała wprost na niego. Stał w bezruchu, przerażony, a bestia wpadła na niego wbijając jego i wiele innych osób w chodnik. Krew ofiar trysnęła strumieniem po całej ulicy, ludzie uciekali w panice. Bestia machała łapami tnąc ludzi swymi ostrymi pazurami. Mieszkańcy stolicy byli bezsilni. Jednak to nie był koniec terroru, ogromne monstrum złapało w łapę garstkę ludzi i pożarło ich. Ktoś, kto by się temu przyglądał, widziałby, jak zaraz po zabiciu jakiejś osoby z jej ciała wylatywała jasna kulka i momentalnie wlatywała w ogromną bestię. Jednak każdy, kto to zobaczył umierał po chwili z rąk monstrum. Bestia wzięła głęboki oddech, napełniła płuca jak tylko mogła i wypuściła powietrze, które niszczyło budynki i zabijało ludzi. Następnie powtórzyła to, z tą różnicą, że powietrze opuszczając jej usta podpalało się. Stworzony w ten sposób miotacz płomieni spalił wiele ludzi, a nawet podpalił kamienne budynki! Wydawało się to niemożliwe. Ogromna ilość ludzi zginęła, a to jeszcze nie wszystko. Monstrum zobaczyło małego chłopca biegnącego środkiem ulicy. Rzuciło się w jego stronę, chcąc go pożreć. Paszcza uzbrojona w ostre zęby zamknęła się - jednak nie było w jej wnętrzu niczego, prócz powietrza. Bestia rozejrzała się i zobaczyła stojącego z chłopcem w ramionach prawie że mężczyznę. Był dobrze umięśniony, jednak znaczną część jego ciała przysłaniały jego okropnie długie białawe włosy. Miał srebrne oczy, wyglądały na puste. Nie nosił swetra, ani podkoszulka, nic nie przysłaniało jego dobrze umięśnionej klatki piersiowej i bicepsów. Spodnie jednak nosił, o dziwo, były białawe, zupełnie jak jego włosy. Wyglądały na luźne, trzymały się, bo były przypięte paskiem koloru złoto-czarnego.
Mężczyzna położył chłopaka na ziemi i kazał mu uciekać, po czym obrócił się do bestii.
- Nie wiem skąd się tu wziąłeś, ale źle trafiłeś - powiedział umięśniony mężczyzna
Bestia wydała głośny ryk w stonę mężczyzny. Ten zastawił twarz, po czym powiedział:
- Umyj czasem zęby - powiedział umięśniony mężczyzna - Masz szczęście, jestem w humorze, możesz stąd mykać, póki jestem dobry
Monstrum przymknęło lekko oczy i uśmiechnęło się, pokazując swoje ogromne zęby w okropnie przerażającym uśmiechu.
- Aleś ty kurcze brzydki! - powiedział umięśniony mężczyzna - Ale dość, koniec z tym. Broly, pokaże Ci, że nie jestem nikim!
Mężczyzna o białawych włosach przymknął oczy. Jego włosy zaczęły się powoli unosić, a mięśnie powoli rosnąć. Nagle zawołał "Super Saiyan!" otwierając oczy, a jego włosy, jak i powieki, stały się złoto-żółte. Rzucił się w stronę bestii, która rozpłynęła się tuż przed nim. Wiedział, że tak będzie, obrócił się szybko i wystawił ręke lekko nad siebie. Bestia nagle się tam pokazała, nie na długo, z ręki Super Saiyana wyleciała biało-złota kula, która odrzuciła bestię niszcząc część jej pancerza z prawego ramienia. Złotowłosy nagle rozpłynął się w powietrzu i pojawił się za lecącą w tył bestią, mocnym uderzeniem oburącz sprowadził monstrum do ziemi, kompletnie wbijając ją w szczątki budnyku, który stał tam jeszcze niedawno. Super Saiyan wyciągnął obie ręce przed siebię, w stronę leżącego, wbitego w ziemię i skały, monstrum. Dłonie pokryła jasna poświata, która przekształciła się w niewielką kulę, a zaraz kula rozciągnęła się, tworząc złotą falę uderzeniową, która trafiła unieruchomione monstrum. Energia zderzając się z bestią chwilę wbijała ją jeszcze głębiej, a po niedługim czasie eksplodowała. Było widać jak szczątki zbroi monstrum, wraz z jego krwią, leciały we wszystkich kierunkach. Po chwili opadł pył i szczątki monstrum. Jednak potwór wciąż leżał wbity w ziemię, zastawiając się rękami. Super Saiyan nie wierzył w to, co widzi! Myślał, że to zabije bestię, ta jednak wciąż trzymała się, chociaż wyglądała na prawie martwą. Bestia podniosła się i stanęła na gruncie. Zbroja w ciągu kilku sekund sama się zreperowała, a po chwili pokryła ją dziwna powłoka. Monstrum stało teraz w bezruchu pokryte jakąś mazią, która po chwili zaschła, tworząc dziwną osłonę dla bestii.
Umięśniony mężczyzna zawołał: "Koniec zabawy!" i zaczął wysyłać ogromne kule ki, jedną za drugą. Każda trafiała w bestię, jednak ani trochę jej nie ruszała. Nawet ogromny wybuch nie był w stanie zniszczyć bestii, a jedynie spowodował powstanie małej rysy.
- Nie, nie mówcie, że to... - nie chciał wierzyć w to co widział Super Saiyan, widział, co się zaraz stanie, ale nie chciał w to wierzyć.
Mimo, że eksplozja już ustała, to rysa, którą przed chwilą spowodowała, dalej się powiększała. Wreszcie rozdzieliła osłonę monstrum na dwie części. Nagle obie ekslodowały, a ich szczątki leciały z ogromną prędkością we wszystkie strony. Super Saiyan unikał pędzących kawałków zastygniętej mazi, jednak jeden drasnął mu ramię, tworząc małą ranę z której natychmiast ciekła krew. Malutki kawałek osłony był w stanie rozciąć skórę, a nawet część mięśnia Super Saiyana, który widząc to zaczął dalej wypuszczać pociski ki w stronę bestii. Pociski trafiły w nią powodując ogromną, większą niż wcześniej, eksplozje. Masa pyłu i dymu po eksplozji zasłoniła wszystko wokół bestii. Super Saiyan sapiąc patrzał na pył licząc na to, że to wystarczy. Mylił się, z pyłu wyleciała bestia. Miała ogromne skrzydła, a jej skóra czerwona skóra była przeplatana różnymi wzorcami w czarnym kolorze. Można było widzieć jej niewielkie, w stosunku do reszty ciała, uszy, na których końcu był zaostrzony kawałek pancerza, innego pancerza niż wcześniej. Był czarny i lśnił jednocześnie w kolorze fioletowym, było to bardzo dziwne. Szpony monstrum się powiększyły. Przeszła kompletne przeobrażenie. Super Saiyan widział, jak bestia się do niego zbliża i wykonał szybki unik. Ta jednak rozpłynęła się w powietrzu, a umięśniony mężczyzna poczuł ból na plecach i po chwili wbił się w ziemię, nie czując bólu - nie czuł nic, jednocześnie nie mógł się ruszyć. Patrzał bezradnie, jak bestia zaczęła machać głową we wszystkie strony, utrzymując się w powietrzu przy pomocy skrzydeł. Po chwili z paszczy potwora zaczęło się świecić, światło przelatywało przez jego nieszczelne zęby. Paszcza otwarła się, a z jej wnętrza wyleciał czerwono-żółty promień, niczym laser, zbliżający się do Super Saiyana u kresu sił. Promień zderzył się z ziemią, a następnie bestia ruszyła głową przesuwając go. Co chwile, w każdym miejscu, w którym promień zderzał się z ziemią powstawała eksplozja. Pył powoli opadł, odsłaniając ogromny krater wywołany kolejnymi eksplozjami. Po Super Saiyanu nie było ani śladu. Bestia nie przejmowała się nim, zaczęła ryczeć głośno, gdyż wyrastał jej ogon, długi, pokryty pancerzem ogon. Na końcu był zaostrzony. Gdy bestia przestała ryczeć zobaczyła, że Super Saiyan, już odmieniony, leży obok krateru. Tuż obok niego stało kilka osób - byli to Bobercik, Bart, Kris, Adrian, Dynino, Rayman i Roksia. Patrzyli w stronę monstrum, wiedząc, że to Daegurth, ale jednocześnie nie poznając go. Wyglądał całkowicie inaczej, pancerz zmienił kolor, skóra też i te skrzydła, ogon... Wyglądał o wiele straszniej niż wcześniej.
Umięśniony mężczyzna, który jeszcze przed momentem był Super Saiyanem, leżał teraz na ziemi, nieprzytomny, krwawiło mu tylko ramię, które zostało przecięte kawałkiem ostrej i twardej, zastygniętej mazi.
Bart się mu przyglądał z ciekawością, tylko jego oczy nie były zwrócone na przeobrażone monstrum. Widział, że przed chwilą był Super Saiyanem, inni nie zwracali na to uwagi. On jednak wiedział jaką potęgą są Super Saiyanie i myślał, że tylko Broly może się zamienić w Super Saiyana, ale to tylko dlatego, że jest Legendarnym Super Saiyanem. A ten nieznajomy, który teraz leżał obok, mimo, że zamienił się w stadium zwane w skrócie SSJ, to nie był w stanie zniszczyć monstrum. Bart żałował, że nie widział całej walki, a tylko zobaczył, jak bestia chciała wystrzelić laser z paszczy. Na szczęście zdązył wraz z Bobercikiem zabrać nieznajomego z lini strzału, samemu prawie w nią wpadając.
Bestia patrzała na wszystkie osoby znajdujące się obok krateru, zaczęła wyć, gdyż z jej ogromnych ramion zaczęły wyrastać kolce z pancerza. Bestia machnęłą kilka razy skrzydłami i znikła z tego miejsca, a odgłos jej wycia jeszcze przez jakiś czas gościł w gruzach stolicy województwa. Wszyscy, prócz Bart'a, patrzyli jeszcze przez jakiś czas na niebo, szukając zagrożenia, bestii, która ich może zabić. Bart podszedł bliżej do nieznajomego i schylił się. Sprawdził, czy oddycha i czy ma tętno - na szczęście wszystko było w porządku. Zabrał go na ramie i zaczął zmierzać w stronę domu Hebrida.
- Hej, co ty robisz? - zapytał Bobercik - Nawet go nie znasz!
- Wystarczy mi to, że jest Saiyanem - powiedział Bart
- To jest Saiyan!?! - nie mógł uwierzyć Kris - Ale skąd wiesz?
- Nie ważne, zaufaj mi - powiedział Bart patrząc Krisowi w oczy
- Przestańcie i chodźmy nakopać temu potworkowi! - powiedział Dyninio
- Dyninio, ktoś cie uderzył w głowe? On uciekł, a my nie wiemy gdzie jest! - powiedział Adrian
- Racja... - powiedział Dyninio - W takim razie, NA OBIAD!!!
I wszyscy poszli w stronę domu Hebrida. Kris szedł niedaleko od Bart'a, wciąż będąc nie ufnym do nieznajomego. Co chwilę spoglądał w jego stronę, ten wciąż jednak był nieprzytomny...
[center]***[/center]
Dziwna, zakapturzona postać, pojawiła się nagle na dachu budynku, posiadłości Hebrida. Pojawiła się, jakby wyszła z powietrza, jak chmura, szybko, ale jednak pokojnie. Początkowo klęczała, jednak wyporostowała się po chwili. Rozejrzała się w lewo, potem obróciła się w prawo. Patrzała na zmierzające w jej stronę osoby, był to Bart i cała reszta. Spajrzała chwilę na nich, po czym zaczęła przyglądać się niesionemu przez Bart'a osobnikowi. Tak jakby osoba stojąca na dachu budynku zaniepokoiła się, wydała cichy dźwięk dezaprobaty po czym rozpłynęła się, a na jej miejscu pojawił się mały obłok, który zniknął po pewnym czasie...
[center]***[/center]
Bohaterowie nareszcie dotarli do domu, Dyninio odrazu rzucił się na kuchnie, gdzie Hebrid przygotowywał obiad, ale został stamtąd wyrzucony. Usiadł więc w salonie, przed stołem. Nie interesowało go kim jest "nowy znajomy" Barta, ufał mu, więc wiedział, że wszystko będzie w porządku.
Adrian po wejściu do domu podszedł do Bart'a i pomógł mu ściągnąć nieznajomego z pleców, po czym razem położyli go na podłodze.
- Przynieście wody - powiedział Bart - Trzeba go ocucić
Kris gdy usłyszał o wodzie, to od razu przypomniał sobie, że aby naprawić swoją broń musi zdobyć wodę w temperaturze absolutnego zera... Ale skąd taką wziąć? Gdzie może być przełęcz między światem żywych a zmarłych? Tego nie wiedział... Jednak myśląc nie oderwał się zbytnio od świata rzeczywistego, niezwłocznie poszedł do kuchni, gdzie nalał szklanke z wodą. Nawet nie zapomniał popchnąć Hebrida, a ten wpadł w talerze, prawie je tłukąc, po czym roześmiali się obaj. Kris wyszedł z kuchni i rzucił do Bart'a szklanką.
