Dosyć smieszne Kris. Dae gratuluje kolejnych, wspaniałych odcinków. Mam nadzieję że nadejdzie kiedyś finałowa walka Bobercik vs. SesshomaruKris pisze:Spiaca krolewna sie obudziłafajnie odcinek Super lubie twoie opowiadanie
. Słuchasz jak Sasuke
ll TAK Wogule wiem co bedzie daleJ :d
I tak mijały dni wszyscy spedzali je na treningach a najbardziej bobercik jadnak jednej osobie wciaz było mało a był to Kris . W pewnym momencie spakował kilka ubran i wział miecz . Nastepnie poszedł do Dae'go.
- Dae mam prosbe przechowaj bron - powiedział Kris
- dobrze - odpowiedział Dae
teraz Kris opowiadał czary , historie zwiazane z bronia.
Nikt niewidział ze odszedł ................
14 DNI POZNIEJ.
Kris wrocił , zmienil sie przez te 14 dni , a mianowicie .
Z Powazniał (choc zarty dalej sie go trzymyały)
Zciął włosy na jezyka
Był potezniejszy jednak ukrywal to
Wrocił z opaska ninja i blizna na plecach o ktorej wiedzial tylko Dae , który miał problemy z dostaniem sie do mozgu Krisa co było dziwne.
Lecz stało sie cos o czym nawet Dae niewiedział Kris przyniusł ze sobą kłopoty w postaci ....
C.D.M.N (CIAG DALSZY MOZE NASTAPI) :dI JAK ??
[FanFick] Saiyan Power Forces
Moderator: Moderatorzy

Część dalsza rozdziały XXXI
Rozdział XXXI - Czarna prawda
Daegurth spał jak zabity, nawet się nie ruszał. Nie było widać jak nabiera powietrze w płuca i je wypuszcza. Leżał w bezruchu na plecach nie reagując na nic, co dzieje się wokół niego. Z pewnością wpadł w głęboki sen. Nie poczuł nawet jak pies Bart'a, Cezar, położył się na nim. Pies zaczął nawet gryźć Daegurth'a, jednak szybko się przekonał, że syzyfową pracą jest go obudzić. Podszedł teraz pod zamknięte drzwi pokoju i zaczął szczekać.
Szczekający pies od razu zwrócił na siebie uwagę właściciela, który podbiegł i otworzył drzwi. Zobaczył, jak jego brat leży na łóżku, po czym lekko się uśmiechnął(Bart). Zabrał psa i wyprowadził go na spacer, zresztą tak samo jak Kris wyprowadził swojego psa.
Bobercik rozmawiał z Releną, a raczej to była rozmowa jednostronna, Bobercik opowiadał Relenie przeróżne historie, często też puszczał wodze wyobraźni i wymyślał różne rzeczy. Wtedy na pytanie Releny: "Naprawde", odpowiadał: "Oczywiście... Że nie".
Rayman czytał książki, różne książki, a Dyninio i Adrian rozmawiali. Roksia i Małgorzata próbowały coś ugotować, oczywiście Małgorzacie nie szło to tak źle, jak młodej, jeszcze nie doświadczonej Roksi. Jednak Roksia szybko się uczyła i wkrótce była zdolna przyrządzać proste dania.
Hebrid zaś wyszedł gdzieś i nikt nie wiedział grze. Poza tym, każdy musi mieć chwilę prywatności, nikt nawet nie próbował go zapytać, gdzie idzie.
Bart idąc ze swoim psem patrzał w niebo, na chmury. Ciekawe jaki On teraz jest - myślał Bart - Ciekawe, co się teraz znów stanie? Czy to przeznaczenie tak szarga Moim losem? - Nie potrafił jednak odpowiedzieć na zadane pytania, na żadne. Patrzał tylko w przelatujące raz poraz nad jego głową ptaki, noszone na chłodnym wietrze. Cezar biegał po łące, nieopodal niego i świetnie się bawił. Próbował wdrożyć swojego właściciela do zabawy i w końcu mu się to udało. Zaczęli się ścigać, rzucać różnymi przedmiotami i wiele innych. Wkrótce też dołączył do nich Kris ze swoim psem, który wyczuł, że coś tu się dzieje i przyprowadził dokładnie w to miejsce Krisa. W ten sposób, śmiejąc się bawili się długie godziny, wraz ze swoimi pupilami.
Jednak jednej osobie jedna rzecz nie dawała spokoju. Rayman czytając książke myślał o tym, kiedy będzie mógł zmierzyć się z Daegurthem, jaki On jest, Kim jest... Niby banalne pytania i głupie rzeczy, ale naprawde go to interesowało. Może mógłby się czegoś od niego nauczyć? Albo to On mógłby nauczyć coś jego? Nie wiedział i chciał się jak najszybciej przekonać. Poprostu targała nim ciekawość. Podobno rzucił Bitrix'a jedną ręką na 200 metrów... Jeśli to prawda, to musiał być naprawde potężny... A może to i On zniszczył jego planete? Nie miał pewności i nie mógł jej mieć, nie mógł, dopóki nie zapyta i nie dostanie szczerej odpowiedzi...
[center]***[/center]
Daegurth powoli otworzył oczy, na początku najszerzej jak umiał, a po chwili prawie zamknął i tak już zostało. Chodził w bardzo przymkniętych oczach, lubiał tak chodzić. To dawało pozorny obraz tego, że jest bezbronny, senny, bezsilny, a tak naprawde mógł być w pełni sił. Podniósł się i zszedł z łóżka, po czym się rozciążnął. Ziewnął jeszcze, bo był lekko senny. Dopiero co wstał, nie ma się co dziwić. Czuł wielki ciężar, na całym ciele. Wiedział dlaczego i nie przejmował się nim. Podszedł do okna, po czym je otworzył.
Przez otwarte okno odrazu wleciało chłodniejsze powietrze, które przy zetknięciu się z Daegurthem wywołało na jego skórze efekt "gęsiej skórki", która jednak znikła szybciej, niż się pojawiła. Jeżeli chodzi o uspokojanie się i o medytacje, to Daegurth z pewnością byłby mistrzem. Poprostu uczył się tego od małego, gdy miał kilka lat potrafił już nie tylko dzielić swoją uwagę, ale pracować niezależnie od hałasu i okoliczności. Oczywiście nie wszystkich okoliczności, ale większej części z nich.
Saiyan, teraz w płaszczu, który prawie zawsze nosił, wyglądał przez okno. Zamknął oczy i czuł świerze powietrze płynące w jego ciele. W tym momencie wyobrażał sobie, jak ono płynie: Wpływa ustami lub nostem, dostaje się do płuc, gdzie jest transportowane do całego ciała, a następnie wydalany jest dwutlenek węgla za pomocą nosa lub ust. Oddychając, Daegurth czuł energię. Nie tylko swoją energię, którą teraz starał się ukryć. Gdyby jej nie krył, to napewno zwróciłby na siebie uwagę przeciwnika, wiedział, że jest to konieczne. No i bardziej bezpieczne dla zwykłych ludzi zamieszkujących ta planete.
Saiyan otworzył oczy i zaczął rozglądać się. Jak Ja dawno nie widziałem tego piękna - pomyślał Daegurth - Chciałbym patrzeć na nie bez końca... - Wiedział jednak, że to jest prawie niemożliwe. Przestał jednak o tym myśleć, uważał ten moment za odpowiedni, by wyjść z pokoju na spotkanie z innymi. Tak więc Daegurth wyszedł z pokoju i cicho zamknął drzwi. Początkowo nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi, jednak za chwilę Roksia zobaczyła swojego "kolege".
- Cześć! - powiedziała Roksia
- Witam - powiedział Daegurth schylając się, by dorównać Roksi wzrostem
Wszyscy przyglądali się Daegurthowi rozmawiającemu z Roksią i byli zdziwienie, a zarazem zaciekawieni. Rozmawia z małą dziewczyną, a o innych nie pomyślał. Jak On tak może? - pomyślał Dynino. Po tym jak Dyninio o tym pomyślał, to Daegurth spojrzał na niego. Nie wiedział co myślał Dyninio, nie otworzył jego umysłu, żeby się dowiedzieć. Poprostu wyczuł oburzenie w atmosferze, lekką złość i to ze zstrony Adriana i Dyninia. Nic jednak nie powiedział na ten temat.
- Dobrze się już czujesz? - zapytała Roksia
- Dziękuję, dobrze. A teraz jeśli wybaczysz, to muszę porozmawiać z kilkoma osobami - powiedział Daegurth
- Tak, to pa! - powiedziała Roksia i uśmiechnęła się
Roksia była dumna, że to z nią, jako pierwszą porozmawiał Daegurth. Czuła się tym naprawde wyróżniona. Teraz jednak poszła bawić się w kucharke, a Daegurth podszedł do Bobercika.
- Musiałem porozmawiać z Twoją siostrą, niech wie, że jest stąd najmądrzejsza - powiedział Daegurth tak, żeby nie słyszała tego Roksia
- A jest? - zapytał Bobercik
- Z pewnością. Tylko Ona patrzy teraz na świat całkowicie optymistycznie, jak większość dzieci. Może z nutką egoizmu, ale to lepsze, niż patrzenie na świat dorosłych - powiedział Daegurth - Zresztą, Mniejsza o to...
- Hmmm, chciałbym Cie o coś zapytać - powiedział Bobercik
Daegurth spojrzał Bobercikowi w oczy i kiwnął głową na wznak, że zgadza się na zadanie mu pytania.
- Skąd Mnie znasz? I Sesshomaru? - zapytał Bobercik
- Są takie pytania na które nie powinienem udzielać odpowiedzi - powiedział Daegurth - wystarczy, że powiem tyle: Sesshomaru nie należy do Moich przyjaciół, a Ciebie znam, no, troszke... Powiem Ci o tym, jak przyjdzie na to czas.
Bobercik nie był usatysfacjonowany odpowiedzią brata Bart'a, jednak nawet nie próbował pytać o szczegóły. Wiedział, że, gdy nadejdzie czas, to dowie się o wszystkim.
Rayman wstał i podszedł do Daegurth'a, który wiedział, że chce go o coś zapytał.
- Możesz mówić - powiedział Daegurth obracając się do Rayman'a
- ... Czy to Ty zabiłeś Moją rodzine? - zapytał Rayman
Daegurth się zaczął zastanawiać. Wiedział, że to było możliwe, ale niczego nie był pewien. Nie chciał wystawić pochopnych wniosków, bo to kończy się zazwyczaj... Zawsze źle. Przypomniał sobie jednak pewną sytuacje i natychmiast zrozumiał, że to On zabił rodzine Rayman'a.
- Niestety tak... - powiedział Daegurth spuszczając głowę
Rayman rzucił się na Daegurtha, jednak zatrzymał go Dyninio i Adrian, którzy we dwójke mieli problem z utrzymaniem go. Wreszcie jednak uspooił się i już nie władała nim chęć zemsty. Narazie. Wszyscy patrzyli się, to na Raymana, to na Daegurth'a.
- Dlaczego!?! - zapytał Rayman
- Nie chciałem, ale... Nie miałem na to wpływu... - powiedział Daegurth
- Nie wierze! Zabiłeś ich z zimną krwią! - powiedział Rayman prawie płacząc
- Puście go! - powiedział Daegurth
Adrian i Dyninio puścili Raymana, który jakby wystrzelony z procy poleciał na Daegurth'a. Już w locie jego ręce stały się żelazne, a na ciele pojawiła się krwawo-czerwona zbroja. Rayman doleciał do Daegurtha i zaczął go piąstkować. Daegurth dawał się uderzyć, za każdym razem, chociaż czuł ból. Nie był przecież bogiem, żeby go nie czuć. Jednak ataki Raymana nie były precyzyjne, wszystkie wykonywał w szale i bez skupienia. Przez to Daegurth nie musiał czuć się zagrożony. W końcu, zamiast dać się uderzyć, to odskoczył, a Rayman zaatakował powietrze i stracił równowagę. Wtedy upadłby na ziemie, ale chwycił go Daegurth, by nie zderzył się z ziemią. Wtedy Rayman się uspokoił - ponownie - z jego ciała znikła krwawo-czerwona zbroja, a rękawice zamieniły się w ręce.
- Teraz pozwólcie, że wyjaśnie, jak to było... - powiedział Daegurth
[center]***[/center]
Mały Daegurth leci w kapsule, to jego pierwszy lot na taką odległość, dlatego czuje się lekko podekscytowany(aka podniecony). Wygląda przez szybkę dopatrując się planety-przeznaczenia, na której ma wylądawać. Działo się tak przez dłuższą chwilę, jednak po chwili wszystko się zmieniło, przez deszcz meteorytów...
Kapsuła płynęła obijana tysiącami kawałków skał. Spowodowało to nie tylko uszkodzenia kapsuły, ale i prawie połamało chłopca wewnątrz niej. Czuł się bardzo słaby i ostatkami sił zmienił kierunek kapsuły.
Statek kosmiczny zanim wylądował na planecie musiał przebyś atmosferę, która jednak prawie w całości go stopiła. Kadłib był prawie całkowicie stopiony, gdy kapsuła upadła na planecie. Mały Daegurth wyszedł na zewnątrz, a raczej z ledwością się wyczołgał. Chciał, by ktoś mu pomógł. Chociaż ten jedyny raz, wtedy to położył się na plecach i zobaczył... Księżyc. Jego oczy nagle, jakby chciały wyskoczyć z orbit, a serce zaczęło bić szybciej. Stracił przytomność wiedząc, że zamienia się w ogromną niby-małpe: Oozaru. Nie wiedział co robi, nie panował nad sobą. Obudził się dopiero w środku zniszczonego miasta, gdzie pomógł tym, którzy przetrwali, nie wiedząc, że to On ich zabił. Wcześniej tylko słyszał o Oozaru, nigdy nie widział Oozaru w akcji. Teraz jednak wiedział, że to jest coś całkowicie innego...
[center]***[/center]
- (...), gdybym mógł, to cofnąłbym czas i nie wylądowałbym na tej planecie... - powiedział Daegurth, czując ból w sercu. Cenił wartość życia, naprawde ją cenił, ponad wszystko.
- Nie, nie jesteś winny... - powiedział Rayman
Wszyscy teraz spojrzeli na Raymana, prócz Daegurtha. Niewiedzieli dlaczego to powiedział, przecież jeszcze przed chwilą był wściekły.
- Tylko się ratowałeś, nie myślałeś o konsekwencjach i nie mogłeś przewidzieć tego, że będzie pełnia - powiedział Rayman - Przepraszam za Moje zachowanie
Daegurth nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko na drzwi przez chwilę.
- Za chwilę będzie tu Bart i Kris - powiedział Daegurth - Przygotujmy się, najlepiej z objadem
- Skąd wiesz? - zapytał Bobercik
- Mi tam kobieca intuicja nic nie mówi - powiedziała Relena
- Ah te kobiety... - powiedział pod nosem Daegurth
Mimo wszystko miał rację. Niedużą chwilę później Bart z Krisem otworzyli drzwi i weszli do środka domu Hebrida...
Rozdział XXXI - Czarna prawda
Daegurth spał jak zabity, nawet się nie ruszał. Nie było widać jak nabiera powietrze w płuca i je wypuszcza. Leżał w bezruchu na plecach nie reagując na nic, co dzieje się wokół niego. Z pewnością wpadł w głęboki sen. Nie poczuł nawet jak pies Bart'a, Cezar, położył się na nim. Pies zaczął nawet gryźć Daegurth'a, jednak szybko się przekonał, że syzyfową pracą jest go obudzić. Podszedł teraz pod zamknięte drzwi pokoju i zaczął szczekać.
Szczekający pies od razu zwrócił na siebie uwagę właściciela, który podbiegł i otworzył drzwi. Zobaczył, jak jego brat leży na łóżku, po czym lekko się uśmiechnął(Bart). Zabrał psa i wyprowadził go na spacer, zresztą tak samo jak Kris wyprowadził swojego psa.
Bobercik rozmawiał z Releną, a raczej to była rozmowa jednostronna, Bobercik opowiadał Relenie przeróżne historie, często też puszczał wodze wyobraźni i wymyślał różne rzeczy. Wtedy na pytanie Releny: "Naprawde", odpowiadał: "Oczywiście... Że nie".
Rayman czytał książki, różne książki, a Dyninio i Adrian rozmawiali. Roksia i Małgorzata próbowały coś ugotować, oczywiście Małgorzacie nie szło to tak źle, jak młodej, jeszcze nie doświadczonej Roksi. Jednak Roksia szybko się uczyła i wkrótce była zdolna przyrządzać proste dania.
Hebrid zaś wyszedł gdzieś i nikt nie wiedział grze. Poza tym, każdy musi mieć chwilę prywatności, nikt nawet nie próbował go zapytać, gdzie idzie.
Bart idąc ze swoim psem patrzał w niebo, na chmury. Ciekawe jaki On teraz jest - myślał Bart - Ciekawe, co się teraz znów stanie? Czy to przeznaczenie tak szarga Moim losem? - Nie potrafił jednak odpowiedzieć na zadane pytania, na żadne. Patrzał tylko w przelatujące raz poraz nad jego głową ptaki, noszone na chłodnym wietrze. Cezar biegał po łące, nieopodal niego i świetnie się bawił. Próbował wdrożyć swojego właściciela do zabawy i w końcu mu się to udało. Zaczęli się ścigać, rzucać różnymi przedmiotami i wiele innych. Wkrótce też dołączył do nich Kris ze swoim psem, który wyczuł, że coś tu się dzieje i przyprowadził dokładnie w to miejsce Krisa. W ten sposób, śmiejąc się bawili się długie godziny, wraz ze swoimi pupilami.
Jednak jednej osobie jedna rzecz nie dawała spokoju. Rayman czytając książke myślał o tym, kiedy będzie mógł zmierzyć się z Daegurthem, jaki On jest, Kim jest... Niby banalne pytania i głupie rzeczy, ale naprawde go to interesowało. Może mógłby się czegoś od niego nauczyć? Albo to On mógłby nauczyć coś jego? Nie wiedział i chciał się jak najszybciej przekonać. Poprostu targała nim ciekawość. Podobno rzucił Bitrix'a jedną ręką na 200 metrów... Jeśli to prawda, to musiał być naprawde potężny... A może to i On zniszczył jego planete? Nie miał pewności i nie mógł jej mieć, nie mógł, dopóki nie zapyta i nie dostanie szczerej odpowiedzi...
[center]***[/center]
Daegurth powoli otworzył oczy, na początku najszerzej jak umiał, a po chwili prawie zamknął i tak już zostało. Chodził w bardzo przymkniętych oczach, lubiał tak chodzić. To dawało pozorny obraz tego, że jest bezbronny, senny, bezsilny, a tak naprawde mógł być w pełni sił. Podniósł się i zszedł z łóżka, po czym się rozciążnął. Ziewnął jeszcze, bo był lekko senny. Dopiero co wstał, nie ma się co dziwić. Czuł wielki ciężar, na całym ciele. Wiedział dlaczego i nie przejmował się nim. Podszedł do okna, po czym je otworzył.
Przez otwarte okno odrazu wleciało chłodniejsze powietrze, które przy zetknięciu się z Daegurthem wywołało na jego skórze efekt "gęsiej skórki", która jednak znikła szybciej, niż się pojawiła. Jeżeli chodzi o uspokojanie się i o medytacje, to Daegurth z pewnością byłby mistrzem. Poprostu uczył się tego od małego, gdy miał kilka lat potrafił już nie tylko dzielić swoją uwagę, ale pracować niezależnie od hałasu i okoliczności. Oczywiście nie wszystkich okoliczności, ale większej części z nich.
Saiyan, teraz w płaszczu, który prawie zawsze nosił, wyglądał przez okno. Zamknął oczy i czuł świerze powietrze płynące w jego ciele. W tym momencie wyobrażał sobie, jak ono płynie: Wpływa ustami lub nostem, dostaje się do płuc, gdzie jest transportowane do całego ciała, a następnie wydalany jest dwutlenek węgla za pomocą nosa lub ust. Oddychając, Daegurth czuł energię. Nie tylko swoją energię, którą teraz starał się ukryć. Gdyby jej nie krył, to napewno zwróciłby na siebie uwagę przeciwnika, wiedział, że jest to konieczne. No i bardziej bezpieczne dla zwykłych ludzi zamieszkujących ta planete.
Saiyan otworzył oczy i zaczął rozglądać się. Jak Ja dawno nie widziałem tego piękna - pomyślał Daegurth - Chciałbym patrzeć na nie bez końca... - Wiedział jednak, że to jest prawie niemożliwe. Przestał jednak o tym myśleć, uważał ten moment za odpowiedni, by wyjść z pokoju na spotkanie z innymi. Tak więc Daegurth wyszedł z pokoju i cicho zamknął drzwi. Początkowo nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi, jednak za chwilę Roksia zobaczyła swojego "kolege".
- Cześć! - powiedziała Roksia
- Witam - powiedział Daegurth schylając się, by dorównać Roksi wzrostem
Wszyscy przyglądali się Daegurthowi rozmawiającemu z Roksią i byli zdziwienie, a zarazem zaciekawieni. Rozmawia z małą dziewczyną, a o innych nie pomyślał. Jak On tak może? - pomyślał Dynino. Po tym jak Dyninio o tym pomyślał, to Daegurth spojrzał na niego. Nie wiedział co myślał Dyninio, nie otworzył jego umysłu, żeby się dowiedzieć. Poprostu wyczuł oburzenie w atmosferze, lekką złość i to ze zstrony Adriana i Dyninia. Nic jednak nie powiedział na ten temat.
- Dobrze się już czujesz? - zapytała Roksia
- Dziękuję, dobrze. A teraz jeśli wybaczysz, to muszę porozmawiać z kilkoma osobami - powiedział Daegurth
- Tak, to pa! - powiedziała Roksia i uśmiechnęła się
Roksia była dumna, że to z nią, jako pierwszą porozmawiał Daegurth. Czuła się tym naprawde wyróżniona. Teraz jednak poszła bawić się w kucharke, a Daegurth podszedł do Bobercika.
- Musiałem porozmawiać z Twoją siostrą, niech wie, że jest stąd najmądrzejsza - powiedział Daegurth tak, żeby nie słyszała tego Roksia
- A jest? - zapytał Bobercik
- Z pewnością. Tylko Ona patrzy teraz na świat całkowicie optymistycznie, jak większość dzieci. Może z nutką egoizmu, ale to lepsze, niż patrzenie na świat dorosłych - powiedział Daegurth - Zresztą, Mniejsza o to...
- Hmmm, chciałbym Cie o coś zapytać - powiedział Bobercik
Daegurth spojrzał Bobercikowi w oczy i kiwnął głową na wznak, że zgadza się na zadanie mu pytania.
- Skąd Mnie znasz? I Sesshomaru? - zapytał Bobercik
- Są takie pytania na które nie powinienem udzielać odpowiedzi - powiedział Daegurth - wystarczy, że powiem tyle: Sesshomaru nie należy do Moich przyjaciół, a Ciebie znam, no, troszke... Powiem Ci o tym, jak przyjdzie na to czas.
Bobercik nie był usatysfacjonowany odpowiedzią brata Bart'a, jednak nawet nie próbował pytać o szczegóły. Wiedział, że, gdy nadejdzie czas, to dowie się o wszystkim.
Rayman wstał i podszedł do Daegurth'a, który wiedział, że chce go o coś zapytał.
- Możesz mówić - powiedział Daegurth obracając się do Rayman'a
- ... Czy to Ty zabiłeś Moją rodzine? - zapytał Rayman
Daegurth się zaczął zastanawiać. Wiedział, że to było możliwe, ale niczego nie był pewien. Nie chciał wystawić pochopnych wniosków, bo to kończy się zazwyczaj... Zawsze źle. Przypomniał sobie jednak pewną sytuacje i natychmiast zrozumiał, że to On zabił rodzine Rayman'a.
- Niestety tak... - powiedział Daegurth spuszczając głowę
Rayman rzucił się na Daegurtha, jednak zatrzymał go Dyninio i Adrian, którzy we dwójke mieli problem z utrzymaniem go. Wreszcie jednak uspooił się i już nie władała nim chęć zemsty. Narazie. Wszyscy patrzyli się, to na Raymana, to na Daegurth'a.
- Dlaczego!?! - zapytał Rayman
- Nie chciałem, ale... Nie miałem na to wpływu... - powiedział Daegurth
- Nie wierze! Zabiłeś ich z zimną krwią! - powiedział Rayman prawie płacząc
- Puście go! - powiedział Daegurth
Adrian i Dyninio puścili Raymana, który jakby wystrzelony z procy poleciał na Daegurth'a. Już w locie jego ręce stały się żelazne, a na ciele pojawiła się krwawo-czerwona zbroja. Rayman doleciał do Daegurtha i zaczął go piąstkować. Daegurth dawał się uderzyć, za każdym razem, chociaż czuł ból. Nie był przecież bogiem, żeby go nie czuć. Jednak ataki Raymana nie były precyzyjne, wszystkie wykonywał w szale i bez skupienia. Przez to Daegurth nie musiał czuć się zagrożony. W końcu, zamiast dać się uderzyć, to odskoczył, a Rayman zaatakował powietrze i stracił równowagę. Wtedy upadłby na ziemie, ale chwycił go Daegurth, by nie zderzył się z ziemią. Wtedy Rayman się uspokoił - ponownie - z jego ciała znikła krwawo-czerwona zbroja, a rękawice zamieniły się w ręce.
- Teraz pozwólcie, że wyjaśnie, jak to było... - powiedział Daegurth
[center]***[/center]
Mały Daegurth leci w kapsule, to jego pierwszy lot na taką odległość, dlatego czuje się lekko podekscytowany(aka podniecony). Wygląda przez szybkę dopatrując się planety-przeznaczenia, na której ma wylądawać. Działo się tak przez dłuższą chwilę, jednak po chwili wszystko się zmieniło, przez deszcz meteorytów...
Kapsuła płynęła obijana tysiącami kawałków skał. Spowodowało to nie tylko uszkodzenia kapsuły, ale i prawie połamało chłopca wewnątrz niej. Czuł się bardzo słaby i ostatkami sił zmienił kierunek kapsuły.
Statek kosmiczny zanim wylądował na planecie musiał przebyś atmosferę, która jednak prawie w całości go stopiła. Kadłib był prawie całkowicie stopiony, gdy kapsuła upadła na planecie. Mały Daegurth wyszedł na zewnątrz, a raczej z ledwością się wyczołgał. Chciał, by ktoś mu pomógł. Chociaż ten jedyny raz, wtedy to położył się na plecach i zobaczył... Księżyc. Jego oczy nagle, jakby chciały wyskoczyć z orbit, a serce zaczęło bić szybciej. Stracił przytomność wiedząc, że zamienia się w ogromną niby-małpe: Oozaru. Nie wiedział co robi, nie panował nad sobą. Obudził się dopiero w środku zniszczonego miasta, gdzie pomógł tym, którzy przetrwali, nie wiedząc, że to On ich zabił. Wcześniej tylko słyszał o Oozaru, nigdy nie widział Oozaru w akcji. Teraz jednak wiedział, że to jest coś całkowicie innego...
[center]***[/center]
- (...), gdybym mógł, to cofnąłbym czas i nie wylądowałbym na tej planecie... - powiedział Daegurth, czując ból w sercu. Cenił wartość życia, naprawde ją cenił, ponad wszystko.
- Nie, nie jesteś winny... - powiedział Rayman
Wszyscy teraz spojrzeli na Raymana, prócz Daegurtha. Niewiedzieli dlaczego to powiedział, przecież jeszcze przed chwilą był wściekły.
- Tylko się ratowałeś, nie myślałeś o konsekwencjach i nie mogłeś przewidzieć tego, że będzie pełnia - powiedział Rayman - Przepraszam za Moje zachowanie
Daegurth nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko na drzwi przez chwilę.
- Za chwilę będzie tu Bart i Kris - powiedział Daegurth - Przygotujmy się, najlepiej z objadem
- Skąd wiesz? - zapytał Bobercik
- Mi tam kobieca intuicja nic nie mówi - powiedziała Relena
- Ah te kobiety... - powiedział pod nosem Daegurth
Mimo wszystko miał rację. Niedużą chwilę później Bart z Krisem otworzyli drzwi i weszli do środka domu Hebrida...
- GokuSSJ = Dyninio
- SSJ 2
- Posty: 109
- Rejestracja: sob maja 28, 2005 5:28 pm
- Lokalizacja: Olsztynek
- Kontakt:
Super odcinki , a myslalem ze niebedziesz pisal w roku szkolnym 
Zapraszam wszystkich fanow anime[a jest ich tutaj chyba duzo
] Na moje najnowsze forum o tematyce anime
www.ssjanime.fora.pl
www.ssjanime.fora.pl
Rozdział XXXII - Radość po środku mroku...
To Kris otworzył drzwi jako pierwszy i wsadził wszybko swą głowę do środka. Od razu zobaczył brata Barta, który siedział teraz na krześle. Cofnął się i zamknął drzwi za sobą. Bart nie miał pojęcia co on robi.
- Hmmm, więc chcesz żebym Ja otworzył drzwi? - zapytał Bart - Dobra, "Najpierw pan, potem pies" XD
Jednak Kris nie zaśmiał się, chociaż żart był nawet dobry, Bart domyślił się, że coś jest nie tak... Ale nie wiedział co. Kris przesunął się, zrobił przejście dla Bart'a.
- Otwórz, a się przekonasz! - powiedział Kris
Tak, jasne... - pomyślał Bart - pewnie zrobili jakąś popijawe i teraz leżą wszyscy na stole... - Mimo swoich myśli, z ciekawości, otworzył drzwi i początkowo nie wiedział o co chodziło Krisowi. Dopiero po kilku sekundach dostrzegł, że jego brat siedzi na krześle.
- Bart... - powiedział cicho Daegurth
Bart wszedł do środka i zbliżył się do brata, po czym uściskał go z całych sił. Daegurth na to pozwolił, gdyby to był ktoś inny, to zapewne odepchnąłby go, ale to był jego brat, który nie widział go od "wieków" w "stanie używalności". Wreszcie Bart puścił brata i uśmiechnął się.
- Nawet nie wiesz co przeszłem... - powiedział Bart
- Nawet nie wiesz, czego jeszcze nie przeszłeś - powiedział Daegurth
- Co masz na myśli? - zapytał Bart
- Jak przyjdzie na to pora, to się dowiesz - powiedział Daegurth lekko chwytając się za biodro
Kris podszedł bliżej i uśmiechnął się do Daegurth'a, który tylko spojrzał na niego i wiedział, że nauczył się telekinezy z jego specjalnego urządzenia... Prototypu...
- Podoba się prototyp Rozszerzacza umysłu? - zapytał Daegurth patrząc na Krisa
- Rozszerzacz czego? Aha, bardzo, bardzo! - odpowiedział Kris - Nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest możliwe!
- To jest możliwe i bez tego urządzenia, ale większość ras nie potrafi wykorzystać potęgi swojej myśli - powiedział Daegurth
- O czym oni gadają!?! - Adrian zapytał po cichu Dyninia
- Nie wiem, może o jakimś żelu do włosów? - odpowiedział Dyninio
Nagle Daegurth otworzył szeroko oczy i stanął jak wryty.
- Co się stało!?! - zapytał Bart
Daegurth obrucił głowę, a tam pies, Cezar, gryzł mu ogon. Bart natychmiast zorientował się w sytuacji i przywołał psa do porządku. Daegurth, mimo, że jego moc była mała, to z czystej ciekawości przeczytał myśli Cezara. "No co, takiej zabawki to nigdy nie miałem!". Daegurth wziął głęboki oddech i wstał, żeby się rozciągnąć.
- Trzeba rozprostować kości, po tym długim okresie snu - powiedział Daegurth - Wrócę za jakiś czas
Daegurth wyszedł zamykając za sobą drzwi. "Ale szopka" - powiedział Dyninio. Wszyscy się zaśmiali.
- A na pewno nic sobie nie zrobi? - zapytał Hebrid - Nie znamy przecież sposobu działania "leku", który dostał, może mieć niepowołany efekt!
- Jeśli chcesz, to go szukaj, bo Mi raczej się nie chce - powiedział Bart - Da sobie radę, jak zawsze
- Przecież dopiero co wyszedł! - powiedział Hebrid otwierając drzwi do domu. Zastał go tylko chłodny wiatr z zewnątrz.
- Jesteś pewny, że nic mu nie będzie? - zapytał Bobercik
- Gdyby miał nie żyć, to już by umarł - powiedział Bart - Poza tym, wróci, po prostu nie lubi za długo przebywać w towarzystwie, zostawił nawet swój medalion
- "Medalion"? - wszyscy równo powiedzieli
Bart podszedł do stołu, na którym leżał medalion i podniósł go. Miał bardzo ładny Czarno-czerwony kolor, miejscami krwawy i srebrny. Przypominał jakąś gwiazdke, dziewięcio ramienną, wewnątrz niej był jakiś dziwny symbol, kilka trójkątów, prostokątów, kwadratów, kółka i półkola. Wszystko składało się na jeden, piękny, medalion
- Jego pamiątka, podobno po przyjacielu ojca - powiedział Bart - Na pewno wróci po nią
- Skoro tak mówisz... - powiedział Kris nie będąc pewnym
Adrian po cichu wymknął się z domu na poszukiwanie Daegurth'a.
[center]***[/center]
Adrian szedł powoli myśląc, gdzie on może być. Chciał mu powiedzieć co o nim myśli, o jego arogancji, głupich myślach - o wszystkim. Nie mógł go jednak znaleźć! Wreszcie jednak wybrał się nad strumyk. Nie był on rwący, był bardzo słaby i właśnie nad nim zobaczył Daegurtha, który biegał teraz po trawie obok strumienia, czasem przeskakując po kamieniach na drugą stronę i biegnąc spowrotem. Podszedł bliżej, a Daegurth, chociaż go zobaczył, to nie obrócił się. Nie zareagował nawet, gdy Adrian go zawołał. Dopiero po kilku minutach powiedział "Jestem zajęty, możesz poczekać, jeśli chcesz", nie zwalniając biegu. Adrian się nieźle wkurzył i zagrodził drogę Daegurthowi, który bez problemu go przeskoczył nie przeszkadzając sobie w biegu. Adrian czekał więc, aż będzie wracał i wtedy wypuścił w jego stronę fale uderzeniową. Nie wiedział co robi, był w nerwach. Wtedy Daegurth wyciągnął obie ręce i złapał falę w nie, Adrian przestał wysyłać swoją ki, bo widział, że to nic nie daje. Daegurth zaś miał teraz w rękach kulę z mocy Adriana, którą "rozebrał", nagle rozpadła się na malusieńkie kawałeczki i spadła na trawę, gdzie w ciągu chwili trawa podrosła. Adrian był teraz jeszcze bardziej zdenerwowany, dlatego skoszył w stronę Daegurth'a i chciał uderzyć go prawą ręką, zwiniętą w pięść. Cel jednak schylił się lekko o włos mijając ręke Adriana, który już wyprowadzał cios nogą w żołądek ofiary. Daegurth jednak zrobił lekki wyskok i "Butterfly'a*" w powietrzu. Jednak Adrian nie dawał za wygraną, chciał uderzyć Daegurtha łokciem, ale ten tylko zrobił piruet i znalazł się za plecami Adriana, poza jego zasięgiem. Wściekły teraz Adrian obrócił się i nie zwracając uwagi na to, że może uszkodzić Daegurtha wysłał całą swoją energię w obruconego plecami Daegurth'a. Była to dosyć spora wiązka energii, nawet woda w strumyku zawróciła na chwilę swój bieg.
Daegirth wiedział, że nie ma siły na to, żeby odbić tą fale, nie mógł też przed nią uniknąć... Był sbyt osłabiony, jeszcze przez jakiś czas musiałby odpoczywać, by wrócić do pełni sił. Teraz jednak biegł, a tuż za jego plecami była mniej więcej jego wielkości fala ki. Nie miał pojęcia co zrobić, gdy fala go dosięgnie, to najprawdopodobniej umrze, a gdyby on wysłał kontr-falę, to najprawdopodobniej umarłby Adrian... I tak źle, i tak nie dobrze, coś jednak trzeba zrobić. Daegurth więc zamknął oczy i myślał. W ciąku sekundy przemyślał kilkaset możliwości i znalazł w miarę wygodną. Za pomocą telepatii popchnął lekko Adriana, który skierował falę do góry, przez przypadek, łapiąc równowagę. Wtedy Daegurth, nawet nie obracając się wypuścił kulke ki, która spowodoowała eksplozje fali w powietrzu.
Tym razem Daegurth zwolnił i gdy mijał Adriana zatrzymał się.
- Wiesz co? Masz jeszcze dużo nauki przed sobą - powiedział Daegurth
- ZAMKNIJ SIĘ! - wykrzyczał Adrian - JAK ŚMIESZ TAK SIĘ ZACHOWYWAĆ!
Daegurth wiedział, że musi go uspokoić. Nie chciał jednak myśleć nad jakimź łagodnym sposobem. Wyciągnął prawą ręke przed siebie i lekko nią ruszył, w pełnym skupieniu. Adrian chwycił się za głowę i zaczął krzyczeć. Po chwili Daegurth lekko ruszył ręką i ból minął. Adrian jednak teraz nie był w takim szale, jak niedawno.
- Już się uspokoiłeś? - zapytał Daegurth
- Tak... - powiedział Adrian
- Przepraszam, ale to było jedyne wyjście - powiedział Daegurth - I pamiętaj, jeśli chcesz być szanowany, to szanuj i innych. I lepiej naucz się panować nad emocjami. W tym akurat moge Ci pomóc
Adrian otworzył szeroko oczy. Osoba, którą prawie przed chwilą zabił, teraz proponuje mu pomoc. Do tego pomoc w czymś, z czym nie potrafił poradzić sobie od dawna. Nie wiedział co powiedzieć...
Daegurth podszedł do niego chwycił go za ramię i powiedział: "Ja też kiedyś byłem taki jak Ty, teraz pomoge tobie z tego wyjść".
Adrian poszedł do domu Hebrida, by nie przeszkadzać Daegurthowi w treningu...
[center]***[/center]
Minęło troche czasu, zrobiło się ciemno i Daegurth wrócił, po czym od razu zabrał swój medalion od Bart'a. Zaproponował, że pomoże wszystkim w treningu, ale dopiero jutro, bo teraz chciał trochę pospać. Wszyscy się zgodzili, Hebrid zrobił pyszną kolację.
- Ciekawe, gdzie on się uczył gotować? - powiedział sobie cicho pod nosem Dyninio
- No jak gdzie!?! - powiedział Kris słysząc Dyninia - U Mnie
- Tak, pamiętam, jak ugotowałeś tego gumowego buta... - powiedział Hebrid
- Ciiii! - powiedział Kris
Wszyscy, prócz Daegurtha, głośno się roześmieli. Daegurth lekko się uśmiechnął, tak, że nie było nawet tego widać. Ćwiczył kiedyś mimikę, dlatego potrafi teraz nie pokazywać emocji przez zachowanie. Zjadł, ze smakiem, i poszedł spać. Zresztą jak prawie każdy. Tylko Rayman i Hebrid zaczęli zmywać naczynia XD Kris wchodząc do swojego pokoju powiedział cicho "Frajerzy" i zaśmiał się
[center]***[/center]
Daegurth spał jak zwykle - na plecach. Otworzył oczy i zobaczył sufit. Poczuł, że coś tu nie gra, obejrzał się w koło - był otoczony przez wszystkich: Hebrida, Roksie, Dyninia, Adriana, Barta, Krisa, Bobercika, Relene, Raymana i Małgorzate. Wszyscy się nad nim nachylili, gdy otworzył oczy, a on: "BUUU!!!" i od razu odskoczyli. Po chwili się roześmiali.
- Nie powiedziałem, że zrobie trening z samego rana - powiedział Daegurth
- Ale Ty tak słodko śpisz - powiedziała Roksia
- Nie mogliśmy się doczekać - powiedział Adrian
- Więc przyszliśmy tutaj - powiedział Rayman
- Dobrze więc - powiedział Daegurth - Lekcja nr jeden, dajcie Mi pospać...
- Że co? - zapytał Bobercik
- Żartowałem... - powiedział Daegurth powoli siadając - Poczekajcie na Mnie na zewnątrz, na tej fajnej polance obok strumyka
Wszyscy posłuchali i poszli. Mieli nadzieję, że czegoś ich nauczy, a jemu na tym tak nie zależało. W pewnym momencie nawet chciał obrócić się spowrotem i spać, ale powstrzymał się od tego i wstał. Wiedział, że musi ich chociaż troche przygotować, bo Sesshomaru może zaatakować w każdej chwili, a Daegurth nie jest w stanie walczyć efektownie. Jest zbyt słaby... Dlatego czybko się przebrał i poszedł coś zjeść. Wtedy do domu wpadł zniecierpliwiony Rayman, żeby sprawdzić co On robi, Daegurth jednak jadł sobie - powoli przeżuwał pokarm.
- Co Ty robisz!?! - zapytał Rayman
Daegurth nie odpowiedział. To było chyba oczywiste, że spożywa posiłek - najważniejszy w całym dniu! Śniadanie!
- Miałeś przyjść nas trenować! - powiedział Rayman
- Faktycznie i pójdę, ale najpierw muszę zjeść śniadanie - powiedział Daegurth
I jadł śniadanie - przez godzinę. Każdy już praktycznie spał na łące. Niektórzy nawet znaleźli wygodne miejsca! W tym momencie przyszedł tam Daegurth i sobie usiadł. "Sen dobrze Wam zrobi" - pomyślał - "Skoro mam was trenować, to wole, żebyście byli nieco wypoczęci, bo trening byłby nieowocny".
- Dobra, wstawać - powiedział Daegurth
- Gdzieś Ty był!?! - zapytał Kris
- Gdzie inndziej, teraz jestem tutaj - powiedział Daegurth - I mam zamiar Was trenować, więc słuchajcie
Wszyscy natężyli słuch i wyprostowali się, czekając z niecierpliwością na dalsze komendy i rady. I tak stali, stali...
- Co Ja miałem robić? - zapytał na głos Daegurth
- Ty jesteś nienormalny! - powiedział Bobercik
- Dziękuje za komplement! - powiedział Daegurth - A teraz przejdźmy do właściwej części treningu. Teraz, sami macie się podzielić na kategorie, bo zrobie trzy różne treningi: Łatwy - dla początkujących, Zaawansowany - dla nieco lepszych i mistrzowski - dla tych, którzy umią najwięcej.
Powstała wielka kłutnia, kto, gdzie ma iść, więc Daegurth powiedział: "Poziom łatwy po Mojej lewej, zaawansowany po prawej, a mistrzowski za Mną". I ruszyli.
Adrian i Dyninio wybrali poziom Mistrzowski.
Bobercik i Kris wybrali poziom zaawansowany.
Bart, Rayman i Roksia wybrali poziom łatwy.
Daegurth zrobił też specjalny, odobny program dla Releny i Małgorzaty, żeby się im nie nudziło i żeby czegoś się nauczyły. Tak więc zaczął się trening, w obawie, przed najgorszym...
To Kris otworzył drzwi jako pierwszy i wsadził wszybko swą głowę do środka. Od razu zobaczył brata Barta, który siedział teraz na krześle. Cofnął się i zamknął drzwi za sobą. Bart nie miał pojęcia co on robi.
- Hmmm, więc chcesz żebym Ja otworzył drzwi? - zapytał Bart - Dobra, "Najpierw pan, potem pies" XD
Jednak Kris nie zaśmiał się, chociaż żart był nawet dobry, Bart domyślił się, że coś jest nie tak... Ale nie wiedział co. Kris przesunął się, zrobił przejście dla Bart'a.
- Otwórz, a się przekonasz! - powiedział Kris
Tak, jasne... - pomyślał Bart - pewnie zrobili jakąś popijawe i teraz leżą wszyscy na stole... - Mimo swoich myśli, z ciekawości, otworzył drzwi i początkowo nie wiedział o co chodziło Krisowi. Dopiero po kilku sekundach dostrzegł, że jego brat siedzi na krześle.
- Bart... - powiedział cicho Daegurth
Bart wszedł do środka i zbliżył się do brata, po czym uściskał go z całych sił. Daegurth na to pozwolił, gdyby to był ktoś inny, to zapewne odepchnąłby go, ale to był jego brat, który nie widział go od "wieków" w "stanie używalności". Wreszcie Bart puścił brata i uśmiechnął się.
- Nawet nie wiesz co przeszłem... - powiedział Bart
- Nawet nie wiesz, czego jeszcze nie przeszłeś - powiedział Daegurth
- Co masz na myśli? - zapytał Bart
- Jak przyjdzie na to pora, to się dowiesz - powiedział Daegurth lekko chwytając się za biodro
Kris podszedł bliżej i uśmiechnął się do Daegurth'a, który tylko spojrzał na niego i wiedział, że nauczył się telekinezy z jego specjalnego urządzenia... Prototypu...
- Podoba się prototyp Rozszerzacza umysłu? - zapytał Daegurth patrząc na Krisa
- Rozszerzacz czego? Aha, bardzo, bardzo! - odpowiedział Kris - Nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest możliwe!
- To jest możliwe i bez tego urządzenia, ale większość ras nie potrafi wykorzystać potęgi swojej myśli - powiedział Daegurth
- O czym oni gadają!?! - Adrian zapytał po cichu Dyninia
- Nie wiem, może o jakimś żelu do włosów? - odpowiedział Dyninio
Nagle Daegurth otworzył szeroko oczy i stanął jak wryty.
- Co się stało!?! - zapytał Bart
Daegurth obrucił głowę, a tam pies, Cezar, gryzł mu ogon. Bart natychmiast zorientował się w sytuacji i przywołał psa do porządku. Daegurth, mimo, że jego moc była mała, to z czystej ciekawości przeczytał myśli Cezara. "No co, takiej zabawki to nigdy nie miałem!". Daegurth wziął głęboki oddech i wstał, żeby się rozciągnąć.
- Trzeba rozprostować kości, po tym długim okresie snu - powiedział Daegurth - Wrócę za jakiś czas
Daegurth wyszedł zamykając za sobą drzwi. "Ale szopka" - powiedział Dyninio. Wszyscy się zaśmiali.
- A na pewno nic sobie nie zrobi? - zapytał Hebrid - Nie znamy przecież sposobu działania "leku", który dostał, może mieć niepowołany efekt!
- Jeśli chcesz, to go szukaj, bo Mi raczej się nie chce - powiedział Bart - Da sobie radę, jak zawsze
- Przecież dopiero co wyszedł! - powiedział Hebrid otwierając drzwi do domu. Zastał go tylko chłodny wiatr z zewnątrz.
- Jesteś pewny, że nic mu nie będzie? - zapytał Bobercik
- Gdyby miał nie żyć, to już by umarł - powiedział Bart - Poza tym, wróci, po prostu nie lubi za długo przebywać w towarzystwie, zostawił nawet swój medalion
- "Medalion"? - wszyscy równo powiedzieli
Bart podszedł do stołu, na którym leżał medalion i podniósł go. Miał bardzo ładny Czarno-czerwony kolor, miejscami krwawy i srebrny. Przypominał jakąś gwiazdke, dziewięcio ramienną, wewnątrz niej był jakiś dziwny symbol, kilka trójkątów, prostokątów, kwadratów, kółka i półkola. Wszystko składało się na jeden, piękny, medalion
- Jego pamiątka, podobno po przyjacielu ojca - powiedział Bart - Na pewno wróci po nią
- Skoro tak mówisz... - powiedział Kris nie będąc pewnym
Adrian po cichu wymknął się z domu na poszukiwanie Daegurth'a.
[center]***[/center]
Adrian szedł powoli myśląc, gdzie on może być. Chciał mu powiedzieć co o nim myśli, o jego arogancji, głupich myślach - o wszystkim. Nie mógł go jednak znaleźć! Wreszcie jednak wybrał się nad strumyk. Nie był on rwący, był bardzo słaby i właśnie nad nim zobaczył Daegurtha, który biegał teraz po trawie obok strumienia, czasem przeskakując po kamieniach na drugą stronę i biegnąc spowrotem. Podszedł bliżej, a Daegurth, chociaż go zobaczył, to nie obrócił się. Nie zareagował nawet, gdy Adrian go zawołał. Dopiero po kilku minutach powiedział "Jestem zajęty, możesz poczekać, jeśli chcesz", nie zwalniając biegu. Adrian się nieźle wkurzył i zagrodził drogę Daegurthowi, który bez problemu go przeskoczył nie przeszkadzając sobie w biegu. Adrian czekał więc, aż będzie wracał i wtedy wypuścił w jego stronę fale uderzeniową. Nie wiedział co robi, był w nerwach. Wtedy Daegurth wyciągnął obie ręce i złapał falę w nie, Adrian przestał wysyłać swoją ki, bo widział, że to nic nie daje. Daegurth zaś miał teraz w rękach kulę z mocy Adriana, którą "rozebrał", nagle rozpadła się na malusieńkie kawałeczki i spadła na trawę, gdzie w ciągu chwili trawa podrosła. Adrian był teraz jeszcze bardziej zdenerwowany, dlatego skoszył w stronę Daegurth'a i chciał uderzyć go prawą ręką, zwiniętą w pięść. Cel jednak schylił się lekko o włos mijając ręke Adriana, który już wyprowadzał cios nogą w żołądek ofiary. Daegurth jednak zrobił lekki wyskok i "Butterfly'a*" w powietrzu. Jednak Adrian nie dawał za wygraną, chciał uderzyć Daegurtha łokciem, ale ten tylko zrobił piruet i znalazł się za plecami Adriana, poza jego zasięgiem. Wściekły teraz Adrian obrócił się i nie zwracając uwagi na to, że może uszkodzić Daegurtha wysłał całą swoją energię w obruconego plecami Daegurth'a. Była to dosyć spora wiązka energii, nawet woda w strumyku zawróciła na chwilę swój bieg.
Daegirth wiedział, że nie ma siły na to, żeby odbić tą fale, nie mógł też przed nią uniknąć... Był sbyt osłabiony, jeszcze przez jakiś czas musiałby odpoczywać, by wrócić do pełni sił. Teraz jednak biegł, a tuż za jego plecami była mniej więcej jego wielkości fala ki. Nie miał pojęcia co zrobić, gdy fala go dosięgnie, to najprawdopodobniej umrze, a gdyby on wysłał kontr-falę, to najprawdopodobniej umarłby Adrian... I tak źle, i tak nie dobrze, coś jednak trzeba zrobić. Daegurth więc zamknął oczy i myślał. W ciąku sekundy przemyślał kilkaset możliwości i znalazł w miarę wygodną. Za pomocą telepatii popchnął lekko Adriana, który skierował falę do góry, przez przypadek, łapiąc równowagę. Wtedy Daegurth, nawet nie obracając się wypuścił kulke ki, która spowodoowała eksplozje fali w powietrzu.
Tym razem Daegurth zwolnił i gdy mijał Adriana zatrzymał się.
- Wiesz co? Masz jeszcze dużo nauki przed sobą - powiedział Daegurth
- ZAMKNIJ SIĘ! - wykrzyczał Adrian - JAK ŚMIESZ TAK SIĘ ZACHOWYWAĆ!
Daegurth wiedział, że musi go uspokoić. Nie chciał jednak myśleć nad jakimź łagodnym sposobem. Wyciągnął prawą ręke przed siebie i lekko nią ruszył, w pełnym skupieniu. Adrian chwycił się za głowę i zaczął krzyczeć. Po chwili Daegurth lekko ruszył ręką i ból minął. Adrian jednak teraz nie był w takim szale, jak niedawno.
- Już się uspokoiłeś? - zapytał Daegurth
- Tak... - powiedział Adrian
- Przepraszam, ale to było jedyne wyjście - powiedział Daegurth - I pamiętaj, jeśli chcesz być szanowany, to szanuj i innych. I lepiej naucz się panować nad emocjami. W tym akurat moge Ci pomóc
Adrian otworzył szeroko oczy. Osoba, którą prawie przed chwilą zabił, teraz proponuje mu pomoc. Do tego pomoc w czymś, z czym nie potrafił poradzić sobie od dawna. Nie wiedział co powiedzieć...
Daegurth podszedł do niego chwycił go za ramię i powiedział: "Ja też kiedyś byłem taki jak Ty, teraz pomoge tobie z tego wyjść".
Adrian poszedł do domu Hebrida, by nie przeszkadzać Daegurthowi w treningu...
[center]***[/center]
Minęło troche czasu, zrobiło się ciemno i Daegurth wrócił, po czym od razu zabrał swój medalion od Bart'a. Zaproponował, że pomoże wszystkim w treningu, ale dopiero jutro, bo teraz chciał trochę pospać. Wszyscy się zgodzili, Hebrid zrobił pyszną kolację.
- Ciekawe, gdzie on się uczył gotować? - powiedział sobie cicho pod nosem Dyninio
- No jak gdzie!?! - powiedział Kris słysząc Dyninia - U Mnie
- Tak, pamiętam, jak ugotowałeś tego gumowego buta... - powiedział Hebrid
- Ciiii! - powiedział Kris
Wszyscy, prócz Daegurtha, głośno się roześmieli. Daegurth lekko się uśmiechnął, tak, że nie było nawet tego widać. Ćwiczył kiedyś mimikę, dlatego potrafi teraz nie pokazywać emocji przez zachowanie. Zjadł, ze smakiem, i poszedł spać. Zresztą jak prawie każdy. Tylko Rayman i Hebrid zaczęli zmywać naczynia XD Kris wchodząc do swojego pokoju powiedział cicho "Frajerzy" i zaśmiał się
[center]***[/center]
Daegurth spał jak zwykle - na plecach. Otworzył oczy i zobaczył sufit. Poczuł, że coś tu nie gra, obejrzał się w koło - był otoczony przez wszystkich: Hebrida, Roksie, Dyninia, Adriana, Barta, Krisa, Bobercika, Relene, Raymana i Małgorzate. Wszyscy się nad nim nachylili, gdy otworzył oczy, a on: "BUUU!!!" i od razu odskoczyli. Po chwili się roześmiali.
- Nie powiedziałem, że zrobie trening z samego rana - powiedział Daegurth
- Ale Ty tak słodko śpisz - powiedziała Roksia
- Nie mogliśmy się doczekać - powiedział Adrian
- Więc przyszliśmy tutaj - powiedział Rayman
- Dobrze więc - powiedział Daegurth - Lekcja nr jeden, dajcie Mi pospać...
- Że co? - zapytał Bobercik
- Żartowałem... - powiedział Daegurth powoli siadając - Poczekajcie na Mnie na zewnątrz, na tej fajnej polance obok strumyka
Wszyscy posłuchali i poszli. Mieli nadzieję, że czegoś ich nauczy, a jemu na tym tak nie zależało. W pewnym momencie nawet chciał obrócić się spowrotem i spać, ale powstrzymał się od tego i wstał. Wiedział, że musi ich chociaż troche przygotować, bo Sesshomaru może zaatakować w każdej chwili, a Daegurth nie jest w stanie walczyć efektownie. Jest zbyt słaby... Dlatego czybko się przebrał i poszedł coś zjeść. Wtedy do domu wpadł zniecierpliwiony Rayman, żeby sprawdzić co On robi, Daegurth jednak jadł sobie - powoli przeżuwał pokarm.
- Co Ty robisz!?! - zapytał Rayman
Daegurth nie odpowiedział. To było chyba oczywiste, że spożywa posiłek - najważniejszy w całym dniu! Śniadanie!
- Miałeś przyjść nas trenować! - powiedział Rayman
- Faktycznie i pójdę, ale najpierw muszę zjeść śniadanie - powiedział Daegurth
I jadł śniadanie - przez godzinę. Każdy już praktycznie spał na łące. Niektórzy nawet znaleźli wygodne miejsca! W tym momencie przyszedł tam Daegurth i sobie usiadł. "Sen dobrze Wam zrobi" - pomyślał - "Skoro mam was trenować, to wole, żebyście byli nieco wypoczęci, bo trening byłby nieowocny".
- Dobra, wstawać - powiedział Daegurth
- Gdzieś Ty był!?! - zapytał Kris
- Gdzie inndziej, teraz jestem tutaj - powiedział Daegurth - I mam zamiar Was trenować, więc słuchajcie
Wszyscy natężyli słuch i wyprostowali się, czekając z niecierpliwością na dalsze komendy i rady. I tak stali, stali...
- Co Ja miałem robić? - zapytał na głos Daegurth
- Ty jesteś nienormalny! - powiedział Bobercik
- Dziękuje za komplement! - powiedział Daegurth - A teraz przejdźmy do właściwej części treningu. Teraz, sami macie się podzielić na kategorie, bo zrobie trzy różne treningi: Łatwy - dla początkujących, Zaawansowany - dla nieco lepszych i mistrzowski - dla tych, którzy umią najwięcej.
Powstała wielka kłutnia, kto, gdzie ma iść, więc Daegurth powiedział: "Poziom łatwy po Mojej lewej, zaawansowany po prawej, a mistrzowski za Mną". I ruszyli.
Adrian i Dyninio wybrali poziom Mistrzowski.
Bobercik i Kris wybrali poziom zaawansowany.
Bart, Rayman i Roksia wybrali poziom łatwy.
Daegurth zrobił też specjalny, odobny program dla Releny i Małgorzaty, żeby się im nie nudziło i żeby czegoś się nauczyły. Tak więc zaczął się trening, w obawie, przed najgorszym...
Ostatnio zmieniony sob gru 16, 2006 8:25 pm przez Dae, łącznie zmieniany 1 raz.
- GokuSSJ = Dyninio
- SSJ 2
- Posty: 109
- Rejestracja: sob maja 28, 2005 5:28 pm
- Lokalizacja: Olsztynek
- Kontakt:
No dobre to bylo 
Poziom Mistrzowski ;] Ale bedzie jazda
Teraz bede czekal z niecierpliowsia na kolejne , bo jestem ciekawy jak to bedzie wygladalo ;]
Poziom Mistrzowski ;] Ale bedzie jazda
Teraz bede czekal z niecierpliowsia na kolejne , bo jestem ciekawy jak to bedzie wygladalo ;]
Zapraszam wszystkich fanow anime[a jest ich tutaj chyba duzo
] Na moje najnowsze forum o tematyce anime
www.ssjanime.fora.pl
www.ssjanime.fora.pl
Rozdział XXXIII - To jest Trening!
Daegurth stał teraz przed wszystkimi. Każdy był przydzielony pod odpowiedni poziom treningu, ale jeszcze nic nie robili. Saiyan zamierzał dać im wskazówki ogólne.
- Słuchajcie - powiedział Daegurth, a wszyscy natychmiast nadstawili uszu - Skoro już was mam trenować, to niech to będzie prawdziwy trening.
- Co mam przez to rozumieć? - wyrwał się Dyninio
- Zostane na jakiś czas waszym mentorem, nauczycielem - powiedział Daegurth - Ale, nie oznacza to, że będe was uczył tylko walki
- Więc czego? Dziergania ubranek? - zapytał Kris
- Od teraz będe się Wami opiekował, gdyż jesteście Moimi uczniami. Proszę, żebyście wykonywali moje polecenia i słuchali wskazówek - powiedział Daegurth - Może wtedy czegoś się nauczycie
- Co mają znaczyć słowa "Będe się Wami opiekował"? - zapytał Bobercik
- Od dzisiaj to Ja organizuje Wam życie, pomagam Wam, testuje, ucze, wspieram... I tak dalej, i tak dalej... - powiedział Daegurth - Chce dla Was najlepiej, dlatego chciałbym w ten sposób stworzyć tak zwaną więź między uczniem, a nauczycielem
- A na czym ona polega? - zapytał Adrian
- Więź może Wam pomóc, gdyby coś poszło nie tak... - powiedział Daegurth - Ale narazie o tym nie mówmy, przyjdzie i na to czas. Przejdźmy do konkretów!
Wszyscy, prócz kobiet, stanęli podnieceni na baczność. Byli ciekawi, czego się nauczą, czy wogóle czegoś się nauczą. Daegurth spojrzał na nich i powiedział:
- To nie jest wojsko. Rozluźnijcie się, przy tym treningu bardziej Wam się to przyda - powiedział Daegurth
Wszyscy posłuchali, stanęli luźniej i nie czuli już takiej presji, ale zwykłą ciekawość.
- Panowie z poziomu mistrzowskiego, pójdziecie za Mną - powiedział Daegurth - Każdy będzie miał osobne miejsce na trening, a zaczne od najtrudniejszego treningu.
Daegurth obrócił się i ruszył, a za nim szli Adrian i Dyninio. Szli obok strumyczka, wraz z jego biegiem i po kilkunastu minutach zobaczyli w oddali niewielkie wzgórze.
- Ciekawe, dokąd nas prowadzi - powiedział Adrian
- Nie wiem i nie obchodzi Mnie to, niech Mnie czegoś nauczy! - powiedział Dyninio
Oczegujący na trening Dyninio i Adrian szli dalej za Daegurthem, który ogłosił się ich mentorem. Znaleźli się teraz przy wzgórzu, niezbyt stromym, i zacząli po nim się wspinać. Wkrótce byli na samej górze, skąd było widać dosyć duży obszar miasta, część lasu i wiele innych ciekawych rzeczy. Wiał tam lekki wiatr, nawet ciepły, który orzeźwiał każdego. Daegurth stanął i czekał, aż Adrian i Dyninio podejdą bliżej. Wciąż myślał jaki trening byłby dla nich najlepszy i wreszcie wymyślił. Gdy podeszli do niego, z pewnością w głosie powiedział na czym będzie polecać ich pierwszy trening.
- Słuchajcie więc - powiedział Daegurth - Ten trening będzie trenować prawie wszystkie mięśnie, a także umysł.
Słuchacze się zaciekawili licząc na jakiś ciężki fizycznie trening, chyba się nie mylili.
- Teraz, patrzcie, a potem wyjaśnie dokładnie, na czym będzie polegać trening - powiedział Daegurth
Saiyan wziął jakąś skałe i zniszczył ją na małe, kilkucentymetrowe, kawałeczki. Ustawił je jeden na drugim i sam stanął na szczycie, na jednej nodze. Wtedy, za pomocą telepatii, ułożył drugi słupek z kamieni i zaczął wyjaśniać.
- Stoicie obaj na takich słupkach z kamieni - powiedział Daegurth - Stojąc wystrzeliwujecie małe pociski ki, w siebie, nie w słupek! Trening polega na tym, że macie stojąc na kamieniach unikać ataków przeciwnika. To ćwiczy równowage, uniki, pośrednio ćwiczy moc, a nawet częściowo cierpliwość.
Daegurth zeskoczył ze słupka kamieni i oba słupki, ten zrobiony telepatycznie też, rozpadły się. Powiedział jeszcze "Miłej zabawy!" i ruszył do innych. Adrian i Dyninio patrzewli jak znika w oddali.
- Myślałem o jakimś ciężkim treningu... - powiedział Adrian
- Ehhh, to jest łatwizna! Uporamy się z tym raz, dwa i pójdziemy mu pokazać, jacy jesteśmy mocni! - powiedział Dyninio
- Heh, coś w tym jest! Więc zaczynajmy! - powiedział Adrian
Adrian, wraz z Dyniniem, zaczęli układać na sobie kamienie. Szczerze mówiąc ścigali się, ale Dyninio bardziej uważał i w pewnym momencie zwolnił. Adrian wreszcie popełnił błąd, słupek się zachwiał i spadł.
- Niepoddawaj się i lepiej zwolnij - powiedział Dyninio - Moge na Ciebie poczekać
- Nie denerwuj Mnie! - powiedział Adrian
- Hej, mamy trenować, a nie kłucić się - powiedział Dyninio - Nie musimy rywalizować!
- Mów za siebie! - powiedział Adrian
- Wiem dobrze, że chcesz pokazać Daegurthowi ile naprawde jesteś wart - powiedział Dyninio - Więc lepiej współpracujmy, a nie walczmy!
- Zam.... Masz racje, przepraszam - powiedział Adrian
Tym razem Adrian ustawiając na sobie kamień za kamieniem uważał. Skupił się, a jednocześnie patrzał na postępy Dyninia. Zobaczył, że powoli go dogania i lekko się uśmiechnął. Trafił na dobrego partnera treningowego...
[center]***[/center]
Bobercik i Kris niecierpliwili się już. Czekali i czekali... Ale wreszcie zobaczyli nadchodzącego z dala Daegurth'a i uśmiechnęli się na wznak, patrząc na siebie. Sami ruszyli w jego strone, wiedzieli, że zabierze ich w odpowiednie miejsce treningowe. Daegurth widząc ich zachowanie i chęć do treningu, zatrzymał się i ucieszył na duchu. Wiedział, że przed jednym z nich stoi wielkie wyzwanie i choć nie mógł im o tym powiedzieć, to nie chciał dać znać, kto będzie musiał stawić czoła wielkiemu niebezpieczeństwu. Wreszcie Kris i Bobercik doszli do Daegurth'a.
- Chodźcie uczniowie - powiedział Daegurth
Dwa razy nie trzeba powtarzać - pomyślał Kris, po czym wraz z Bobercikiem ruszył za Daegurthem. Mijali drzewo, za drzewem i zatrzymali się w samym środku lasu. Kris i Bobercik wogóle stracili orientacje w terenie. Widzieli co chwile kolejne drzewo, wciąż nie wiedząc gdzie są prowadzeni. Ale ufali Daegurthowi, troche za bardzo...