"On jest chyba inny!" - pomyślał Bobercik - "Rzucać szklanką z wodą...". Bart jednak nie myślał tak jak Bobercik, a podniósł się. Zgrabnym i szybkim ruchem owinął palce prawej ręki wokół szklanki i zrobił obrót w miejscu, przenosząc szklankę w koło. W ten sposób nie uronił ani kropli. Najpier podniósł szklankę do ust i się napił, dopiero potem wylał trochę na ręke, a z ręki strzepał wodę na twarz umięśnionego mężczyzny. Ten zamróżył oczyma, a po chwili je otworzył i odrazu podskoczył. Stanął przed Bart'em w pozycji bojowej i przyglądał mu się przez chwilę, po czym zaczął:
- Dlaczego mnie stamtąd zabraliście? - zapytał umięśniony mężczyzna
- Umarłbyś, a teraz głupio się pytasz... - skomentował Adrian
- Śmierć jest lepsza niż hańba, to że musiałem być ratowany - powiedział umięśniony mężczyzna
- W takim razie nie wszystko stracone - powiedział Adrian - Wciąż moge Cię zabić
- Hahahahaha! - roześmiał się głośno umięśnony mężczyzna - Takie robaki jak wy, ludzie, nie mają szans z kimś takim jak ja!
- Hola, uspokój się - powiedział Bart
Nieznajomy dziwnym trafem zamilkł i spojrzał na Bart'a. Przyglądał mu się przez pewien czas, patrząc mu głęboko w oczy. Bart przełamał ciszę.
- Prawie nikt w tym domu nie jest człowiekiem, przynajmniej zwyczajnym człowiekiem - powiedział Bart - Ale jak taki Saiyan jak ty mógł tego nie poznać?
Wszyscy byli w szoku, ogromnym szoku. Nie mieli pojęcia, że to był Saiyan, tylko Bart o tym wiedział. Sam mężczyzna o niemalże białych włosach też był zdziwiony, że tak szybko go rozpoznano. Nie wiedział, że istnieje więcej Saiyanów, niż Ci, których znał.
- Więc ty też jesteś Saiyanem - powiedział mężczyzna - Jestem ci winien przeprosiny
- Przyjęte, jednak nie w tym rzecz - powiedział Bart - Kim jesteś i co tu robisz?
- Moje imie to Groly - powiedział Saiyan - Całyczas, non stop, szukam okazji do zdobycia większej siły, dlatego tutaj jestem, jednak dziwnym trafem tamto monstrum było silniejsze ode mnie... Jak to możliwe?
- Sam nie wiem, widziałem ile widziałem, wystarczyło - powiedział Bart - Nawet nie mogłeś go zabić jako Super Saiyan
- Super Saiyan? - zapytał Bobercik - Co... Kto to jest?
Groly spojrzał na Bobercika z niedowierzaniem, że nie wie, kim jest Super Saiyan, jednak po chwili, rozglądając się, spostrzegł, że tylko Bart wie o czym była mowa, on jedyny wiedział kim jest Super Saiyan.
- Ja bym to nazwał darem - powiedział Groly - Tylko Saiyanie są nim obdarzeni, mogą się zamienić zdobywając ogromną moc. Wierzono, że to tylko legenda, dopóki mój brat się nie transformował
- Twój brat? - zapytał Kris
- Tak, mój brat to Broly, Legendarny Super Saiyan - powiedział Groly
Wszyscy byli w szoku. Nikt nie miał pojęcia, że Broly miał brata! Skąd mogli wiedzieć? Nawet Bart był pod wrażeniem, był ciekawy jak się dogadywali, jednak to musieli zostawić na później.
- Groly, mam pytanie - powiedział Bart
- Wal śmiało - szybko powiedział Groly
- Widziałeś tamto monstrum, pomożesz? - zapytał Bart
- Ale jak? - zapytał Dyninio - Że niby my za słabi?
- Nieee.... - powiedzieli równo Adrian i Dyninio patrząc na siebie
- Groly, może uda nam się razem go pokonać - powiedział Bart
- Nie - powiedział Groly - Dlaczego miałbym wam pomóc?
- Bo uratowaliśmy Ci życie? - zapytał Bobercik
- Żaden powód, mogliście pomyśleć trochę wcześniej - powiedział Groly
- Ale tupet... - powiedział Kris - Prawie jak mój!
- Groly? - zapytał Rayman, Saiyan się obrócił i spojrzał na mniejszego od siebie Raymana, po czym ten kontynuował - Szukasz siły?
- Tak, a co? - zapytał Groly
- Jeszcze niedawno byłem nikim, nie potrafiłem nic, żyłem na własnej planecie, bezsilny, chętny zemsty - powiedział Rayman - Teraz jednak tak nie jest, stałem się silniejszy, każdy z nas się stał
Rayman rozejrzał się wokół, patrząc przez chwilę na każdego z towarzyszy podróży, po czym znów zwrócił oczy na Grolyego.
- On ma racje - powiedział Bart - Całyczas stajemy się coraz silniejsi, nie wiemy dlaczego tak jest. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi, ale jak Ray teraz to powiedział... Ma racje
- Nawet ja to musze przyznać - powiedział Adrian - Kiedyś się tylko chwaliłem, a teraz potrafię
- Groly, chyba nie nadążasz - powiedział Bobercik - Oni chcą powiedzieć, że jeśli nam będziesz pomagał, to z pewnością staniesz się silniejszy
- Silniejszy? Przy was chyba tylko naucze się jak obierać ziemniaki - powiedział Groly
- Groly, widzisz tą dziewczynke? - zapytał Bart patrząc na Roksię
- Nie jestem ślepy, jeżeli o to chodzi - powiedział Groly
- Jeżeli chodzi o postępy, to ona w ciągu całej podróży stała się silniejsza ode mnie i od wszystkich tu obecnych, prócz ciebie - powiedział Bart - Prawie zamieniła się w SSJ
- Tak? - zapytał Bobercik - Nie wiedziałem, ale kiedy?
- To że byłem nieprzytomny, nie znaczy, że nie czułem jej gniewu - powiedział Bart - Nie tylko gniewu, jej mocy, tego co działo się wewnątrz jej. Tak jakbyśmy byli połączeni, czułem to co ona, z tą różnicą, że ja leżałem na ziemi i nie mogłem się ruszyć
Groly zaczął przyglądać się małej dziewczynce, która uśmiechnęła się w jego stronę. Ten nie przyzwyczajony do takiego zachowania zrobił groźną minę, jednak po chwili się rozluźnił.
- Ale jaką mam pewność, że będe silniejszy? - zapytał Groly
- Żadną - powiedział Bart - Ale na tym polega życie, na dokonywaniu wyborów
- A co jeśli odmówię? - zapytał Groly - I tak zdobęde siłę, z wami, czy bez was
- Ale jest coś o czym nie wiesz - wyrwał się Bobercik wierząc w to, że Super Saiyan jest naprawde potężny. Wcześniej miał szczerze mówiąc gdzieś to, co stanie się z tym Saiyanem, Grolym, ale teraz, chciał go mieś po swojej stronie
- Niby co? - zapytał Groly - Umiecie się zamieniać w SSJ?
- Nie, nie umiemy - powiedział Bobercik
- Niby skąd, wtedy wiedzielibyśmy co to jest - powiedział Kris
- Ja wiem to tylko dlatego, bo mieszkałem długie lata w mojej Saiyańskiej rodzinie, gdzie słyszałem wszystkie legendy po tysiąckroć - powiedział Bart
- Ale o czym chciałeś powiedzieć Bobercik? - zapytał Dyninio
- Gryly, do niedawna była tutaj osoba, która podjęła się tronowania nas - powiedział Bobercik
- I co z tego? - zapytał Groly - Nawet ja bym mógł się tego podjąc, ale nie warto
- Rozumiem - powiedział Bart patrząc na Bobercika i lekko przytakując w podzięce - To nie jest zwyczajna osoba, to Saiyan, który zna twojego brata
Groly obrócił się w stronę Barta i zaczął patrzeć na niego wnikliwiej, jakby chciał coś wyczytać z jego oczu.
- Mów dalej - powiedział najwyraźniej zaciekawiony Groly
- Ten Saiyan zna dosyć dobrze Brolyego, może nawet jest silniejszy od niego, z pewnością da ci recepte na to jak zostać silniejszym - powiedział Bart
- Heh, Daegurth, tak ma na imie tan Saiyan? - zapytał Groly
- Tak, skąd wiesz? - zapytał Bobercik, wszyscy inni byli zszokowani
- Poznałem go, gdy jeszcze utrzymywałem kontakt z bratem... Nie miłe wspomnienia - powiedział Groly
- Dobrze więc, nie moge cie zmuszać - powiedział Bart - Jeżeli chcesz to odejdź, poradzimy sobie bez ciebie
- Jaka strata... - powiedział Bobercik, przypominając sobie i ogarniając wszystko. Roksia prawie się zamieniła w to całe "SSJ", a już była taka potężna. Co jeśli by się zamieniła? Zżerała go ciekawość, a jednocześnie chciał obecności tego Saiyana obok... Czuł się, jakby to był jego brat. Patrząc na wszystko jeszcze raz, myśląc jeszcze raz o wszystkim doszedł do wniosku, że każdy Saiyan był dla niego bratem, mimo wszystko, czy był dobry, czy zły.
- Drzwi są tuż za tobą - powiedział Kris kładąc się na kanapie
Groly jednak stał patrząc się w podłoge. Lekko się trząsł, nikt jednak na niego nie patrzał, a przynajmniej nie zwracał na to uwagi.
- Naprawde trenował was Daegurth? - zapytał Groly
- Tak, ale ostatnio sprawy się pokomplikowały - powiedział Bart
- I co się stało? - zapytał ciekawy Groly
- W wersji skróconej - zawołał leżąc Kris - Ten potwór z którym walczyłeś, to on
Grolyemu szczęka opadła z wrażenia. Znał Daegurth'a, słabo, ale go znał, był jeszcze mały, gdy go spotkał i mimo, że byli w podobnym wieku, to zachowywał się dziwnie, jakoś inaczej... Nie miał jednak pojęcia, że to monstrum, to może być on.
- Daegurth... Dobrze, pomoge wam - powiedział Groly - Ale nie liczcie na nic więcej
- Cieszę się, a teraz poznaj paczkę - powiedział Bobercik
- Hebrid! - zawołał głośno Kris - Dodatkowe nakrycie na obiad!
- Wiedziałem! - zawołał głośno Hebrid z kuchni - Już przygotowałem obiad dla osoby więcej!
Po chwili Groly jadł obiad razem z innymi, nie zamieniając ani słowa. Smakowało mu, szczerze mówiąc nie jadał często Spaghetti z pulpetami w sosie pomidorowym. Dziwne danie, na początku miał problemy z jedzeniem go, jednak Roksia, siedząca obok Saiyana zaraz mu pokazała jak to się robi. Czuł się głupio, gdy taka dziewczynka go pouczała, wtedy by go pocieszyć Bobercik powiedział: "Ona jest najmądrzejsza z nas wszystkich - to słowa Daegurtha". Groly zdziwił się i zaczął przyglądać się dziecku z góry, będąc wyższym musiałby się postarać, by patrzeć z dołu. Słyszał kiedyś podobne słowa... "Groly jest mądrzejszy od nas"...
[center]***[/center]
Groly nieczęsto podchodził do brata. Bał się go, ale nie zmieniało to faktu, że chciał być taki jak on. Potężny, jedyny, Legendarny Super Saiyan... Było to marzenie małego Grolyego. Mimo, że matka bardziej kochała jego, to nie reagował na to i od małych lat szukał swojego miejsca u ojca, Paragasa. Ten jednak odrzucał go, nie uważał Grolyego, drugiego syna, za swoje dziecko. Ciągle zajmował się Brolym, starszym, o wiele starszym bratem. Pewnego dnia jednak Broly zabił swojego ojca, matki nie zabił, nikt nie wiedział dlaczego. Groly opłakiwał śmierć ojca i to, że too one nie może być Legendarnym Super Saiyanem, jego matka wprost odwrotnie - dziękowała szczęściu, że nie miała drugiego takiego syna.
Pewnego dnia, w wieku lat dwunastu Groly poszedł do brata, który nie zawsze był zły. Mimo wszystko czasem pożartował, ale to była naprawde rzadkość. Broly wyglądał w oczach młodszego brata za silniejszego po tym, jak jego ojciec umarł. Teraz patrzał na gwiazdy robiąc na przemian normalną minę i strasznie złą minę. Groly spostrzegł, że jest coś nie tak.
- Kakarotto... - powiedział sicho Broly, jednak jego brat usłyszał dziwne imie saiyańskie
- Kakarotto? - zapytał Groly podchodząc do brata
Broly spojrzał na młodszego brata, tak jakby z obrzydzeniem, po chwili obrócił się całym ciałem i podszedł bliżej.
- Nie twój interes - powiedział Broly
- Ty się nigdy nie zmienisz... - powiedział ktoś zza Brolyego
Legendarny Super Saiyan obrócił się i zobaczył przed sobą osobe w czarno-brązowym płaszczu z dużym kapturem zasłaniającym całkowicie twarz nieznajomego. Broly jednak wiedział kto to jest, spotkał go kilka razy wcześniej.
- Kiedy? - zapytał Broly
- Już wkrótce - odpowiedziała nieznajoma Grolyemu osoba patrząc Brolyemu w oczy - Doczekasz się
- Już nie mogę! - powiedział Broly - KAKAROTTO!!!
Mocna pięść nieznajomego znalazła się przy brzuchu Brolyego, a potem następna. Ten ledwo się zgiął, ale jednak uspokoił się.