- Więc panowie, nadszedł czas! - powiedział Daegurth
- Nareszcie! - powiedział Kris
- Więc, co mamy zrobić? - zapytał Bobercik
- Hehehe! Na początek spróbujcie przeżyć! - powiedział Daegurth szyderczym głosem
"O co mu chodzi?" - pomyślał Kris
Daegurth ruszył na Kris'a i Bobercik'a, którzy niespodziewający się ataku z jego strony, nie mieli szans. Daegurth zaatakował Krisa ręką, wgniatając go w drzewo, a Bobercika mocno kopnął odsuwając go kilkanaście metrów od siebie.
- Lekcja numer jeden! - powidziała Daegurth, po czym uderzył Krisa w żołądek - Zawsze bądź czujny, bo przyjaciele mogą okazać się wrogami!
Daegurth kontynuował ataki wymierzone w Krisa, gdy Bobercik chciał go zaatakować w plecy, ale zwinny saiyan odsunął się i Bobercik kopnął z całej siły Krisa w brzuch. Kris zderzył się z drzewem kompletnie je łamiąc. Wstał z ledwością.
- Patrz gdzie bijesz kretynie! - zawrzeszczał w bólu Kris
- Hehehe! Lekcja dwa i trzy! - powiedział Daegurth - Zawsze zaplanuj działania, zanim coś zrobisz. Unikaj kłutni i wybaczaj przyjaciołom!
- Dlaczego to robisz!?! - zapytał Bobercik krzycząc
Daegurth nie odpowiedział, tylko ruszył w stronę Bobercika. Było mu żal, że nie mógł mu powiedzieć, dlaczego to robi... Przecież wiedział, że innaczej nie zmusi ich do pokazania całej swojej mocy.
Bobercik widział Daegurth'a zbliżającego się do niego, ze średnią prędkością. Wystawił obie ręce i wystrzelił w niego pocisk Ki, który Daegurth odbił jedną ręką. Bobercik wysłał kolejne kilka pocisków, które jednak Daegurth odbijał jak piłeczki. Wreszcie znalazł się przy nim i krzyknął mu prosto w twarz, wysyłając falę dźwiękową. Fala okazała się bardzo mocna, Bobercik miał pełno cięć na twarzy i odleciał parę metrów do tyłu, zanim się zatrzymał. Drzewa które stały na drodze fali natomiast, oderwały się od podłoża i poleciały daleko w tył. Bobercik naprawde się starał, żeby nie przegrać z tą falą, dlatego nie skończył jak drzewa.
- Lekcja cztery - powiedział Daegurth - Jeżeli nie jesteś w stanie wygrać sam, walcz w drużynie!
Kris usłyszał tą radę i widząc jak Daegurth chce zaatakować Bobercika pięścią, wysłał w jego strone kulę ki. Daegurth zatrzymał się w połowie drogi w miejscu, a kula, wymierzona przedtem w niego, leciała teraz w Bobercika. Z pewnością by go zabiła, gdyby Daegurth nie wysłał własnej kuli ki, żeby ją zkontrować.
- Powtórka lekcji numer dwa - powiedział Daegurth - Tym razem ze skutkiem śmiertelnym...
"Ale zaraz..." - pomyślał Kris - "On go obronił! To znaczy, że... On nas sprawdza! Cwany lis z niego! Nawet te rude włosy na to wskazują, pokaże liskowi, gdzie jego miejsce!".
Kris podleciał do Bobercika i teraz stał obok niego.
- Porządek musi być - powiedział Kris - Teraz musimy się skupić Bobercik, weź się w garść!
Bobercik wyprostował się, wciąż nie wiedząc, że to jest zwykły test. Stanął w tej samej pozycji, co Kris, plecami do niego. Wyglądali jak odbicia lustrzane. Zsynchronizowali swoje ruchy, może nawet myśli. W pewnym momencie obaj ruszyli w stronę Daegurth'a, który nareszcie lekko się uśmiechnął. "Bardzo dobrze!" - pomyślał Daegurth - "Kris, jesteś genialny! Jednak tobie mogłem powiedzieć!". Widział teraz, jak Kris i Bobercik szybko biegli w jego strone, w pewnym momencie spojrzeli na siebie i rozdzielili się. Bobercik skakał po gałęziach drzew, nadchodząc z prawej strony Daegurth'a, Kris zaś biegł dołem, po ziemi, mijając drzewo za drzewem, ze strony lewej. W pewnym momencie Bobercik wystrzelił pocisk Ki w Daegurth'a biegnąc. Daegurth uniknął i właśnie podczas uniku zobaczył nadlatujący od strony Krisa następny pocisk, który odbił. Myślał, że następne kilka pocisków leci od strony BObercika, były to jednak zwykłe kamienie! Był kompletnie zaskoczyny, gdyż pociski Ki leciały od strony Kris'a, a odbijając je, Bobercik zdążył podbiedz do Daegurth'a. Zaczął szybko bić Saiyana, który blokował i unikał ciosy. Kris wtedy wyciągnął swój miecz, który natychmiast się przemienił w Kieł Żywiołów. Właściciel wspaniałego miecza uśmiechnął się. Zrobił młynek i zakrzyczał: "Minokoho-koteresu!". Miecz zaczął pokrywać się błyskawicami, lekko piekąc właściciela w ręke, wtedy Kris zawrzeszczał: "W prawo!".
Bobercik, jakby czekał na komende i odskoczył w strone lewą! Kris natychmiast pociągnął ostrze miecza w strone Daegurtha. Z ostrza wyleciała wiązka energii, która uformowała błyskawice, zmierzająca teraz prawie z prędkością światła w strone Daegurth'a i Bobercika, który odskoczył z pola jej działania. Daegurth tylko się obrucił, wiedział, że dostanie błyskawicą i był pewien, że będzie to bolało.
"Ała!" - pomyślał też Kris!
W akcie desperacji Daegurth lekko się skulił i z niesamowitą prędkością zbliżył ręce do klatki piersiowej, na której je skrzyżował. Nagle wyprostował je przed siebie i zawrzeszczał: "Energy shield!". Bariera energetyczna okrążyła go. Piorun odbił się od niej i poleciał dalej, gdzie spowodował małą eksplozje. Daegurth stał teraz wyprostowany patrząc na Krisa. Kris wiedział, że to już koniec "walki o przetrwanie", jednak Bobercik nie. Rzucił się na Daegurth'a, chcąc uderzyć go w twarz z całej siły pięścią. Daegurth jednak, nie spuszczając Krisa z oczu, wystawił lewą ręke w stronę nadlatującego z lewej strony Bobercika i zablokował jego atak bez problemu jedną ręką, nie spodziewał się jednak, że...
Bobercik wystawiając drugą ręke zakrzyczał: "Bikku bang attack!"
Daegurth obracając głowę w stronę Bobercika otworzył szeroko oczy. Wiedział, że tego pocisku nie uniknie, choćby i chciał. Nawet telekineza nie mogła mu pomóc, bo wrzucając kamień w pocisk, spowodowałby wybuch, który zabiłby Bobercika...
Daegurth drugą ręką złapał kulę, żeby chociaż odciągnąć ją od Bobercika, nie zdającego sobie sprawy z zagrożenia. Kris natychmiast podbiegł do Bobercika wrzeszcząc: "Co ty robisz!?! To był tylko trening!!! Teraz zobacz co...". Jego słowa przerwała potężna eksplozja ok. sto metrów dalej. Gdy tam przybiegli, na środku krateru stał Daegurth. Stał, po prostu nie miał siły upaść. Nie oddychał, nie ruszał się. Nawet wiatr się zatrzymał, jakby pokazując co się dzieje z Daegurthem. Bobercik i Kris natychmiast przybiegli do niego. Bobercik dotknął Daegurtha i ten nagle, jakby rozpłynął się w powietrzu. Została po nim tylko chmurka, która też po paru sekundach znikła.
- Ups... - powiedział Bobercik
- Może jednak nie był taki silny, jak nam się zdaje? - zapytał Kris, po czym sam sobie odpowiedział - Chociaż, bez jego rad, byśmy sobie nie poradzili...
- Hej! - nagle Kris i Bobercik usłyszeli głos, jakby Daegurth'a - Wyłaźcie z tego krateru, macie trenować!
Bobercik i Kris obejrzeli się za siebie, stał tam Daegurth. Miał na twarzy lekki uśmiech. Bobercik i Kris natychmiast do niego podbiegli.
- Ale... Jak!?! - zapytał Kris
- Przecież Ty tam się rozpadłeś! - powiedział Bobercik
- Ehhh, po tym, gdy się rozdzieliliście, zrobiłem swojego klona. Wiedziałem, że Mnie dostaniecie, wolałem nie umierać, jeszcze Mi życie miłe! - powiedział Daegurth - Chociaż Klon jest słabszy ode Mnie, ale co tam...
- Że co!?! - zapytał Bobercik niedowierzając
- TY stary... Hej, niezły plan! - pomyślał Kris
- Dzięki, a teraz mam dla was prawdziwy trening! - powiedział Daegurth
- Więc to tylko "gra wstępna"!?! - zapytał Kris niedowierzając
- Hmmm, tak! - powiedział Daegurth - Hehehe! Narazie!
Daegurth zniknął... Kolejny klon. "Super" - pomyślał Kris.
- Ciekawe, co miał na myśli mówiąc "Prawdziwy trening"? - powiedział Bobercik
- NIeeee!!! - zakrzyczał Kris orientując się w sytuacji
- Co? Co? Co!?! - zapytał Bobercik
- On nas zostawił w środku nieznanego lasu!!! - powiedział Kris
- Coorfa! Masz rację! Do tego jesteśmy wykończeni! - powiedział Bobercik
- Daegurth, jak Cie spotkam, to zabije! - zakrzyczał Kris
[center]***[/center]
Adrian i Dyninio już kilka razy ułożyli wieże z kamieni, jednak specjalnie je niszczyli, by nabrać wprawy. Udało im się, teraz stali na słupku z kamieni patrząc się na siebie. Adrian wystrzelił pocisk w stronę Dyninia, który tylko na to czekał. Dyninio wychylił się do tyłu, nie tracąc równowagi, a wracając do prostej pozycji wypuścił z obu rąk pociski w strone Adriana. Adrian uniknął jeden pocisk bez problemu, ale przy drugim stracił równowagę i upadł na ziemie... Razem ze wszystkimi kamieniami ze słupka... Adrian jednak uśmiechnął się i zaczął znów układać wieżę z kamieni. Szybko się z tym uwinął i po chwili stał na szczycie.
- Teraz ty zaczynasz - powiedział Adrian
- Dobra - powiedział Dyninio
Dyninio wystrzelił pocisk w stronę Adriana, który nie chcąc unikać, odbił go. Prawie się przy tym przewrócił, ale jednak, utrzymał się! Dyninio chciał odbić pocisk, ale spadł na ziemie, wraz ze swoją "Kamienną wieżą".
- Jak Ty to zrobiłeś!?! - zapytał Dyninio
- Nie wiem! - powiedział Adrian - Odruch! Naprawde!
Adrian ucieszył się, że udało mu się odbić pocisk i nie upaść.
[center]***[/center]
Daegurth zmierzał teraz by wytrenować Relene i Małgorzate. Zrobił to dyskretnie, tak, by nikt nie wiedział na czym polegał trening. Wszyscy trzej wrócili jednak szybko do grupy "początkujących", z czego dziewczyny śmiały się, a Daegurth był cały czerwony.
- Ani słowa! - powiedział Daegurth widząc głupi uśmieszek Bart'a - Chodźcie troszke dalej.
I poszli. Daegurth stanął obok jeziorka i zaczął wyjaśniać.
- Wy, jako początkujący będziecie mieli miliony rad, poprzedzonych pokazami, a dopiero później praktyke - powiedział Daegurth - Jeżeli to komuś nie pasuje, to trudno! A teraz słuchać. Każdy ma w sobie pewną ilość energii. Gdy zostanie ona wyczerpana, najnormalniej we świecie, umieramy. Jednak nie zawsze musi do tego dojść, nawet gdy stracimy prawie całą energię, możemy ją uzupełnić! I na tym będzie polegać wasz dzisiejszy trening: Energia i jej zastosowanie we wszechświecie, to temat lekcji jaką Wam dam.
- Czy to może mieć coś wspólnego z tymi szumami w Mojej głowie? - zapytał Bart
- To ma wiele wspólnego - powiedział Daegurth - Więc, My, jako Saiyanie, mamy lepszą czułość energii, dlatego jeżeli wielka energia jest niedaleko, to czujemy ciarki, słyszymy szumy, piski, sygnalizujące nam, gdzie ta energia jest i jaka jest wielka. Jednak Saiyanie są "mococzuli", więc nam jest łatwiej. Nie znaczy to, że inne rasy tego nie mogą, zapewniam, że każda rasa może
- O jakiej energii mówisz? - zapytał Rayman
- Hmmm, widzie, że wiesz o co chodzi - powiedział Daegurth - wewnątrz nas, istot żywych, jest wiele energii. Jest energia życia, która współigra z innymi, jak i inne. Często jednak są nazywane różnie, a chodzi o tą samą energie. Np.: Youki, Chakra, Chi, Moc duchowa, zwana Maną, to te same energie! Tylko różni się sposób ich wykorzystywania, więc jeżeli słyszymy, jak ktoś rozmawia o Chakrze, to wiemy, że chodzi o techniki walki ninja, jeżeli o Youki, to jest to moc demonów i ludzi, ukryta w nich głęboko. Chi natomiast, to energia taka jak inne, jednak używają tej nazwy mistrzowie sztuk walk, a Mana, to moc magiczna, która pozwala robić inne, niewiarygodne rzeczy.
- Jest więcej nazw dla tej energii? - zapytał Rayman
- Oczywiście, są ich miliony, ale narazie nie trzeba Wam ich znać, ważne, żebyście wiedzieli, że taka energia jest w każdym żywym stworzeniu - powiedział Daegurth
- A co z nieumarłymi? - zapytał Bart
- Dobre pytanie - powiedział Daegurth - Nieumarli nie mają energii, wręcz przeciwnie. Brakuje im jej, dlatego tworzą "negatywną" energię, by zastąpić braki. Gdy zbiorą jakimś sposobem energie, to umierają. Ale koniec z teorią, przechodźmy powoli w praktyke.
- Co będziemy robić? - zapytała Roksia
- Będziemy uczyć się ładować energię - powiedział Daegurth - Energie można ładować w nieskończoność, ale z każdą chwilą maleje ilość energi jaką dostajemy, podczas ładowania, więc po godzinie prawie jej nie zyskujemy. Lepiej więc się nie ładować dłużej, bo to praktycznie bez sensu. A teraz, z czym to się je: Stajemy luźno, lepiej w małym rozkroku. Dla ogromnego ułatwienia lekko zginamy kolana i łokcie, po czym zaczynamy skupiać swoją energię na żołądku lub na przeponie, oraz na mięśniach rąk i nóg, ale w małym stopniu. Musi powstać harmonia, nasza energia ma powoli i równo płynąć przez cały organizm, skupiejąc się w żołądku, a dopiero później ma wracać do wszystkich narządów w nieco większej formie. Pozwólcie, że zademonstruje.
Daegurth stanął prosto i zamknął oczy. Stanął w lekkim rozkroku, ugiął kolana i ręce w łokciach.
- Aha, zapomniałem powiedzieć o jeszcze jednym - powiedział Daegurth - Trzeba się bardzo skupić, więc można zamknąć oczy. No i jeszcze krzyk może ułatwić nam ładowanie się, ale nie zawsze, więc do dzieła.
Na początku nie było nic widać gołym okiem, ale energia w Daegurthu zaczęła powoli krążyć. Nie skupiał się za bardzo, był ostrożny, wiedział, że ktoś może zaatakować w każdym momencie. Wkrótce jednak efekt przeniósł się i na zewnątrz. Wiatr wokół Daegurtha zaczął krążyć, podnosił lekko piasek, tworząc piękny efekt.
- Właśnie teraz powoli się ładuje, ale przez chwilę moge Wam pokazać, jak to powinno się robić - powiedział Daegurth, po czym krzyknął - HAaaaaaaa!
Daegurth skulił się jeszcze bardziej. Wiatr zaczął krążyć jeszcze szybciej, energia, jaką ładował Daegurth, wydostawała się na zewnątrz, w postaci małych piorunków. Wkrótce ziemia zaczęła się lekko trząść i pojawiły się szczeliny pod nogami Daegurth'a, a woda w jeziorku zaczęła zmieniać kierunek. Nagle Daegurth przerwał.
- Dobra, koniec pokazu, teraz Się pobawcie - powiedział Daegurth - Bart?
- Tak? - zapytał Bart
- Tobie raz się udało wyładować energie, to jest prawie to samo - powiedział Daegurth - Przypomnij sobie co czułeś, gdy zrobiłeś to wyładowanie w domu Hebrida
- Że co!?! - zapytał Bart - Jak? Ty to pamiętasz? Przecież spałeś!
- Spałem? - zapytał Daegurth - Teraz ide spać<ziew> Miłego treningu!
I Daegurth poszedł się przespać... Przynajmniej tak powiedział
[center]***[/center]
Bobercik i Kris szli teraz lasem, starali się wrócić do znanego im miasta, ale byli nie tylko wykończeni, nie znali tego lasu, do tego stracili orientacje już dawno temu, a swój stan pogorszyli walcząc, gdy nie myśleli o tym, gdzie są, ale co robią. Mijali drzewo, za drzewem, idąc razem. Co chwile się oglądali, czy nie zgubili przyjaciela w tyle. Woleli tego uniknąć. Mijali drzewo za drzewem, szli... Aż wreszcie doszli! Spowrotem do krateru, który wyżłobił wybuch kuli Bobercika. Kris się tylko uśmiechnął i upadł na ziemie. Zaraz po nim zrobił to Bobercik.
- Wiesz co? - zapytał Kris
- Mów - powiedział Bobercik
- Ciesze się, że to z Tobą zostałem wysłany na trening - powiedział Kris - Jesteś świetny
- Nie no, nie przesadzajmy - powiedział Bobercik - Bez Ciebie bym sobie nie poradził!
- Chyba nie zostaliśmy tu bez powodu - powiedział Kris - Daegurth wszystko zaplanował!
- On to ma głowe... - powiedział Bobercik - Ciekawe, jak On trenował?
- Może kiedyś nam opowie? - zapytał Kris
- Na pewno! - powiedział Bobercik - Wiesz co Mnie jeszcze zastanawia?
- Domyślam się! - powiedział Kris
- Tak? To strzelaj! - powiedział Bobercik
- Ciekawi Cie, jak się mają inni i ich trening - powiedział spokojnie Kris
- Tak, ciekawe... - powiedział Bobercik
[center]***[/center]
Adrian zobaczył kilkanaście lecących w jego strone pocisków ki, przed którymi uniknął z wielkim trudem. Gdy unikał, wieża z ułożonych kolejno na sobie kamieni chwiała się w prawo i lewo, on jednak, obracając się w drugą strone równoważył ciężar i ani on, ani wieża nie spadły. Teraz jego kolej, wystrzelił 7 pocisków w stronę Dyninia, który przed pierwszym się odchylił do tułu, przy drugim podskoczył do góry, odrywając się od wieży, która jednak nie runęła, gdy na nią znów spadł i przykucnął. Następnie robił kolejne uniki w prawo i lewo, wreszcie stanął prosto i spojrzał na Adriana.
- Czas zwiększyć poziom trudności! - powiedział Dyninio
- Masz racje, teraz próbujmy jak najszybciej i do tego jednocześnie! - powiedział Adrian
- O to Mi chodziło! - powiedział Dyninio - Więc do dzieła!
Obaj trenujący wojownicy zaczęli strzelać do siebie masą pocisków. Duża część zderzała się ze sobą w locie i zmieniała kompletnie swój tor. Większość jednak leciała prosto na wojowników, którzy unikając, wypuszczali kolejne kule. Raz po raz zmieniali nogi, na których stali, a czasem nawet stawali na rękach, żeby uniknąć. Oba słupki kamieni uginały się, to w lewo, to w prawo, do przodu i do tyłu, jednak żaden z nich się nie rozpadał.
Adrian zobaczył nagle, że wystrzelony pocisk po zderzeniu się z pociskiem Dyninia leciał prosto na wieże kamieni, na której stał! Natychmiast wyliczył trajektorie lotu i wysłał kontrpocisk, który skutecznie obronił jego wieże. Teraz Adrian dla testu strzelił pociskiem w wieże kamieni Dyninia. Nie trafił jednak, gdyż Dyninio widząc pocisk zbliżający się do słupa, na którym stał, przechylił się troszke, tak, że słup na którym stał też się ugiął i pocisk chybił.
Adrian i Dyninio naraz pomyśleli o zwiększeniu poziomu trudności. Zaczęli teraz strzelać do siebie większymi kulami ki, często nawet zakręcającymi raz, czy dwa, jednak wciąż stali na wieżach z kamieni...
[center]***[/center]
Bart skupił się, stanął w rozkroku, skulił nogi w kolanach i ręce w łokciach, po czym zamknął oczy i skupiał energię wewnątrz siebie. Chaotyczna jak dotąd energia w Barcie zaczęła powoli zmieniać kierunek i chociaż wciąż była bardzo chaotyczna, to był już wielki postęp. Bart krzyknął i energia którą łądował wyszła na zewnątrz. Nie było jej wiele, stworzyła słaby wietrzyk. Rayman widział, że Bart robi postępy, a sam nie chciał odstawać poziomem od innych. Na początek się wyprostował, po czym lekko się skulił. Mocno ścisnął ręce i poczuł jak energia w nim płynie. Nigdy nie czuł czegoś takiego! Nawet w gniewie, gdy jego zbroja zmieniała kolor, nie było to to samo! Teraz czuł podniecenie, energia którą władał w tym momencie była dla niego ogromna, nigdy nie miał okazji taką władać. Poczuł dziwne uczucie w żołądku. Energia którą wytworzył spowodowała bardzo lekki wietrzyk, który unościł liście i pyłki kwiatów. Wkrótce jednak przestał się ładować i zaczął sapać. Zmęczył się dosyć. Nigdy nie operował taką energią, dla testu zrobił teraz kulę, którą wypuścił w powietrze. Była ogromna! Miała co najmniej 3 metry średnicy! Wybuchła wysoko w powietrzu. Ekslozja na szczęście nie spowodowała zniszczeń. Rayman czuł, że stracił już tą energię, ale wiedział, że byłby zdolny znów ją zregenerować.
Roksia widząc wybuchającą kule Raymana powiedziała: "Super...". Sama chciałaby taką zrobić, ale nie umiała. Poza tym jej poziom mocy na to nie pozwalał.
- Kiedyś zrobisz nawet i większą kule - powiedział Rayman
- A może i będziesz silniejsza od nas - powiedział Bart
Roksia jednak nie zwracała uwagi na ich słowa, patrzała tylko na rączki, obracając nimi. Wreszcie uśmiechnęła się, stanęła w lekkim rozkroku, pochyliła się do przodu, ugięła nogi i ręce, zaciskąjąc pięści. Nagle otoczyła ją jakby bariera z piasku niesionego przez powietrze, a od ciała zaczęły odbijać się małe piorunki. Trawa, która była wokół niej zaczęła jakby falować, tak jak woda, a sama woda zaczęła zmieniać swój bieg.
- Czy Ja mam zwidy? - zapytał Rayman
- Chyba mała Roksia nas zaskoczyła! - powiedział Bart
Roksia przestała się ładować, ale od jej ciała odbijały się wciąż piorunki. Uważała to za bardzo zabawne, jednak chciała wystrzelić dużą kule w powietrze. Zebrała energie w rękach i... Ta energia tam została! Nie mogła się skupić na robieniu kuli, jednak jej ręce pokryło jasne światło, jakby rękawice mocy!
- Co jest!?! - zapytała się Roksia, samej siebie, licząc na pomoc starszych
- Roksia, spróbuj coś uderzyć - powiedział z pewnością i uśmiechem na twarzy Bart
- Dobrze - powiedziała dziewczynka przytakując
Mała Roksia podeszła pod kamień i go uderzyła. Kamień natychmiast rozpadł się na maleńkie kawałeczki, które rozprysły się wokół. Przy tym było słychać głośny huk.
- Super Roksia! - powiedział Rayman
Bart spojrzał na swoją prawą ręke. "Hmmm, przecież to było takie proste" - pomyślał Bart - "A nigdy nie udało nam się zrobić takich rękawic mocy". Spojrzał na swoją ręke, chcąc skupić swą energie w kule ki, jednak na sam koniec, w ostatnim momencie, nie wypuścił swojej energii na zewnątrz, tylko zatrzymał ją w ręce. Nie pojawiła się jednak naokoło ręki poświata, znaczyło to, że się nie udało. Bart wiedział, że potrzeba jeszcze czegoś, ale jednocześnie pomyślał, że takie skupienie energii w jednej części ciała, to naprawde wzmocnienie! Chciał to sprawdzić, więc uderzył w ziemie pod sobą i zaraz po tym jak zrobił dziure w ziemi wysłał wiązke energi, tworząc dosyć sporą dziurę.
- Roksia, dzięki Tobie nauczyłem się nowej rzeczy! Dzięki! - powiedział Bart
Roksia się uśmiechnęła, ciesząc się, że mogła być pomocna. Z jej rąk znikła poświata, energia wróciła do właścicielki czekając, aż się przyda.
[center]***[/center]
Kris i Bobercik leżeli teraz w spokoju, kompletnie wyczerpani. Chcieli zasnąć, ale nie mogli. Nagle usłyszeli szum, niewiedzieli skąd.
- Słyszałeś to? - zapytał Bobercik
- Tak, co to było? - zapytał Kris
- Nie wiem... Może chodźmy to sprawdzić - powiedział Bobercik
- Moje nogi mówią nie - powiedział Kris - No to mają problem...
- Heh, widać, że jeszcze mamy sił sporo! - powiedział Bobercik
- Tak? A to dlaczego? - zapytał Kris
- Bo jeszcze możesz ruszać tą szczenką! - powiedział Bobercik
- Racja... - powiedział Kris
Powoli wstali i rozejrzeli się wokół. Wiedzieli już w którym kierunku był szum, gdy nagle ucichł. Myśleli, co to mogło być, jednak nic nie przychodziło im do głowy. Po chwili znów usłyszeli szum, tym razem inny, głośniejszy i jakby bardziej zachwiany. Ruszyli w strone szumu i chociaż byli zmęczeni, to szli dalej i dalej. Nawet gdy szum ucichł, to nie zatrzymali się.
[center]***[/center]
Adrian i Dyninio stali teraz na kamieniach ciężko sapiąc. Prawie nie mieli energii, nie mieli już sił i ochoty trenować, jednak ciągle stali. Adrian doszedł do bardzo ciekawego wniosku.
- Hej Dyninio, zauważyłeś coś dziwnego? - zapytał Adrian
- Nie wiem o co Ci dokładnie chodzi - powiedział Dyninio - Ale wydaje Mi się, że tak
Adrian odchylił się do tyłu, a cały słupek zagiął się za nim. Stał teraz do góry nogami, a wieża z kamieni dziwnym trafem nie spadała! Dyninio zrobił to samo, wtedy spojrzeli na siebie i zaczęli się śmiać. Kamienie wtedy rozpadły się, a obaj wojownicy upadli na głowy.
- AŁA! - zawrzeszczał z bólu Adrian
- Coorfa! - zawrzeszczał Dyninio
Jednak spojrzeli na siebie i znów zaczęli się śmiać, wstali powoli i zaczęli wracać nad jeziorko, zobaczyć jak inni przeszli pierwsze treningi. Adrian się uspokoił, a Dyninio nabrał pewności siebie. Teraz bardziej przemyślali swoje działania. Dopiero teraz docenili potęge treningu Daegurth'a...
[center]***[/center]
Bart dalej próbował się ładować, wychodziło mu to coraz lepiej, jednak ani On, ani Rayman nie osiągneli tego poziomu co Roksia. Nie przeszkadzało im to jednak, starali się trenować dla siebie, a nie by być naj, naj, naj....
Bart zamknął oczy, zaczął się ładować i nagle przestał. Wystarczała mu ta ilość mocy, którą miał teraz. Rozciągnął ją do rąk i nóg, po czym poprosił Raymana, by strzelił w niego pociskiem.
Rayman strzelił pociskiem w Barta, który zaczął ruszać rękoma. Jego ręce rozmazywały się i zostawiały za sobą smuge. Wreszcie kula doleciała blisko Bart'a, a ten złapał ją w obie ręce, zatrzymując w miejscu. Trwało to kilka sekund, ale udało się zatrzymać kulę, którą po chwili Bart rozłożył na czystą energie znikającą w powietrzu.
Rayman zaś wymyślił nową technike, która jednak była dosyć niebezpieczna. Zrobił cztery kule, po jednej na każdej ręce i każdej nodze, po czym kule zaczęły krążyć, z prawej ręki, do lewej ręki. Z lewej ręki, do lewej nogi, itd. Zbliżały się tym samym do siebie. Ten atak robił się bardzo długo, jednak efekt był zaskakujący. Kule wreszcie się zetknęły, a wtedy stały się jedną, niezwykle szybko wirującą. Rayman tylko na to czekał, wyprostował ręce, a kula, zamiast polecieć do przodu w postaci kuli, lub fali, rozpadła się na ok. dwadzieście fal, które drogą okrężną trafiły w siebie kilkanaście metrów dalej. Rozdzieliły się z jednego punktu i po krzywej lini lecąc wreszcie znów się połączyły wybuchając.
Roksia poszła nad jeziorko obmyć ręce i opłukać twarz. Gdy to zrobiła, zobaczyła ciało płynące środkiem jeziora. Przeraziła się i stanęła w bezruchu, gdy zobaczyła kolejne płynące ciała martwych ludzi. Wreszcie jednak udało jej się coś powiedzieć.
- Patrzcie! - powiedziała Roksia
Bart i Rayman obrócili się, zobaczyli trupy i spojrzeli na siebie. Od razu wiedzieli, że coś jest nie tak.
- Roksia, czekaj tu na brata i powiedz mu co się stało - powiedział Bart
- Hej, Wy tam! - zawołał Rayman Relene i Małgorzate - Jak przyjdzie tu Adrian i Dyninio to natychmiast wyślijcie ich do miasta!
- Dobra, Rayman, nigdzie nie idź sam! - powiedział Bart - Ja muszę iść obudzić Daegurth'a, myśle, że On wie, co się dzieje!
- Ide z tobą! - powiedział Rayman
Mam nadzieję, że odcinek się spodobał, bo pisałem go naprawde długo! I z wielką przyjemnością ^^
Daegurth stał teraz przed wszystkimi. Każdy był przydzielony pod odpowiedni poziom treningu, ale jeszcze nic nie robili. Saiyan zamierzał dać im wskazówki ogólne.
- Słuchajcie - powiedział Daegurth, a wszyscy natychmiast nadstawili uszu - Skoro już was mam trenować, to niech to będzie prawdziwy trening.
- Co mam przez to rozumieć? - wyrwał się Dyninio
- Zostane na jakiś czas waszym mentorem, nauczycielem - powiedział Daegurth - Ale, nie oznacza to, że będe was uczył tylko walki
- Więc czego? Dziergania ubranek? - zapytał Kris
- Od teraz będe się Wami opiekował, gdyż jesteście Moimi uczniami. Proszę, żebyście wykonywali moje polecenia i słuchali wskazówek - powiedział Daegurth - Może wtedy czegoś się nauczycie
- Co mają znaczyć słowa "Będe się Wami opiekował"? - zapytał Bobercik
- Od dzisiaj to Ja organizuje Wam życie, pomagam Wam, testuje, ucze, wspieram... I tak dalej, i tak dalej... - powiedział Daegurth - Chce dla Was najlepiej, dlatego chciałbym w ten sposób stworzyć tak zwaną więź między uczniem, a nauczycielem
- A na czym ona polega? - zapytał Adrian
- Więź może Wam pomóc, gdyby coś poszło nie tak... - powiedział Daegurth - Ale narazie o tym nie mówmy, przyjdzie i na to czas. Przejdźmy do konkretów!
Wszyscy, prócz kobiet, stanęli podnieceni na baczność. Byli ciekawi, czego się nauczą, czy wogóle czegoś się nauczą. Daegurth spojrzał na nich i powiedział:
- To nie jest wojsko. Rozluźnijcie się, przy tym treningu bardziej Wam się to przyda - powiedział Daegurth
Wszyscy posłuchali, stanęli luźniej i nie czuli już takiej presji, ale zwykłą ciekawość.
- Panowie z poziomu mistrzowskiego, pójdziecie za Mną - powiedział Daegurth - Każdy będzie miał osobne miejsce na trening, a zaczne od najtrudniejszego treningu.