- Wytrzymaj, jeszcze trochę, najdłużej kilkanaście dni - powiedziała zakapturzona postać
- Broly, kto to jest? - zapytał mały Groly
- Nie twój... - nie zdążył dokończyć Broly
- Mam swój język - powiedziała nieznana Grolyemu osoba - Hmmm, więc masz... Dwanaście lat, na wymiarowe to mniej więcej tyle co ja
Groly się naprawde zdziwił, nieznajomy stojący przed nim był o połowę wyższy od niego, a podobno był w jego wieku. Saiyan myślał, że jest duży, jak na swój wiek, jednak dowiedział się, że osoba w jego wieku jest wyższa... I dwoma uderzeniami mogła zatrzymać chęć Brolyego do walki. Niesamowite
- Nie gadaj z nim, jest słaby i głupi - powiedział Broly
- Może i jest słaby, ale jest mądrzejszy od nas wszystkich - powiedziała osoba w płaszczu
Groly się zdziwił i u śmiechnął na sercu. Pierwsza pochwała, nigdy nie słyszał żadnej pochwały od osób innych od jego matki. Naprawde się ucieszył, że ktoś go dostrzegł, nareszcie.
- Groly, nazywam się Daegurth - powiedział nieznajomy schylając się i zciągając jednocześnie kaptur z głowy
Groly spojrzał na jego twarz, ale najpierw w oczy rzuciły mu się te rudo-czerwone włosy. Potem zobaczył te oczy i straszny wyraz twarzy. Przestraszył się i zamarł w bezruchu, mając szeroko otwarte oczy. Z pewnością nie wyglądał na dwanaście lat, wyglądał na co najmniej osiemnaście. Daegurth otworzył usta mówiąc kolejne słowa, a brat Brolyego zobaczył jego ostre kły. Groly był przerażony, sam nie wiedział dlaczego, ale nie mógł się ruszyć, chociaż bardzo chciał. Nagle poczuł, jakby coś ugryzło go w lewą noge. Poruszył się - odzyskał władność. Zobaczył w nodze lekko wbity nóż... Nie, to był sztylet, cały czarny, o dziwnym kształcie, trzymany przez Daegurtha.
- Przepraszam, wiem, że na pierwszy raz mogę wystraszyć - powiedział Daegurth - Ale da się przyzwyczaić. Staram się tego pozbyć, ale mam problemy z kontrolowaniem tego.
- Co tutaj robisz? - zapytał ciekawy Groly
- Chce zobaczyć jedną walkę, jeden jedyny raz, Kakarotto kontra Broly... - powiedział Daegurth patrząc na Brolyego - Walka całkiem gdzie indziej, gdzie nie ma ograniczeń, żadnych...
- Ale jak? - zapytał Groly
- Ehhh, nie zrozumiesz, ale Ci powiem - Daegurth zaczął wyjaśniać co zamierza - Otworze wir wymiarowy załamując czas w tym miejscu, wtedy przejście stanie się stabilne na parę sekund, nie jestem pewien gdzie będzie wyjście, ale na pewno będzie to pusty wymiar, o to się postaram, bo puste wymiary nauczyłem się znajdować. Wtedy tylko wrzuce tam Brolyego, a jego rywal tam na niego będzie czekał, on tam jest, czeka na wyzwania. Pusty wymiar, a on tam jest... Dziwne, ale musiał tego bardzo chcieć i to za setki lat, bo gdy raz trafiłem w przyszłość, to wszystko było inaczej...
- Faktycznie nie rozumiem - powiedział Groly
- Heh, będziesz miał czas na trening - powiedział Daegurth - Będziesz jeszcze potężny
- Daegurth, zawiodłem się na tobie, robić chłopakowi nadzieję... - powiedział Broly
- Znikniesz na jakiś czas, gdy wrócisz on może być starszy od ciebie - powiedział Daegurth - Może być potężniejszy od ciebie... Ale raczej zostawie umiejętne ślady, byś wrócił za kilka lat
- Broly, gdzieś idziesz? - zapytał Groly
- Zamknij się - powiedział Broly - I lepiej, żebyś był wystarczająco silny jak wrócę
- Nie odzywaj się tak do niego, albo nie spotkasz się nigdy z Kakarottem - powiedział Daegurth
Broly się wkurzył i chciał uderzyć Daegurth'a, ten jednak ustawił dziwnie obie ręce, miał je złączone, ale kilka palców inaczej się układało, jak pięści. Mając taki znak stał i patrzał się jak Broly jest przyciągany do podłoża, po chwili leżał
- Tak niczego nie wskórasz, może nie jestem w stanie Cie pokonać, ale unieruchomić moge - powiedział Daegurth
- Puść mnie śmieciu! - zawołał Broly
- Nie trzymam cie bystrzaku - powiedział spokojnie Daegurth
Groly cicho zachichotał zasłaniając usta.
- Groly, zabiorę stąd twojego brata - powiedział Daegurth - Jest naprawde wkurzony, mógłby Ci coś zrobić, przypadkiem lub nie. I pamiętaj, przestań się przejmować, jesteś silniejszy od wszystkich, nie musisz tego udowadniać.
Daegurth dotknął prawą ręką Brolyego, wciąż nie ruszając lewą, trzymając ją w dziwnym znaku. Nagle szybko przyłożył lewą ręke do głowy. Broly zaczął się podnosić i... Nagle obaj, Broly i Daegurth rozpłynęli się w powietrzu, zniknęli na dobre. Groly długo machał rękami w miejscach, w których byli, jednak było tam tylko powietrze.
Dwa lata później
Groly był już nieco starszy i mimo, że miał czterynaście lat, to był bardzo silny. Stanął w miejscu, gdzie zwykle trenował i zaczął trening, najintensywniejszy jak dotąd. Dawał z siebie wszystko, uderzał wciąż w powietrze, coraz szybciej i szybciej. Podskoczył i zawisł w powietrzu, szybko latał we wszystkie strony, jakby odbijał się od powietrza. Zużywał naprawde dużo energii. W pewnym momencie zatrzymał się i rozłożył ręce na boki. W obu rękach pojawiły się momentalnie dwie kule, dwie duże białe kule, wokó których latały niebieskawe i złotawe piorunki. Następnie Groly wyprostował ręce, a kule złoczyły się. "Groly Flash!" zakrzyczał ze wszystkich sił Saiyan, a z jego rąk wyleciała ogromna fala, szeroka jak nigdy. Miała ponad pięć metrów średnicy i leciała wysoko w stronę nieba. Wtedy Saiyan zawołał "Groly MAX POWER!". Wokół niego pojawiła się ogromna aura koloru biało-niebieskiego. Nagle fala wypływająca z jego rąk poszerzyłą się o metr w średnicy, a aura wciąż była prawie tak wielka, jak przed chwilą. We wszystkich kierunkach wyleciała kolejna fala, inna od tej wylatującej z rąk. Była to jakby fala dźwiękowa, jednak wywołała eksplozje wszędzie wokół Grolyego. Minęło parę minut zanim zniknął jasny blask po wybuchu, zanim opadł kurz i dym zasłaniający wszystko. Saiyan leżał w samym środku ogromnego krateru, nie miał siły. Podniósł się powoli, cały drżał, nie z bólu, nie ze strachu, nie z braku sił - z nerwów. Lekko ugiął nogi w kolanach i ręce w łokciach, po czym zaczął krzyczeć: "HAAAAAA!!!!!". W kraterze pojawiło się niemalże tornado, ogromny słup powietrza otaczał Grolyego, którego włosy powiewały we wszystkie strony na tym wietrze.
- Broly! - zakrzyczał brat Legendarnego Super Saiyana ile miał sił - Jestem od ciebie silniejszy! Nie będe ci tego udowadniać! Wszyscy się odwalcie! Mam was gdzieś! AAAAAAAAAAAA!
Nagle pojawiły się trzy tornada wokół Grolyego, każde walczyło ze sobą, jakby każde chciało połknąć, zabrać Saiyana w swoje objęcia. Nad wszystkimi trąbami wietrznymi pojawiły się czarne chmury, których tornada nie mogły znieść. Z chmur zaczęły wylatywać łądunki elektryczne, ogromne błyskawice, które podpalały drzewa i domy w pobliskim mieście, a raczej ich szczątki, gdyż jedno tornado wyleciało z obiegu i wpadło w miasto kompletnie je rujnując. Groly wyprostował się krzycząc jeszcze głośniej, wtedy ogromna fala wyleciała we wszystkie strony, powiększając krater kilkakrotnie, niszcząc tornada i niwelując ciemne chmury nad Saiyanem. Groly miał zamknięte oczy, blask światła jeszcze nie znikł, dopiero po jakimś czasie bardzo jasne światło rozpłynęło się we wszystkie kierunki, znikając. Groly otworzył oczy, stał bez trudu, wogóle nie zmęczony, otworzył oczy i spojrzał na swoje ręce. Zobaczył wokół nich złotą aurę, spjrzał na swoje, jak mniemał, białe włosy do ramion - jednak wcale nie były one białe, a złoto-żółte i do tego podniosły się nieco. Wokół Saiyana była jasna aura, wbijająca się w ziemię na której stał.
- Czy ja... Zmieniłem się w Super Saiyana? - zapytał sam siebie Groly
Był zdziwiony, nigdy nie dysponował taką mocą, przetestował ją, wystarczył raz, jeden cichy krzyk, który wywołał falę, powodującą wgłębienie środka krateru. Super Saiyan nie wierzył w to co zrobił, osiągnął to stadium w tak młodym wieku, podobno jego brat zamienił się dopiero, gdy miał szesnaście lat. Zatem był o wiele lepszy od niego, nareszcie to udowodnił, bardzo się cieszył z tego powodu. Uspokoił się i przymknął oczy. Aura znikła, a włosy opadły odzyskując kolor białawy.
Groly uświadomił sobie, że zrobił dokładnie to, o czym mówił Daegurth kilka lat temu, tak jakby wiedział o wszystkim, jakby znał przyszłość... A może ją znał?
[center]***[/center]
Groly przestał wspominać te czasy, wiedział, że jeżeli to Daegurth dał mu taką moc, to może mu pomóc stać się jeszcze silniejszym. Do tego dowiedział się, że Bart to brat Daegurth'a... To było dla niego ciekawe, chciał go lepiej poznać, nie miał na to jednak siły, musiał się przespać. Hebrid przydzielił mu łóżko, na którym się położył.
Kris się zastanawiał nad jedną rzeczą: "Jak to może być, że Daegurth znał wszystkich?". Nie mógł odpowiedzieć sobie na to pytanie, chociaż chciałby. Było tyle rzeczy, których o nim nie wiedział... Teraz przejmował się czymś innym, jak się dostać na tą całą przełęcz... Wpadł na nowy pomysł - poszukał hasła "zero absolutne" w notesie elektronicznym i znalazł więcej, niż jeden wynik. Oprócz przełęczy między światami żywych, a martwych była jeszcze jedna opcja - "Shiva"...
[center]***[/center]
W międzyczasie w dziwnej mrocznej komnacie z kobietą zakapturzoną przy oknie pojawiła się osoba, wychodząc z cienia.
- Oni nie są sami - odezwał się dziecięcy głos osoby, która wyszła z cienia
- Poradzisz sobie? - zapytała kobieta odwracając się - Jeśli nie, to powiedz, nie jesteś wszechmocna
- Raczej nie, w nim było coś dziwnego... - odezwała się dziecinnym, dziewczęcym głosem osoba, która niedawno wyszła z cienia
- Wierze, nie przyszłabyś z niczym - powiedziała kobieta ściągając kaptur, pod którym kryła się twarz pięknej kobiety o fiołkowych oczach i długich, zawiniętych w kok, blond włosach - Musimy zabrać Rauko, tylko on może sobie poradzić z naprawde mocnym przeciwnikiem
- Tak Pani - powiedziała dziewczyna w płaszczu - Tylko nie wiemy gdzie on jest
- Już kazuje po niego posłać - Powiedziała "Pani", po czym nagle ruszyło się coś za kilkoma filarami. Były to słudzy tej kobiety, którzy zniknęli, natychmiast, w poszukiwaniu kogoś zwanego Rauko
I jak, podoba się? Mam nadzieję, że tak ^^
Rozdział XXXXIII - Otherworld
Daegurth wciąż przeobrażał się, zmieniał swój wygląd. Pancerz na jego ciele ciemniał, twardniał i rósł. Monstrum miało już dość krzyków z bólu, stało spokojnie dając się dowolnie przeobrażać. Miało zamknięte oczy, jego ogromne łapy zaciskały się w ogromne pięści, a pazury bestii wbijały się w jej własne ręce. Ten ból jednak uspokajał ją, osłabiał ból, jaki czuła z całego ciała. Zawiał mocny wiatr, który potwór ledwo poczuł. Otworzył paszczę i powoli wypuścił stare, zużyte powietrze, a zaraz nabrał nowego powietrza w płuca. Starał się oddychać powoli, spokojnie, minimalizując ból, ale nie tylko. Wiedział dziwnym trafem, że coś jest nie tak, bał się. Czego? Tego co stało tuż za nim.
- Wcale nie łatwo cie złapać, zoomie - słychać było głos zza bestii - Ale już nie uciekniesz
Potwór obrócił się i zobaczył chłopaka w białych włosach do ramion, a nawet troche dłuższych. Miał na sobie czerwono-bordowy płaszcz z paskiem, bez kaptura. Uśmiechał się patrząc na monstrum stojące przed nim jeszcze przez chwilę, dopiero zaraz zniknął z jego twarzy uśmiech, a twarz nabrała lekkiej powagi.
- Boisz się? - zapytał chłopak patrząc bestii w oczy - To dobrze, bo nie powinieneś zabierać jego ciała, kimkolwiek jesteś, zaraz będziesz tego żałować
Monstrum wypięło głowę do przodu, w stronę chłopaka i bardzo głośno ryknęło. Z jego ust wyleciał strumień powietrza, który zderzając się z ziemią kompletnie ją zmiótł. Chłopak jednak wisiał w powietrzu, zaraz po tym, jak podłoże zostało mu zmiecione spod nóg. Lekki wiatr powiewał rzucając białymi włosami i płaszczem chłopaka, który zamknął tuż przed chwilą oczy. Bestia przyglądała mu się ze zdziwieniem.
- Jednak się boisz - powiedział chłopak otwierając oczy - Nie wiem tylko, dlaczego nie możesz dać mu spokoju! Niestety nie mogę się przyglądać co robisz w jego ciele, dlatego zrobię, co tylko mogę aby cie zgładzić...
[center]***[/center]
Bobercik zastanawiał się nad wszystkim, co działo się ostatnio. Jego życie całkowicie się zmieniło, tak jak kiedyś rozumiał i potrafił uzasadnić to co robi, tak teraz nie potrafił odpowiedzieć na najprostrze pytanie: Kim jest?. Coś kazało mu wyjść z domu, po cichu, jakby ciekawość ciągła go za sobą używając długiej, niewidocznej smyczy, czasem ciągnąc mocniej, czasem lżej, dając więcej miejsca lub kompletnie pozbawiając ruchu. Saiyan szedł powoli patrząc pod nogi. Jego ręce znajdowały się w kieszeniach spodni. Miał lekko przymknięte oczy, które szukały czegoś innego, ciekawego, na czym mogłyby odetchnąć, a Bobercikowi dać zatrzymać wzrok na miłym widoku. Nic takiego nie mogłyby znaleźć, gdyby nie inny zmysł - słuch. Bobercik usłyszał dosyć głośne komendy, krzyki i śmiech. Podniósł głowę i spojrzał na bok. Stał przed siatką z metalu, którą przeskoczył, aby podejść bliżej do dzieci, które ujrzał. Grały w piłke nożną - bardzo prostą, ale pasjonującą grę, gdzie trzeba umieścić okrągły przedmiot nazywany "piłką" w bramce przeciwnika. Saiyan widział boisko, na którym dzieciaki młodsze od niego grały. Nie było ogromne, ale nie należało też do najmniejszych. Spostrzegł, że drużyny nie są równe, jedna miała zawodnika mniej, dlatego zaraz gdy podszedł usłyszał propozycje: "Chcesz zagrać?". Nie odmówił i wszedł na boisko, trochę szybszym krokiem, wciąż nie wyciągając rąk z kieszeni. Stanął na lewym skrzydle, czyli był wysunięty do przodu na boisku, z lewej strony, wcześniej zakładając koszulkę, którą dostał od chłopaków grających na boisku. Jak tam stanął, tak stał, czekając aż coś się stanie. Widział, jak przeciwnicy byli w posiadaniu piłki i biegli w stronę bramki, przed którą stał bramkarz ich drużyny - czyli najważniejsza osoba w drużynie broniąca przed wpadaniem piłki do bramki, czyli przed zdobywaniem punktów dla drużyny przeciwnej. Jednak długo zawodnik przeciwnika nie miał piłki, zaraz widząc, że dobiega do niego dwóch graczy drużyny przeciwnej podał do wybiegającego obok kolegi, który bez problemu przyjął piłkę i biegł dalej. Zawodnik z piłką był blisko pola karnego, Bobercik z daleka przyglądał się całej grze. Widział, jak obrońcy, czyli specjalnie wyznaczeni zawodnicy do odbierania piłki przeciwnikom i obronie przed wpadnięciem piłki do bramki, pobiegli w stronę przeciwnika, który miał piłkę. Ten jednak sprytnie i zwinnie podrzucił piłkę szybko przebiegając obok jednego obrońcy, a następnie podał towarzyszowi, kopiąc piłkę między nogi obrońcy. Piłka potoczyła się prosto pod nogi gotowego do strzału napastnika drużyny przeciwnej. Gracz szybko ruszył nogą wprawiając piłkę w ruch. Okrągła kula powietrza otoczona gumową powłoką i skórzaną osłoną leciała teraz z dużą prędkością w stronę bramki. Jednak bramkarz skoczył wybijając piłkę pięściami. Bobercik powolnym krokiem zaczął cofać się na połowę boiska, gdzie znajdowała się bramka jego drużyny. Wciąż nie wyciągał rąk z kieszeni, jakby gra wciąż go nudziła, czekał widocznie, aż piłka zbliży się do niego, albo on do piłki. Nagle zobaczył jak prosto w jego strone leci piłka, którą podał tutaj jeden z zawodników należących do jego drużyny. Bobercik przyjął piłke w powietrzu zatrzymując ją na prawej nodze, a następnie zaczął ją podbijać piłkę do góry prawą nogą, wciąż trzymając ręce w kieszeni. Wszyscy się przyglądali, jak Bobercik w pełnym skupieniu, bez słowa i problemów, utrzymywał piłkę w powietrzu. Podbiegł do niego jeden z zawodników drużyny przeciwnej. Słyszał głośne: "Podaj piłkę!" od graczy ze swojej drużyny, jednak jakby tego nie słyszał, albo nie chciał słyszeć. Gracz z drużyny przeciwnej szybko przebiegł obok Bobercika, machnąwszy uprzednio nogą w stronę piłki. Nawet jej jednak nie dotknął, gdyż Saiyan szybkim ruchem podbił ją wtedy trochę wyżej, po czym wrócił do swojego podbijania w miejscu. Zawodnik drużyny przeciwnej podszedł pod Bobercika i patrzeli sobie w oczy. Saiyan nie patrzał na piłkę, tylko ją po prostu podbijał. Gracz chciał wykorzystać tą sytuacje, podszedł powoli i próbował kopnąć piłką - ani razu nie trafił! Za każdym razem, gdy miał już wybić piłkę, to ta znikała i pojawiała się obok, tak jak noga Bobercika.
- Jak to robisz!?! - zapytał gracz w białej koszulce i biało-czarnych spodenkach
- Trening czyni mistrza - powiedział Bobercik - A teraz test, sprawdze czy jestem coś wart
Saiyan podbił piłkę do góry, uderzając ją tak, że się podkręciła lecąc w górę. Piłka powoli wracała kręcąc się wokół obrotem prawostronnym, gdy Bobercik wyskoczył w górę na około dwa i pół metra. Okrągła kula była w zasięgu jego nogi, Bobercik wziął zamach i zacisnął zęby. "Czemu życie musi takie być!?!" - zastanawiał się w myślach, gdy nagle z całą siłą uderzył piłkę. Jego noga zbliżając się do piłki przebijała się przez powietrze tworząc wiatr. Gdy zderzyła się z piłką, to ta wbiła się w nią lekko, tracąc swoje podkręcenie. Piłka niespodziewanie odbiła się od nogi nabierając podkręcenia w wiele stron i niesamowitej prędkości. Lecąc wyglądała jakby miała się zaraz zapalić, w ciągu sekundy znalazła się przy bramce przeciwnika. Wtedy to bramkarz drużyny przeciwnej instynktownie skoczył w górę wystawiając ręce odrobinę do przodu, blisko siebie i luźno, aby móc zniwelować impet piłki, która się zbliżała. Nawet się nie zorientował, gdy piłka znalazła się w jego rękach i przysunęła je do jego żołądka. Bramkarz upadł na ziemię, trzymając piłkę w rękach, a ta wirowała z dużą prędkością - wydawało się, że nie zwalniała, a wprost odwrotnie, przyspieszała! Nagle pojawił się dym wokół piłki, a bramkarz puścił ją. Ta odbijając się od poprzeczki i lekko wyginając ją wleciała do bramki - ale to nie był koniec jej wędrówki. Przebiłą się przez siatkę i wbiła się w ziemię, gdzie dopiero się zatrzymała kilka metrów pod jej powierzchnią. Bramkarz natychmiast zrzucił rękawiczki, które miał na rękach. Płonęły żywym ogniem. Jego ręce były poparzone, całe wręcz dłonie były zarumienione, gdzie niegdzie poprzecinane, ale krew nie płynęła po rękach, gdyż rana od razu pod wpływem krwi i ciepła zaczynała krzepnąć.
Wszyscy patrzyli, jak piła wpadała do bramki, a teraz patrzyli na Bobercika, który po zrobieniu salta w powietrzu spadł na ziemię i lekko przyklęknął. Podniósł się powoli i zobaczył zdziwionego gracza drużyny przeciwnej przed sobą.
- Co... Co to było!?! - zapytał gracz wreszcie przełamując ciszę
- Strzał, jak każdy inny - powiedział spokojnie Bobercik - Lata treningu robią swoje
- Pierwszy raz widzę coś takiego! Nauczysz mnie... Nas wszystkich tego? - zapytał poważnie gracz
- Nie, to nie dla was - odpowiedział Bobercik - Nie nauczylibyście się tego przed trzydziestką
Wszyscy zawodnicy podbiegli bliżej Saiyana, nawet bramkarz, który miał niemiłe spotkanie z piłką podbiegł do niesamowitego zawodnika. Wszyscy naraz pytali o coś Bobercika, który nie mógł nic z tego zgiełku zrozumieć, słowo wrywało się w słowo, jeden zawodnik przekrzykiwał drugiego. Wreszcie ktoś zawołał: "Cisza!", po czym wyszedł z szeregu zawodników bliżej Bobercika.
- Mówmy pojedynczo, bo nic z tego nie będzie - powiedział gracz, po czym obrócił się do Bobercika - Czy ty grałeś kiedyś w jakimś klubie?
- Nie, a co? - zapytał Bobercik
- Bo możemy Cie przyjąć, prawda chłopcy? - zapytał gracz i zobaczył jak wszyscy chętnie kiwają głowami na tak, mówiąc o tym i na głos
- Nie mogę, mam teraz inne zmartwienia - powiedział Bobercik - Ale dziękuję za grę, uspokoiła mnie. Niestety muszę już stąd iść, żegnam.
Saiyan się obrócił i ruszył. Oddalał się od bojska metr za metrem, jednak żadem z zawodników nie śmiał iść za nim, a tym bardziej przeszkodzić mu. Byli wciąż zdziwieni jego strzałem. Wreszcie któryś z nich rzucił hasełko: "A jak teraz wyciągniemy piłke?". Szczerze mówiąc mieli problem...
[center]***[/center]
Na pewnej nizinie, a teraz w ogromnym kraterze, znajdowała się bestia - Daegurth, który przeobraził się w monstrum. Uklękał na jedno kolano, a na przeciw niego klęczał opuszczony z sił chłopak o włosach białych do ramion. Zarówno potwór, jak i chłopak, ciężko sapali. Ich siły były na wyczerpaniu. Wtedy to zza drzewa wyszedł kolejny potwór, jednak całkiem innej postury - Sesshomaru. Początkowo się przyglądał niedowierzając - ogromne monstrum które stało przed nim, wiedział kim było zanim się zamieniło, ale nie sądził, że teraz będzie tak wyglądać. Monstrum, które miał przed sobą, było naprawde straszne i przerażające. Sesshomaru postanowił zabić je teraz, póki ma okazje, bestia była prawie bez sił. Wyciągnął swój miecz z pochwy i stanął w lekkim rozkroku. Machnął mieczem w stronę ogromnego monstrum, a z ostrza wyleciał ogromny, jakby elektryczny, smok, który z ogromną prędkością zbliżał się do swego celu, przebijając się przez powietrze, rycząc głośno po smoczemu. Wreszcie smok zetknął się z ogromną bestią, przekształconym Daegurthem, popychając go lekko, jednak odbił się od jej pancerza i rozpłynął się. Bestia obróciła głowę w stronę sprawcy tego wygłupy, jak i zrobił chłopak, który nie znał stojącej nieopodal drzewa, na zewnątrz krateru, postaci. Monstrum rzuciło się w stronę Sesshomaru, który ledwo mógł zobaczyć swoimi demońskimi oczyma ruch ogromnego przeciwnika. Odskoczył przed zabójczym machnięciem łapy potwora, po czym został uderzony ogonem bestii. Po tym uderzeniu Sesshomaru przebił się przez kilka drzew, powoli się zatrzymując, zwalniając i zwalniając. Był bezsilny, nie miał szans z bestią, która teraz zmierzała w jego stronę. Wtedy to zobaczył jak jakiś inny potwór, o czarnym pancerzu, z czarnymi skrzydłami rodem zabranymi nietoperzowi, z przekrwionymi oczyma i ogromnymi szponami na rękach i nogach, znalazł się obok przekształconego Daegurth'a uderzając go mocno szponami. Ogromny przekształcony Daegurth przy małym potworze wyglądał na kolosa, jednak uderzenie tego mniejszego wywołało ogromny wpływ na monstrualnej bestii, która odleciałą kilkadziesiąt metrów do tyłu po uderzeniu. Mniejszy potwór był pokryty swoją krwią, która lała się po jego pancerzu, który zaczynał przez nią lśnić. Nagle zawołał "Szpony krwi!" swoim demońskim głosem, a jego szpony na rękach zaczęły świecić się na czerwono. Z całego jego ciałą krew zlatywała się do szponów, po czym demon machnął nimi w stronę wciąż odlatującego w tył ogromego potwora. Ze świecących szponów wyleciało wiele fal koloru czerwonego, które z ogromną szybkością zbliżały się do celu, a po chwili porozcinały mu zbroję z łatwością. Część też wbiła się głębiej. Monstrum zawyło z całych sił.
Sesshomaru wiedział, że nie może tu zostać. Musiał uciekać, wziął nogi za pas i szybkim biegiem ruszył spowrotem do lasu, który dawał mu częściową ochronę...