Daegurth obrócił się i ruszył, a za nim szli Adrian i Dyninio. Szli obok strumyczka, wraz z jego biegiem i po kilkunastu minutach zobaczyli w oddali niewielkie wzgórze.
- Ciekawe, dokąd nas prowadzi - powiedział Adrian
- Nie wiem i nie obchodzi Mnie to, niech Mnie czegoś nauczy! - powiedział Dyninio
Oczegujący na trening Dyninio i Adrian szli dalej za Daegurthem, który ogłosił się ich mentorem. Znaleźli się teraz przy wzgórzu, niezbyt stromym, i zacząli po nim się wspinać. Wkrótce byli na samej górze, skąd było widać dosyć duży obszar miasta, część lasu i wiele innych ciekawych rzeczy. Wiał tam lekki wiatr, nawet ciepły, który orzeźwiał każdego. Daegurth stanął i czekał, aż Adrian i Dyninio podejdą bliżej. Wciąż myślał jaki trening byłby dla nich najlepszy i wreszcie wymyślił. Gdy podeszli do niego, z pewnością w głosie powiedział na czym będzie polecać ich pierwszy trening.
- Słuchajcie więc - powiedział Daegurth - Ten trening będzie trenować prawie wszystkie mięśnie, a także umysł.
Słuchacze się zaciekawili licząc na jakiś ciężki fizycznie trening, chyba się nie mylili.
- Teraz, patrzcie, a potem wyjaśnie dokładnie, na czym będzie polegać trening - powiedział Daegurth
Saiyan wziął jakąś skałe i zniszczył ją na małe, kilkucentymetrowe, kawałeczki. Ustawił je jeden na drugim i sam stanął na szczycie, na jednej nodze. Wtedy, za pomocą telepatii, ułożył drugi słupek z kamieni i zaczął wyjaśniać.
- Stoicie obaj na takich słupkach z kamieni - powiedział Daegurth - Stojąc wystrzeliwujecie małe pociski ki, w siebie, nie w słupek! Trening polega na tym, że macie stojąc na kamieniach unikać ataków przeciwnika. To ćwiczy równowage, uniki, pośrednio ćwiczy moc, a nawet częściowo cierpliwość.
Daegurth zeskoczył ze słupka kamieni i oba słupki, ten zrobiony telepatycznie też, rozpadły się. Powiedział jeszcze "Miłej zabawy!" i ruszył do innych. Adrian i Dyninio patrzewli jak znika w oddali.
- Myślałem o jakimś ciężkim treningu... - powiedział Adrian
- Ehhh, to jest łatwizna! Uporamy się z tym raz, dwa i pójdziemy mu pokazać, jacy jesteśmy mocni! - powiedział Dyninio
- Heh, coś w tym jest! Więc zaczynajmy! - powiedział Adrian
Adrian, wraz z Dyniniem, zaczęli układać na sobie kamienie. Szczerze mówiąc ścigali się, ale Dyninio bardziej uważał i w pewnym momencie zwolnił. Adrian wreszcie popełnił błąd, słupek się zachwiał i spadł.
- Niepoddawaj się i lepiej zwolnij - powiedział Dyninio - Moge na Ciebie poczekać
- Nie denerwuj Mnie! - powiedział Adrian
- Hej, mamy trenować, a nie kłucić się - powiedział Dyninio - Nie musimy rywalizować!
- Mów za siebie! - powiedział Adrian
- Wiem dobrze, że chcesz pokazać Daegurthowi ile naprawde jesteś wart - powiedział Dyninio - Więc lepiej współpracujmy, a nie walczmy!
- Zam.... Masz racje, przepraszam - powiedział Adrian
Tym razem Adrian ustawiając na sobie kamień za kamieniem uważał. Skupił się, a jednocześnie patrzał na postępy Dyninia. Zobaczył, że powoli go dogania i lekko się uśmiechnął. Trafił na dobrego partnera treningowego...
[center]***[/center]
Bobercik i Kris niecierpliwili się już. Czekali i czekali... Ale wreszcie zobaczyli nadchodzącego z dala Daegurth'a i uśmiechnęli się na wznak, patrząc na siebie. Sami ruszyli w jego strone, wiedzieli, że zabierze ich w odpowiednie miejsce treningowe. Daegurth widząc ich zachowanie i chęć do treningu, zatrzymał się i ucieszył na duchu. Wiedział, że przed jednym z nich stoi wielkie wyzwanie i choć nie mógł im o tym powiedzieć, to nie chciał dać znać, kto będzie musiał stawić czoła wielkiemu niebezpieczeństwu. Wreszcie Kris i Bobercik doszli do Daegurth'a.
- Chodźcie uczniowie - powiedział Daegurth
Dwa razy nie trzeba powtarzać - pomyślał Kris, po czym wraz z Bobercikiem ruszył za Daegurthem. Mijali drzewo, za drzewem i zatrzymali się w samym środku lasu. Kris i Bobercik wogóle stracili orientacje w terenie. Widzieli co chwile kolejne drzewo, wciąż nie wiedząc gdzie są prowadzeni. Ale ufali Daegurthowi, troche za bardzo...
- Więc panowie, nadszedł czas! - powiedział Daegurth
- Nareszcie! - powiedział Kris
- Więc, co mamy zrobić? - zapytał Bobercik
- Hehehe! Na początek spróbujcie przeżyć! - powiedział Daegurth szyderczym głosem
"O co mu chodzi?" - pomyślał Kris
Daegurth ruszył na Kris'a i Bobercik'a, którzy niespodziewający się ataku z jego strony, nie mieli szans. Daegurth zaatakował Krisa ręką, wgniatając go w drzewo, a Bobercika mocno kopnął odsuwając go kilkanaście metrów od siebie.
- Lekcja numer jeden! - powidziała Daegurth, po czym uderzył Krisa w żołądek - Zawsze bądź czujny, bo przyjaciele mogą okazać się wrogami!
Daegurth kontynuował ataki wymierzone w Krisa, gdy Bobercik chciał go zaatakować w plecy, ale zwinny saiyan odsunął się i Bobercik kopnął z całej siły Krisa w brzuch. Kris zderzył się z drzewem kompletnie je łamiąc. Wstał z ledwością.
- Patrz gdzie bijesz kretynie! - zawrzeszczał w bólu Kris
- Hehehe! Lekcja dwa i trzy! - powiedział Daegurth - Zawsze zaplanuj działania, zanim coś zrobisz. Unikaj kłutni i wybaczaj przyjaciołom!
- Dlaczego to robisz!?! - zapytał Bobercik krzycząc
Daegurth nie odpowiedział, tylko ruszył w stronę Bobercika. Było mu żal, że nie mógł mu powiedzieć, dlaczego to robi... Przecież wiedział, że innaczej nie zmusi ich do pokazania całej swojej mocy.
Bobercik widział Daegurth'a zbliżającego się do niego, ze średnią prędkością. Wystawił obie ręce i wystrzelił w niego pocisk Ki, który Daegurth odbił jedną ręką. Bobercik wysłał kolejne kilka pocisków, które jednak Daegurth odbijał jak piłeczki. Wreszcie znalazł się przy nim i krzyknął mu prosto w twarz, wysyłając falę dźwiękową. Fala okazała się bardzo mocna, Bobercik miał pełno cięć na twarzy i odleciał parę metrów do tyłu, zanim się zatrzymał. Drzewa które stały na drodze fali natomiast, oderwały się od podłoża i poleciały daleko w tył. Bobercik naprawde się starał, żeby nie przegrać z tą falą, dlatego nie skończył jak drzewa.
- Lekcja cztery - powiedział Daegurth - Jeżeli nie jesteś w stanie wygrać sam, walcz w drużynie!
Kris usłyszał tą radę i widząc jak Daegurth chce zaatakować Bobercika pięścią, wysłał w jego strone kulę ki. Daegurth zatrzymał się w połowie drogi w miejscu, a kula, wymierzona przedtem w niego, leciała teraz w Bobercika. Z pewnością by go zabiła, gdyby Daegurth nie wysłał własnej kuli ki, żeby ją zkontrować.
- Powtórka lekcji numer dwa - powiedział Daegurth - Tym razem ze skutkiem śmiertelnym...
"Ale zaraz..." - pomyślał Kris - "On go obronił! To znaczy, że... On nas sprawdza! Cwany lis z niego! Nawet te rude włosy na to wskazują, pokaże liskowi, gdzie jego miejsce!".
Kris podleciał do Bobercika i teraz stał obok niego.
- Porządek musi być - powiedział Kris - Teraz musimy się skupić Bobercik, weź się w garść!
Bobercik wyprostował się, wciąż nie wiedząc, że to jest zwykły test. Stanął w tej samej pozycji, co Kris, plecami do niego. Wyglądali jak odbicia lustrzane. Zsynchronizowali swoje ruchy, może nawet myśli. W pewnym momencie obaj ruszyli w stronę Daegurth'a, który nareszcie lekko się uśmiechnął. "Bardzo dobrze!" - pomyślał Daegurth - "Kris, jesteś genialny! Jednak tobie mogłem powiedzieć!". Widział teraz, jak Kris i Bobercik szybko biegli w jego strone, w pewnym momencie spojrzeli na siebie i rozdzielili się. Bobercik skakał po gałęziach drzew, nadchodząc z prawej strony Daegurth'a, Kris zaś biegł dołem, po ziemi, mijając drzewo za drzewem, ze strony lewej. W pewnym momencie Bobercik wystrzelił pocisk Ki w Daegurth'a biegnąc. Daegurth uniknął i właśnie podczas uniku zobaczył nadlatujący od strony Krisa następny pocisk, który odbił. Myślał, że następne kilka pocisków leci od strony BObercika, były to jednak zwykłe kamienie! Był kompletnie zaskoczyny, gdyż pociski Ki leciały od strony Kris'a, a odbijając je, Bobercik zdążył podbiedz do Daegurth'a. Zaczął szybko bić Saiyana, który blokował i unikał ciosy. Kris wtedy wyciągnął swój miecz, który natychmiast się przemienił w Kieł Żywiołów. Właściciel wspaniałego miecza uśmiechnął się. Zrobił młynek i zakrzyczał: "Minokoho-koteresu!". Miecz zaczął pokrywać się błyskawicami, lekko piekąc właściciela w ręke, wtedy Kris zawrzeszczał: "W prawo!".
Bobercik, jakby czekał na komende i odskoczył w strone lewą! Kris natychmiast pociągnął ostrze miecza w strone Daegurtha. Z ostrza wyleciała wiązka energii, która uformowała błyskawice, zmierzająca teraz prawie z prędkością światła w strone Daegurth'a i Bobercika, który odskoczył z pola jej działania. Daegurth tylko się obrucił, wiedział, że dostanie błyskawicą i był pewien, że będzie to bolało.
"Ała!" - pomyślał też Kris!
W akcie desperacji Daegurth lekko się skulił i z niesamowitą prędkością zbliżył ręce do klatki piersiowej, na której je skrzyżował. Nagle wyprostował je przed siebie i zawrzeszczał: "Energy shield!". Bariera energetyczna okrążyła go. Piorun odbił się od niej i poleciał dalej, gdzie spowodował małą eksplozje. Daegurth stał teraz wyprostowany patrząc na Krisa. Kris wiedział, że to już koniec "walki o przetrwanie", jednak Bobercik nie. Rzucił się na Daegurth'a, chcąc uderzyć go w twarz z całej siły pięścią. Daegurth jednak, nie spuszczając Krisa z oczu, wystawił lewą ręke w stronę nadlatującego z lewej strony Bobercika i zablokował jego atak bez problemu jedną ręką, nie spodziewał się jednak, że...
Bobercik wystawiając drugą ręke zakrzyczał: "Bikku bang attack!"
Daegurth obracając głowę w stronę Bobercika otworzył szeroko oczy. Wiedział, że tego pocisku nie uniknie, choćby i chciał. Nawet telekineza nie mogła mu pomóc, bo wrzucając kamień w pocisk, spowodowałby wybuch, który zabiłby Bobercika...
Daegurth drugą ręką złapał kulę, żeby chociaż odciągnąć ją od Bobercika, nie zdającego sobie sprawy z zagrożenia. Kris natychmiast podbiegł do Bobercika wrzeszcząc: "Co ty robisz!?! To był tylko trening!!! Teraz zobacz co...". Jego słowa przerwała potężna eksplozja ok. sto metrów dalej. Gdy tam przybiegli, na środku krateru stał Daegurth. Stał, po prostu nie miał siły upaść. Nie oddychał, nie ruszał się. Nawet wiatr się zatrzymał, jakby pokazując co się dzieje z Daegurthem. Bobercik i Kris natychmiast przybiegli do niego. Bobercik dotknął Daegurtha i ten nagle, jakby rozpłynął się w powietrzu. Została po nim tylko chmurka, która też po paru sekundach znikła.
- Ups... - powiedział Bobercik
- Może jednak nie był taki silny, jak nam się zdaje? - zapytał Kris, po czym sam sobie odpowiedział - Chociaż, bez jego rad, byśmy sobie nie poradzili...
- Hej! - nagle Kris i Bobercik usłyszeli głos, jakby Daegurth'a - Wyłaźcie z tego krateru, macie trenować!
Bobercik i Kris obejrzeli się za siebie, stał tam Daegurth. Miał na twarzy lekki uśmiech. Bobercik i Kris natychmiast do niego podbiegli.
- Ale... Jak!?! - zapytał Kris
- Przecież Ty tam się rozpadłeś! - powiedział Bobercik
- Ehhh, po tym, gdy się rozdzieliliście, zrobiłem swojego klona. Wiedziałem, że Mnie dostaniecie, wolałem nie umierać, jeszcze Mi życie miłe! - powiedział Daegurth - Chociaż Klon jest słabszy ode Mnie, ale co tam...
- Że co!?! - zapytał Bobercik niedowierzając
- TY stary... Hej, niezły plan! - pomyślał Kris
- Dzięki, a teraz mam dla was prawdziwy trening! - powiedział Daegurth
- Więc to tylko "gra wstępna"!?! - zapytał Kris niedowierzając
- Hmmm, tak! - powiedział Daegurth - Hehehe! Narazie!
Daegurth zniknął... Kolejny klon. "Super" - pomyślał Kris.
- Ciekawe, co miał na myśli mówiąc "Prawdziwy trening"? - powiedział Bobercik
- NIeeee!!! - zakrzyczał Kris orientując się w sytuacji
- Co? Co? Co!?! - zapytał Bobercik
- On nas zostawił w środku nieznanego lasu!!! - powiedział Kris
- Coorfa! Masz rację! Do tego jesteśmy wykończeni! - powiedział Bobercik
- Daegurth, jak Cie spotkam, to zabije! - zakrzyczał Kris
[center]***[/center]
Adrian i Dyninio już kilka razy ułożyli wieże z kamieni, jednak specjalnie je niszczyli, by nabrać wprawy. Udało im się, teraz stali na słupku z kamieni patrząc się na siebie. Adrian wystrzelił pocisk w stronę Dyninia, który tylko na to czekał. Dyninio wychylił się do tyłu, nie tracąc równowagi, a wracając do prostej pozycji wypuścił z obu rąk pociski w strone Adriana. Adrian uniknął jeden pocisk bez problemu, ale przy drugim stracił równowagę i upadł na ziemie... Razem ze wszystkimi kamieniami ze słupka... Adrian jednak uśmiechnął się i zaczął znów układać wieżę z kamieni. Szybko się z tym uwinął i po chwili stał na szczycie.
- Teraz ty zaczynasz - powiedział Adrian
- Dobra - powiedział Dyninio
Dyninio wystrzelił pocisk w stronę Adriana, który nie chcąc unikać, odbił go. Prawie się przy tym przewrócił, ale jednak, utrzymał się! Dyninio chciał odbić pocisk, ale spadł na ziemie, wraz ze swoją "Kamienną wieżą".
- Jak Ty to zrobiłeś!?! - zapytał Dyninio
- Nie wiem! - powiedział Adrian - Odruch! Naprawde!
Adrian ucieszył się, że udało mu się odbić pocisk i nie upaść.
[center]***[/center]
Daegurth zmierzał teraz by wytrenować Relene i Małgorzate. Zrobił to dyskretnie, tak, by nikt nie wiedział na czym polegał trening. Wszyscy trzej wrócili jednak szybko do grupy "początkujących", z czego dziewczyny śmiały się, a Daegurth był cały czerwony.
- Ani słowa! - powiedział Daegurth widząc głupi uśmieszek Bart'a - Chodźcie troszke dalej.
I poszli. Daegurth stanął obok jeziorka i zaczął wyjaśniać.
- Wy, jako początkujący będziecie mieli miliony rad, poprzedzonych pokazami, a dopiero później praktyke - powiedział Daegurth - Jeżeli to komuś nie pasuje, to trudno! A teraz słuchać. Każdy ma w sobie pewną ilość energii. Gdy zostanie ona wyczerpana, najnormalniej we świecie, umieramy. Jednak nie zawsze musi do tego dojść, nawet gdy stracimy prawie całą energię, możemy ją uzupełnić! I na tym będzie polegać wasz dzisiejszy trening: Energia i jej zastosowanie we wszechświecie, to temat lekcji jaką Wam dam.
- Czy to może mieć coś wspólnego z tymi szumami w Mojej głowie? - zapytał Bart
- To ma wiele wspólnego - powiedział Daegurth - Więc, My, jako Saiyanie, mamy lepszą czułość energii, dlatego jeżeli wielka energia jest niedaleko, to czujemy ciarki, słyszymy szumy, piski, sygnalizujące nam, gdzie ta energia jest i jaka jest wielka. Jednak Saiyanie są "mococzuli", więc nam jest łatwiej. Nie znaczy to, że inne rasy tego nie mogą, zapewniam, że każda rasa może
- O jakiej energii mówisz? - zapytał Rayman
- Hmmm, widzie, że wiesz o co chodzi - powiedział Daegurth - wewnątrz nas, istot żywych, jest wiele energii. Jest energia życia, która współigra z innymi, jak i inne. Często jednak są nazywane różnie, a chodzi o tą samą energie. Np.: Youki, Chakra, Chi, Moc duchowa, zwana Maną, to te same energie! Tylko różni się sposób ich wykorzystywania, więc jeżeli słyszymy, jak ktoś rozmawia o Chakrze, to wiemy, że chodzi o techniki walki ninja, jeżeli o Youki, to jest to moc demonów i ludzi, ukryta w nich głęboko. Chi natomiast, to energia taka jak inne, jednak używają tej nazwy mistrzowie sztuk walk, a Mana, to moc magiczna, która pozwala robić inne, niewiarygodne rzeczy.
- Jest więcej nazw dla tej energii? - zapytał Rayman
- Oczywiście, są ich miliony, ale narazie nie trzeba Wam ich znać, ważne, żebyście wiedzieli, że taka energia jest w każdym żywym stworzeniu - powiedział Daegurth
- A co z nieumarłymi? - zapytał Bart
- Dobre pytanie - powiedział Daegurth - Nieumarli nie mają energii, wręcz przeciwnie. Brakuje im jej, dlatego tworzą "negatywną" energię, by zastąpić braki. Gdy zbiorą jakimś sposobem energie, to umierają. Ale koniec z teorią, przechodźmy powoli w praktyke.
- Co będziemy robić? - zapytała Roksia
- Będziemy uczyć się ładować energię - powiedział Daegurth - Energie można ładować w nieskończoność, ale z każdą chwilą maleje ilość energi jaką dostajemy, podczas ładowania, więc po godzinie prawie jej nie zyskujemy. Lepiej więc się nie ładować dłużej, bo to praktycznie bez sensu. A teraz, z czym to się je: Stajemy luźno, lepiej w małym rozkroku. Dla ogromnego ułatwienia lekko zginamy kolana i łokcie, po czym zaczynamy skupiać swoją energię na żołądku lub na przeponie, oraz na mięśniach rąk i nóg, ale w małym stopniu. Musi powstać harmonia, nasza energia ma powoli i równo płynąć przez cały organizm, skupiejąc się w żołądku, a dopiero później ma wracać do wszystkich narządów w nieco większej formie. Pozwólcie, że zademonstruje.
Daegurth stanął prosto i zamknął oczy. Stanął w lekkim rozkroku, ugiął kolana i ręce w łokciach.
- Aha, zapomniałem powiedzieć o jeszcze jednym - powiedział Daegurth - Trzeba się bardzo skupić, więc można zamknąć oczy. No i jeszcze krzyk może ułatwić nam ładowanie się, ale nie zawsze, więc do dzieła.
Na początku nie było nic widać gołym okiem, ale energia w Daegurthu zaczęła powoli krążyć. Nie skupiał się za bardzo, był ostrożny, wiedział, że ktoś może zaatakować w każdym momencie. Wkrótce jednak efekt przeniósł się i na zewnątrz. Wiatr wokół Daegurtha zaczął krążyć, podnosił lekko piasek, tworząc piękny efekt.
- Właśnie teraz powoli się ładuje, ale przez chwilę moge Wam pokazać, jak to powinno się robić - powiedział Daegurth, po czym krzyknął - HAaaaaaaa!
Daegurth skulił się jeszcze bardziej. Wiatr zaczął krążyć jeszcze szybciej, energia, jaką ładował Daegurth, wydostawała się na zewnątrz, w postaci małych piorunków. Wkrótce ziemia zaczęła się lekko trząść i pojawiły się szczeliny pod nogami Daegurth'a, a woda w jeziorku zaczęła zmieniać kierunek. Nagle Daegurth przerwał.
- Dobra, koniec pokazu, teraz Się pobawcie - powiedział Daegurth - Bart?
- Tak? - zapytał Bart
- Tobie raz się udało wyładować energie, to jest prawie to samo - powiedział Daegurth - Przypomnij sobie co czułeś, gdy zrobiłeś to wyładowanie w domu Hebrida
- Że co!?! - zapytał Bart - Jak? Ty to pamiętasz? Przecież spałeś!
- Spałem? - zapytał Daegurth - Teraz ide spać<ziew> Miłego treningu!
I Daegurth poszedł się przespać... Przynajmniej tak powiedział
[center]***[/center]
Bobercik i Kris szli teraz lasem, starali się wrócić do znanego im miasta, ale byli nie tylko wykończeni, nie znali tego lasu, do tego stracili orientacje już dawno temu, a swój stan pogorszyli walcząc, gdy nie myśleli o tym, gdzie są, ale co robią. Mijali drzewo, za drzewem, idąc razem. Co chwile się oglądali, czy nie zgubili przyjaciela w tyle. Woleli tego uniknąć. Mijali drzewo za drzewem, szli... Aż wreszcie doszli! Spowrotem do krateru, który wyżłobił wybuch kuli Bobercika. Kris się tylko uśmiechnął i upadł na ziemie. Zaraz po nim zrobił to Bobercik.
- Wiesz co? - zapytał Kris
- Mów - powiedział Bobercik
- Ciesze się, że to z Tobą zostałem wysłany na trening - powiedział Kris - Jesteś świetny
- Nie no, nie przesadzajmy - powiedział Bobercik - Bez Ciebie bym sobie nie poradził!
- Chyba nie zostaliśmy tu bez powodu - powiedział Kris - Daegurth wszystko zaplanował!
- On to ma głowe... - powiedział Bobercik - Ciekawe, jak On trenował?
- Może kiedyś nam opowie? - zapytał Kris
- Na pewno! - powiedział Bobercik - Wiesz co Mnie jeszcze zastanawia?
- Domyślam się! - powiedział Kris
- Tak? To strzelaj! - powiedział Bobercik
- Ciekawi Cie, jak się mają inni i ich trening - powiedział spokojnie Kris
- Tak, ciekawe... - powiedział Bobercik
[center]***[/center]
Adrian zobaczył kilkanaście lecących w jego strone pocisków ki, przed którymi uniknął z wielkim trudem. Gdy unikał, wieża z ułożonych kolejno na sobie kamieni chwiała się w prawo i lewo, on jednak, obracając się w drugą strone równoważył ciężar i ani on, ani wieża nie spadły. Teraz jego kolej, wystrzelił 7 pocisków w stronę Dyninia, który przed pierwszym się odchylił do tułu, przy drugim podskoczył do góry, odrywając się od wieży, która jednak nie runęła, gdy na nią znów spadł i przykucnął. Następnie robił kolejne uniki w prawo i lewo, wreszcie stanął prosto i spojrzał na Adriana.
- Czas zwiększyć poziom trudności! - powiedział Dyninio
- Masz racje, teraz próbujmy jak najszybciej i do tego jednocześnie! - powiedział Adrian
- O to Mi chodziło! - powiedział Dyninio - Więc do dzieła!
Obaj trenujący wojownicy zaczęli strzelać do siebie masą pocisków. Duża część zderzała się ze sobą w locie i zmieniała kompletnie swój tor. Większość jednak leciała prosto na wojowników, którzy unikając, wypuszczali kolejne kule. Raz po raz zmieniali nogi, na których stali, a czasem nawet stawali na rękach, żeby uniknąć. Oba słupki kamieni uginały się, to w lewo, to w prawo, do przodu i do tyłu, jednak żaden z nich się nie rozpadał.
Adrian zobaczył nagle, że wystrzelony pocisk po zderzeniu się z pociskiem Dyninia leciał prosto na wieże kamieni, na której stał! Natychmiast wyliczył trajektorie lotu i wysłał kontrpocisk, który skutecznie obronił jego wieże. Teraz Adrian dla testu strzelił pociskiem w wieże kamieni Dyninia. Nie trafił jednak, gdyż Dyninio widząc pocisk zbliżający się do słupa, na którym stał, przechylił się troszke, tak, że słup na którym stał też się ugiął i pocisk chybił.
Adrian i Dyninio naraz pomyśleli o zwiększeniu poziomu trudności. Zaczęli teraz strzelać do siebie większymi kulami ki, często nawet zakręcającymi raz, czy dwa, jednak wciąż stali na wieżach z kamieni...
[center]***[/center]
Bart skupił się, stanął w rozkroku, skulił nogi w kolanach i ręce w łokciach, po czym zamknął oczy i skupiał energię wewnątrz siebie. Chaotyczna jak dotąd energia w Barcie zaczęła powoli zmieniać kierunek i chociaż wciąż była bardzo chaotyczna, to był już wielki postęp. Bart krzyknął i energia którą łądował wyszła na zewnątrz. Nie było jej wiele, stworzyła słaby wietrzyk. Rayman widział, że Bart robi postępy, a sam nie chciał odstawać poziomem od innych. Na początek się wyprostował, po czym lekko się skulił. Mocno ścisnął ręce i poczuł jak energia w nim płynie. Nigdy nie czuł czegoś takiego! Nawet w gniewie, gdy jego zbroja zmieniała kolor, nie było to to samo! Teraz czuł podniecenie, energia którą władał w tym momencie była dla niego ogromna, nigdy nie miał okazji taką władać. Poczuł dziwne uczucie w żołądku. Energia którą wytworzył spowodowała bardzo lekki wietrzyk, który unościł liście i pyłki kwiatów. Wkrótce jednak przestał się ładować i zaczął sapać. Zmęczył się dosyć. Nigdy nie operował taką energią, dla testu zrobił teraz kulę, którą wypuścił w powietrze. Była ogromna! Miała co najmniej 3 metry średnicy! Wybuchła wysoko w powietrzu. Ekslozja na szczęście nie spowodowała zniszczeń. Rayman czuł, że stracił już tą energię, ale wiedział, że byłby zdolny znów ją zregenerować.
Roksia widząc wybuchającą kule Raymana powiedziała: "Super...". Sama chciałaby taką zrobić, ale nie umiała. Poza tym jej poziom mocy na to nie pozwalał.
- Kiedyś zrobisz nawet i większą kule - powiedział Rayman
- A może i będziesz silniejsza od nas - powiedział Bart
Roksia jednak nie zwracała uwagi na ich słowa, patrzała tylko na rączki, obracając nimi. Wreszcie uśmiechnęła się, stanęła w lekkim rozkroku, pochyliła się do przodu, ugięła nogi i ręce, zaciskąjąc pięści. Nagle otoczyła ją jakby bariera z piasku niesionego przez powietrze, a od ciała zaczęły odbijać się małe piorunki. Trawa, która była wokół niej zaczęła jakby falować, tak jak woda, a sama woda zaczęła zmieniać swój bieg.
- Czy Ja mam zwidy? - zapytał Rayman
- Chyba mała Roksia nas zaskoczyła! - powiedział Bart
Roksia przestała się ładować, ale od jej ciała odbijały się wciąż piorunki. Uważała to za bardzo zabawne, jednak chciała wystrzelić dużą kule w powietrze. Zebrała energie w rękach i... Ta energia tam została! Nie mogła się skupić na robieniu kuli, jednak jej ręce pokryło jasne światło, jakby rękawice mocy!
- Co jest!?! - zapytała się Roksia, samej siebie, licząc na pomoc starszych
- Roksia, spróbuj coś uderzyć - powiedział z pewnością i uśmiechem na twarzy Bart
- Dobrze - powiedziała dziewczynka przytakując
Mała Roksia podeszła pod kamień i go uderzyła. Kamień natychmiast rozpadł się na maleńkie kawałeczki, które rozprysły się wokół. Przy tym było słychać głośny huk.
- Super Roksia! - powiedział Rayman
Bart spojrzał na swoją prawą ręke. "Hmmm, przecież to było takie proste" - pomyślał Bart - "A nigdy nie udało nam się zrobić takich rękawic mocy". Spojrzał na swoją ręke, chcąc skupić swą energie w kule ki, jednak na sam koniec, w ostatnim momencie, nie wypuścił swojej energii na zewnątrz, tylko zatrzymał ją w ręce. Nie pojawiła się jednak naokoło ręki poświata, znaczyło to, że się nie udało. Bart wiedział, że potrzeba jeszcze czegoś, ale jednocześnie pomyślał, że takie skupienie energii w jednej części ciała, to naprawde wzmocnienie! Chciał to sprawdzić, więc uderzył w ziemie pod sobą i zaraz po tym jak zrobił dziure w ziemi wysłał wiązke energi, tworząc dosyć sporą dziurę.
- Roksia, dzięki Tobie nauczyłem się nowej rzeczy! Dzięki! - powiedział Bart
Roksia się uśmiechnęła, ciesząc się, że mogła być pomocna. Z jej rąk znikła poświata, energia wróciła do właścicielki czekając, aż się przyda.
[center]***[/center]
Kris i Bobercik leżeli teraz w spokoju, kompletnie wyczerpani. Chcieli zasnąć, ale nie mogli. Nagle usłyszeli szum, niewiedzieli skąd.
- Słyszałeś to? - zapytał Bobercik
- Tak, co to było? - zapytał Kris
- Nie wiem... Może chodźmy to sprawdzić - powiedział Bobercik
- Moje nogi mówią nie - powiedział Kris - No to mają problem...
- Heh, widać, że jeszcze mamy sił sporo! - powiedział Bobercik
- Tak? A to dlaczego? - zapytał Kris
- Bo jeszcze możesz ruszać tą szczenką! - powiedział Bobercik
- Racja... - powiedział Kris
Powoli wstali i rozejrzeli się wokół. Wiedzieli już w którym kierunku był szum, gdy nagle ucichł. Myśleli, co to mogło być, jednak nic nie przychodziło im do głowy. Po chwili znów usłyszeli szum, tym razem inny, głośniejszy i jakby bardziej zachwiany. Ruszyli w strone szumu i chociaż byli zmęczeni, to szli dalej i dalej. Nawet gdy szum ucichł, to nie zatrzymali się.
[center]***[/center]
Adrian i Dyninio stali teraz na kamieniach ciężko sapiąc. Prawie nie mieli energii, nie mieli już sił i ochoty trenować, jednak ciągle stali. Adrian doszedł do bardzo ciekawego wniosku.
- Hej Dyninio, zauważyłeś coś dziwnego? - zapytał Adrian
- Nie wiem o co Ci dokładnie chodzi - powiedział Dyninio - Ale wydaje Mi się, że tak
Adrian odchylił się do tyłu, a cały słupek zagiął się za nim. Stał teraz do góry nogami, a wieża z kamieni dziwnym trafem nie spadała! Dyninio zrobił to samo, wtedy spojrzeli na siebie i zaczęli się śmiać. Kamienie wtedy rozpadły się, a obaj wojownicy upadli na głowy.
- AŁA! - zawrzeszczał z bólu Adrian
- Coorfa! - zawrzeszczał Dyninio
Jednak spojrzeli na siebie i znów zaczęli się śmiać, wstali powoli i zaczęli wracać nad jeziorko, zobaczyć jak inni przeszli pierwsze treningi. Adrian się uspokoił, a Dyninio nabrał pewności siebie. Teraz bardziej przemyślali swoje działania. Dopiero teraz docenili potęge treningu Daegurth'a...