[center]***[/center]
Kris czytał coraz więcej z notesu. Teraz przeglądał informacje na temat jakiejś "Shivy". Brzmiały one tak: "Shiva jest to jeden z esperów/aeonów/GF-ów/Summonów. Jest panią lodu, który jest jej żywiołem. Potrafi wytworzyć temperature zera absolutnego, jednak nieczęsto to robi, czasem wystarczy tylko -200 stopni Celsiusa. Ma niebieską skórę i nie lubi ciepła. Ma zimny dotyk i oczy, które jednak są pełne tajemniczości. Gdy jest w pobliżu czuć dziwny chłód przeszywający całe ciało. Jej serce jest zimne jak lód, jednak sprawiedliwość Shivy jest ogromna, przez co nie jest wymagana uczuciowość. Powiada się, że powstała przez uwięzienie duszy dziewicy w krysztale lodu, między zaświatami, a światem żywych, jednak nigdy nikt nie dowiódł, że to prawda. Potrafi odczuć strach i mimo tego, że ma zimne serce, potrafi kochać, o tym jednak nikt nie wie, bo nie spojrzał wgłąb jej umysłu - zanim zdążył był już zamrożony. Shiva potrafi też stworzyć potężne nawałnice śniegu, jak i przed nimi bronić. Tworzy świetne duety z innymi przyzywanymi stworami. Można ją znaleźć w Kryształowej Komnacie w okolicach Arktyki, gdzie jest jej świątynia
<Aby uzyskać więcej informacji należy wprowadzić hasło summonera - inne osoby niż summonerzy mogą zostać narażone na okaleczenie lub śmierć.>[Hasło: ____________]". Kris niestety nie znał hasła, nie mógł nic więcej wyczytać o tej całej Shivie. Nawet nie było załączonego obrazka, sam nie wiedział dlaczego, może nie lubiała pozować do zdjęć? W każdym razie nie było to dla niego ważne, chciał jak najwcześniej odszukać jej świątyni i prosić o pomoc w naprawie miecza.
[center]***[/center]
Bart siedział u siebie w pokoju. Miał lekko uchylone okno, przez które oprócz świerzego powierza dostawało się trochę zimna. Siedział na swoim łóżku myśląc. "Jak moge mu pomóc?" - pomyślał Bart - "Zawsze kiedy Daegurth potrzebuje pomocy, to jestem bezsilny, a w drugą strone... Pomaga mi, kiedy tylko może, czyli prawie zawsze...". Saiyan był na granicy załamania, wiedział, że jego brat bezpowrotnie ginie, pod postacią bestii, która chce go pożreć od środka... Tak przynajmniej uważał, że bestia, w którą się zamienił po prostu przejęła nad nim kontrole, nic więcej, można ją wciąż wrócić. Wiedział na pewno jedno - to nie był Drake, smok, który mieszkał wewnątrz Daegurtha, tamten wyglądał inaczej i przynajmniej coś mówił, a ten... Nic.
Nagle Bart przypomniał sobie coś. "(...)pamiętaj, że możesz wrócić tutaj kiedy tylko zechcesz! - powiedział Tevion - Tym razem dam Ci zwój, byś mógł sam wykonywać oddzielenie ciała od umysłu, jak go zgubisz, to nie będzie zbyt miło... (...)". W oczach Saiyana pojawił się ogień, żywy ogień, iskierka nadziei. Ma wreszcie szanse zmienić rzeczywistość, tym razem to on może pomóc, a nie szukać pomocy. Bez wachania podbiegł do szuflady, z której wyciągnął zwój. Rozwinął go szybko i zobaczył litery. Szczerze mówiąc nic z nich nie rozumiał, wyglądały całkiem inaczej, niż obecnie używane. A już był tak blisko celu... Może ten cały Tevion by mógł pomóc jego bratu? Bart usiadł na łóżku, wciąż trzymając zwój w ręce i patrząc na znaczki, których wogóle nie rozumiał...
[center]***[/center]
Bobercik powoli wracał do domu, myśląc o tym, jak mocno kopnął piłkę na boisku. "Może powinienem zająć się piłką nożną zawodowo?" - pomyślał - "Mógłbym nieźle się przy tym zabawić, być gwiazdą, zarobić na całe życie... Może, kiedyś". Na twarzy przed chwilą jeszcze smutnego Bobercika pojawił się mały uśmiech. Saiyan przyspieszył kroku, szedł nieco szybciej w stronę domu, pełen dumy z tego jaką klasę pokazał przed chwileczką na boisku. Taki strzał... Sam nie wiedział, jak to zrobił, był to czysty odruch, a strzał mimo tego był taki szybki i bezwzglądny... Prawie znockoutował bramkarza!
Bobercik mijał sklep z rybami, za którym była większa polanka i wejście do lasu. Obrócił głowę patrząc daleko w las i zobaczył ruszającą się sylwetke. Po chwili dojrzał dokładnie - był to Sesshomaru. Biegł gdzieś, spieszył się bardzo, było to widać. Jednak co chwilę kuśtykał, zupełnie jakby mu się coś stało. Bobercik schylił się, wziął z ziemi kamienia i rzucił w stronę Sesshomaru. Ten dostał kamienim w głowę i na chwilę upadł, szybko jednak się podniósł i obejrzał w stronę Bobercika. Podbiegł nieco bliżej, wtedy Bobercik zobaczył, że Sesshomaru krwawi. Na jego zwyczajnie białym ubraniu widzniała plama, jej mocno czerwony kolor przyciągał wzrok, jak światełko w tunelu przyciągało oślepionych ciemnościami ludzi. Saiyan patrzał jak demon zbliżał się w jego stronę, jednak zatrzymał się kilka metrów przed nim. Sapał, zmęczył się nie tylko bieganiem, ale stracił dużo krwi.
- Dobrze, że tu jesteś, mam szanse by uciec z tego wymiaru - powiedział Sesshomaru
- Jesteś już martwy, nie wiesz tego? - zapytał Bobercik
- Jak cie zabije, to staniesz się moją częścią, wtedy będe mógł otworzyć na chwilę przejście między wymiarami - powiedział Sesshomaru - Ale najpierw muszę zabić twoją siostre
- Dlaczego musisz to robić? - zapytał Bobercik - Nie mógłbyś zostawić nas w spokoju?
- Nie, bo inaczej nie uciekne z tego wymiaru - powiedział Sesshomaru - A jeżeli tak dalej pójdzie, to za niedługo go nie będzie
- Jak to "nie będzie"!?! - zdziwił się Bobercik
- Daegurth zniszczy ten wymiar, nikt go nie powstrzyma - powiedział Sesshomaru - Nigdy wcześniej się nie zamienił w demona, nie wiem jak mógł, przecież nie płynie w nim demońska krew
- A może mieć na to wpływ smocza krew? - zapytał Bobercik wiedząc, że wewnątrz Daegurtha uwięziony jest smok, potężny czerwony smok
- Nie, to nie może mieć znaczenia, on był czystym Youkai, demonem - powiedział z przekonaniem Sesshomaru - Musiał być naprawde okrutny, chcieć zemsty, być potwornie złym, aby tak się stało
- Ale on nie był zły - powiedział Bobercik
- I tu jest problem, to też wiem - powiedział Sesshomaru - Możemy razem postarać się go zgładzić
- Jak to razem? Chcesz mnie zaciągnąć do niego i uciec, żeby mnie zabił - powiedział Bobercik
- Nie bądź głupi, nie moge na to pozwolić, bo sam zgine - powiedział Sesshomaru
- Wbijesz mi nóż w plecy i tyle - powiedział Bobercik
- Nie mam noża, tylko miecz, którym mogłem cie dawno zabić - powiedział Sesshomaru - Mogę cie zabić odkąd rzuciłeś mnie kamieniem, nie zrobiłem tego, bo chce jego śmierci, bardziej niż wszystkiego innego
- Dlaczego akurat jego? - zapytał Bobercik - Przecież możesz uciec z tego wymiaru i już go nie spotkać
- Moge, ale mam okazje go zabić, za wszystko co mi zrobił, dostanie za swoje - powiedział Sesshomaru - Więc, idziesz?
- Dobrze, pójdę - powiedział Bobercik - Ale jeden fałszywy ruch i po tobie
Sesshomaru obrócił się i zaczął biec w stronę lasu. To samo zrobił Bobercik. Biegli tuż obok siebie, w stronę ogromnego monstrum, którego nawet jeszcze nie widzieli. Jednak czuli jego obecność, jakby było tuż obok.
[center]***[/center]
Bart patrzał wciąż w zwój. Tracił już nadzieję na cokolwiek, nabrał powietrza i szybko je wypuścił. Zamknął oczy i przypomniał sobie jakie wrażenie wywołał, gdy pokazał się w zamku, wtedy, jak był półprzezroczysty. Otworzył oczy i dziwny tekst zaczął się ruszać! Układał się w literki, potem słowa, zdania, w końcu Bart był w stanie w pełni go przeczytać. "Udo trans no andere wordo" - przeczytał na głos Bart. Poczuł dziwne uczucie w całym ciele i nagle wyleciał nad nie. Patrzał się na siebie ze zwojem w ręku, a sam odlatywał, wyżej i wyżej. Przeleciał przez sufit i zaczął przyspieszać, coraz szybciej i szybciej. Gdy opuszczał atmosfere ziemską z ogromną prędkością, to nagle wpadł w jakiś wir i "płynął" przez niego. Ten zmieniał swoje kolory, objętość i kształt. Saiyan zobaczył jak zbliża się do jasnego światła i nagle znalazł się w jakiejś sali, nie miał pojęcia co to za miejsce. Stał na jakimś oktogramie, ośmiokątnym znaku narysowanym na ziemi. Rozejrzał się wokół, w komnacie w której się znajdował było chłodno. Przez okna nie wpadało światło, wprost odwrotnie, było blokowane. Całe światło w pomieszczeniu pochodziło od dwóch płonących niebieskim ogniem pochodni. Pod ścianą stała jakaś półka z książkami, a obok niej krzesło i stolik, na którym leżała zapalona świeca. Wokół oktogramu latały małe kulki wyglądające zupełnie jak małe komety. Bart zrobił krok do przodu i wszystkie małe komety ruszyły się w jego stronę. Ten się zatrzymał, nie wiedząc co się dzieje. Zrobił jednak po chwili jeszcze jeden krok i wtedy dwie kulki uderzyły go, wbijając do samego środka oktogramu. Bart przewrócił się, leżał teraz wewnątrz znaku namalowanego na ziemi - sam nie wiedział czym. Na każdym wierzchołku była mała kulka płonąca niebieskim ogniem, wcześniej nie zobaczył ani jednej, teraz jednak leżąc na ziemi musiałby być ślepy, by ich nie widzieć. Wstał i lekko wytarł ubranie ręką z kurzu, po czym się rozejrzał. Sala miała wyjątkowo złą akustyke - każdy, nawet najmniejszy dźwięk się odbijał tworząc mocne i głośne echo. Z sufitu wisiał był świcznik, nie zapalony, najwidoczniej był tam tylko dla ozdoby. Saiyan wpadł na pomysł - "A może by tak stąd wyskoczyć?". Podskoczył więc do góry i... Kulka uderzyła go zrzucając na ziemię. Bart zawrzeszczał z bólu, gdy walnął twarzą w twardy kamień, z którego zrobiona była podłoga, jak i reszta pomieszczenia w którym się znajdował. Saiyan był zmęczony i kompletnie bezradny, usiadł więc na podłodze i sam nawet nie wiedział kiedy zasnął...
[center]***[/center]
Za drzewem stała jakaś postać, nastoletni chłopak w wieku kilkunastu lat. Nie wiedział co się tu dzieje, ale coś jakby zmusiło go żeby tutaj przyszedł. Najpierw usłyszał jakby gwizd w głowie, a potem przyszedł tutaj, dosyć szybko, zostawiając rodziców w domu, nie mówiąc im o niczym. Wyjrzał zza drzewa, które zasłaniało mu widok i jednocześnie ukrywało go. Najpierw zza drzewa wyłoniły się długie, czarne włosy młodzieńca, dopiero później jego bardziej łagodna twarz o jasno zielonych oczach. Od razu gdy wyjrzał zza przeszkody to zdziwił się niezmiernie, nie oczekiwałby, że zobaczyłby coś takiego. Tuż przed nim, dosłownie kilkanaście metrów dalej, był ogromny potwór, na przeciw którego stał jakiś białowłosy chłopak, którego pokrywała masa krwi, jego krwi. Jednak monstrum też nie było nieokaleczone, wręcz przeciwnie, czerwona maź spływała po pancerzu potwora na ziemię, zostawiając plamy krwi na podłożu - dnie wielkiego kratera, który wypełniał się powoli krwią słabnącej bestii. Chłopak wypadł zza drzewa, przewrócił się z wrażenia. Nigdy nie widział czegoś takiego. Niedawno wprowadził się do tego miasta, wraz z mamą i tatą, który dostał tutaj pracę. Mianowicie - był naukowcem w tutejszym instytucie badawczym.
Monstrum zawyło, a wokół niego zaczęło krążyć powietrze, szybciej i szybciej, aż wreszcie uwolniło się od właściciela, stwórcy, i rozleciało się we wszystkie strony. Białowłosy chłopak w płaszczu, pełen krwi na ciele, przysłonił twarz ręką. Z chłopakiem stojącym za drzewem było nieco gorzej, wiatr rzucił nim mocno i ten wylądował na drzewie, po czym zawył z bólu. Bestia to usłyszała i obróciła się w stronę mdlejącego chłopaka. Ten podniósł głowę i otworzył z trudem oczy. Widział jak bestia skoczyła w jego stronę i stracił przytomność...
[center]***[/center]
Bobercik i Sesshomaru zbliżali się do celu. Ten pierwszy całyczas obserwował Sesshomaru, myśląc, że coś knuje. Miał racje i zarazem się mylił, gdyż Sesshomaru naprawde potrzebował pomocy Bobercika i nie chciał go jeszcze zabić, jeszcze. Przyświecał mu teraz jeden cel - zniszczyć Daegurtha, obiekt przyczyn jego wiecznych porażek, a teraz miał ku temu okazję.
Biegnęli jak tylko szybko mogli, nie przeszkadzało to jednak Bobercikowi wciąż czychać, czy coś mu nie grozi. Saiyan, Bobercik, zobaczył dużą chmurę dymu w oddali. "To tam" - pomyślał. Nie mylił się, napewno powstała przez wybuchy kul ki - w końcu zmierzali w jej kierunku. Czuł się dziwnie, jakby słyszał że ktoś... Coś się oddala, jednak wiedział, że ich cel wciąż został w tym samym miejscu.
Jednak nie tylko Bobercik co chwilke zerkał na Sesshomaru. Ten też co jakiś czas patrzał na swojego odpowiednika w tym wymiarze. Wiedział, że był silny, może nawet silniejszy od niego. Przez chwilę czuł strach, ale zaraz przeszło mu to uczucie. Spojrzał daleko w przód i pomyślał - "Pierwszy raz w życiu współpracuje z moim odpowiednikiem... To jakieś dziwne, ale... Ciekawe i... Zabawne".
[center]***[/center]
Groly otworzył oczy, powoli. Rozciągając się na łóżku wydał z siebie jęk - z rozkoszy. Dawno nie spał na wygodnym łóżku, a to które miał pod sobą było miękkie i elastyczne - czyli w sam raz dla niego. Saiyan jednym zgrabnym ruchem obrócił się i siedział już na łóżku, gotów do wstania. Podniósł się i pościelał łóżko na którym miał przyjemność spać, po czym wyszedł z pokoju. Musiał przejść krótkim korytarzem zanim doszedł do salonu, w którym siedział Adrian na kanapie jedząc pizzę. Usłyszał jak do salonu ktoś wchodzi i obrócił się, po czym zaproponował Grolyemu "Chcesz troche?". Ten nie odmówił. Z chęcią spróbował dziwnej potrawy, która bardzo mu posmakowała. Razem jedli pizze, nie odzywając się początkowo ni słowem. Po chwili Groly zaczął.
- Ty jesteś Adrian, tak? - zapytał Groly nie będąc pewien czy zapamiętał imie towarzysza
- Nom - powiedział Adrian - O co chodzi?
- Wyczuwam, że jesteś silny - powiedział Groly - I jeszcze ukrywasz swoją moc, sprytnie, pokazywać tylko około 3% swojej mocy
- Heh, zawodostwo - powiedział Adrian, po czym zaczął się zastanawiać. "3% mocy? Czy on mówi prawde? Ukrywam swoją moc, a sam o tym nie wiem?"
- Może pokażesz mi co potrafisz? - zapytał Groly - Sparring na zewnątrz, zaraz?
- Z chęcią - powiedział Adrian - Ale teraz jem pizze
- Ale ja z chęcią z tobą zawalczę - powiedział wchodząc do salonu Dyninio - Chodźby i teraz, ale nie tutaj, nie chce rozwalić Hebridowi chaty, w końcu nas tak rozpieszcza...
- A skąd taki pomysł, że chce walczyć akurat z tobą? - zapytał Groly uśmiechając się - Pytałem Adriana, więc czemu się wtrącasz?
- Chodź, to ci pokaże - powiedział Dyninio
Groly i Dyninio opuścili dom Hebrida, zresztą jak Adrian, który zabrał tylko z domu pizze w ręke i wyszedł na zewnątrz.
[center]***[/center]
Roksia jako jedyna ciężko trenowała w momencie, gdy każdy miał inne sprawy na głowie. Nawet nikt nie wiedział jakie robi postępy, dziewczynka potrafiła już bardzo wiele, nikomu o tym nie mówiła. Chciała być poprostu silna dla siebie, gdyby kiedyś tego potrzebowała.
W tym samym czasie Rayman też trenował, ale inaczej niż Roksia. Był to mniej wymagający trening, trening koncentracji energii. Tylko te dwie osoby trenowały w tym momencie, reszta bohaterów miała kompletnie inne zajęcia.
[center]***[/center]
Nastolatek o długich, czarnych włosach jeszcze nie otworzył oczu, ale czuł pod sobą coś ciepłego, a jednocześnie powiew zimnego powietrza. Ostatnie co pamiętał, to to, że zobaczył strasznego potwora. A może to sen? Młodzieniec otworzył powoli oczy i zobaczył, że ziemia pod nim się rusza. Ktoś go niósł, zobaczył jego zakrwawione ubranie, a po chwili, i obrocie głowy, włosy - białe włosy do ramion.
- Co... Co się stało? - zapytał czarnowłosy chłopak myśląc, że to wszystko, to tylko sen
- Później, a teraz śpij - powiedział chłopak o białych włosach do ramion niosący nastolatka na ramieniu. Jednym ruchem ręki uderzył go w kark, a ten znów zemdlał - Powiem ci później
"A byłem tak blisko..." - pomyślał chłopak o białych włosach - "Co do ciebie zaś, masz szczęście, że tam byłem. Będziesz mi musiał później wyjaśnić, co tam robiłeś, sam...".
Chłopak w czerwonej szacie biegł gdzieś, w nieznane nikomu miejsce, kryjówke, gdzie mieszkał. Niósł nieznanego mu, ale z pewnością młodszego, nastolatka. Mijały kolejne sekundy i minuty, przebyta odległość rosła...
Prosze, skomentujcie, wam nie zaszkodzi, a motywacji może dać wiele ^^ Podobał się odcinek?
Daegurth wciąż przeobrażał się, zmieniał swój wygląd. Pancerz na jego ciele ciemniał, twardniał i rósł. Monstrum miało już dość krzyków z bólu, stało spokojnie dając się dowolnie przeobrażać. Miało zamknięte oczy, jego ogromne łapy zaciskały się w ogromne pięści, a pazury bestii wbijały się w jej własne ręce. Ten ból jednak uspokajał ją, osłabiał ból, jaki czuła z całego ciała. Zawiał mocny wiatr, który potwór ledwo poczuł. Otworzył paszczę i powoli wypuścił stare, zużyte powietrze, a zaraz nabrał nowego powietrza w płuca. Starał się oddychać powoli, spokojnie, minimalizując ból, ale nie tylko. Wiedział dziwnym trafem, że coś jest nie tak, bał się. Czego? Tego co stało tuż za nim.
- Wcale nie łatwo cie złapać, zoomie - słychać było głos zza bestii - Ale już nie uciekniesz
Potwór obrócił się i zobaczył chłopaka w białych włosach do ramion, a nawet troche dłuższych. Miał na sobie czerwono-bordowy płaszcz z paskiem, bez kaptura. Uśmiechał się patrząc na monstrum stojące przed nim jeszcze przez chwilę, dopiero zaraz zniknął z jego twarzy uśmiech, a twarz nabrała lekkiej powagi.
- Boisz się? - zapytał chłopak patrząc bestii w oczy - To dobrze, bo nie powinieneś zabierać jego ciała, kimkolwiek jesteś, zaraz będziesz tego żałować
Monstrum wypięło głowę do przodu, w stronę chłopaka i bardzo głośno ryknęło. Z jego ust wyleciał strumień powietrza, który zderzając się z ziemią kompletnie ją zmiótł. Chłopak jednak wisiał w powietrzu, zaraz po tym, jak podłoże zostało mu zmiecione spod nóg. Lekki wiatr powiewał rzucając białymi włosami i płaszczem chłopaka, który zamknął tuż przed chwilą oczy. Bestia przyglądała mu się ze zdziwieniem.
- Jednak się boisz - powiedział chłopak otwierając oczy - Nie wiem tylko, dlaczego nie możesz dać mu spokoju! Niestety nie mogę się przyglądać co robisz w jego ciele, dlatego zrobię, co tylko mogę aby cie zgładzić...
[center]***[/center]
Bobercik zastanawiał się nad wszystkim, co działo się ostatnio. Jego życie całkowicie się zmieniło, tak jak kiedyś rozumiał i potrafił uzasadnić to co robi, tak teraz nie potrafił odpowiedzieć na najprostrze pytanie: Kim jest?. Coś kazało mu wyjść z domu, po cichu, jakby ciekawość ciągła go za sobą używając długiej, niewidocznej smyczy, czasem ciągnąc mocniej, czasem lżej, dając więcej miejsca lub kompletnie pozbawiając ruchu. Saiyan szedł powoli patrząc pod nogi. Jego ręce znajdowały się w kieszeniach spodni. Miał lekko przymknięte oczy, które szukały czegoś innego, ciekawego, na czym mogłyby odetchnąć, a Bobercikowi dać zatrzymać wzrok na miłym widoku. Nic takiego nie mogłyby znaleźć, gdyby nie inny zmysł - słuch. Bobercik usłyszał dosyć głośne komendy, krzyki i śmiech. Podniósł głowę i spojrzał na bok. Stał przed siatką z metalu, którą przeskoczył, aby podejść bliżej do dzieci, które ujrzał. Grały w piłke nożną - bardzo prostą, ale pasjonującą grę, gdzie trzeba umieścić okrągły przedmiot nazywany "piłką" w bramce przeciwnika. Saiyan widział boisko, na którym dzieciaki młodsze od niego grały. Nie było ogromne, ale nie należało też do najmniejszych. Spostrzegł, że drużyny nie są równe, jedna miała zawodnika mniej, dlatego zaraz gdy podszedł usłyszał propozycje: "Chcesz zagrać?". Nie odmówił i wszedł na boisko, trochę szybszym krokiem, wciąż nie wyciągając rąk z kieszeni. Stanął na lewym skrzydle, czyli był wysunięty do przodu na boisku, z lewej strony, wcześniej zakładając koszulkę, którą dostał od chłopaków grających na boisku. Jak tam stanął, tak stał, czekając aż coś się stanie. Widział, jak przeciwnicy byli w posiadaniu piłki i biegli w stronę bramki, przed którą stał bramkarz ich drużyny - czyli najważniejsza osoba w drużynie broniąca przed wpadaniem piłki do bramki, czyli przed zdobywaniem punktów dla drużyny przeciwnej. Jednak długo zawodnik przeciwnika nie miał piłki, zaraz widząc, że dobiega do niego dwóch graczy drużyny przeciwnej podał do wybiegającego obok kolegi, który bez problemu przyjął piłkę i biegł dalej. Zawodnik z piłką był blisko pola karnego, Bobercik z daleka przyglądał się całej grze. Widział, jak obrońcy, czyli specjalnie wyznaczeni zawodnicy do odbierania piłki przeciwnikom i obronie przed wpadnięciem piłki do bramki, pobiegli w stronę przeciwnika, który miał piłkę. Ten jednak sprytnie i zwinnie podrzucił piłkę szybko przebiegając obok jednego obrońcy, a następnie podał towarzyszowi, kopiąc piłkę między nogi obrońcy. Piłka potoczyła się prosto pod nogi gotowego do strzału napastnika drużyny przeciwnej. Gracz szybko ruszył nogą wprawiając piłkę w ruch. Okrągła kula powietrza otoczona gumową powłoką i skórzaną osłoną leciała teraz z dużą prędkością w stronę bramki. Jednak bramkarz skoczył wybijając piłkę pięściami. Bobercik powolnym krokiem zaczął cofać się na połowę boiska, gdzie znajdowała się bramka jego drużyny. Wciąż nie wyciągał rąk z kieszeni, jakby gra wciąż go nudziła, czekał widocznie, aż piłka zbliży się do niego, albo on do piłki. Nagle zobaczył jak prosto w jego strone leci piłka, którą podał tutaj jeden z zawodników należących do jego drużyny. Bobercik przyjął piłke w powietrzu zatrzymując ją na prawej nodze, a następnie zaczął ją podbijać piłkę do góry prawą nogą, wciąż trzymając ręce w kieszeni. Wszyscy się przyglądali, jak Bobercik w pełnym skupieniu, bez słowa i problemów, utrzymywał piłkę w powietrzu. Podbiegł do niego jeden z zawodników drużyny przeciwnej. Słyszał głośne: "Podaj piłkę!" od graczy ze swojej drużyny, jednak jakby tego nie słyszał, albo nie chciał słyszeć. Gracz z drużyny przeciwnej szybko przebiegł obok Bobercika, machnąwszy uprzednio nogą w stronę piłki. Nawet jej jednak nie dotknął, gdyż Saiyan szybkim ruchem podbił ją wtedy trochę wyżej, po czym wrócił do swojego podbijania w miejscu. Zawodnik drużyny przeciwnej podszedł pod Bobercika i patrzeli sobie w oczy. Saiyan nie patrzał na piłkę, tylko ją po prostu podbijał. Gracz chciał wykorzystać tą sytuacje, podszedł powoli i próbował kopnąć piłką - ani razu nie trafił! Za każdym razem, gdy miał już wybić piłkę, to ta znikała i pojawiała się obok, tak jak noga Bobercika.