[center]***[/center]
Bart dalej próbował się ładować, wychodziło mu to coraz lepiej, jednak ani On, ani Rayman nie osiągneli tego poziomu co Roksia. Nie przeszkadzało im to jednak, starali się trenować dla siebie, a nie by być naj, naj, naj....
Bart zamknął oczy, zaczął się ładować i nagle przestał. Wystarczała mu ta ilość mocy, którą miał teraz. Rozciągnął ją do rąk i nóg, po czym poprosił Raymana, by strzelił w niego pociskiem.
Rayman strzelił pociskiem w Barta, który zaczął ruszać rękoma. Jego ręce rozmazywały się i zostawiały za sobą smuge. Wreszcie kula doleciała blisko Bart'a, a ten złapał ją w obie ręce, zatrzymując w miejscu. Trwało to kilka sekund, ale udało się zatrzymać kulę, którą po chwili Bart rozłożył na czystą energie znikającą w powietrzu.
Rayman zaś wymyślił nową technike, która jednak była dosyć niebezpieczna. Zrobił cztery kule, po jednej na każdej ręce i każdej nodze, po czym kule zaczęły krążyć, z prawej ręki, do lewej ręki. Z lewej ręki, do lewej nogi, itd. Zbliżały się tym samym do siebie. Ten atak robił się bardzo długo, jednak efekt był zaskakujący. Kule wreszcie się zetknęły, a wtedy stały się jedną, niezwykle szybko wirującą. Rayman tylko na to czekał, wyprostował ręce, a kula, zamiast polecieć do przodu w postaci kuli, lub fali, rozpadła się na ok. dwadzieście fal, które drogą okrężną trafiły w siebie kilkanaście metrów dalej. Rozdzieliły się z jednego punktu i po krzywej lini lecąc wreszcie znów się połączyły wybuchając.
Roksia poszła nad jeziorko obmyć ręce i opłukać twarz. Gdy to zrobiła, zobaczyła ciało płynące środkiem jeziora. Przeraziła się i stanęła w bezruchu, gdy zobaczyła kolejne płynące ciała martwych ludzi. Wreszcie jednak udało jej się coś powiedzieć.
- Patrzcie! - powiedziała Roksia
Bart i Rayman obrócili się, zobaczyli trupy i spojrzeli na siebie. Od razu wiedzieli, że coś jest nie tak.
- Roksia, czekaj tu na brata i powiedz mu co się stało - powiedział Bart
- Hej, Wy tam! - zawołał Rayman Relene i Małgorzate - Jak przyjdzie tu Adrian i Dyninio to natychmiast wyślijcie ich do miasta!
- Dobra, Rayman, nigdzie nie idź sam! - powiedział Bart - Ja muszę iść obudzić Daegurth'a, myśle, że On wie, co się dzieje!
- Ide z tobą! - powiedział Rayman
Mam nadzieję, że odcinek się spodobał, bo pisałem go naprawde długo! I z wielką przyjemnością ^^
Rozdział XXXIII - Bezsilność
Bart i Rayman biegli ile sił w nogach do domu Hebrida, po czym wbiegli do pokoju Daegurtha. Spał leżąc w poprzek łóżka, widocznie musiał nieźle się zmęczyć. Bart nie miał teraz czasu, podchodząc do niego wykrzykiwał jego imie. Wreszcie Daegurth otworzył powoli oczy i natychmiast skoczył na nogi.
- Ale rzeź... - powiedział cicho pod nosem Daegurth
- Wiesz o co chodzi? - zapytał Bart
- Nie do końca, ale chyba Sesshomaru zrobił ruch - powiedział Daegurth - Nie ma czasu do stracenia!
Daegurth biegł teraz wraz z Raymanem i Bartem w głąb miasta, skąd słyszeli krzyki, strzały i wybuchy. Daegurth nie wierzył, że mógł przespać taki moment! Był naprawde zmęczony, więc nic nie mógł zrobić. Wiedział, że wiele osób zginęło - nie chciał tego. Nie nawidził śmierci, dlatego nigdy nie chciałby doczekać się swojej...
Teraz jednak nie myślał o swoim życiu, tylko biegł w głąb miasta, wraz z bratem Bartem i Raymanem.
Już z daleka zobaczyli ogrom siły przeciwnika. Krew na ścianach, płynąca po ulicach krew i leżące wszędzie zwłoki...
Daegurth strzelał pociskami ki biegnąc, Bart i Rayman nie wiedział gdzie i po co, gdyż po chwili skręcały i leciały w nieznane im miejsce. Dalej jednak biegnąc zobaczyli zwłoki dziwnych potworów leżące na ulicy. Były przeróżnego koloru i wzrostu, każdy był inny, wyjątkowy - wyjątkowo martwy. Wreszcie Bart i Rayman zobaczyli takiego potwora w akcji. Gonił grupke ludzi, ruszył dwa razy nogami i już był przy nich. Gdyby nie kula ki, którą wypuścił Daegurth, to byłoby po nich. Ludzie, którzy zobaczyli Daegurtha zaczęli uciekać w jego strone. Nie było to jednak korzystne, teraz Daegurth nie mógł strzelać pociskami, a musiał walczyć wręcz. Podbiegł więc do takiego potworka i uderzył go z całej siły, przebijając go na wylot. Szybko wyciągnął ręke. Widział, jak Bart i Rayman dzielnie walczą i prowadzą ludzi w bezpieczne miejsca. Cieszyło go to. Wreszcie nadeszła odsiesz: Adrian, Dyninio, Bobercik, Kris i Roksia niemal jednocześnie przybiegli do miasta. Adrian strzelał do potworów z wysokich budynków, Dyninio przekonywał ludzi do usunięcia mu się z drogi. Bobercik i Kris walczyli wręcz, jako drużyna. Roksia zaskoczyła brata robiąc energetyczne rękawice i zabijając potwora, za potworem.
Walka tak wyglądała przez dłuższą chwilę, jednak wreszcie nadszedł czas na koniec tej zabawy. Potworów pojawiła się prawdziwa masa, nie tylko bohaterowie nie mogli obronić ludzi, ale i siebie! Tak jak starsi sobie jeszcze radzili, to Roksia zaczęła tracić moc i stała się kompletnie bezsilna. Chowała się za przyjaciółmi, którzy wkrótce też nie mieli szans. Byli okrążeni przez chmare potworów, potężnych potworów. Każdy z nich był wielokrotnie silniejszy od człowieka.
Daegurth czuł, że kolejni ludzie giną, a możliwe nawet, że wkrótce i umrą jego uczniowe. Nagle Roksia zakrzyczała widząc nadlatującą do niej macke potwora.
- Niech Cie szlak Sesshomaru! - zakrzyczał Daegurth - MASTER DEVOTION!
W mgnieniu oka wokół Daegurtha zrobił się zielony okrąg, tworzący jakby zielonkawą barierę wokół niego. Z tego okręgu wystrzeliły tysiące żółtych promieni trafiające w innych ludzi, jak i w uczniów Daegurth'a. Tuż po trafieniu w nich stworzyły się wokół nich okręgi, takie, jaki miał Daegurth.
Nikt nie wiedział co się dzieje, ludzie byli zszokowali... Ale mile zszokowani. Szybko odkryli, że to swego rodzaju bariera. Macka lecąca w Roksie uderzyła w bariere, jednak nie zadała jej obrażeń. Tak samo w przypadku innych: wszystkie wymierzone ataki trafiły w bariere. Jednak to nie była zwykła bariera, skądże. Wzdłóż żółtych promieni leciał jakby impuls, fala, która docierając do Daegurth'a zmusiła go do upadnięcia na jedno kolano.
Bart zorientował się, że jego brat przejmuje WSZYSTKIE ciosy na siebie i odrazu wiedział w jakim jest niebezpieczeństwie.
- Teraz, cała naprzód! -zawołał Bart - Nic Wam nie zrobią!
Towarzysze posłuchali, rzucili się na potwory, nie patrząc na to, czy dostaną, czy nie. Bariera chroniła ich przed obrażeniami.
Nikt nie wiedział, że Sesshomaru wyszedł z ukrycia, gdy zobaczył zielone bariery. Szybko poznał ich właściwość i zaczął osobiście uderzać w jedną z takich barier zadając potężne obrażenia Sesshomaru.
Ten jednak zdziwił się, gdy zobaczył Daegurth'a wychodzącego zza budynku tuż obok niego. Nie wiedział jak to możliwe.
- Więc pokazałeś swoje bezwartościowe oblicze - powiedział Daegurth
- Ja przynajmniej mam się gdzie pokazać - powiedział Sesshomaru
- Tak, wiem, piekło na Ciebie czeka! - powiedział Daegurth
Sesshomaru zrobił sobie energetyczny bicz z paznokcia i zaczął uderzać Daegurth'a, który jednak z gracją i stylem unikał. Jednocześnie Sesshomaru nie wiedział kto zrobił tę zieloną barierę!
Daegurth podbiegnął do Sesshomaru i odruchowo odskoczył, widząc, że ten wyciąga miecz. Wiedział, że nie ma czasu, dlatego stanął w miejscu i zaczął dziwnie składać ręce, w strasznie szybkim tempie. Wreszcie zatrzymał je i zawołał: "Fire Birds!". Następnie przykładając ręke do ust zaczął dmuchać, wypluwając płonące ptaki, lecące w stronę Sesshomaru, który bez problemu je rozcinał. Daegurth jeszcze raz szybko ruszył rękoma, robiąc różne znaki i zawołał: "Gaton: Gaukakyu no jutsu!", po czym wystrzelił s ust ogromną kulę ognia. Sesshomaru z ledwością ją przeciął, wolał nie ryzykować dalszej walki i zaczął uciekać. Daegurth pozornie udawał, że zależy mu na dogonieniu go. Wreszcie zaniechał pościgu. Wszystkie potwory natychmiast zaczęły uciekać, wraz ze swym pierwszorzędnym przywódcą. Nagle, ten Daegurth, który walczył z Sesshomaru zniknął - okazał się klonem. Klon pierwsza klasa - nastraszył i zmusił do ucieczki.
Daegurth, ten prawdziwy, ruszył się i bariera znikła. Padł na ziemie cały we krwi - swojej krwi.
- Wy nie macie kwalifikacji, żeby Mi pomóc - powiedział Daegurth - Zabierzcie Mnie do najbliższego szpitala, tam sobie powinni poradzić.
Zrobili i tak, jak Daegurth mówił. Zabrali go do szpitala, gdzie był troche wybredny. Gdy chciano ściągnąć mu ubranie, to nalegał, iż zrobi to sam. I wreszcie sam się rozebrał, jednak szybko umył ubranie i na nowo je założył. Powiedział, żeby tylko opatrzono mu rany i zabandażowano je. Lekarze zgodzili się, chociaż na własną odpowiedzialność pacjenta. Daegurth wujrzał przed wyjściem ze szpitala przez okno i była tak, jak myślał, że będzie. Przed szpitalem stał tłum gapiów. Daegurth nie chciał rozgłosu, musiał więc wydostać się jakoś innaczej. Długo nad tym nie myślał, założył fartuch lekarski i ruszył na zewnątrz. Przecisnął się przez tłum nie wzbudzając jego zainteresowania. Inni nie mieli już tak fajnie, byli dosłownie niesieni na rękach tłumu, który ocalili. Niektórym się to bardziej, a niektórym mniej podobało.
Daegurth jako pierwszy dotarł do domu Hebrida, gdzie natychmiast legnął na łóżku i usnął. Wiedział, że zrobił sobie dosyć dużo czasu. Następnym razem Sesshomaru nie będzie taki bezsilny, przyjnie z planem i nie da się nastraszyć... Chociaż do trzech razy sztuka
Wszyscy wreszcie uwolnili się z rąk ludu i okrężnymi drogami dotarli do domu Hebrida, kompletnie wykończeni, z poobdzieranymi ubraniami, a nawet wycałowani przez dziewczyny. Relena się lekko oburzyła, gdy zobaczyła na twarzy Bobercika malinke. Małgorzata nie miała z czego się denerwować, bo Dyninio wrócił bez żadnych znaków szczególnych: Bez malinek, bez obdartego ubrania, znaczy się w normalnym ubraniu. Jak mu się to udało? Nie chciał powiedzieć, bo, jak to się wyraził, "Wstyd się przyznać".
- Uffff, wiecie co, można być sławnym... Ale bez przesady! - powiedział Adrian
Bart spojrzał na Roksie, która śmiała się ze starszych. Cfana, bo jest mała i przecisnęła się między tłumami - bez najmniejszego problemu. Teraz wszyscy musieli porządnie odpocząć. Nie mieli siły na dalsze rozmowy, poza tym miał ich czekać dalszy trening...
[center]***[/center]
Daegurth, choć bardzo zmęczony, otworzył oczy jako pierwszy. Powoli się podniósł - tak, żeby nie nadwyrężać organizmu. Spojrzał na swoje ręce, po czym poszedł do łazienki. Opłukał twarz i spojrzał w lustro, na którym jego odbicie było niezbyt wyraźne. Po chwili jednak znormalniało. Wiedział, co to znaczy. Zdawał sobie sprawe z tego, jak mało czasu zostało. Musiał się przygotować do wyjawienia wszystkich sekretów przed jego uczniami. Nie było to proste, gdyż nigdy nikomu się nie zwierzał, a stosunek uczeń-mistrz to kompletny brak sekretów. Do tego musiał przygotować jednego ze swoich uczniów do najgorszego...
Daegurth wyszedł z łazienki i po cichu opóścił dom Hebrida. Nikt nie zobaczył, jak wyszedł. Nikt, prócz jedynego Adriana, którego nie było wtenczas w domu. Nie musiał odpoczywać tak długo jak inni, gdyż miał ulepszone geny. Wszystko przez prowadzone na nim eksperymenty, niezbyt miłe eksperymenty...
Adrian śledził Daegurth'a, który zdawał sobie sprawę z tego, że za nim idzie. Daegurth jednak nie przejmował się, stanął na wzgórzu i patrzał daleko za horyzont. Minęło troche czasu zanim zawołał: "Adrian, nie musisz się chować". Adrian wyszedł powoli z ukrycia, z uśmiechem na twarzy.
- Nawet nie wiesz ile razy marzyłem o takiej okazji - powiedział Adrian - Sam na sam z Tobą, możemy teraz walczyć i przekonać się kto jest lepszy
Daegurth lekko obrócił głowę, tak, by widzieć Adriana lekkim okiem. Od razu zobaczył jego podekscytowanie, ale jednocześnie niepewność.
- Jedyne co umiesz, to kilka sztuczek - powiedział Adrian - Wcale nie jesteś taki silny. Po prostu myślisz innaczej niż inni i umiesz to wykorzystać
- Jestem pod wrażeniem - powiedział Daegurth - Rozgryzłeś Mnie, jesteś wart Mojego czasu, bardziej niż inni.
- Nigdy w to nie wątpiłem - powiedział Adrian - Dlatego wyzywam Cie na pojedynek!
Daegurth przestał patrzeć w strone Adriana, a spojrzał wysoko w niebo. Nabrał powietrza w płuca i spoklądał na szybujące ptaki. Adrian nic nie mówił, czekał. Daegurth widział jak bardzo wpłynął na niego trening. Teraz stał się o wiele bardziej spokojny i cierpliwy, ale wciąż był odrobinke zbyt egoistyczny.
- Jesteś co najmniej tysiąc lat, lub dwa wymiary czasowe do tyłu, żebym z Tobą walczył - powiedział spokojnie Daegurth
- Przekonajmy się! - powiedział Adrian, ciekawy prawdziwej siły Daegurth'a
- Dobrze, skoro tak nalegasz - powiedział Daegurth - Ale walczymy na Moich warunkach
- Jeżeli Ja się na nie zgodze, mów co masz na myśli - powiedział Adrian
- Walczymy na terenie otwartym, ale żaden cywil nie może zostać w to wplątany. Tylko Ty i Ja. Walka na obszarze leśno-górzystym, zaprowadze Cie. I jeszcze jedno: żadnych śmiercionośnych ataków - powiedział Daegurth
- Ta ostatnia zasada jest nie potrzebna - powiedział Adrian podchodząc bliżej Daegurtha
- Dobrze, niech Ci będzie - powiedział Daegurth - Możesz używać śmiercionośnych ataków
- A co, Ty nie? - zapytał Adrian
- Nie używam śmiercionośnych ataków na moich przyjaciołach - odpowiedział Daegurth
"Że co, jestem jego przyjacielem?" - pomyślał Adrian - "Gada jakieś głupoty, najpierw się ze Mnie naśmiewał, a teraz będzie pierniczyć farmazany..."
- Nigdy się z Ciebie nie naśmiewałem - powiedział Daegurth
"Tak jasne, tylko szydziłeś i gardziłeś Mną... Tak jak Ja teraz gardze tobą, jesteś nikim i udowodnie Ci to!" - pomyślał Adrian - "Tak, już za chwile pokaże Ci ile jesteś wart!"
- Nigdy z Ciebie nie szydziłem, ani nie śmiałem gardzić. Tylko wytykałem Ci wady w niemiły sposób. Taki już jestem - powiedział Daegurth - Nie mówię wprost, bo to jeszcze gorsze
- Hej, jak to... - powiedział Adrian
"Co jest? On jakby neguje wszystko, o czym myśle!" - pomyślał Adrian
- Przepraszam, ale czytając twój rozum moge poznać Twoje prawdziwe zamiary - powiedział Daegurth - Nielubię walczyć gdy nie potrzeba, ale Ty tak bardzo chcesz się pokazać... Niech będzie, zawalcze z Tobą. Choć.
I poszli. Daegurth prowadził Adriana na miejsce, w którym mieli walczyć. Nie wiedział, jak stoczy ten pojedynek, a jednocześnie czuł coś dziwnego... Adrian, jakby był silniejszy, jakby odblokował nowy poziom. Co to mogło znaczyć? Nie często się z takim czymś spotykał.
Po jakimś czasie wojownicy kosmosu dotarli na miejsce. Było to ogromne wzgórze pełne drzew. Najbliższe miasto było wiele setek kilometrów dalej. Daegurth liczył na to, że taka odległość wystarczy. Nie miał pojęcia co się zaraz stanie...
Daegurth i Adrian zatrzymali się. Stali kilkanaście metrów od siebie patrząc sobie z oddali w oczy.
- Zacznijmy - powiedział spokojnie Daegurth
Adrian zaczął się ładować, jakby intuicyjnie. Daegurth z podziwem patrzał jak wiatr spowodowany przez energie Adriana tworzył półtorametrowy mur z piasku, jak małe piorunki skakały po ciele Adriana. Po chwili ziemia zaczęła się lekko trząść i pękać pod stopami Adriana.
Daegurth też chciał troche uzupełnić moc, w końcu nie był jeszcze w pełni sił po ostatniej walce z Sesshomaru. Zamknął oczy i stojąc wyprostowany skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Adrian nigdy nie widział, żeby ktoś się tak ładował. Daegurth ładując się tak zrobił kilkumetrowy okrąg, w którym latało wszystko co było wewnątrz. Wreszcie Adrian ruszył w strone Daegurth'a. Jednak nie biegł, a potężnie skoczył osiągając wielką prędkość. Gdy był przy samym Daegurthu, ten otworzył oczy, a Adrian natychmiast, jakby dostał w twarz z pięści, odleciał do tyłu. Skoczył jednak poraz drugi, tym razem Daegurth odskoczył wysoko do góry. Adrian nie tracił czasu, wystrzelił dwie kule do góry, w stronę Daegurth'a, po czym strzelił trzecią, przed siebie. Daegurth widział dwie nadlatujące kule i czuł trzecią. Adrian nie wiedział, że jego przeciwnik ma umiejętność wyczuwania mocy. Daegurth odbił bez problemu dwie kule ki, które spadły na ziemie powodując wybuchy, po czym spadł sam na ziemie. Adrian myślał, że pędząca za plecami Daegurtha kula go trafi, jednak Saiyan odchylił lekko głowę, gdy leciała, po czym wyprostował prawą ręke, strzelając z każdego palca u prawej ręki jednym promieniem(łącznie pięc, dla tych słabych z matematyki) o kolorze niebieskim. Adrian widział, jak promienie się do niego zbliżają z bardzo wielką prędkością. W ostatnim momencie odchylił się do tyłu unikając wszystkich pięciu na raz, po czym zrobił salto w tył, a gdy był do góry nogami to wystrzelił kulę ki w stronę Daegurtha.
"Niezły jest" - pomyślał Daegurth - "Nie uważałem go, za aż tak dobrego".
Daegurth zaczął bieg w strone Adriana. Adrian zdziwił się tym, jak jego mistrz biegnie. Jego ręce, jakby same, bezwładnie, latały na wietrze. Wyglądało to nieco dziwnie. Daegurth kilka centymetrów od kuli ki Adriana, gdy lekko odchylił lewy bark, skręcając w lewo uniknął kuli o kilka minimetrów.
Daegurth wreszcie dobiegł do Adriana i chciał uderzyć go pięścią w twarz, ten jednak zablokował cios ręką. Saiyan jednak dalej atakował: Lewą nogą, którą Adrian zdołał obronić, ale lewa ręka już uderzyła Adriana. Adrian, lecąc w tył od uderzenia, złapał równowage w powietrzu i odbił się od drzewa w stronę Daegurtha. Daegurth uniknął przed głównym, najmocniejszym atakiem. Teraz obaj wojownicy uderzali, głównie w powietrze, gdyż unikali nader doskonale, a pozostałe ciosy były umiejętnie blokowane. Wreszcie jednak Adrian przerwał ten łańcuszek, zamiast zaatakować pięścią, zebrał energię w ręce i strzelił kulę ki. Daegurth widząc to zrobił to samo. Obie kule przy zderzeniu ze sobą wybuchły, a wojownicy odsuwając się od siebie strzelali dalej kulami ki, które wybuchały między nimi.
Daegurth jednak znudził się taką walką i wyskoczył w górę, na drzewo. Odbijał się teraz od kolejnych drzew zbliżając się do obstrzeliwującego go pociskami Adriana. Daegurth czasem, gdy przeskakiwał, robił obrót w powietrzu i strzelał kule ki w stronę Adriana, zmuszając go do odsunięcia się.
Adrian złożył teraz obie ręce, między którymi po chwili pojawiła się energia ki.
- Haaaa! - zawrzeszczał Adrian prostując ręce
Z jego rąk leciał teraz wielki strumień energii. Potężna, niebieska fala ki leciała teraz w stronę Daegurtha, dosyć szybko. Saiyan był wtedy w powietrzu, więc nie mógł uniknąć, musiał kontratakować. Nabrał powietrza w płuca i wypuścił je wrzeszcząc "AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!". Wraz z powietrzem poleciała masa energii ki, która zagięła falę ki Adriana i zgniotła wiele drzew. Wiatr zderzając się z ziemią spowodował wgniecenie jej, a gdy zderzył się z Adrianem to wbił go lekko w ziemie.
Adrian wyskoczył wysoko w powietrze, wymierzył w Daegurth'a, który stał teraz na ziemi i złożył ręce przy głowie. Zaczęła się między nimi zbierać energia, wielka energia o kolorze żółtym.
- Masenko! - zawrzeszczał Adrian
Po wypowiedzeniu tego słowa poleciałą jakby mała fala dźwiękowa, która nie była groźna, jednak takie fale wypuszczają naprawde potężne ataki. Adrian zaczął się śmiać wciąż unosząc się do góry, po jego mocym wybiciu się z ziemi. Wreszcie zawrzeszczał prostując ręce: "HAAAAAA!".
Ogromna, kilku metrowa, żółta fala ki leciała teraz w stronę Daegurtha rozświetlając cały teren wokół.Gdy zbliżyła się do ziemi, to ta zaczęła pękać. Daegurth spojrzał na nią uśmiechając się. "Nareszcie jakaś porządna walka" powiedział sobie cicho pod nosem.
Daegurth szybko złożył obie ręce obok siebie, po czym wyprostował je, wołając "Kamehameha!". Wypuścił tym samym ogromną falę niebieskiej energii, która zderzyła się z falą Adriana i zaczęły się siłować. Były mniej-więcej tak samo silne, jednak ich ogrom niszczył całę otoczenie. Zderzające się ze sobą fale tworzyły błyskawice energetyczne, które po zetknięciu z ziemią eksplodowały. Teren powoli zamieniał się w jedno wielkie gruzowisko, jakby po wojnie z użyciem TNT(Trotylu; ładunków wybuchowych).
- Adrian - zakrzyczał Daegurth - Niestety jeszcze nie wiesz wielu rzeczy o walce!
- Zamknij się i walcz! - zakrzyczał Adrian - Pokaż na co Cie stać!
- Jak sam chcesz! - zakrzyczał Daegurth
Daegurth przymknął oczy, skupił się i zwiększył ilość mocy, jaką wysyłał falą. Bardzo to ją wzmocniło, w ciągu sekundy zrobiła się kilka metrów szersza! Z łatwością przebiła falę Adriana i doleciała do niego powodując eksplozje. Adrian wyleciał z ogromnego kłębu dymu spadając na ziemie. Wreszcie zderzył się z ziemią wbijając się w nią. Daegurth podszedł bliżej. Stał kilka metrów od niego i patrzał, jak leży wbity w ziemię.
- Zabieramy się stąd - powiedział Daegurth
- Ani się waż... - powiedział z ledwością Adrian - Pojedynek się nie skończył
- To nie ma sensu, następnym razem zawalczymy jak to na ucznia i mistrza przystało - powiedział Daegurth
- Zamknij się! - zakrzyczał Adrian ledwo się podnosząc.
Gdy Adrian się podnosił zaczęła go otaczać dziwna, fioletowa aura. Adrian wreszcie wstał, był lekko schylony do przodu i cały obolały, ale ta dziwna aura otaczała go. Po chwili zamieniła się w błyskawice energetyczne i zaczęła skakać po ciele Adriana.
"Nie pozwole... Nie moge... Nie przegram... Nie tym razem... Nie moge... Nie tak jak kiedyś... Nigdy więcej!" - pomyślał Adrian, po czym wyprostował się, zgiął ręce w łokciach i zaczął krzyczeć z całych sił: "AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!". Cały obszar zaczął się trząść, a kamienie w promieniu kilkunastu metrów pękały. Potężna fala wiatru i dźwięku uderzyła Daegurtha, który ledwo stawił jej czoła, jednak drzewa nie były takie wytrzymałe. Wszystkie drzewa zostały wyrwane i poleciały kilkanaście kilometrów dalej. Pod Adrianem stworzyło się wielkie zgłębienie, krater, w którym teraz stał. Jego włosy zaczęły zmieniać kolor, a mięśnie ztwardniały i urosły. W pewnym momencie Adrian krzyknął jeszcze głośniej, prostując ręce wzdłóż ciała. Wtedy pojawiła się naokoło niego wielka, fioletowa energia, która wysłała we wszystkie kierunki kilka fioletowych kul ki. Daegurth widząc nadlatującą w jego stronę kulę złapał ją w ręce, jednak była okropnie mocna i zanim ją odbił, to odleciał kilkanaście metrów w tym.
- Niesamowite... - powiedział Daegurth - On był w stanie zrobić to już dawno temu...
Adrian stał teraz spokojny, otoczony przez fioletową aure. Jego włosy też były koloru fioletowego, ale oczy jednak nadal zielone. Adrian stał, a naokoło niego latały fioletowe pioruny, odbijając się od jego ciałą, lub od innych obiektów, gdzie powodowały wybuch.
Adrian nie mówił nic, stał teraz i patrzał się w stronę Daegurtha, który dyszał.
"Nie pozwole Ci wygrać, Ty atrapo człowieka, atrapo saiyano, atrapo mistrza" - pomyślał Adrian - "Zobaczymy jak sobie ze Mną poradzisz!". Adrian wiedział, że zyskał ogromną moc. Miał świadomość wszystkiego co robi i mając taką świadomość skoczył w stronę Daegurth'a. Lecąc eksplodowało wszystko, co było za nim. W mgnieniu oka, ułamku sekundy przebył kilkadziesiąt metrów i był przed Daegurthem, który wytężał wzrok, żeby go zobaczyć. Widział jednak każdy jego ruch, jakby w spowolnionym tempie. Patrzał, jak zbliża się do niego, jakby to było kilkanaście sekund, spojrzał na swoją ręke, która jednak odmawiała mu posłuszeństwa. Wszystkie człony jego ciała były nieaktywne, nie mógł zrobić żadnego uniku, a o bloku przed taką mocą nie było mowy. Wreszcie dostał z całej siły od Adriana i przebijając się przez drzewa, skały, a nawet niewielkie wzgórza, wreszcie się zatrzymał - kilometr dalej. Adrian natychmiast tam się znalazł i zaczął wbijać Daegurtha w ziemię mocnymi uderzeniami rąk i nóg.
Adrian wyskoczył nieco w zwyż i zaczął strzelać kulami ki w leżącego, bezbronnego Daegurth'a. Każda kula trafiała go bez problemu i bijała jeszcze głębiej w ziemię. Do tego eksplozje kul powiększały krater, wkrótce był ogromny.
Saiyan jednak wciąż nie mógł się ruszyć i bezradnie patrzał, jak kule zderzając się z nim eksplodują...
"Czy Ja umrę?" - pomyślał Daegurth - "Nie moge się ruszyć, nie moge nic zrobić, umrę jeśli tak dalej pójdzie... Ja nie moge umrzeć! Ja nie chce umrzeć... NIE UMRE!"
Nagle oczy Daegurth'a stały się krwisto-czerwone, a rysy twarzy stały się bardziej demoniczne.
Kolejna kula nie trafiła w Daegurth'a. Saiyan odbił ją jedną ręką. Każdą następną też odbijał, aż wreszcie wstał. Adrian widząc to uśmiechnął się. Daegurth złożył dziwnie ręce i powiedział: "Kage bunshin no jutsu". Nagle pojawiło się obok niego dwanaście klonów, które skoczyły w stronę Adriana i zaczęły go bić. Adrian nie miał szans z tyloma przeciwnikami, wtedy to, ten prawdziwy Daegurth rozstawił szereko oboje rąk, które napełniły się jakby ogniem. Między oboma rękami latały pioruny, Daegurth złączył ręce i zawołał: "Dragon Fire Ball!", po czym wystrzelił niewielką kulę ognia w stronę Adriana. Adrian widział kulę z daleka, dlatego szybko uporał się z klonami i wystrzelił swoją kontr-kule w strone ognistej kuli. Ognista kula rozpadła się, a raczej rozdzieliła na cztery, jednak leciała dalej. W ten sposób Daegurth dostał kulą Adriana, a Adrian kulą Daegurth'a.
Obie kule spowodowały wielkie wybuchy, Daegurth ledwie stał na nogach, Adrian jednak wyglądał nawet na nie zmęczonego. Podszedł bliżej Daegurth'a i chciał mu zadać ostatni cios, ale ten zawołał: "To już koniec, mam dość" i zamknął oczy. Adrian nagle zaczął wrzeszczeć, chwycił się za głowę, po chwili padł na kolana. Czuł okropny ból, ale nie tylko w głowie, tam było epicentrum. Tak naprawde to bolało go wszystko. Nagle wrócił, do swej dawnej postaci: włosy znów stały się czarne, a mięśnie zmalały. Zniknęła też fioletowa aura i energia. Daegurth padł na kolana i zaczął ciężko oddychać. Znów miał zielono-brązowe oczy. Adrian zaś uspokoił się i wstał, stał teraz obok Daegurtha nieruszając się, mając puste oczy.
- Czujesz się dowartościowany - powiedział Daegurth, jakby wydając komende - Nie chcesz już ze Mną walczyć, wiesz, że się z tobą licze. Wygrałeś, ale nie pamiętasz jak osiągnąłeś tą moc, narazie, dopóki Ci nie powiem.
- Tak mistrzu - powiedział Adrian - Nie będe już szukał zwady, lubie Cie, jak zawsze i czuje się dowartościowany. Nie wiem jak osiągnąłem tę moc.
- I nigdy nie będziesz szukać zwady z innymi - powiedział Daegurth - Chyba, że to naprawde źli ludzie. Bardziej lubisz pomagać innym, dlatego pomożesz Mi teraz dojść do domu Hebrida i położysz Mnie w łóżku.
- Tak mistrzu... - powiedział Adrian
- "Soul relase, change over" - powiedział Daegurth
Po tych słowach Adrian odzyskał zwyczajne oczy. Zamróżył jeszcze raz i zobaczył klękającego Daegurth'a.
- Nic Ci nie jest? - zapytał Adrian podbiegając bliżej i podnosząc go
- Nic, spisałeś się - powiedział Daegurth - Jesteś naprawde mocny
- Dzięki, ale nie to jest teraz ważne - powiedział Adrian - Musisz teraz odpocząć, chwalić Mnie będziesz później
- Heh, racja... - powiedział Daegurth
[center]***[/center]
Bart wstał niedawno. Ciekawiło go jedno, bo miał dziwny sen, w którym widział jak jego brat umiera i wydawało mu się, że słyszy szum, taki jak już wiele razy słyszał. Inni nawet nie pamiętali, by coś im się śniło. Byli tacy padnięci, że nie mieli siły zapamiętać snu. Wreszcie przyszedł Daegurth prowadzony przez Adriana do domu Hebrida.