- Jak to robisz!?! - zapytał gracz w białej koszulce i biało-czarnych spodenkach
- Trening czyni mistrza - powiedział Bobercik - A teraz test, sprawdze czy jestem coś wart
Saiyan podbił piłkę do góry, uderzając ją tak, że się podkręciła lecąc w górę. Piłka powoli wracała kręcąc się wokół obrotem prawostronnym, gdy Bobercik wyskoczył w górę na około dwa i pół metra. Okrągła kula była w zasięgu jego nogi, Bobercik wziął zamach i zacisnął zęby. "Czemu życie musi takie być!?!" - zastanawiał się w myślach, gdy nagle z całą siłą uderzył piłkę. Jego noga zbliżając się do piłki przebijała się przez powietrze tworząc wiatr. Gdy zderzyła się z piłką, to ta wbiła się w nią lekko, tracąc swoje podkręcenie. Piłka niespodziewanie odbiła się od nogi nabierając podkręcenia w wiele stron i niesamowitej prędkości. Lecąc wyglądała jakby miała się zaraz zapalić, w ciągu sekundy znalazła się przy bramce przeciwnika. Wtedy to bramkarz drużyny przeciwnej instynktownie skoczył w górę wystawiając ręce odrobinę do przodu, blisko siebie i luźno, aby móc zniwelować impet piłki, która się zbliżała. Nawet się nie zorientował, gdy piłka znalazła się w jego rękach i przysunęła je do jego żołądka. Bramkarz upadł na ziemię, trzymając piłkę w rękach, a ta wirowała z dużą prędkością - wydawało się, że nie zwalniała, a wprost odwrotnie, przyspieszała! Nagle pojawił się dym wokół piłki, a bramkarz puścił ją. Ta odbijając się od poprzeczki i lekko wyginając ją wleciała do bramki - ale to nie był koniec jej wędrówki. Przebiłą się przez siatkę i wbiła się w ziemię, gdzie dopiero się zatrzymała kilka metrów pod jej powierzchnią. Bramkarz natychmiast zrzucił rękawiczki, które miał na rękach. Płonęły żywym ogniem. Jego ręce były poparzone, całe wręcz dłonie były zarumienione, gdzie niegdzie poprzecinane, ale krew nie płynęła po rękach, gdyż rana od razu pod wpływem krwi i ciepła zaczynała krzepnąć.
Wszyscy patrzyli, jak piła wpadała do bramki, a teraz patrzyli na Bobercika, który po zrobieniu salta w powietrzu spadł na ziemię i lekko przyklęknął. Podniósł się powoli i zobaczył zdziwionego gracza drużyny przeciwnej przed sobą.
- Co... Co to było!?! - zapytał gracz wreszcie przełamując ciszę
- Strzał, jak każdy inny - powiedział spokojnie Bobercik - Lata treningu robią swoje
- Pierwszy raz widzę coś takiego! Nauczysz mnie... Nas wszystkich tego? - zapytał poważnie gracz
- Nie, to nie dla was - odpowiedział Bobercik - Nie nauczylibyście się tego przed trzydziestką
Wszyscy zawodnicy podbiegli bliżej Saiyana, nawet bramkarz, który miał niemiłe spotkanie z piłką podbiegł do niesamowitego zawodnika. Wszyscy naraz pytali o coś Bobercika, który nie mógł nic z tego zgiełku zrozumieć, słowo wrywało się w słowo, jeden zawodnik przekrzykiwał drugiego. Wreszcie ktoś zawołał: "Cisza!", po czym wyszedł z szeregu zawodników bliżej Bobercika.
- Mówmy pojedynczo, bo nic z tego nie będzie - powiedział gracz, po czym obrócił się do Bobercika - Czy ty grałeś kiedyś w jakimś klubie?
- Nie, a co? - zapytał Bobercik
- Bo możemy Cie przyjąć, prawda chłopcy? - zapytał gracz i zobaczył jak wszyscy chętnie kiwają głowami na tak, mówiąc o tym i na głos
- Nie mogę, mam teraz inne zmartwienia - powiedział Bobercik - Ale dziękuję za grę, uspokoiła mnie. Niestety muszę już stąd iść, żegnam.
Saiyan się obrócił i ruszył. Oddalał się od bojska metr za metrem, jednak żadem z zawodników nie śmiał iść za nim, a tym bardziej przeszkodzić mu. Byli wciąż zdziwieni jego strzałem. Wreszcie któryś z nich rzucił hasełko: "A jak teraz wyciągniemy piłke?". Szczerze mówiąc mieli problem...
[center]***[/center]
Na pewnej nizinie, a teraz w ogromnym kraterze, znajdowała się bestia - Daegurth, który przeobraził się w monstrum. Uklękał na jedno kolano, a na przeciw niego klęczał opuszczony z sił chłopak o włosach białych do ramion. Zarówno potwór, jak i chłopak, ciężko sapali. Ich siły były na wyczerpaniu. Wtedy to zza drzewa wyszedł kolejny potwór, jednak całkiem innej postury - Sesshomaru. Początkowo się przyglądał niedowierzając - ogromne monstrum które stało przed nim, wiedział kim było zanim się zamieniło, ale nie sądził, że teraz będzie tak wyglądać. Monstrum, które miał przed sobą, było naprawde straszne i przerażające. Sesshomaru postanowił zabić je teraz, póki ma okazje, bestia była prawie bez sił. Wyciągnął swój miecz z pochwy i stanął w lekkim rozkroku. Machnął mieczem w stronę ogromnego monstrum, a z ostrza wyleciał ogromny, jakby elektryczny, smok, który z ogromną prędkością zbliżał się do swego celu, przebijając się przez powietrze, rycząc głośno po smoczemu. Wreszcie smok zetknął się z ogromną bestią, przekształconym Daegurthem, popychając go lekko, jednak odbił się od jej pancerza i rozpłynął się. Bestia obróciła głowę w stronę sprawcy tego wygłupy, jak i zrobił chłopak, który nie znał stojącej nieopodal drzewa, na zewnątrz krateru, postaci. Monstrum rzuciło się w stronę Sesshomaru, który ledwo mógł zobaczyć swoimi demońskimi oczyma ruch ogromnego przeciwnika. Odskoczył przed zabójczym machnięciem łapy potwora, po czym został uderzony ogonem bestii. Po tym uderzeniu Sesshomaru przebił się przez kilka drzew, powoli się zatrzymując, zwalniając i zwalniając. Był bezsilny, nie miał szans z bestią, która teraz zmierzała w jego stronę. Wtedy to zobaczył jak jakiś inny potwór, o czarnym pancerzu, z czarnymi skrzydłami rodem zabranymi nietoperzowi, z przekrwionymi oczyma i ogromnymi szponami na rękach i nogach, znalazł się obok przekształconego Daegurth'a uderzając go mocno szponami. Ogromny przekształcony Daegurth przy małym potworze wyglądał na kolosa, jednak uderzenie tego mniejszego wywołało ogromny wpływ na monstrualnej bestii, która odleciałą kilkadziesiąt metrów do tyłu po uderzeniu. Mniejszy potwór był pokryty swoją krwią, która lała się po jego pancerzu, który zaczynał przez nią lśnić. Nagle zawołał "Szpony krwi!" swoim demońskim głosem, a jego szpony na rękach zaczęły świecić się na czerwono. Z całego jego ciałą krew zlatywała się do szponów, po czym demon machnął nimi w stronę wciąż odlatującego w tył ogromego potwora. Ze świecących szponów wyleciało wiele fal koloru czerwonego, które z ogromną szybkością zbliżały się do celu, a po chwili porozcinały mu zbroję z łatwością. Część też wbiła się głębiej. Monstrum zawyło z całych sił.
Sesshomaru wiedział, że nie może tu zostać. Musiał uciekać, wziął nogi za pas i szybkim biegiem ruszył spowrotem do lasu, który dawał mu częściową ochronę...
[center]***[/center]
Kris czytał coraz więcej z notesu. Teraz przeglądał informacje na temat jakiejś "Shivy". Brzmiały one tak: "Shiva jest to jeden z esperów/aeonów/GF-ów/Summonów. Jest panią lodu, który jest jej żywiołem. Potrafi wytworzyć temperature zera absolutnego, jednak nieczęsto to robi, czasem wystarczy tylko -200 stopni Celsiusa. Ma niebieską skórę i nie lubi ciepła. Ma zimny dotyk i oczy, które jednak są pełne tajemniczości. Gdy jest w pobliżu czuć dziwny chłód przeszywający całe ciało. Jej serce jest zimne jak lód, jednak sprawiedliwość Shivy jest ogromna, przez co nie jest wymagana uczuciowość. Powiada się, że powstała przez uwięzienie duszy dziewicy w krysztale lodu, między zaświatami, a światem żywych, jednak nigdy nikt nie dowiódł, że to prawda. Potrafi odczuć strach i mimo tego, że ma zimne serce, potrafi kochać, o tym jednak nikt nie wie, bo nie spojrzał wgłąb jej umysłu - zanim zdążył był już zamrożony. Shiva potrafi też stworzyć potężne nawałnice śniegu, jak i przed nimi bronić. Tworzy świetne duety z innymi przyzywanymi stworami. Można ją znaleźć w Kryształowej Komnacie w okolicach Arktyki, gdzie jest jej świątynia
<Aby uzyskać więcej informacji należy wprowadzić hasło summonera - inne osoby niż summonerzy mogą zostać narażone na okaleczenie lub śmierć.>[Hasło: ____________]". Kris niestety nie znał hasła, nie mógł nic więcej wyczytać o tej całej Shivie. Nawet nie było załączonego obrazka, sam nie wiedział dlaczego, może nie lubiała pozować do zdjęć? W każdym razie nie było to dla niego ważne, chciał jak najwcześniej odszukać jej świątyni i prosić o pomoc w naprawie miecza.
[center]***[/center]
Bart siedział u siebie w pokoju. Miał lekko uchylone okno, przez które oprócz świerzego powierza dostawało się trochę zimna. Siedział na swoim łóżku myśląc. "Jak moge mu pomóc?" - pomyślał Bart - "Zawsze kiedy Daegurth potrzebuje pomocy, to jestem bezsilny, a w drugą strone... Pomaga mi, kiedy tylko może, czyli prawie zawsze...". Saiyan był na granicy załamania, wiedział, że jego brat bezpowrotnie ginie, pod postacią bestii, która chce go pożreć od środka... Tak przynajmniej uważał, że bestia, w którą się zamienił po prostu przejęła nad nim kontrole, nic więcej, można ją wciąż wrócić. Wiedział na pewno jedno - to nie był Drake, smok, który mieszkał wewnątrz Daegurtha, tamten wyglądał inaczej i przynajmniej coś mówił, a ten... Nic.
Nagle Bart przypomniał sobie coś. "(...)pamiętaj, że możesz wrócić tutaj kiedy tylko zechcesz! - powiedział Tevion - Tym razem dam Ci zwój, byś mógł sam wykonywać oddzielenie ciała od umysłu, jak go zgubisz, to nie będzie zbyt miło... (...)". W oczach Saiyana pojawił się ogień, żywy ogień, iskierka nadziei. Ma wreszcie szanse zmienić rzeczywistość, tym razem to on może pomóc, a nie szukać pomocy. Bez wachania podbiegł do szuflady, z której wyciągnął zwój. Rozwinął go szybko i zobaczył litery. Szczerze mówiąc nic z nich nie rozumiał, wyglądały całkiem inaczej, niż obecnie używane. A już był tak blisko celu... Może ten cały Tevion by mógł pomóc jego bratu? Bart usiadł na łóżku, wciąż trzymając zwój w ręce i patrząc na znaczki, których wogóle nie rozumiał...
[center]***[/center]
Bobercik powoli wracał do domu, myśląc o tym, jak mocno kopnął piłkę na boisku. "Może powinienem zająć się piłką nożną zawodowo?" - pomyślał - "Mógłbym nieźle się przy tym zabawić, być gwiazdą, zarobić na całe życie... Może, kiedyś". Na twarzy przed chwilą jeszcze smutnego Bobercika pojawił się mały uśmiech. Saiyan przyspieszył kroku, szedł nieco szybciej w stronę domu, pełen dumy z tego jaką klasę pokazał przed chwileczką na boisku. Taki strzał... Sam nie wiedział, jak to zrobił, był to czysty odruch, a strzał mimo tego był taki szybki i bezwzglądny... Prawie znockoutował bramkarza!
Bobercik mijał sklep z rybami, za którym była większa polanka i wejście do lasu. Obrócił głowę patrząc daleko w las i zobaczył ruszającą się sylwetke. Po chwili dojrzał dokładnie - był to Sesshomaru. Biegł gdzieś, spieszył się bardzo, było to widać. Jednak co chwilę kuśtykał, zupełnie jakby mu się coś stało. Bobercik schylił się, wziął z ziemi kamienia i rzucił w stronę Sesshomaru. Ten dostał kamienim w głowę i na chwilę upadł, szybko jednak się podniósł i obejrzał w stronę Bobercika. Podbiegł nieco bliżej, wtedy Bobercik zobaczył, że Sesshomaru krwawi. Na jego zwyczajnie białym ubraniu widzniała plama, jej mocno czerwony kolor przyciągał wzrok, jak światełko w tunelu przyciągało oślepionych ciemnościami ludzi. Saiyan patrzał jak demon zbliżał się w jego stronę, jednak zatrzymał się kilka metrów przed nim. Sapał, zmęczył się nie tylko bieganiem, ale stracił dużo krwi.
- Dobrze, że tu jesteś, mam szanse by uciec z tego wymiaru - powiedział Sesshomaru
- Jesteś już martwy, nie wiesz tego? - zapytał Bobercik
- Jak cie zabije, to staniesz się moją częścią, wtedy będe mógł otworzyć na chwilę przejście między wymiarami - powiedział Sesshomaru - Ale najpierw muszę zabić twoją siostre
- Dlaczego musisz to robić? - zapytał Bobercik - Nie mógłbyś zostawić nas w spokoju?