- Co się stało? - zapytał Bart
- Przesadziłem z treningiem - powiedział Daegurth
- Jak za starych czasów, ha? - zadał pytanie retoryczne Bart
- Tak, jak za starych, dobrych czasów...
- Jesteś cały? - zapytała Roksia Daegurtha
- Tak, muszę tylko odpocząć... Pare godzin, może całą noc - powiedział Daegurth - Bo jestem naprawde zmęczony
- Aha... - powiedziała zawiedziona Roksia
- No dobra, skoro tak bardzo chcesz, to pobawie się z tobą... Ale tylko troche, bo jestem naprawde zmęczony - powiedział Daegurth(nie czytał myśli Roksi, domyślił się)
- Yay! - zakrzyczała z radości Roksia
I tak Daegurth pobawił się troche z Roksią, a potem legnął się na łóżku... Nawet nie czuł, że leży na książce... Tak fajnie mu się spało...
No, mam nadzieję, że się podoba ^^ Wszystko idzie tak, jak zaplanowałem ^^
Bart i Rayman biegli ile sił w nogach do domu Hebrida, po czym wbiegli do pokoju Daegurtha. Spał leżąc w poprzek łóżka, widocznie musiał nieźle się zmęczyć. Bart nie miał teraz czasu, podchodząc do niego wykrzykiwał jego imie. Wreszcie Daegurth otworzył powoli oczy i natychmiast skoczył na nogi.
- Ale rzeź... - powiedział cicho pod nosem Daegurth
- Wiesz o co chodzi? - zapytał Bart
- Nie do końca, ale chyba Sesshomaru zrobił ruch - powiedział Daegurth - Nie ma czasu do stracenia!
Daegurth biegł teraz wraz z Raymanem i Bartem w głąb miasta, skąd słyszeli krzyki, strzały i wybuchy. Daegurth nie wierzył, że mógł przespać taki moment! Był naprawde zmęczony, więc nic nie mógł zrobić. Wiedział, że wiele osób zginęło - nie chciał tego. Nie nawidził śmierci, dlatego nigdy nie chciałby doczekać się swojej...
Teraz jednak nie myślał o swoim życiu, tylko biegł w głąb miasta, wraz z bratem Bartem i Raymanem.
Już z daleka zobaczyli ogrom siły przeciwnika. Krew na ścianach, płynąca po ulicach krew i leżące wszędzie zwłoki...
Daegurth strzelał pociskami ki biegnąc, Bart i Rayman nie wiedział gdzie i po co, gdyż po chwili skręcały i leciały w nieznane im miejsce. Dalej jednak biegnąc zobaczyli zwłoki dziwnych potworów leżące na ulicy. Były przeróżnego koloru i wzrostu, każdy był inny, wyjątkowy - wyjątkowo martwy. Wreszcie Bart i Rayman zobaczyli takiego potwora w akcji. Gonił grupke ludzi, ruszył dwa razy nogami i już był przy nich. Gdyby nie kula ki, którą wypuścił Daegurth, to byłoby po nich. Ludzie, którzy zobaczyli Daegurtha zaczęli uciekać w jego strone. Nie było to jednak korzystne, teraz Daegurth nie mógł strzelać pociskami, a musiał walczyć wręcz. Podbiegł więc do takiego potworka i uderzył go z całej siły, przebijając go na wylot. Szybko wyciągnął ręke. Widział, jak Bart i Rayman dzielnie walczą i prowadzą ludzi w bezpieczne miejsca. Cieszyło go to. Wreszcie nadeszła odsiesz: Adrian, Dyninio, Bobercik, Kris i Roksia niemal jednocześnie przybiegli do miasta. Adrian strzelał do potworów z wysokich budynków, Dyninio przekonywał ludzi do usunięcia mu się z drogi. Bobercik i Kris walczyli wręcz, jako drużyna. Roksia zaskoczyła brata robiąc energetyczne rękawice i zabijając potwora, za potworem.
Walka tak wyglądała przez dłuższą chwilę, jednak wreszcie nadszedł czas na koniec tej zabawy. Potworów pojawiła się prawdziwa masa, nie tylko bohaterowie nie mogli obronić ludzi, ale i siebie! Tak jak starsi sobie jeszcze radzili, to Roksia zaczęła tracić moc i stała się kompletnie bezsilna. Chowała się za przyjaciółmi, którzy wkrótce też nie mieli szans. Byli okrążeni przez chmare potworów, potężnych potworów. Każdy z nich był wielokrotnie silniejszy od człowieka.
Daegurth czuł, że kolejni ludzie giną, a możliwe nawet, że wkrótce i umrą jego uczniowe. Nagle Roksia zakrzyczała widząc nadlatującą do niej macke potwora.
- Niech Cie szlak Sesshomaru! - zakrzyczał Daegurth - MASTER DEVOTION!
W mgnieniu oka wokół Daegurtha zrobił się zielony okrąg, tworzący jakby zielonkawą barierę wokół niego. Z tego okręgu wystrzeliły tysiące żółtych promieni trafiające w innych ludzi, jak i w uczniów Daegurth'a. Tuż po trafieniu w nich stworzyły się wokół nich okręgi, takie, jaki miał Daegurth.
Nikt nie wiedział co się dzieje, ludzie byli zszokowali... Ale mile zszokowani. Szybko odkryli, że to swego rodzaju bariera. Macka lecąca w Roksie uderzyła w bariere, jednak nie zadała jej obrażeń. Tak samo w przypadku innych: wszystkie wymierzone ataki trafiły w bariere. Jednak to nie była zwykła bariera, skądże. Wzdłóż żółtych promieni leciał jakby impuls, fala, która docierając do Daegurth'a zmusiła go do upadnięcia na jedno kolano.
Bart zorientował się, że jego brat przejmuje WSZYSTKIE ciosy na siebie i odrazu wiedział w jakim jest niebezpieczeństwie.
- Teraz, cała naprzód! -zawołał Bart - Nic Wam nie zrobią!
Towarzysze posłuchali, rzucili się na potwory, nie patrząc na to, czy dostaną, czy nie. Bariera chroniła ich przed obrażeniami.
Nikt nie wiedział, że Sesshomaru wyszedł z ukrycia, gdy zobaczył zielone bariery. Szybko poznał ich właściwość i zaczął osobiście uderzać w jedną z takich barier zadając potężne obrażenia Sesshomaru.
Ten jednak zdziwił się, gdy zobaczył Daegurth'a wychodzącego zza budynku tuż obok niego. Nie wiedział jak to możliwe.
- Więc pokazałeś swoje bezwartościowe oblicze - powiedział Daegurth
- Ja przynajmniej mam się gdzie pokazać - powiedział Sesshomaru
- Tak, wiem, piekło na Ciebie czeka! - powiedział Daegurth
Sesshomaru zrobił sobie energetyczny bicz z paznokcia i zaczął uderzać Daegurth'a, który jednak z gracją i stylem unikał. Jednocześnie Sesshomaru nie wiedział kto zrobił tę zieloną barierę!
Daegurth podbiegnął do Sesshomaru i odruchowo odskoczył, widząc, że ten wyciąga miecz. Wiedział, że nie ma czasu, dlatego stanął w miejscu i zaczął dziwnie składać ręce, w strasznie szybkim tempie. Wreszcie zatrzymał je i zawołał: "Fire Birds!". Następnie przykładając ręke do ust zaczął dmuchać, wypluwając płonące ptaki, lecące w stronę Sesshomaru, który bez problemu je rozcinał. Daegurth jeszcze raz szybko ruszył rękoma, robiąc różne znaki i zawołał: "Gaton: Gaukakyu no jutsu!", po czym wystrzelił s ust ogromną kulę ognia. Sesshomaru z ledwością ją przeciął, wolał nie ryzykować dalszej walki i zaczął uciekać. Daegurth pozornie udawał, że zależy mu na dogonieniu go. Wreszcie zaniechał pościgu. Wszystkie potwory natychmiast zaczęły uciekać, wraz ze swym pierwszorzędnym przywódcą. Nagle, ten Daegurth, który walczył z Sesshomaru zniknął - okazał się klonem. Klon pierwsza klasa - nastraszył i zmusił do ucieczki.
Daegurth, ten prawdziwy, ruszył się i bariera znikła. Padł na ziemie cały we krwi - swojej krwi.
- Wy nie macie kwalifikacji, żeby Mi pomóc - powiedział Daegurth - Zabierzcie Mnie do najbliższego szpitala, tam sobie powinni poradzić.
Zrobili i tak, jak Daegurth mówił. Zabrali go do szpitala, gdzie był troche wybredny. Gdy chciano ściągnąć mu ubranie, to nalegał, iż zrobi to sam. I wreszcie sam się rozebrał, jednak szybko umył ubranie i na nowo je założył. Powiedział, żeby tylko opatrzono mu rany i zabandażowano je. Lekarze zgodzili się, chociaż na własną odpowiedzialność pacjenta. Daegurth wujrzał przed wyjściem ze szpitala przez okno i była tak, jak myślał, że będzie. Przed szpitalem stał tłum gapiów. Daegurth nie chciał rozgłosu, musiał więc wydostać się jakoś innaczej. Długo nad tym nie myślał, założył fartuch lekarski i ruszył na zewnątrz. Przecisnął się przez tłum nie wzbudzając jego zainteresowania. Inni nie mieli już tak fajnie, byli dosłownie niesieni na rękach tłumu, który ocalili. Niektórym się to bardziej, a niektórym mniej podobało.
Daegurth jako pierwszy dotarł do domu Hebrida, gdzie natychmiast legnął na łóżku i usnął. Wiedział, że zrobił sobie dosyć dużo czasu. Następnym razem Sesshomaru nie będzie taki bezsilny, przyjnie z planem i nie da się nastraszyć... Chociaż do trzech razy sztuka
Wszyscy wreszcie uwolnili się z rąk ludu i okrężnymi drogami dotarli do domu Hebrida, kompletnie wykończeni, z poobdzieranymi ubraniami, a nawet wycałowani przez dziewczyny. Relena się lekko oburzyła, gdy zobaczyła na twarzy Bobercika malinke. Małgorzata nie miała z czego się denerwować, bo Dyninio wrócił bez żadnych znaków szczególnych: Bez malinek, bez obdartego ubrania, znaczy się w normalnym ubraniu. Jak mu się to udało? Nie chciał powiedzieć, bo, jak to się wyraził, "Wstyd się przyznać".
- Uffff, wiecie co, można być sławnym... Ale bez przesady! - powiedział Adrian
Bart spojrzał na Roksie, która śmiała się ze starszych. Cfana, bo jest mała i przecisnęła się między tłumami - bez najmniejszego problemu. Teraz wszyscy musieli porządnie odpocząć. Nie mieli siły na dalsze rozmowy, poza tym miał ich czekać dalszy trening...
[center]***[/center]
Daegurth, choć bardzo zmęczony, otworzył oczy jako pierwszy. Powoli się podniósł - tak, żeby nie nadwyrężać organizmu. Spojrzał na swoje ręce, po czym poszedł do łazienki. Opłukał twarz i spojrzał w lustro, na którym jego odbicie było niezbyt wyraźne. Po chwili jednak znormalniało. Wiedział, co to znaczy. Zdawał sobie sprawe z tego, jak mało czasu zostało. Musiał się przygotować do wyjawienia wszystkich sekretów przed jego uczniami. Nie było to proste, gdyż nigdy nikomu się nie zwierzał, a stosunek uczeń-mistrz to kompletny brak sekretów. Do tego musiał przygotować jednego ze swoich uczniów do najgorszego...
Daegurth wyszedł z łazienki i po cichu opóścił dom Hebrida. Nikt nie zobaczył, jak wyszedł. Nikt, prócz jedynego Adriana, którego nie było wtenczas w domu. Nie musiał odpoczywać tak długo jak inni, gdyż miał ulepszone geny. Wszystko przez prowadzone na nim eksperymenty, niezbyt miłe eksperymenty...
Adrian śledził Daegurth'a, który zdawał sobie sprawę z tego, że za nim idzie. Daegurth jednak nie przejmował się, stanął na wzgórzu i patrzał daleko za horyzont. Minęło troche czasu zanim zawołał: "Adrian, nie musisz się chować". Adrian wyszedł powoli z ukrycia, z uśmiechem na twarzy.
- Nawet nie wiesz ile razy marzyłem o takiej okazji - powiedział Adrian - Sam na sam z Tobą, możemy teraz walczyć i przekonać się kto jest lepszy
Daegurth lekko obrócił głowę, tak, by widzieć Adriana lekkim okiem. Od razu zobaczył jego podekscytowanie, ale jednocześnie niepewność.
- Jedyne co umiesz, to kilka sztuczek - powiedział Adrian - Wcale nie jesteś taki silny. Po prostu myślisz innaczej niż inni i umiesz to wykorzystać
- Jestem pod wrażeniem - powiedział Daegurth - Rozgryzłeś Mnie, jesteś wart Mojego czasu, bardziej niż inni.
- Nigdy w to nie wątpiłem - powiedział Adrian - Dlatego wyzywam Cie na pojedynek!
Daegurth przestał patrzeć w strone Adriana, a spojrzał wysoko w niebo. Nabrał powietrza w płuca i spoklądał na szybujące ptaki. Adrian nic nie mówił, czekał. Daegurth widział jak bardzo wpłynął na niego trening. Teraz stał się o wiele bardziej spokojny i cierpliwy, ale wciąż był odrobinke zbyt egoistyczny.
- Jesteś co najmniej tysiąc lat, lub dwa wymiary czasowe do tyłu, żebym z Tobą walczył - powiedział spokojnie Daegurth
- Przekonajmy się! - powiedział Adrian, ciekawy prawdziwej siły Daegurth'a
- Dobrze, skoro tak nalegasz - powiedział Daegurth - Ale walczymy na Moich warunkach
- Jeżeli Ja się na nie zgodze, mów co masz na myśli - powiedział Adrian
- Walczymy na terenie otwartym, ale żaden cywil nie może zostać w to wplątany. Tylko Ty i Ja. Walka na obszarze leśno-górzystym, zaprowadze Cie. I jeszcze jedno: żadnych śmiercionośnych ataków - powiedział Daegurth
- Ta ostatnia zasada jest nie potrzebna - powiedział Adrian podchodząc bliżej Daegurtha
- Dobrze, niech Ci będzie - powiedział Daegurth - Możesz używać śmiercionośnych ataków
- A co, Ty nie? - zapytał Adrian
- Nie używam śmiercionośnych ataków na moich przyjaciołach - odpowiedział Daegurth
"Że co, jestem jego przyjacielem?" - pomyślał Adrian - "Gada jakieś głupoty, najpierw się ze Mnie naśmiewał, a teraz będzie pierniczyć farmazany..."
- Nigdy się z Ciebie nie naśmiewałem - powiedział Daegurth
"Tak jasne, tylko szydziłeś i gardziłeś Mną... Tak jak Ja teraz gardze tobą, jesteś nikim i udowodnie Ci to!" - pomyślał Adrian - "Tak, już za chwile pokaże Ci ile jesteś wart!"
- Nigdy z Ciebie nie szydziłem, ani nie śmiałem gardzić. Tylko wytykałem Ci wady w niemiły sposób. Taki już jestem - powiedział Daegurth - Nie mówię wprost, bo to jeszcze gorsze
- Hej, jak to... - powiedział Adrian
"Co jest? On jakby neguje wszystko, o czym myśle!" - pomyślał Adrian
- Przepraszam, ale czytając twój rozum moge poznać Twoje prawdziwe zamiary - powiedział Daegurth - Nielubię walczyć gdy nie potrzeba, ale Ty tak bardzo chcesz się pokazać... Niech będzie, zawalcze z Tobą. Choć.
I poszli. Daegurth prowadził Adriana na miejsce, w którym mieli walczyć. Nie wiedział, jak stoczy ten pojedynek, a jednocześnie czuł coś dziwnego... Adrian, jakby był silniejszy, jakby odblokował nowy poziom. Co to mogło znaczyć? Nie często się z takim czymś spotykał.
Po jakimś czasie wojownicy kosmosu dotarli na miejsce. Było to ogromne wzgórze pełne drzew. Najbliższe miasto było wiele setek kilometrów dalej. Daegurth liczył na to, że taka odległość wystarczy. Nie miał pojęcia co się zaraz stanie...
Daegurth i Adrian zatrzymali się. Stali kilkanaście metrów od siebie patrząc sobie z oddali w oczy.
- Zacznijmy - powiedział spokojnie Daegurth
Adrian zaczął się ładować, jakby intuicyjnie. Daegurth z podziwem patrzał jak wiatr spowodowany przez energie Adriana tworzył półtorametrowy mur z piasku, jak małe piorunki skakały po ciele Adriana. Po chwili ziemia zaczęła się lekko trząść i pękać pod stopami Adriana.
Daegurth też chciał troche uzupełnić moc, w końcu nie był jeszcze w pełni sił po ostatniej walce z Sesshomaru. Zamknął oczy i stojąc wyprostowany skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Adrian nigdy nie widział, żeby ktoś się tak ładował. Daegurth ładując się tak zrobił kilkumetrowy okrąg, w którym latało wszystko co było wewnątrz. Wreszcie Adrian ruszył w strone Daegurth'a. Jednak nie biegł, a potężnie skoczył osiągając wielką prędkość. Gdy był przy samym Daegurthu, ten otworzył oczy, a Adrian natychmiast, jakby dostał w twarz z pięści, odleciał do tyłu. Skoczył jednak poraz drugi, tym razem Daegurth odskoczył wysoko do góry. Adrian nie tracił czasu, wystrzelił dwie kule do góry, w stronę Daegurth'a, po czym strzelił trzecią, przed siebie. Daegurth widział dwie nadlatujące kule i czuł trzecią. Adrian nie wiedział, że jego przeciwnik ma umiejętność wyczuwania mocy. Daegurth odbił bez problemu dwie kule ki, które spadły na ziemie powodując wybuchy, po czym spadł sam na ziemie. Adrian myślał, że pędząca za plecami Daegurtha kula go trafi, jednak Saiyan odchylił lekko głowę, gdy leciała, po czym wyprostował prawą ręke, strzelając z każdego palca u prawej ręki jednym promieniem(łącznie pięc, dla tych słabych z matematyki) o kolorze niebieskim. Adrian widział, jak promienie się do niego zbliżają z bardzo wielką prędkością. W ostatnim momencie odchylił się do tyłu unikając wszystkich pięciu na raz, po czym zrobił salto w tył, a gdy był do góry nogami to wystrzelił kulę ki w stronę Daegurtha.
"Niezły jest" - pomyślał Daegurth - "Nie uważałem go, za aż tak dobrego".
Daegurth zaczął bieg w strone Adriana. Adrian zdziwił się tym, jak jego mistrz biegnie. Jego ręce, jakby same, bezwładnie, latały na wietrze. Wyglądało to nieco dziwnie. Daegurth kilka centymetrów od kuli ki Adriana, gdy lekko odchylił lewy bark, skręcając w lewo uniknął kuli o kilka minimetrów.
Daegurth wreszcie dobiegł do Adriana i chciał uderzyć go pięścią w twarz, ten jednak zablokował cios ręką. Saiyan jednak dalej atakował: Lewą nogą, którą Adrian zdołał obronić, ale lewa ręka już uderzyła Adriana. Adrian, lecąc w tył od uderzenia, złapał równowage w powietrzu i odbił się od drzewa w stronę Daegurtha. Daegurth uniknął przed głównym, najmocniejszym atakiem. Teraz obaj wojownicy uderzali, głównie w powietrze, gdyż unikali nader doskonale, a pozostałe ciosy były umiejętnie blokowane. Wreszcie jednak Adrian przerwał ten łańcuszek, zamiast zaatakować pięścią, zebrał energię w ręce i strzelił kulę ki. Daegurth widząc to zrobił to samo. Obie kule przy zderzeniu ze sobą wybuchły, a wojownicy odsuwając się od siebie strzelali dalej kulami ki, które wybuchały między nimi.
Daegurth jednak znudził się taką walką i wyskoczył w górę, na drzewo. Odbijał się teraz od kolejnych drzew zbliżając się do obstrzeliwującego go pociskami Adriana. Daegurth czasem, gdy przeskakiwał, robił obrót w powietrzu i strzelał kule ki w stronę Adriana, zmuszając go do odsunięcia się.
Adrian złożył teraz obie ręce, między którymi po chwili pojawiła się energia ki.
- Haaaa! - zawrzeszczał Adrian prostując ręce
Z jego rąk leciał teraz wielki strumień energii. Potężna, niebieska fala ki leciała teraz w stronę Daegurtha, dosyć szybko. Saiyan był wtedy w powietrzu, więc nie mógł uniknąć, musiał kontratakować. Nabrał powietrza w płuca i wypuścił je wrzeszcząc "AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!". Wraz z powietrzem poleciała masa energii ki, która zagięła falę ki Adriana i zgniotła wiele drzew. Wiatr zderzając się z ziemią spowodował wgniecenie jej, a gdy zderzył się z Adrianem to wbił go lekko w ziemie.
Adrian wyskoczył wysoko w powietrze, wymierzył w Daegurth'a, który stał teraz na ziemi i złożył ręce przy głowie. Zaczęła się między nimi zbierać energia, wielka energia o kolorze żółtym.
- Masenko! - zawrzeszczał Adrian
Po wypowiedzeniu tego słowa poleciałą jakby mała fala dźwiękowa, która nie była groźna, jednak takie fale wypuszczają naprawde potężne ataki. Adrian zaczął się śmiać wciąż unosząc się do góry, po jego mocym wybiciu się z ziemi. Wreszcie zawrzeszczał prostując ręce: "HAAAAAA!".
Ogromna, kilku metrowa, żółta fala ki leciała teraz w stronę Daegurtha rozświetlając cały teren wokół.Gdy zbliżyła się do ziemi, to ta zaczęła pękać. Daegurth spojrzał na nią uśmiechając się. "Nareszcie jakaś porządna walka" powiedział sobie cicho pod nosem.
Daegurth szybko złożył obie ręce obok siebie, po czym wyprostował je, wołając "Kamehameha!". Wypuścił tym samym ogromną falę niebieskiej energii, która zderzyła się z falą Adriana i zaczęły się siłować. Były mniej-więcej tak samo silne, jednak ich ogrom niszczył całę otoczenie. Zderzające się ze sobą fale tworzyły błyskawice energetyczne, które po zetknięciu z ziemią eksplodowały. Teren powoli zamieniał się w jedno wielkie gruzowisko, jakby po wojnie z użyciem TNT(Trotylu; ładunków wybuchowych).
- Adrian - zakrzyczał Daegurth - Niestety jeszcze nie wiesz wielu rzeczy o walce!
- Zamknij się i walcz! - zakrzyczał Adrian - Pokaż na co Cie stać!
- Jak sam chcesz! - zakrzyczał Daegurth
Daegurth przymknął oczy, skupił się i zwiększył ilość mocy, jaką wysyłał falą. Bardzo to ją wzmocniło, w ciągu sekundy zrobiła się kilka metrów szersza! Z łatwością przebiła falę Adriana i doleciała do niego powodując eksplozje. Adrian wyleciał z ogromnego kłębu dymu spadając na ziemie. Wreszcie zderzył się z ziemią wbijając się w nią. Daegurth podszedł bliżej. Stał kilka metrów od niego i patrzał, jak leży wbity w ziemię.
- Zabieramy się stąd - powiedział Daegurth
- Ani się waż... - powiedział z ledwością Adrian - Pojedynek się nie skończył
- To nie ma sensu, następnym razem zawalczymy jak to na ucznia i mistrza przystało - powiedział Daegurth
- Zamknij się! - zakrzyczał Adrian ledwo się podnosząc.
Gdy Adrian się podnosił zaczęła go otaczać dziwna, fioletowa aura. Adrian wreszcie wstał, był lekko schylony do przodu i cały obolały, ale ta dziwna aura otaczała go. Po chwili zamieniła się w błyskawice energetyczne i zaczęła skakać po ciele Adriana.
"Nie pozwole... Nie moge... Nie przegram... Nie tym razem... Nie moge... Nie tak jak kiedyś... Nigdy więcej!" - pomyślał Adrian, po czym wyprostował się, zgiął ręce w łokciach i zaczął krzyczeć z całych sił: "AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!". Cały obszar zaczął się trząść, a kamienie w promieniu kilkunastu metrów pękały. Potężna fala wiatru i dźwięku uderzyła Daegurtha, który ledwo stawił jej czoła, jednak drzewa nie były takie wytrzymałe. Wszystkie drzewa zostały wyrwane i poleciały kilkanaście kilometrów dalej. Pod Adrianem stworzyło się wielkie zgłębienie, krater, w którym teraz stał. Jego włosy zaczęły zmieniać kolor, a mięśnie ztwardniały i urosły. W pewnym momencie Adrian krzyknął jeszcze głośniej, prostując ręce wzdłóż ciała. Wtedy pojawiła się naokoło niego wielka, fioletowa energia, która wysłała we wszystkie kierunki kilka fioletowych kul ki. Daegurth widząc nadlatującą w jego stronę kulę złapał ją w ręce, jednak była okropnie mocna i zanim ją odbił, to odleciał kilkanaście metrów w tym.
- Niesamowite... - powiedział Daegurth - On był w stanie zrobić to już dawno temu...
Adrian stał teraz spokojny, otoczony przez fioletową aure. Jego włosy też były koloru fioletowego, ale oczy jednak nadal zielone. Adrian stał, a naokoło niego latały fioletowe pioruny, odbijając się od jego ciałą, lub od innych obiektów, gdzie powodowały wybuch.
Adrian nie mówił nic, stał teraz i patrzał się w stronę Daegurtha, który dyszał.
"Nie pozwole Ci wygrać, Ty atrapo człowieka, atrapo saiyano, atrapo mistrza" - pomyślał Adrian - "Zobaczymy jak sobie ze Mną poradzisz!". Adrian wiedział, że zyskał ogromną moc. Miał świadomość wszystkiego co robi i mając taką świadomość skoczył w stronę Daegurth'a. Lecąc eksplodowało wszystko, co było za nim. W mgnieniu oka, ułamku sekundy przebył kilkadziesiąt metrów i był przed Daegurthem, który wytężał wzrok, żeby go zobaczyć. Widział jednak każdy jego ruch, jakby w spowolnionym tempie. Patrzał, jak zbliża się do niego, jakby to było kilkanaście sekund, spojrzał na swoją ręke, która jednak odmawiała mu posłuszeństwa. Wszystkie człony jego ciała były nieaktywne, nie mógł zrobić żadnego uniku, a o bloku przed taką mocą nie było mowy. Wreszcie dostał z całej siły od Adriana i przebijając się przez drzewa, skały, a nawet niewielkie wzgórza, wreszcie się zatrzymał - kilometr dalej. Adrian natychmiast tam się znalazł i zaczął wbijać Daegurtha w ziemię mocnymi uderzeniami rąk i nóg.
Adrian wyskoczył nieco w zwyż i zaczął strzelać kulami ki w leżącego, bezbronnego Daegurth'a. Każda kula trafiała go bez problemu i bijała jeszcze głębiej w ziemię. Do tego eksplozje kul powiększały krater, wkrótce był ogromny.
Saiyan jednak wciąż nie mógł się ruszyć i bezradnie patrzał, jak kule zderzając się z nim eksplodują...
"Czy Ja umrę?" - pomyślał Daegurth - "Nie moge się ruszyć, nie moge nic zrobić, umrę jeśli tak dalej pójdzie... Ja nie moge umrzeć! Ja nie chce umrzeć... NIE UMRE!"
Nagle oczy Daegurth'a stały się krwisto-czerwone, a rysy twarzy stały się bardziej demoniczne.
Kolejna kula nie trafiła w Daegurth'a. Saiyan odbił ją jedną ręką. Każdą następną też odbijał, aż wreszcie wstał. Adrian widząc to uśmiechnął się. Daegurth złożył dziwnie ręce i powiedział: "Kage bunshin no jutsu". Nagle pojawiło się obok niego dwanaście klonów, które skoczyły w stronę Adriana i zaczęły go bić. Adrian nie miał szans z tyloma przeciwnikami, wtedy to, ten prawdziwy Daegurth rozstawił szereko oboje rąk, które napełniły się jakby ogniem. Między oboma rękami latały pioruny, Daegurth złączył ręce i zawołał: "Dragon Fire Ball!", po czym wystrzelił niewielką kulę ognia w stronę Adriana. Adrian widział kulę z daleka, dlatego szybko uporał się z klonami i wystrzelił swoją kontr-kule w strone ognistej kuli. Ognista kula rozpadła się, a raczej rozdzieliła na cztery, jednak leciała dalej. W ten sposób Daegurth dostał kulą Adriana, a Adrian kulą Daegurth'a.
Obie kule spowodowały wielkie wybuchy, Daegurth ledwie stał na nogach, Adrian jednak wyglądał nawet na nie zmęczonego. Podszedł bliżej Daegurth'a i chciał mu zadać ostatni cios, ale ten zawołał: "To już koniec, mam dość" i zamknął oczy. Adrian nagle zaczął wrzeszczeć, chwycił się za głowę, po chwili padł na kolana. Czuł okropny ból, ale nie tylko w głowie, tam było epicentrum. Tak naprawde to bolało go wszystko. Nagle wrócił, do swej dawnej postaci: włosy znów stały się czarne, a mięśnie zmalały. Zniknęła też fioletowa aura i energia. Daegurth padł na kolana i zaczął ciężko oddychać. Znów miał zielono-brązowe oczy. Adrian zaś uspokoił się i wstał, stał teraz obok Daegurtha nieruszając się, mając puste oczy.
- Czujesz się dowartościowany - powiedział Daegurth, jakby wydając komende - Nie chcesz już ze Mną walczyć, wiesz, że się z tobą licze. Wygrałeś, ale nie pamiętasz jak osiągnąłeś tą moc, narazie, dopóki Ci nie powiem.
- Tak mistrzu - powiedział Adrian - Nie będe już szukał zwady, lubie Cie, jak zawsze i czuje się dowartościowany. Nie wiem jak osiągnąłem tę moc.
- I nigdy nie będziesz szukać zwady z innymi - powiedział Daegurth - Chyba, że to naprawde źli ludzie. Bardziej lubisz pomagać innym, dlatego pomożesz Mi teraz dojść do domu Hebrida i położysz Mnie w łóżku.
- Tak mistrzu... - powiedział Adrian
- "Soul relase, change over" - powiedział Daegurth
Po tych słowach Adrian odzyskał zwyczajne oczy. Zamróżył jeszcze raz i zobaczył klękającego Daegurth'a.
- Nic Ci nie jest? - zapytał Adrian podbiegając bliżej i podnosząc go
- Nic, spisałeś się - powiedział Daegurth - Jesteś naprawde mocny
- Dzięki, ale nie to jest teraz ważne - powiedział Adrian - Musisz teraz odpocząć, chwalić Mnie będziesz później
- Heh, racja... - powiedział Daegurth
[center]***[/center]
Bart wstał niedawno. Ciekawiło go jedno, bo miał dziwny sen, w którym widział jak jego brat umiera i wydawało mu się, że słyszy szum, taki jak już wiele razy słyszał. Inni nawet nie pamiętali, by coś im się śniło. Byli tacy padnięci, że nie mieli siły zapamiętać snu. Wreszcie przyszedł Daegurth prowadzony przez Adriana do domu Hebrida.
- Co się stało? - zapytał Bart
- Przesadziłem z treningiem - powiedział Daegurth
- Jak za starych czasów, ha? - zadał pytanie retoryczne Bart
- Tak, jak za starych, dobrych czasów...
- Jesteś cały? - zapytała Roksia Daegurtha
- Tak, muszę tylko odpocząć... Pare godzin, może całą noc - powiedział Daegurth - Bo jestem naprawde zmęczony
- Aha... - powiedziała zawiedziona Roksia
- No dobra, skoro tak bardzo chcesz, to pobawie się z tobą... Ale tylko troche, bo jestem naprawde zmęczony - powiedział Daegurth(nie czytał myśli Roksi, domyślił się)
- Yay! - zakrzyczała z radości Roksia
I tak Daegurth pobawił się troche z Roksią, a potem legnął się na łóżku... Nawet nie czuł, że leży na książce... Tak fajnie mu się spało...
No, mam nadzieję, że się podoba ^^ Wszystko idzie tak, jak zaplanowałem ^^
Rozdział XXXIV - Wewnątrz obiektywu
Daegurth leżał, był pogrążony w głębokim śnie. Stał na dachu dziwnego budynku. Dach był koloru niebieskiego, rodem wyciągnięty z pagody japońskiej, gdzieniegdzie pozłacany. Miał na sobie inne ubranie, w jakim nikt z obecnych przyjaciół go nie widział. Nosił ciasną czarną podkoszulke i bardzo luźnie, czarno spodnie, przeplatane niebieskimi wstęgami, podtrzymywane czerwonym pasem, którego część unosiła się na lekkim, ciepłym wietrze. Saiyan patrzał daleko, hen przed siebie, za horyzont, widząc zachodzące słońce, ciekawy co go spotka następnego dnia. Poczuł się jakoś niepewnie, przeszły go ciarki. Nie znał takiego uczucia, jeszcze go nie znał. Wciągając powietrze wyczuł zapach krwi, po czym obrócił głowę i zobaczył szczupłego mężczyznę w dziwnej płachcie, z wieloma wycięciami usprawniającymi ruch. Szczupły mężczyzna uśmiechnąć się, ale jego blada twarz ani troche nie porumieniała. Jego jasno-brązowe włosy pokrywała częściowo krew. Daegurth spojrzał mu głęboko w oczy i stanął jak wryty. Nie mógł się ruszyć, chociaż chciał, może mógłby... Ale nie, nie mógł zrobić kompletnie nic! Szczupły mężczyzna powoli podszedł do niego i zaczął mówić wysokim, niemalże kobiecym, głosem.
- Za późno - powiedział blady mężczyzna - Nie uratujesz ani siebie, ani nikogo
Daegurth wciąż nie mógł się ruszyć, starał się ze wszystkich sił, ale coś jakby go blokowało. Wyczuł co, ale nie wiedział jak to możliwe. Przy każdej próbie w tylnich partiach mózgu włączała się jakaś blokada, która nie wysyłała sygnałów elektrycznych(impulsów) do mięśni.
Niespodziewane było to, że ktoś przyjdzie mu z pomocą - niepotrzebnie. Chłopak, mniej więcej w tym wieku co Daegurth, czyli ok. 13 lat, stał teraz niedaleko. Jego niebieskie oczy napełniały Daegurtha nadzieją, na ocalenie. Niebiesko-oki chłopak o krótkich blond włosach rozglądał się wokół, szukając najlepszego wyjścia z sytuacji. Jego brązowawy płaszcz powiewał na wietrze, nagle spadł z właściciela, gdy ten ruszył. Biegł bardzo szubko w stronę mężczyzny z bladą twarzą, ten jednak uśmiechnął się tylko i lekko zachichotał. Szybko wyciągnął miecz i wykonał cięcie - nie przed sobą, ale za sobą. Chłopak myśląc, że przeciwnik uderzy prosto w niego zrobił unik i niefortunnie wbiegł w miecz, próbując zajść przeciwnika od tyłu. Po mieczu powoli spływała krew chłopca, barwiąc też jego ubranie. Daegurth nie wiedział co zrobić. Był w szale, bał się o to, co zaraz może się stać. Zaczął widzieć wszystko jak przez mgłę, wkrótce wszystko przestał widzieć... Patrzał teraz widząc wszystko z innej perspektywy - z zewnątrz. Jego oczy stały się krwisto czerwone, zaczął się powoli ruszać, blady mężczyzna się naprawde zdziwił. Daegurth nagle ryknął, jak jakieś zwierze i...
Widział dalej, jak skóra nabiera czerwonego koloru, jednak słyszał dziwną muzyke, jakby znajomą. Była lekko łagodna, na początku słyszał głos jakiegoś chłopaka nucącego tą smutną melodię, później usłyszał jego głos. Zaczął przewijać się z nim głos jakiejś dziewczyny i innego chłopaka, w końcu i samego Daegurth'a.
Nagle rozwiało dach, Daegurth'a, mężczyzne z bladą twarzą - wszystko zwiało jak mgłę. Daegurth stał teraz nad ogniskiem, wraz z innymi osobami i śpiewał piosenkę. Przed jego oczyma przewijały się obrazy: chłopak, który był na dachu, uśmiechnięty, mówił: "CO teraz jemy?", następnie dziewczyna o krótkich czarnych włosach, która tylko się uśmiechnęła. Potem kolejny chłopak, o srebrnych oczach i białych, krótkich, stojących do góry włosach, mówił: "Ugryź mnie w... Albo nie, bo oddam!". I jeszcze jedna dziewczyna, o fioletowych włosach i czarnych, pełnych głębi oczach, która uśmiechnęła się i zawołała głośno: "Bharitamante!", po czym wszyscy przy ognisku odpowiedzieli tym samym, co kolwiek to znaczyło.
Choć Daegurth o tym nie wiedział, to po jego twarzy płynęła łza, otworzył oczy. "TO tylko sen..." pomyślał Daegurth, jednak wstał słysząc muzykę. Wyszedł na mały balkon w domu Hebrida i zobaczył tam Krisa, ze swoją gitarą, śpiewającego piosenke.
"Trzeba przygotować ich, ten piesek tu przyjdzie" - pomyślał Daegurth uśmiechając się na duchu - "Bobercik, Kris... Bart i inni, mam nadzieję, że jesteście gotowi..."
Mentor bohaterów kazał wszystkim stawić się obok spokojnej, tak bardzo przez niego lubianej, rzeczki. Oczywiście nikt nie miał nic przeciwko. Stanęli w rozsypce i patrzyli na Daegurtha. Ten stał z głową w górze, patrząc na chmury, po czym się obrócił.
- Nadszedł już czas - powiedział Daegurth - Wróg jest coraz bliżej, Wy coraz silniejsi<co ja mówie...>!
- Tak! - odpowiedział Adrian
- Za niedługo ruszamy by się z nim zmierzyć, dlatego chce żebyście coś wiedzieli - powiedział Daegurth, po czym jakby się zaciął
- Mistrzu? - zapytał Bobercik
- Dobrze, już mówię, przepraszam - powiedział Daegurth - Osobiście dopilnuje, by nikomu z Was nie stała się krzywda, ale nie moge przewidzieć wszystkiego. Dlatego powiedzcie sobie teraz co macie do powiedzenia, załatwcie wszystkie sprawy, zrozumiano?
- Nie rozumiem... - powiedziała Roksia
- Ty nie musisz, bo już załatwiłaś wszystkie sprawy - powiedział Daegurth - Zaś co do innych, to radzę, żebyście teraz poszli się pożegnać z najbliższymi. Do zobaczenia za dwie godziny.
I tak wszyscy się rozeszli. Choć przyszło to ciężko, to każdy się żegnał i wyrażał najszczersze uczucia.
- Bobercik, dziękuje, że ze Mną wędrowałeś, gdyby nie Ty, to by Mnie tu nie było - powiedział Bart - Jesteś świetnym przyjacielem!
- To dzięki tobie znalazłem Moją siostre, Ja jestem Twoim dłużnikiem - powiedział Bobercik
I każdy poszedł się żegnać, Kris z Hebridem, Bobercik poszedł porozmawiać z Releną, Dyninio z Małgorzatą, Rayman ze wszystkimi... Zresztą każdy żegnał każdego. W międzyczasie Daegurth gdzieś zniknął, ale gdzie? Nikt nie miał pojęcia...
[center]***[/center]
Daegurth siedział na szczycie wzgórza patrząc daleko. Przypominał sobie przeszłość i rade, którą teraz dał swoim uczniom. Sam nigdy takiej nie dostał i... Nawet nie zdążył...
Szybko otarł łzę, która spływała po jego policzku i wstał: "Nie, Ja będe lepszy, muszę! Dla ich dobra..." - powiedział na głos Daegurth, po czym obrócił się.
"Jeszcze nie są gotowi" - pomyślał Daegurth - "Ciekawe, jak zareagują na to, co im przygotowałem...?"
Saiyan ruszył powoli przed siebie, a wiatr bezowocnie próbował go zatrzymać, nie wiedząc, że prawie nie sprawia mu oporu. "Hmmm, Kris mówił że... Muszę wiedzieć więcej!" - pomyślał Daegurth, po czym wrócił do domu Hebrida. Akurat zastał tam Kris'a, którego poprosił na słówko. Kris czuł się wyróżniony, myśląc, że z nim się żegna jako z jedynym - nic bardziej mylnego!
- Kris, mam pytanie - powiedział Daegurth
- Tak? - zapytał Kris
- Czy Ty... Znałeś swoją matke? - zapytał Daegurth
- Jak to, oczywiście! Chowała Mnie całe życie! - powiedział Kris
- Czy ta sama osoba śpiewała Ci tą piosenke? - zapytał Daegurth
- Jaką piosenke? - zapytał Kris
- "Nieustająca więź" - powiedział Daegurth
- Że co? - zapytał Kris - Czy tobie chodzi o tą piosenke, którą dzisiaj śpiewałem?
- O żadną inną - powiedział Daegurth
- Nie, to Moja genetyczna matka Mi ją śpiewała, a jej dobrze nie pamiętam - powiedział Kris
- A wiesz może jak wyglądała? - zapytał Daegurth
- Troche, miała czarne włosy, jak każdy Saiyan i Saiyanka, tylko jej oczy... Jakieś inne, Saiyanie mają inne oczy, a ona miała jakieś fioletowo-żółte - powiedział Daegurth
- Uwierzyła... - powiedział sobie pod nosem Daegurth
- Co prosze? - zapytał Kris
- Nic, nic - powiedział Daegurth - Już Ci nie przeszkadzam
- Mógłbyś przestać odstawiać szopke i powiedzieć o co chodzi? - zapytał Kris
- Mógłbym - powiedział Daegurth - Ale po co, skoro nie jestem pewien?
- Tak dla wiadomości - powiedział Kris - Może Ja będe wiedział
- Czy znała Twoja matka chłopaka o imieniu Vinid? - zapytał Daegurth
- Vinid, Vinid... - głęboko się zamyślił Kris - Chyba raz słyszałem jak mówiła takie imię, ale nie jestem pewien
- Więc ja też nie, do widzenia! - powiedział Daegurth odchodząc
"O co temu świrowi chodziło?" - myślał Kris - "Olać go, mam teraz ważniejsze sprawy na głowie, muszę iść pożegnać się z Kłem Żywiołów. na wszelki wypadek, i prosić go o walke u mojego boku" - po czym i Kris poszedł w swoją stronę...
[center]***[/center]
Minęły dwie godziny, wszyscy stali gotowi do walki, podekscytowani i nie pewni jednoczeście. Oczekiwali, aż Daegurth coś powie, ten jednak stał patrząc się na każdego z kolei. Wreszcie się odezwał:
- Rozejść się - powiedział Daegurth
Wszyscy byli zszokowani, nie wiedzieli o co mu chodzi, a ten tylko się obrócił i poszedł... NIepewni uczniowie dogonili go.
- O co w tym wszystkim chodzi!?! - zapytał Adrian
- Nie ważne - powiedział Daegurth
- Właśnie, że ważne! - powiedział Dyninio
Daegurth się zatrzymał i nabrał powietrza w usta.
- Dobra, słuchać, bo powiem tylko raz - powiedział Daegurth - Trenował będziecie później, a teraz mieliście okazje pożegnać się ze sobą, Ja takiej nie miałem. Dobra, znikam stąd.
Jak powiedział, tak zrobił. Nagle rozpłynął się w powietrzu, początkowo zostało po nim troche dymu, ale i on zniknął. Bez wątpienia: jeden z jego klonów...
[center]***[/center]
Bobercik wracał właśnie sam do domu, myśląc nad słowami Daegurth'a. Wschodni wiatr orzeźwiał, przechadzał się powoli między jego włosami. Bobercik zamknął oczy i zatrzymał się w miejscu. Nabrał głęboko powietrza i je wypuścił. Otworzył oczy i wystraszył się. Pare centymetrów(para=2) od niego stał Daegurth.
- Hej, nie musisz Mnie tak straszyć! - powiedział Bobercik
- Ale tak jest ciekawiej - powiedział Daegurth
- No już, dobra - powiedział Bobercik - Więc, jakaś sprawa do Mnie?
- Właściwie to tak, dam Ci coś do przeczytania - powiedział Daegurth - Masz to przeczytać, dokładnie!
- Hmmm, a może to kolorowe pisemko z... - nie dokończył Bobercik
- Nie marz sobie, to nie żadne pisemko, ale rękopis - powiedział Daegurth, po czym wsadził ręke pod płaszcz. Wyciągnął książke w grubej oprawie, wyglądała na starą, na bardzo starą
- Archeolog jesteś, czy co? - zapytał Bobercik
- Hmmm, fajnie by było - powiedział Daegurth - Ale nie, miłej lektury!
Bobercik spojrzał na książke. Na przedniej stronie widział dokładny napis: "Podróże i miejsca, gdzie stykają się wymiary". Lubiał książki fantasy, dlatego szybciutko, tuż po powrocie do domu wziął się za czytanie.
Położył się wygodnie na łóżku, włączył lampke nocną i przewrócił pierwszą stronę książki. Spojrzał i zobaczył coś dziwnego, wymalowane piórem dziwaczne znaki. Hmmm, na środku coś było, jakby narysowane oko. Bobercik chciał przewrócić stronę... Ale nie mógł! Za nic nie mógł otworzyć na jakiejkolwiek z wewnętrznych stron, a gdy próbował, to znaki zaczynały lekko błyszczeć. Bobercik przybliżył książke do oczu, by się jej lepiej przyjrzeć, wtedy to, przypadkowo, ustawił swoje oko na przeciw oku narysowanego na pierwszej stronie. Wtedy wszystkie wrozki zczęły jasno świecić, a Bobercik póścił książke. Książka spadła na łóżko i otworzyła się na następnej stronie, która była zupełnie pusta, jednak coś zaczęło się pojawiać nad książką. Początkowo nic nie było widać, za chwilę jednak zamazane kropki w powietrzu zamieniły się w obraz. Był to chłopiec o rudych włosach - z pewnością Daegurth. Stał, nie wiadomo gdzie, nie było nic, co by wskazywało na jego położenie. Obrazek, jak żywy, zaczął mówić!
- Witam - powiedział mały Daegurth - Skoro widzisz tą transmicje, to znaczy, że muszę Ci bardzo ufać, albo co gorsza, lubię cie! Nie ważne... W każdym razie, może się wydać dziwne to co będe mówił, nawet nie wiarygodne, wszystko jednak sam sprawdziłem.
Nagle na Daegurth'a rzucił się inny chłopak przewracając go na ziemie.
- Złaź ze Mnie! - powiedział Daegurth zrzucając chłopaka
- No co, chcesz się bić? - zapytał chłopak
- Hej, to że jesteś silniejszy, nie znaczy, że będziesz bić słabszych! - powiedział Daegurth
- No właśnie! - było słychać dziewczęcy głos - Choć tu Derith, bo dostaniesz!
- Ups, chyba ją wkurzyłeś! - powiedział Daegurth, po czym szepnął - Uciekaj!
Chłopak zaczął uciekać, a nagle coś tylko przeleciało obok Daegurtha.
- Nieeeeeeee! - zakrzyczał Derith, po czym słychać było uderzenie, za uderzeniem
Daegurth stanął w lekkim rozkroku, chwycił się za brzuch i śmiał się w głos. Nagle stanął jak wryty, przestając się śmiać.
- Co, Ty też chcesz dostać? - znów słychać było dziewczęcy głos
- Nie, nie! - powiedział szybko Daegurth powoli, niepewnie się cofając
Pojawiła się dziewczyna o kompletnie białych włosach, mniej więcej do ramion, która szybko uderzyła Daegurth'a w twarz, a ten się przewrócił. Dziewczyna obróciła się.
- Co to jest? - zapytała dziewczyna - Znów jakaś Twoja zabawka?
- Ałaaaaa.... - zajęczał z bólu Daegurth - Kobieta Mnie bije...
Saiyan jednak szybko podskoczył i ogarnął się.
- To jest urządzenie nagrywające obraz i dźwięk 3D, wysyła wygnały dźwiękowe i laserowe na raz, by uzyskać jak najlepszą jakość - powiedział Daegurth - Innymi słowy, to... Nie dotykaj, prosze! Bo się zamarze czytnik!
- A po co Ci to Vinid? - zapytała dziewczyna
- Chce na to nagrać parę rzeczy... Znaczy się, ktoś to kiedyś znajdzie i zobaczy kim byłem, co robiłem i wogóle - powiedział Daegurth
- Tak? - niepewnie zapytała dziewczyna - Więc w takim razie: Nazywam się Midri, mam 16 lat i lubie... Wszystko prawie, nie lubie tylko jak trafi się taki...
- Ała!!!! - zakrzyczał Derith
- No właśnie, taki się znęca nad innym, no, co innego ten co tutaj stoi, może zachowuje się jak inny, ale jest naprawde fajny... No, z wyjątkiem tego jego humoru... Ale nie ma ludzi idealnych! - powiedziała Midri
- Nie jestem człowiekiem, poza tym... Prosze, próbuje nagrać coś bardzo ważnego! - powiedział Daegurth
- No dobrze, to narazie! - powiedziała Midri uciekając stamtąd. Słychać było jeszcze głos oddalającego się Deritha, krzyczącego "pomocy!".
- No, nareszcie... - powiedział Daegurth - Na czym to skończyłem? A, tak...
"Świat jest ogromny dla człowieka, wszechświat jeszcze większy, można powiedzieć nieskończenie wielki. A co jeśli jest coś jeszcze większego? Czasoprzestrzeń jest większa od wszechświata, czy jest coś większego? Wydaje się, że nie, ale jednak, przypadkowo odkryłem co... Nazwałem to Wymiarem.
Żyjemy w jednym Wymiarze, nazwałem go dla ułatwienia Wymix, fajnie brzmi, nie? Drugi, czyli ten w którym teraz jestem, nazwałem Wymdir Jeden wymiar, to jedna czasoprzestrzeń. Dlaczego więc nie nazywać tego miejsca czasoprzestrzenią? Prosta odpowiedź: Na czasoprzestrzeń nie mamy wpływu w czasie, możemy wylądować tylko w odpowiednim roku używając przeliczniku, co zaś się tyczy wymiaru... Są wymiary, gdzie nawet czas nie mija, do tego można kompletnie spaść z kursu i wpaść w inny rok, a nawet inne tysiąclecie w danym wymiarze! Dlatego trzeba uważać..."
- Ufff, ale sie nagadałem... - powiedział Daegurth - Jednak niedawno odkryłem coś więcej...
"Niby wszystkie wymiary są inne... Ale wszystkie są tak naprawde takie same! Może innaczej wyglądają, ale wszystko co jest w jednym wymiarze, istnieje, istniało lub będzie istnieć w innym! Dlatego, nawet teraz, będąc w Wymdir wiem, że jest tu osoba odpowiadająca Mi, nie wiem gdzie, ale jest..."
- No, minęło dużo czasu i wiem wiele więcej - powiedział Daegurth - Mianowicie...
"Spotkałem go... Nazywał się Sesshomaru, był naprawde potężny, gdyby nie moi przyjaciele, to siałby tu zniszczenie, a Mnie by tu nie było. Widziałem, jak podszedł do kogoś, zabił go, a następnie ten się z nim połączył! Niewiarygodne! To chyba zwiększyło jego siłe, bo wcześniej nie był taki mocny. Jeszcze Mnie poli brzuch, po tym jego energetycznym biczu... Czyżby połączył się z innym sobą, z tego wymiaru? Chyba właśnie tak zrobił..."
- Teraz to nawet ja jestem zaskoczony! - powiedział Daegurth - Ten Sesshomaru...
"Sesshomaru ma wspólnika... A właściwie miał, dopóki go nie pokonałem. Dziwny typ, taki stworek. Zabiłem go szybko, obok niego stał zwykły człowiek i gdy go zabiłem... Rozpłynął się w powietrzu! Wiem chyba co się stało. Wymiar przewiduje jedną osobe na raz w swoich objęciach, a co jeśli w jednym wymiarze jakimś sposobem znalazły się dwie osoby? Przy śmierci jednej z nich druga też umiera... Przykre, osoby niewinne mogą ucierpieć, więc czy Sesshomaru powinien zostać tutaj zabity? Przecież może to spowodować śmierć innej osoby... Narazie się wstrzymam, nie moge pozwolić na śmierć niewinnej osoby, jednocześnie postaram się bronić ludzi przed Sesshomaru, zapewne przyjaciele Mi pomogą. Tylko, żeby oni też... Nie, nie moge tak myśleć nawet! Po tym co dla Mnie zrobili..."
- Koniec transmisji - powiedział Daegurth - Narazie, za niedługo kolejna...
Jednak mimo słów małego Daegurth'a transmisja wciąż trwała. przechodziła tamtendy Midri rozmawiając z Derithem i jeszcze jednym chłopakiem, którego nazywała Tewry. Był dość wysokim i dobrze umięśnionym szatynem. Nosił na plecach niewielki miecz, choć był schowany w pochwie, to można było poznać, że to katana, troche większa od zwyczajnych rozmiarem, bo miała ok. 1,40 metra długości ostrza, czyli dosyć długa. Słychać było wyraźnie ich rozmowę...
- Więc jak, zaczynamy? - zapytała Midri
- Ty byś tylko o jednym... - powiedział Tewry
- Jak Ci zaraz... - nie zdążyła dokończyć Midri
- O walce oczywiście - powiedział Tewry, jak zwykle spokojnym głosem
- No dobra, czemu on wybrał akurat to miejsce? - zapytał na głos Derith
- Znasz Roth'a, jest mistrzem w wybieraniu najgłupszej scenerii... No, oprócz paru przypadków - powiedziała Midri
- Hmmm, a to co? - zapytał Tewry patrząc się w strone obiektywu, nagrywającego zdarzenie
- To? - zapytała sama siebie Midri - Jakiś sprzęt Vinid'a, lepiej go nie ruszać, pamiętasz jak...
- Tak i wyśmiewajcie się, jak mnie prąd kopnął... - powiedział Derith
- Nie, chodzi o to, że on zawsze robi coś dziwnego... - powiedziała Midri
- To na pewno ma jakiś sens, lepiej czekajmy na Roth'a - powiedział Tewry
Po chwili przyszła postać o której tak mówili: Roth, czerwono-włosy chłopak z doma dziwnie pozaginanymi sztyletami, a właściwie krótkimi mieczami, przy pasie. BYły to tzw. Krissy, jednak miały inną głowice od zwykłych. Postać przemówiła.
- Więc jednak przyjąłeś wyzwanie - powiedział Roth - Jeden na jeden, bez zabijania i śmiertelnych technik, tylko sprawdzamy kto jest lepszy
- Jesne, że Tewry Ci nakopie! - powiedziała Midri - Należy Ci się!]
- Wątpie... - powiedział cicho Derith. Po chwili dostał "bombe" od Midri i wylądował na ziemi
- Dobrze więc, widownia, złazić ze sceny, bo teraz zacznie się zabawa! - powiedział Tewry
- Heh, "zabawa" już się zaczeła! - zakrzyczał Roth i złapał oba miecze w ręce
Tewry strzelił karkiem i chwycił rękojeść swojej katany jedną ręką, szybko ją wyciągnął, jednak musiał pomóc sobie drugą ręką w trzymaniu jej - w końcu była dosyć długa. Roth i Tewry jeszcze ostatni raz nabrali powietrza i zaczęli szybko biec w swoją stronę. Tewry sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął kilka metalowych, naostrzonych gwiazdek. Jego miecz w tym czasie był trzymany w drugiej ręce, blisko ziemi. Nie mógł jej podnieść, bo miecz był za ciężki. Szybko machnął ręką, w której trzymał gwiazdki, a te poleciały bardzo szybko w stronę Rotha. Nie leciały jednak prosto do niego, leciały, jakby coś zagięło ich tor lotu. Skręciły już na samym początku dzieląc się na dwie części: jedne poleciały w prawą strone, a drugie w lewą. Jednak zaraz zaczęły skręcać, by się spotkać dokładnie na Rothu. Ten jednak był gotowy, podniósł ręce troche wyżej i zakręcił tylko mieczykami odbijając wszytkie gwiazdki w niego mierzone. Sam zaś zrobił piruet i rzucił mieczem z prawej ręki w stronę Tewrego. Ten widział nadlatujący miecz i pomyślał: "Łatwizna", chwycił swoją katane oburącz i uderzył w miecz. Nie mógł jednak wiedzieć, że ten miecz był fałszywy, a prawdziwy leciał z drugiej strony. Tewry dostał mieczem w kręgosłup...
- Tewry! - zakrzyczała Midri
- O kurcze, chyba przesadziłem... - powiedział Roth
Nagle jednak Tewry zniknął, a na jego miejscu pojawiła się drewniana kłoda. Roth nie wiedział teraz, gdzie znajduje się jego przeciwnik. Wyciągnął ręke w stronę swojego miecza i poruszał nią troche, wykonując różne ustawienia ręki. Miecz szybko wrócił mu do dłoni.
Tymczasem wszyscy usłyszeli echo głosu Tewry, mówił jakieś pojedyncze sylaby, jednak nikt go nie widział. Usłyszeli dopiero cały zwrot na końcu, gdy Tewry powiedział go głośniej: "Ninpo: Kagebunshin no mane". Roth nie wiedział co to było, nigdy nie znał takiej techniki, obracał się wokół myśląc nad planem. Wreszcie póścił oba miecze, które jednak, jak przyklejone, trzymały się jego rąk. Złączył obie ręce i zaczął wykonywać różne znaki nimi, po chwili wykonywania tych znaków powiedział: "Ninpo: Kai-jutsu". Zobaczył jak znikły długie cienie spod jego nóg. Wiedział już, jaka technika na niego czychała, Tewry chciał zaatakować go z ukrycia, używając cieni. Jednak dziwiło go, że to było połączenie dwóch znanych mu technik: Klona cienia i więzi cienia, obu bardzo potężnych! Złączył więc znów obie ręce i stał tak przez chwilę, po czym zmienił tylko raz ustawienie rąk. Zapadł się pod ziemie, jakby to była woda - teraz obaj stracili kontakt wzrokowy. W pewnym momencie ziemia zaczęła się podnosić, jakby to była czyjaś ręka, trzymając mocno w środku Tewrego, któremu najwyraźniej nie było tam za wygodnie, bo jęczał z bólu. Roth wyłowił się w połowie z ziemi patrząc, jak jego przeciwnik cierpi. Po chwili przestał się ruszać, ręka jednak się nie poluzowała, a Tewry zamienił się w płomienie, po chwili eksplodował. Ręka, która wyszła z ziemi była teraz zniszczona, a Roth będąc dosyć blisko, dostał wielką częścią odłamków kamieni, po wybuchu.
Tewry, nie wiadomo skąd, pojawił się za Rothem, chciał wykonać cięcie, jednak Roth szybko zablokował się mieczami. Chciał zkontrować(oddać Tewremu), ale jego przeciwnik był poza zasięgiem, gdyż jego długa katana pozwalała trzymać mu dystans od przeciwnika.
- Dalej Tewry! - zawołała Midri
- Bezsensu... - powiedział Derith i znów dostał w twarz od Midri
Roth nie mogąc oddać mieczem, wciąż używał techniki, którą mógł zaatakować. Spod ziemi wyszły cztery kamienne ręce, które złapały kończyny Tewrego. Nie mógł się teraz ruszyć, a Roth rzucił wtedy swoimi dziwnymi shurikenami, w kształcie dwóch połączonych ze sobą kwadratów. Tewry dostał trzema, przed resztą, mimo oporu, zdołał się obronić. Nakierował ręce, które go trzymały tak, aby szurkiedy je uderzyły. Tak się stało, do tego przecięły te "łańcuchy" uwalniając Tewrego. Ten szybko odskoczył, puścił miecz, który nie spadł na ziemie, a wisiał w powietrzu, tuż nad nią. Tewry zaczął robić różne znaki na rękach, zawołał wreszcie: "Morphing Technik!", a jego miecz zaczął zmieniać kształt. Nagle, jak jakaś maź, wleciał na Tewrego, pokrywając go całego. Roth nie wiedział jaka to technika, ale musiała być niebezpieczna, więc chciał ją przerwać. Pojawiła się kolejna ręka z kamienia, która spadła prosto na Tewrego.
- To już koniec - powiedział Roth
Midri patrzała i nie mogła uwierzyć, że Tewry został pokonany w taki sposób. Przeciwnik nawet się nie zmęczył, no, może troche się ubrudził, ale to nie to samo.
- To jeszcze nie koniec, ale Tewry nie wygra - powiedział Derith poważnie ze spokojem w głosie - Słuchaj, znam go troszke lepiej niż Ty, wiem, że nie wygra i nie masz co Mnie bić. Zobaczysz.
- Jak to, on jeszcze nie przegrał? - zapytała Midri
- Jeszcze się nie zmęczył - powiedział Derith - Dopiero się rozkręca, użył techniki do końca, ale przeciwnik o tym nie wie
Skała która pokrywała Tewrego nagle rozleciała się. Widać było, że coś do niego jakby wraca z tych odłamków skalnych. Tewry uśmiechnął się do Roth'a i powieział.
- Dawno nie musiałem używać tej techniki, jestem pod wrażeniem - powiedział Tewry
- Czeka Cie jeszcze wiele wrażeń, mój przyjacielu - powiedział Roth
- Dobrze, kontynuujmy - powiedział Tewry
- Nasz klient, nasz pan! - odpowiedział Roth
Roth wsadził szybko ręke w ziemię. Ogromna ręka wyrostła spod samego Tewrego, chcąc go zmiażdżyć, ten jednak odskoczył z jej pola rażenia i zaczął biec w strone Roth'a, który już był gotowy z następną techniką. Kawałki kamieni podniosły się i stworzyły kamienne shurikeny, rozkręciły0 się w miejscu i poleciały w stronę Tewry. Ten przebiegł przez nie, nie zwracając na nie uwagi, wszystkie rozbiły się na nim... Jakby miał skórę ze stali. Roth wybałuszył oczy, nie miał pojęcia, że dojdzia do czegoś takiego. Tewry był już przy nim i wystawił ręke do przodu, nie uderzając go bezpośrednio. Z jego ręki wyrosło nagle ostrze, które trafiło Roth'a tuż obok serca. Krew zaczęła płynąć z obu stron jego ciała: z przodu, gdzie Tewry wbił ostrze, jak i z tyłu, gdzie ostrze przebiło się na drugą strone.
- WooHoo! - zakrzyczała Midri - A nie mówiłam, że wygra?
- Oj dziewczyno... - powiedział Derith i znów dostał w twarz - Wiesz co? Przyzwyczaiłem się :]
Midri uderzyła go jeszcze raz, a ten padł na ziemię.
- Widze - powiedziała Midri - Dalej Tewry!
Nagle Tewry się schylił, odruchowo. Zobaczył, jak nad jego głową przelatuje Kriss Rotha, a ciało które przed chwilą przebił było tylko kupką kamieni. "Bardzo szybko używasz techniki podstawiania" - pomyślał Tewry, po czym obrócił się i widział swojego przeciwnika, który wyprostował ręke i zrobił na niej jakiś znak. Tewry dostał w głowę Krissem, który wracał do właściciela, jednak ledwo Tewrego to ruszyło. Po chwili miecz dotarł do Roth'a.
- Rozumiem, sprytna technika - powiedział Roth - Twój miecz był na tyle długi, zawierał tyle metalu, że cały się nim pokryłeś, bardzo sprytne. Jednak jeszcze nie pokazałem Ci wszystkiego.
Tewry, pewny siebie, zaczął iść prosto do Rotha, ten zaś zaczynał jakąś technike. Zrobił kilka znaków rękoma i podniósł obie do góry. Wysoko na niebo wyleciały kamienie, które uformowały się w kształt ostrzy. Roth szybko ruszył ręce w dół, a ostrza leciały z ogromną prędkością, wciąż przyspieszając. Tewry szedł dalej, pierwsze ostrze lekko go drasnęło i zrobiło znaczną ranę. Nie wierzył, że taka byle skała mogła być twardsza od jego stali. Zaczął unikać przed ostrzami skacząc we wszystkie strony. Wreszcie wiedział, że nie będzie w stanie unikać, zatrzymał się więc w jednym miejscu i szybko wykonał kombinacje znaków, gotowy do następnej techniki powiedział: "Gaton: Gaukakyu no jutsu!". Przybliżył ręke do ust, z których wyleciała ogromna kula ognia bez problemu przebijająca się przez wszystkie ostre kolce, jednocześnie paląc je na pył.
Roth wiedział, że nie będzie łatwo, postawił teraz wszystko na jedną karte: zrobił jakieś znaki obiema rękami i dotknął nimi ziemi. Był w takim skłonie przez chwile, wreszcie kamienne ręce złapały Tewrego za nogi. Ręce wystawały z ziemi i zaraz spowrotem tam wróciły, wciągając powoli Tewryego w dół. Wkrótce i zrobiło się coś na wzór ruchomych piasków: po środku wgłębienie, gdzie Tewry był wciągany coraz niżej i niżej. Wreszcie był całkowicie pod ziemią.