- Nie, bo inaczej nie uciekne z tego wymiaru - powiedział Sesshomaru - A jeżeli tak dalej pójdzie, to za niedługo go nie będzie
- Jak to "nie będzie"!?! - zdziwił się Bobercik
- Daegurth zniszczy ten wymiar, nikt go nie powstrzyma - powiedział Sesshomaru - Nigdy wcześniej się nie zamienił w demona, nie wiem jak mógł, przecież nie płynie w nim demońska krew
- A może mieć na to wpływ smocza krew? - zapytał Bobercik wiedząc, że wewnątrz Daegurtha uwięziony jest smok, potężny czerwony smok
- Nie, to nie może mieć znaczenia, on był czystym Youkai, demonem - powiedział z przekonaniem Sesshomaru - Musiał być naprawde okrutny, chcieć zemsty, być potwornie złym, aby tak się stało
- Ale on nie był zły - powiedział Bobercik
- I tu jest problem, to też wiem - powiedział Sesshomaru - Możemy razem postarać się go zgładzić
- Jak to razem? Chcesz mnie zaciągnąć do niego i uciec, żeby mnie zabił - powiedział Bobercik
- Nie bądź głupi, nie moge na to pozwolić, bo sam zgine - powiedział Sesshomaru
- Wbijesz mi nóż w plecy i tyle - powiedział Bobercik
- Nie mam noża, tylko miecz, którym mogłem cie dawno zabić - powiedział Sesshomaru - Mogę cie zabić odkąd rzuciłeś mnie kamieniem, nie zrobiłem tego, bo chce jego śmierci, bardziej niż wszystkiego innego
- Dlaczego akurat jego? - zapytał Bobercik - Przecież możesz uciec z tego wymiaru i już go nie spotkać
- Moge, ale mam okazje go zabić, za wszystko co mi zrobił, dostanie za swoje - powiedział Sesshomaru - Więc, idziesz?
- Dobrze, pójdę - powiedział Bobercik - Ale jeden fałszywy ruch i po tobie
Sesshomaru obrócił się i zaczął biec w stronę lasu. To samo zrobił Bobercik. Biegli tuż obok siebie, w stronę ogromnego monstrum, którego nawet jeszcze nie widzieli. Jednak czuli jego obecność, jakby było tuż obok.
[center]***[/center]
Bart patrzał wciąż w zwój. Tracił już nadzieję na cokolwiek, nabrał powietrza i szybko je wypuścił. Zamknął oczy i przypomniał sobie jakie wrażenie wywołał, gdy pokazał się w zamku, wtedy, jak był półprzezroczysty. Otworzył oczy i dziwny tekst zaczął się ruszać! Układał się w literki, potem słowa, zdania, w końcu Bart był w stanie w pełni go przeczytać. "Udo trans no andere wordo" - przeczytał na głos Bart. Poczuł dziwne uczucie w całym ciele i nagle wyleciał nad nie. Patrzał się na siebie ze zwojem w ręku, a sam odlatywał, wyżej i wyżej. Przeleciał przez sufit i zaczął przyspieszać, coraz szybciej i szybciej. Gdy opuszczał atmosfere ziemską z ogromną prędkością, to nagle wpadł w jakiś wir i "płynął" przez niego. Ten zmieniał swoje kolory, objętość i kształt. Saiyan zobaczył jak zbliża się do jasnego światła i nagle znalazł się w jakiejś sali, nie miał pojęcia co to za miejsce. Stał na jakimś oktogramie, ośmiokątnym znaku narysowanym na ziemi. Rozejrzał się wokół, w komnacie w której się znajdował było chłodno. Przez okna nie wpadało światło, wprost odwrotnie, było blokowane. Całe światło w pomieszczeniu pochodziło od dwóch płonących niebieskim ogniem pochodni. Pod ścianą stała jakaś półka z książkami, a obok niej krzesło i stolik, na którym leżała zapalona świeca. Wokół oktogramu latały małe kulki wyglądające zupełnie jak małe komety. Bart zrobił krok do przodu i wszystkie małe komety ruszyły się w jego stronę. Ten się zatrzymał, nie wiedząc co się dzieje. Zrobił jednak po chwili jeszcze jeden krok i wtedy dwie kulki uderzyły go, wbijając do samego środka oktogramu. Bart przewrócił się, leżał teraz wewnątrz znaku namalowanego na ziemi - sam nie wiedział czym. Na każdym wierzchołku była mała kulka płonąca niebieskim ogniem, wcześniej nie zobaczył ani jednej, teraz jednak leżąc na ziemi musiałby być ślepy, by ich nie widzieć. Wstał i lekko wytarł ubranie ręką z kurzu, po czym się rozejrzał. Sala miała wyjątkowo złą akustyke - każdy, nawet najmniejszy dźwięk się odbijał tworząc mocne i głośne echo. Z sufitu wisiał był świcznik, nie zapalony, najwidoczniej był tam tylko dla ozdoby. Saiyan wpadł na pomysł - "A może by tak stąd wyskoczyć?". Podskoczył więc do góry i... Kulka uderzyła go zrzucając na ziemię. Bart zawrzeszczał z bólu, gdy walnął twarzą w twardy kamień, z którego zrobiona była podłoga, jak i reszta pomieszczenia w którym się znajdował. Saiyan był zmęczony i kompletnie bezradny, usiadł więc na podłodze i sam nawet nie wiedział kiedy zasnął...
[center]***[/center]
Za drzewem stała jakaś postać, nastoletni chłopak w wieku kilkunastu lat. Nie wiedział co się tu dzieje, ale coś jakby zmusiło go żeby tutaj przyszedł. Najpierw usłyszał jakby gwizd w głowie, a potem przyszedł tutaj, dosyć szybko, zostawiając rodziców w domu, nie mówiąc im o niczym. Wyjrzał zza drzewa, które zasłaniało mu widok i jednocześnie ukrywało go. Najpierw zza drzewa wyłoniły się długie, czarne włosy młodzieńca, dopiero później jego bardziej łagodna twarz o jasno zielonych oczach. Od razu gdy wyjrzał zza przeszkody to zdziwił się niezmiernie, nie oczekiwałby, że zobaczyłby coś takiego. Tuż przed nim, dosłownie kilkanaście metrów dalej, był ogromny potwór, na przeciw którego stał jakiś białowłosy chłopak, którego pokrywała masa krwi, jego krwi. Jednak monstrum też nie było nieokaleczone, wręcz przeciwnie, czerwona maź spływała po pancerzu potwora na ziemię, zostawiając plamy krwi na podłożu - dnie wielkiego kratera, który wypełniał się powoli krwią słabnącej bestii. Chłopak wypadł zza drzewa, przewrócił się z wrażenia. Nigdy nie widział czegoś takiego. Niedawno wprowadził się do tego miasta, wraz z mamą i tatą, który dostał tutaj pracę. Mianowicie - był naukowcem w tutejszym instytucie badawczym.
Monstrum zawyło, a wokół niego zaczęło krążyć powietrze, szybciej i szybciej, aż wreszcie uwolniło się od właściciela, stwórcy, i rozleciało się we wszystkie strony. Białowłosy chłopak w płaszczu, pełen krwi na ciele, przysłonił twarz ręką. Z chłopakiem stojącym za drzewem było nieco gorzej, wiatr rzucił nim mocno i ten wylądował na drzewie, po czym zawył z bólu. Bestia to usłyszała i obróciła się w stronę mdlejącego chłopaka. Ten podniósł głowę i otworzył z trudem oczy. Widział jak bestia skoczyła w jego stronę i stracił przytomność...
[center]***[/center]
Bobercik i Sesshomaru zbliżali się do celu. Ten pierwszy całyczas obserwował Sesshomaru, myśląc, że coś knuje. Miał racje i zarazem się mylił, gdyż Sesshomaru naprawde potrzebował pomocy Bobercika i nie chciał go jeszcze zabić, jeszcze. Przyświecał mu teraz jeden cel - zniszczyć Daegurtha, obiekt przyczyn jego wiecznych porażek, a teraz miał ku temu okazję.
Biegnęli jak tylko szybko mogli, nie przeszkadzało to jednak Bobercikowi wciąż czychać, czy coś mu nie grozi. Saiyan, Bobercik, zobaczył dużą chmurę dymu w oddali. "To tam" - pomyślał. Nie mylił się, napewno powstała przez wybuchy kul ki - w końcu zmierzali w jej kierunku. Czuł się dziwnie, jakby słyszał że ktoś... Coś się oddala, jednak wiedział, że ich cel wciąż został w tym samym miejscu.
Jednak nie tylko Bobercik co chwilke zerkał na Sesshomaru. Ten też co jakiś czas patrzał na swojego odpowiednika w tym wymiarze. Wiedział, że był silny, może nawet silniejszy od niego. Przez chwilę czuł strach, ale zaraz przeszło mu to uczucie. Spojrzał daleko w przód i pomyślał - "Pierwszy raz w życiu współpracuje z moim odpowiednikiem... To jakieś dziwne, ale... Ciekawe i... Zabawne".
[center]***[/center]
Groly otworzył oczy, powoli. Rozciągając się na łóżku wydał z siebie jęk - z rozkoszy. Dawno nie spał na wygodnym łóżku, a to które miał pod sobą było miękkie i elastyczne - czyli w sam raz dla niego. Saiyan jednym zgrabnym ruchem obrócił się i siedział już na łóżku, gotów do wstania. Podniósł się i pościelał łóżko na którym miał przyjemność spać, po czym wyszedł z pokoju. Musiał przejść krótkim korytarzem zanim doszedł do salonu, w którym siedział Adrian na kanapie jedząc pizzę. Usłyszał jak do salonu ktoś wchodzi i obrócił się, po czym zaproponował Grolyemu "Chcesz troche?". Ten nie odmówił. Z chęcią spróbował dziwnej potrawy, która bardzo mu posmakowała. Razem jedli pizze, nie odzywając się początkowo ni słowem. Po chwili Groly zaczął.
- Ty jesteś Adrian, tak? - zapytał Groly nie będąc pewien czy zapamiętał imie towarzysza
- Nom - powiedział Adrian - O co chodzi?
- Wyczuwam, że jesteś silny - powiedział Groly - I jeszcze ukrywasz swoją moc, sprytnie, pokazywać tylko około 3% swojej mocy
- Heh, zawodostwo - powiedział Adrian, po czym zaczął się zastanawiać. "3% mocy? Czy on mówi prawde? Ukrywam swoją moc, a sam o tym nie wiem?"
- Może pokażesz mi co potrafisz? - zapytał Groly - Sparring na zewnątrz, zaraz?
- Z chęcią - powiedział Adrian - Ale teraz jem pizze
- Ale ja z chęcią z tobą zawalczę - powiedział wchodząc do salonu Dyninio - Chodźby i teraz, ale nie tutaj, nie chce rozwalić Hebridowi chaty, w końcu nas tak rozpieszcza...
- A skąd taki pomysł, że chce walczyć akurat z tobą? - zapytał Groly uśmiechając się - Pytałem Adriana, więc czemu się wtrącasz?
- Chodź, to ci pokaże - powiedział Dyninio
Groly i Dyninio opuścili dom Hebrida, zresztą jak Adrian, który zabrał tylko z domu pizze w ręke i wyszedł na zewnątrz.
[center]***[/center]
Roksia jako jedyna ciężko trenowała w momencie, gdy każdy miał inne sprawy na głowie. Nawet nikt nie wiedział jakie robi postępy, dziewczynka potrafiła już bardzo wiele, nikomu o tym nie mówiła. Chciała być poprostu silna dla siebie, gdyby kiedyś tego potrzebowała.
W tym samym czasie Rayman też trenował, ale inaczej niż Roksia. Był to mniej wymagający trening, trening koncentracji energii. Tylko te dwie osoby trenowały w tym momencie, reszta bohaterów miała kompletnie inne zajęcia.
[center]***[/center]
Nastolatek o długich, czarnych włosach jeszcze nie otworzył oczu, ale czuł pod sobą coś ciepłego, a jednocześnie powiew zimnego powietrza. Ostatnie co pamiętał, to to, że zobaczył strasznego potwora. A może to sen? Młodzieniec otworzył powoli oczy i zobaczył, że ziemia pod nim się rusza. Ktoś go niósł, zobaczył jego zakrwawione ubranie, a po chwili, i obrocie głowy, włosy - białe włosy do ramion.
- Co... Co się stało? - zapytał czarnowłosy chłopak myśląc, że to wszystko, to tylko sen
- Później, a teraz śpij - powiedział chłopak o białych włosach do ramion niosący nastolatka na ramieniu. Jednym ruchem ręki uderzył go w kark, a ten znów zemdlał - Powiem ci później
"A byłem tak blisko..." - pomyślał chłopak o białych włosach - "Co do ciebie zaś, masz szczęście, że tam byłem. Będziesz mi musiał później wyjaśnić, co tam robiłeś, sam...".
Chłopak w czerwonej szacie biegł gdzieś, w nieznane nikomu miejsce, kryjówke, gdzie mieszkał. Niósł nieznanego mu, ale z pewnością młodszego, nastolatka. Mijały kolejne sekundy i minuty, przebyta odległość rosła...
Prosze, skomentujcie, wam nie zaszkodzi, a motywacji może dać wiele ^^ Podobał się odcinek?
- GokuSSJ = Dyninio
- SSJ 2
- Posty: 109
- Rejestracja: sob maja 28, 2005 5:28 pm
- Lokalizacja: Olsztynek
- Kontakt:
Zajefajny odcinek , długi i dobrze cie czyta , jestes ciekaw jaka bedzie moja walka z Grolym , mam nadzieje Dae ze cos pokaze 
Zapraszam wszystkich fanow anime[a jest ich tutaj chyba duzo
] Na moje najnowsze forum o tematyce anime
www.ssjanime.fora.pl
www.ssjanime.fora.pl
- Raditz SSJ4
- Golden Oozaru
- Posty: 213
- Rejestracja: wt maja 23, 2006 5:34 pm
- Lokalizacja: Vegeta
- Raditz SSJ4
- Golden Oozaru
- Posty: 213
- Rejestracja: wt maja 23, 2006 5:34 pm
- Lokalizacja: Vegeta