"Bez śmiercionośnych technik... Jasne" - pomyślał Tewry orientując się w swojej sytuacji - "Czas to zakończyć".
Roth stał już wyprostowany, ziemia głębiej nie wciągała Tewrego.
- 10 metrów pod ziemią - powiedział Roth - Masz dziesięć minut zanim zgniecie cie ta ziemia, przyjacielu, mam nadzieję, że stąd wyjdziesz...
Roth wpatrywał się w ziemię, myślał, że to koniec - mylił się. Ziemia zaczęła się trąść, a po chwili masyw skalny, po masywie wypadał z ziemi, tam, gdzie zakopany był Tewry. Wreszcie Tewry wyskoczył na zewnątrz, strasznie zmęczony.
- Jak!?! - zapytał Roth - Jak mogłeś z tego uciec?
Tewry się wyprostował i otrzepał z kurzu - image przede wszystkim, to jego dywiza.
- Nic specjalnego, mój miecz mnie bronił przed naciskiem, a ja koncentrując chakre w rękach wybijałem kamienie - powiedział Tewry
- Więc to tak... - powiedział Roth - Kontynuujmy
- Nie, poddaje się - powiedział Tewry, wiedząc dobrze co mówi
- Ale przecież to... - nie dokończył Roth
- Zawalczymy kiedy indziej - powiedział Tewry - Teraz mam parę spraw do załatwienia.
Wszyscy opuścili plan. Po kilku minutach kompletnego bezruchu przyszedł Daegurth, widział, że coś się tu działo.
- Hmmm, obiektyw włączony, super - powiedział Daegurth - Ciekawe, co się tu działo...
Nastąpiło wyłączenie obrazu, po czym znów pojawił się Daegurth przed obiektywem.
- Ciekawie, jednak nie czas na to - powiedział Daegurth - Kolejne wiadomości, no może zaśmieciłem dane, ale co tam...
"Sesshomaru... On przeszedł już wiele wymiarów, jak i wiele zniszczył. Potężny typ... Dziwi Mnie jedno, on zawsze rozpoznaje swoich odpowiedników. Może to wprawa? Kto wie... Muszę szybko stąd zmykać... Koniec transmisji, chyba na długi czas. Teraz wyświetli się podsumowanie... ... ..."
Podsumowanie:
"Sesshomaru nie pochodzi z tego świata i prawdopodobnie nie jest człowiekiem. Wie za to jak podróżować między wymiarami... CHoć sam nie umie otworzyć przejścia, tak, jak raz mi się to udało, stąd tu jestem.
Zabijając swojego odpowiednika w świecie, do którego należymy, łączymy się z nim na zawsze - a raczej z jego siłą. Jednocześnie jeżeli będąc w innym wymiarze ktoś zabije naszego odpowiednika, to i nasza linia życia zanika... Przykre, moge umrzeć w każdym momencie...
Shhchszhhhh...zsffdf...
Sesshomaru został uwięziony na jakiś czas...f safdsfdsdddssssdshshshshshshs...."
Obraz znikł i książka się zamknęła w rękach Bobercika, strasznie zaciekawionego całą historią...
Mam nadzieję, że się spodoba. W nast. odc. może będzie więcej akcji ^^
Daegurth leżał, był pogrążony w głębokim śnie. Stał na dachu dziwnego budynku. Dach był koloru niebieskiego, rodem wyciągnięty z pagody japońskiej, gdzieniegdzie pozłacany. Miał na sobie inne ubranie, w jakim nikt z obecnych przyjaciół go nie widział. Nosił ciasną czarną podkoszulke i bardzo luźnie, czarno spodnie, przeplatane niebieskimi wstęgami, podtrzymywane czerwonym pasem, którego część unosiła się na lekkim, ciepłym wietrze. Saiyan patrzał daleko, hen przed siebie, za horyzont, widząc zachodzące słońce, ciekawy co go spotka następnego dnia. Poczuł się jakoś niepewnie, przeszły go ciarki. Nie znał takiego uczucia, jeszcze go nie znał. Wciągając powietrze wyczuł zapach krwi, po czym obrócił głowę i zobaczył szczupłego mężczyznę w dziwnej płachcie, z wieloma wycięciami usprawniającymi ruch. Szczupły mężczyzna uśmiechnąć się, ale jego blada twarz ani troche nie porumieniała. Jego jasno-brązowe włosy pokrywała częściowo krew. Daegurth spojrzał mu głęboko w oczy i stanął jak wryty. Nie mógł się ruszyć, chociaż chciał, może mógłby... Ale nie, nie mógł zrobić kompletnie nic! Szczupły mężczyzna powoli podszedł do niego i zaczął mówić wysokim, niemalże kobiecym, głosem.
- Za późno - powiedział blady mężczyzna - Nie uratujesz ani siebie, ani nikogo
Daegurth wciąż nie mógł się ruszyć, starał się ze wszystkich sił, ale coś jakby go blokowało. Wyczuł co, ale nie wiedział jak to możliwe. Przy każdej próbie w tylnich partiach mózgu włączała się jakaś blokada, która nie wysyłała sygnałów elektrycznych(impulsów) do mięśni.
Niespodziewane było to, że ktoś przyjdzie mu z pomocą - niepotrzebnie. Chłopak, mniej więcej w tym wieku co Daegurth, czyli ok. 13 lat, stał teraz niedaleko. Jego niebieskie oczy napełniały Daegurtha nadzieją, na ocalenie. Niebiesko-oki chłopak o krótkich blond włosach rozglądał się wokół, szukając najlepszego wyjścia z sytuacji. Jego brązowawy płaszcz powiewał na wietrze, nagle spadł z właściciela, gdy ten ruszył. Biegł bardzo szubko w stronę mężczyzny z bladą twarzą, ten jednak uśmiechnął się tylko i lekko zachichotał. Szybko wyciągnął miecz i wykonał cięcie - nie przed sobą, ale za sobą. Chłopak myśląc, że przeciwnik uderzy prosto w niego zrobił unik i niefortunnie wbiegł w miecz, próbując zajść przeciwnika od tyłu. Po mieczu powoli spływała krew chłopca, barwiąc też jego ubranie. Daegurth nie wiedział co zrobić. Był w szale, bał się o to, co zaraz może się stać. Zaczął widzieć wszystko jak przez mgłę, wkrótce wszystko przestał widzieć... Patrzał teraz widząc wszystko z innej perspektywy - z zewnątrz. Jego oczy stały się krwisto czerwone, zaczął się powoli ruszać, blady mężczyzna się naprawde zdziwił. Daegurth nagle ryknął, jak jakieś zwierze i...
Widział dalej, jak skóra nabiera czerwonego koloru, jednak słyszał dziwną muzyke, jakby znajomą. Była lekko łagodna, na początku słyszał głos jakiegoś chłopaka nucącego tą smutną melodię, później usłyszał jego głos. Zaczął przewijać się z nim głos jakiejś dziewczyny i innego chłopaka, w końcu i samego Daegurth'a.
Nagle rozwiało dach, Daegurth'a, mężczyzne z bladą twarzą - wszystko zwiało jak mgłę. Daegurth stał teraz nad ogniskiem, wraz z innymi osobami i śpiewał piosenkę. Przed jego oczyma przewijały się obrazy: chłopak, który był na dachu, uśmiechnięty, mówił: "CO teraz jemy?", następnie dziewczyna o krótkich czarnych włosach, która tylko się uśmiechnęła. Potem kolejny chłopak, o srebrnych oczach i białych, krótkich, stojących do góry włosach, mówił: "Ugryź mnie w... Albo nie, bo oddam!". I jeszcze jedna dziewczyna, o fioletowych włosach i czarnych, pełnych głębi oczach, która uśmiechnęła się i zawołała głośno: "Bharitamante!", po czym wszyscy przy ognisku odpowiedzieli tym samym, co kolwiek to znaczyło.
Choć Daegurth o tym nie wiedział, to po jego twarzy płynęła łza, otworzył oczy. "TO tylko sen..." pomyślał Daegurth, jednak wstał słysząc muzykę. Wyszedł na mały balkon w domu Hebrida i zobaczył tam Krisa, ze swoją gitarą, śpiewającego piosenke.
Później zaczął nucić, Daegurth uśmiechnął się i bezszelestnie podszedł bliżej, po czym włączył się do śpiewu, widząc, że Kris nie zna dalszych słów.Dlaczego tak zawsze musi być,
Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł żyć,
Wszystko w cyklu gnie do koła,
znika w pustce, w mroku snów.
I choć życia smak mi znany jest,
radość i smutki, cierpienie i żal,
to wciąż nie moge się uwolnić od myśli tej:
Dlaczego nie moge pomóc im,
- ludziom bez smutku
co giną, zanim powstaną
- ludziom bez żalu
gnijącym bez szmalu
- ludziom bez cierpienia
którzy nie mają żadnego mienia
- ludziom bez radości
tak jak kiedyś ja...
Między odchłaniami rozpaczy i smutku,
znalazłem świat swój odrębny,
wielkie było moje zdziwienie, gdy realnym się stał!
Bo choć myśli moje, ranią niczym ostry miecz,
to wciąż nosze tarcze, by przed nimi chonić się!
Ale koniec z tym! Już nie będe w mroku żyć, pusta nieskończona,
zniknie wraz ze smutkiem mym,
nie będe już bez radości, będe przeżywać cierpienie i żale,
ale gdy czas przyjdzie, poznam radości fale!
Powiem wtedy, jest doskonale, z przyjaciółmi i tą jedyną,
oni nigdy nie zdradzą Mnie, a choćby i to zrobili,
wiernego kumpla i zdradzili, to nie zmieni nic,
gdyż zrozumiem ich!
Kris zdziwił się, myślał, że zna tą piosenke tylko On! Pamiętał jak matka mu ją śpiewała, opowiedział Daegurthowi, skąd zna tą piosenke, a ten szczerze się zdziwił i poszedł stamtąd. Kris zaś starał się zapamiętać dalszą część tekstu...I to wtedy, to właśnie ja pomoge, choćbym umrzeć miał,
ku myśli tej pozostane, życie dla nich, nie tylko życie,
ale wszystko ku nim bym oddał... Zerwe łańcuchy, wyrwe się z piekła,
z otchłani, czy z nieba, żeby tylko być tam...
"Trzeba przygotować ich, ten piesek tu przyjdzie" - pomyślał Daegurth uśmiechając się na duchu - "Bobercik, Kris... Bart i inni, mam nadzieję, że jesteście gotowi..."
Mentor bohaterów kazał wszystkim stawić się obok spokojnej, tak bardzo przez niego lubianej, rzeczki. Oczywiście nikt nie miał nic przeciwko. Stanęli w rozsypce i patrzyli na Daegurtha. Ten stał z głową w górze, patrząc na chmury, po czym się obrócił.
- Nadszedł już czas - powiedział Daegurth - Wróg jest coraz bliżej, Wy coraz silniejsi<co ja mówie...>!
- Tak! - odpowiedział Adrian
- Za niedługo ruszamy by się z nim zmierzyć, dlatego chce żebyście coś wiedzieli - powiedział Daegurth, po czym jakby się zaciął
- Mistrzu? - zapytał Bobercik
- Dobrze, już mówię, przepraszam - powiedział Daegurth - Osobiście dopilnuje, by nikomu z Was nie stała się krzywda, ale nie moge przewidzieć wszystkiego. Dlatego powiedzcie sobie teraz co macie do powiedzenia, załatwcie wszystkie sprawy, zrozumiano?
- Nie rozumiem... - powiedziała Roksia
- Ty nie musisz, bo już załatwiłaś wszystkie sprawy - powiedział Daegurth - Zaś co do innych, to radzę, żebyście teraz poszli się pożegnać z najbliższymi. Do zobaczenia za dwie godziny.
I tak wszyscy się rozeszli. Choć przyszło to ciężko, to każdy się żegnał i wyrażał najszczersze uczucia.
- Bobercik, dziękuje, że ze Mną wędrowałeś, gdyby nie Ty, to by Mnie tu nie było - powiedział Bart - Jesteś świetnym przyjacielem!
- To dzięki tobie znalazłem Moją siostre, Ja jestem Twoim dłużnikiem - powiedział Bobercik
I każdy poszedł się żegnać, Kris z Hebridem, Bobercik poszedł porozmawiać z Releną, Dyninio z Małgorzatą, Rayman ze wszystkimi... Zresztą każdy żegnał każdego. W międzyczasie Daegurth gdzieś zniknął, ale gdzie? Nikt nie miał pojęcia...
[center]***[/center]
Daegurth siedział na szczycie wzgórza patrząc daleko. Przypominał sobie przeszłość i rade, którą teraz dał swoim uczniom. Sam nigdy takiej nie dostał i... Nawet nie zdążył...
Szybko otarł łzę, która spływała po jego policzku i wstał: "Nie, Ja będe lepszy, muszę! Dla ich dobra..." - powiedział na głos Daegurth, po czym obrócił się.
"Jeszcze nie są gotowi" - pomyślał Daegurth - "Ciekawe, jak zareagują na to, co im przygotowałem...?"
Saiyan ruszył powoli przed siebie, a wiatr bezowocnie próbował go zatrzymać, nie wiedząc, że prawie nie sprawia mu oporu. "Hmmm, Kris mówił że... Muszę wiedzieć więcej!" - pomyślał Daegurth, po czym wrócił do domu Hebrida. Akurat zastał tam Kris'a, którego poprosił na słówko. Kris czuł się wyróżniony, myśląc, że z nim się żegna jako z jedynym - nic bardziej mylnego!
- Kris, mam pytanie - powiedział Daegurth
- Tak? - zapytał Kris
- Czy Ty... Znałeś swoją matke? - zapytał Daegurth
- Jak to, oczywiście! Chowała Mnie całe życie! - powiedział Kris
- Czy ta sama osoba śpiewała Ci tą piosenke? - zapytał Daegurth
- Jaką piosenke? - zapytał Kris
- "Nieustająca więź" - powiedział Daegurth
- Że co? - zapytał Kris - Czy tobie chodzi o tą piosenke, którą dzisiaj śpiewałem?
- O żadną inną - powiedział Daegurth
- Nie, to Moja genetyczna matka Mi ją śpiewała, a jej dobrze nie pamiętam - powiedział Kris
- A wiesz może jak wyglądała? - zapytał Daegurth
- Troche, miała czarne włosy, jak każdy Saiyan i Saiyanka, tylko jej oczy... Jakieś inne, Saiyanie mają inne oczy, a ona miała jakieś fioletowo-żółte - powiedział Daegurth
- Uwierzyła... - powiedział sobie pod nosem Daegurth
- Co prosze? - zapytał Kris
- Nic, nic - powiedział Daegurth - Już Ci nie przeszkadzam
- Mógłbyś przestać odstawiać szopke i powiedzieć o co chodzi? - zapytał Kris
- Mógłbym - powiedział Daegurth - Ale po co, skoro nie jestem pewien?
- Tak dla wiadomości - powiedział Kris - Może Ja będe wiedział
- Czy znała Twoja matka chłopaka o imieniu Vinid? - zapytał Daegurth
- Vinid, Vinid... - głęboko się zamyślił Kris - Chyba raz słyszałem jak mówiła takie imię, ale nie jestem pewien
- Więc ja też nie, do widzenia! - powiedział Daegurth odchodząc
"O co temu świrowi chodziło?" - myślał Kris - "Olać go, mam teraz ważniejsze sprawy na głowie, muszę iść pożegnać się z Kłem Żywiołów. na wszelki wypadek, i prosić go o walke u mojego boku" - po czym i Kris poszedł w swoją stronę...
[center]***[/center]
Minęły dwie godziny, wszyscy stali gotowi do walki, podekscytowani i nie pewni jednoczeście. Oczekiwali, aż Daegurth coś powie, ten jednak stał patrząc się na każdego z kolei. Wreszcie się odezwał:
- Rozejść się - powiedział Daegurth
Wszyscy byli zszokowani, nie wiedzieli o co mu chodzi, a ten tylko się obrócił i poszedł... NIepewni uczniowie dogonili go.
- O co w tym wszystkim chodzi!?! - zapytał Adrian
- Nie ważne - powiedział Daegurth
- Właśnie, że ważne! - powiedział Dyninio
Daegurth się zatrzymał i nabrał powietrza w usta.
- Dobra, słuchać, bo powiem tylko raz - powiedział Daegurth - Trenował będziecie później, a teraz mieliście okazje pożegnać się ze sobą, Ja takiej nie miałem. Dobra, znikam stąd.
Jak powiedział, tak zrobił. Nagle rozpłynął się w powietrzu, początkowo zostało po nim troche dymu, ale i on zniknął. Bez wątpienia: jeden z jego klonów...
[center]***[/center]
Bobercik wracał właśnie sam do domu, myśląc nad słowami Daegurth'a. Wschodni wiatr orzeźwiał, przechadzał się powoli między jego włosami. Bobercik zamknął oczy i zatrzymał się w miejscu. Nabrał głęboko powietrza i je wypuścił. Otworzył oczy i wystraszył się. Pare centymetrów(para=2) od niego stał Daegurth.
- Hej, nie musisz Mnie tak straszyć! - powiedział Bobercik
- Ale tak jest ciekawiej - powiedział Daegurth
- No już, dobra - powiedział Bobercik - Więc, jakaś sprawa do Mnie?
- Właściwie to tak, dam Ci coś do przeczytania - powiedział Daegurth - Masz to przeczytać, dokładnie!
- Hmmm, a może to kolorowe pisemko z... - nie dokończył Bobercik
- Nie marz sobie, to nie żadne pisemko, ale rękopis - powiedział Daegurth, po czym wsadził ręke pod płaszcz. Wyciągnął książke w grubej oprawie, wyglądała na starą, na bardzo starą
- Archeolog jesteś, czy co? - zapytał Bobercik
- Hmmm, fajnie by było - powiedział Daegurth - Ale nie, miłej lektury!
Bobercik spojrzał na książke. Na przedniej stronie widział dokładny napis: "Podróże i miejsca, gdzie stykają się wymiary". Lubiał książki fantasy, dlatego szybciutko, tuż po powrocie do domu wziął się za czytanie.
Położył się wygodnie na łóżku, włączył lampke nocną i przewrócił pierwszą stronę książki. Spojrzał i zobaczył coś dziwnego, wymalowane piórem dziwaczne znaki. Hmmm, na środku coś było, jakby narysowane oko. Bobercik chciał przewrócić stronę... Ale nie mógł! Za nic nie mógł otworzyć na jakiejkolwiek z wewnętrznych stron, a gdy próbował, to znaki zaczynały lekko błyszczeć. Bobercik przybliżył książke do oczu, by się jej lepiej przyjrzeć, wtedy to, przypadkowo, ustawił swoje oko na przeciw oku narysowanego na pierwszej stronie. Wtedy wszystkie wrozki zczęły jasno świecić, a Bobercik póścił książke. Książka spadła na łóżko i otworzyła się na następnej stronie, która była zupełnie pusta, jednak coś zaczęło się pojawiać nad książką. Początkowo nic nie było widać, za chwilę jednak zamazane kropki w powietrzu zamieniły się w obraz. Był to chłopiec o rudych włosach - z pewnością Daegurth. Stał, nie wiadomo gdzie, nie było nic, co by wskazywało na jego położenie. Obrazek, jak żywy, zaczął mówić!
- Witam - powiedział mały Daegurth - Skoro widzisz tą transmicje, to znaczy, że muszę Ci bardzo ufać, albo co gorsza, lubię cie! Nie ważne... W każdym razie, może się wydać dziwne to co będe mówił, nawet nie wiarygodne, wszystko jednak sam sprawdziłem.
Nagle na Daegurth'a rzucił się inny chłopak przewracając go na ziemie.
- Złaź ze Mnie! - powiedział Daegurth zrzucając chłopaka
- No co, chcesz się bić? - zapytał chłopak
- Hej, to że jesteś silniejszy, nie znaczy, że będziesz bić słabszych! - powiedział Daegurth
- No właśnie! - było słychać dziewczęcy głos - Choć tu Derith, bo dostaniesz!
- Ups, chyba ją wkurzyłeś! - powiedział Daegurth, po czym szepnął - Uciekaj!
Chłopak zaczął uciekać, a nagle coś tylko przeleciało obok Daegurtha.
- Nieeeeeeee! - zakrzyczał Derith, po czym słychać było uderzenie, za uderzeniem
Daegurth stanął w lekkim rozkroku, chwycił się za brzuch i śmiał się w głos. Nagle stanął jak wryty, przestając się śmiać.
- Co, Ty też chcesz dostać? - znów słychać było dziewczęcy głos
- Nie, nie! - powiedział szybko Daegurth powoli, niepewnie się cofając
Pojawiła się dziewczyna o kompletnie białych włosach, mniej więcej do ramion, która szybko uderzyła Daegurth'a w twarz, a ten się przewrócił. Dziewczyna obróciła się.
- Co to jest? - zapytała dziewczyna - Znów jakaś Twoja zabawka?
- Ałaaaaa.... - zajęczał z bólu Daegurth - Kobieta Mnie bije...
Saiyan jednak szybko podskoczył i ogarnął się.
- To jest urządzenie nagrywające obraz i dźwięk 3D, wysyła wygnały dźwiękowe i laserowe na raz, by uzyskać jak najlepszą jakość - powiedział Daegurth - Innymi słowy, to... Nie dotykaj, prosze! Bo się zamarze czytnik!
- A po co Ci to Vinid? - zapytała dziewczyna
- Chce na to nagrać parę rzeczy... Znaczy się, ktoś to kiedyś znajdzie i zobaczy kim byłem, co robiłem i wogóle - powiedział Daegurth
- Tak? - niepewnie zapytała dziewczyna - Więc w takim razie: Nazywam się Midri, mam 16 lat i lubie... Wszystko prawie, nie lubie tylko jak trafi się taki...
- Ała!!!! - zakrzyczał Derith
- No właśnie, taki się znęca nad innym, no, co innego ten co tutaj stoi, może zachowuje się jak inny, ale jest naprawde fajny... No, z wyjątkiem tego jego humoru... Ale nie ma ludzi idealnych! - powiedziała Midri
- Nie jestem człowiekiem, poza tym... Prosze, próbuje nagrać coś bardzo ważnego! - powiedział Daegurth
- No dobrze, to narazie! - powiedziała Midri uciekając stamtąd. Słychać było jeszcze głos oddalającego się Deritha, krzyczącego "pomocy!".
- No, nareszcie... - powiedział Daegurth - Na czym to skończyłem? A, tak...
"Świat jest ogromny dla człowieka, wszechświat jeszcze większy, można powiedzieć nieskończenie wielki. A co jeśli jest coś jeszcze większego? Czasoprzestrzeń jest większa od wszechświata, czy jest coś większego? Wydaje się, że nie, ale jednak, przypadkowo odkryłem co... Nazwałem to Wymiarem.
Żyjemy w jednym Wymiarze, nazwałem go dla ułatwienia Wymix, fajnie brzmi, nie? Drugi, czyli ten w którym teraz jestem, nazwałem Wymdir Jeden wymiar, to jedna czasoprzestrzeń. Dlaczego więc nie nazywać tego miejsca czasoprzestrzenią? Prosta odpowiedź: Na czasoprzestrzeń nie mamy wpływu w czasie, możemy wylądować tylko w odpowiednim roku używając przeliczniku, co zaś się tyczy wymiaru... Są wymiary, gdzie nawet czas nie mija, do tego można kompletnie spaść z kursu i wpaść w inny rok, a nawet inne tysiąclecie w danym wymiarze! Dlatego trzeba uważać..."
- Ufff, ale sie nagadałem... - powiedział Daegurth - Jednak niedawno odkryłem coś więcej...
"Niby wszystkie wymiary są inne... Ale wszystkie są tak naprawde takie same! Może innaczej wyglądają, ale wszystko co jest w jednym wymiarze, istnieje, istniało lub będzie istnieć w innym! Dlatego, nawet teraz, będąc w Wymdir wiem, że jest tu osoba odpowiadająca Mi, nie wiem gdzie, ale jest..."
- No, minęło dużo czasu i wiem wiele więcej - powiedział Daegurth - Mianowicie...
"Spotkałem go... Nazywał się Sesshomaru, był naprawde potężny, gdyby nie moi przyjaciele, to siałby tu zniszczenie, a Mnie by tu nie było. Widziałem, jak podszedł do kogoś, zabił go, a następnie ten się z nim połączył! Niewiarygodne! To chyba zwiększyło jego siłe, bo wcześniej nie był taki mocny. Jeszcze Mnie poli brzuch, po tym jego energetycznym biczu... Czyżby połączył się z innym sobą, z tego wymiaru? Chyba właśnie tak zrobił..."
- Teraz to nawet ja jestem zaskoczony! - powiedział Daegurth - Ten Sesshomaru...
"Sesshomaru ma wspólnika... A właściwie miał, dopóki go nie pokonałem. Dziwny typ, taki stworek. Zabiłem go szybko, obok niego stał zwykły człowiek i gdy go zabiłem... Rozpłynął się w powietrzu! Wiem chyba co się stało. Wymiar przewiduje jedną osobe na raz w swoich objęciach, a co jeśli w jednym wymiarze jakimś sposobem znalazły się dwie osoby? Przy śmierci jednej z nich druga też umiera... Przykre, osoby niewinne mogą ucierpieć, więc czy Sesshomaru powinien zostać tutaj zabity? Przecież może to spowodować śmierć innej osoby... Narazie się wstrzymam, nie moge pozwolić na śmierć niewinnej osoby, jednocześnie postaram się bronić ludzi przed Sesshomaru, zapewne przyjaciele Mi pomogą. Tylko, żeby oni też... Nie, nie moge tak myśleć nawet! Po tym co dla Mnie zrobili..."
- Koniec transmisji - powiedział Daegurth - Narazie, za niedługo kolejna...
Jednak mimo słów małego Daegurth'a transmisja wciąż trwała. przechodziła tamtendy Midri rozmawiając z Derithem i jeszcze jednym chłopakiem, którego nazywała Tewry. Był dość wysokim i dobrze umięśnionym szatynem. Nosił na plecach niewielki miecz, choć był schowany w pochwie, to można było poznać, że to katana, troche większa od zwyczajnych rozmiarem, bo miała ok. 1,40 metra długości ostrza, czyli dosyć długa. Słychać było wyraźnie ich rozmowę...
- Więc jak, zaczynamy? - zapytała Midri
- Ty byś tylko o jednym... - powiedział Tewry
- Jak Ci zaraz... - nie zdążyła dokończyć Midri
- O walce oczywiście - powiedział Tewry, jak zwykle spokojnym głosem
- No dobra, czemu on wybrał akurat to miejsce? - zapytał na głos Derith
- Znasz Roth'a, jest mistrzem w wybieraniu najgłupszej scenerii... No, oprócz paru przypadków - powiedziała Midri
- Hmmm, a to co? - zapytał Tewry patrząc się w strone obiektywu, nagrywającego zdarzenie
- To? - zapytała sama siebie Midri - Jakiś sprzęt Vinid'a, lepiej go nie ruszać, pamiętasz jak...
- Tak i wyśmiewajcie się, jak mnie prąd kopnął... - powiedział Derith
- Nie, chodzi o to, że on zawsze robi coś dziwnego... - powiedziała Midri
- To na pewno ma jakiś sens, lepiej czekajmy na Roth'a - powiedział Tewry
Po chwili przyszła postać o której tak mówili: Roth, czerwono-włosy chłopak z doma dziwnie pozaginanymi sztyletami, a właściwie krótkimi mieczami, przy pasie. BYły to tzw. Krissy, jednak miały inną głowice od zwykłych. Postać przemówiła.
- Więc jednak przyjąłeś wyzwanie - powiedział Roth - Jeden na jeden, bez zabijania i śmiertelnych technik, tylko sprawdzamy kto jest lepszy
- Jesne, że Tewry Ci nakopie! - powiedziała Midri - Należy Ci się!]
- Wątpie... - powiedział cicho Derith. Po chwili dostał "bombe" od Midri i wylądował na ziemi
- Dobrze więc, widownia, złazić ze sceny, bo teraz zacznie się zabawa! - powiedział Tewry
- Heh, "zabawa" już się zaczeła! - zakrzyczał Roth i złapał oba miecze w ręce
Tewry strzelił karkiem i chwycił rękojeść swojej katany jedną ręką, szybko ją wyciągnął, jednak musiał pomóc sobie drugą ręką w trzymaniu jej - w końcu była dosyć długa. Roth i Tewry jeszcze ostatni raz nabrali powietrza i zaczęli szybko biec w swoją stronę. Tewry sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął kilka metalowych, naostrzonych gwiazdek. Jego miecz w tym czasie był trzymany w drugiej ręce, blisko ziemi. Nie mógł jej podnieść, bo miecz był za ciężki. Szybko machnął ręką, w której trzymał gwiazdki, a te poleciały bardzo szybko w stronę Rotha. Nie leciały jednak prosto do niego, leciały, jakby coś zagięło ich tor lotu. Skręciły już na samym początku dzieląc się na dwie części: jedne poleciały w prawą strone, a drugie w lewą. Jednak zaraz zaczęły skręcać, by się spotkać dokładnie na Rothu. Ten jednak był gotowy, podniósł ręce troche wyżej i zakręcił tylko mieczykami odbijając wszytkie gwiazdki w niego mierzone. Sam zaś zrobił piruet i rzucił mieczem z prawej ręki w stronę Tewrego. Ten widział nadlatujący miecz i pomyślał: "Łatwizna", chwycił swoją katane oburącz i uderzył w miecz. Nie mógł jednak wiedzieć, że ten miecz był fałszywy, a prawdziwy leciał z drugiej strony. Tewry dostał mieczem w kręgosłup...
- Tewry! - zakrzyczała Midri
- O kurcze, chyba przesadziłem... - powiedział Roth
Nagle jednak Tewry zniknął, a na jego miejscu pojawiła się drewniana kłoda. Roth nie wiedział teraz, gdzie znajduje się jego przeciwnik. Wyciągnął ręke w stronę swojego miecza i poruszał nią troche, wykonując różne ustawienia ręki. Miecz szybko wrócił mu do dłoni.
Tymczasem wszyscy usłyszeli echo głosu Tewry, mówił jakieś pojedyncze sylaby, jednak nikt go nie widział. Usłyszeli dopiero cały zwrot na końcu, gdy Tewry powiedział go głośniej: "Ninpo: Kagebunshin no mane". Roth nie wiedział co to było, nigdy nie znał takiej techniki, obracał się wokół myśląc nad planem. Wreszcie póścił oba miecze, które jednak, jak przyklejone, trzymały się jego rąk. Złączył obie ręce i zaczął wykonywać różne znaki nimi, po chwili wykonywania tych znaków powiedział: "Ninpo: Kai-jutsu". Zobaczył jak znikły długie cienie spod jego nóg. Wiedział już, jaka technika na niego czychała, Tewry chciał zaatakować go z ukrycia, używając cieni. Jednak dziwiło go, że to było połączenie dwóch znanych mu technik: Klona cienia i więzi cienia, obu bardzo potężnych! Złączył więc znów obie ręce i stał tak przez chwilę, po czym zmienił tylko raz ustawienie rąk. Zapadł się pod ziemie, jakby to była woda - teraz obaj stracili kontakt wzrokowy. W pewnym momencie ziemia zaczęła się podnosić, jakby to była czyjaś ręka, trzymając mocno w środku Tewrego, któremu najwyraźniej nie było tam za wygodnie, bo jęczał z bólu. Roth wyłowił się w połowie z ziemi patrząc, jak jego przeciwnik cierpi. Po chwili przestał się ruszać, ręka jednak się nie poluzowała, a Tewry zamienił się w płomienie, po chwili eksplodował. Ręka, która wyszła z ziemi była teraz zniszczona, a Roth będąc dosyć blisko, dostał wielką częścią odłamków kamieni, po wybuchu.
Tewry, nie wiadomo skąd, pojawił się za Rothem, chciał wykonać cięcie, jednak Roth szybko zablokował się mieczami. Chciał zkontrować(oddać Tewremu), ale jego przeciwnik był poza zasięgiem, gdyż jego długa katana pozwalała trzymać mu dystans od przeciwnika.
- Dalej Tewry! - zawołała Midri
- Bezsensu... - powiedział Derith i znów dostał w twarz od Midri
Roth nie mogąc oddać mieczem, wciąż używał techniki, którą mógł zaatakować. Spod ziemi wyszły cztery kamienne ręce, które złapały kończyny Tewrego. Nie mógł się teraz ruszyć, a Roth rzucił wtedy swoimi dziwnymi shurikenami, w kształcie dwóch połączonych ze sobą kwadratów. Tewry dostał trzema, przed resztą, mimo oporu, zdołał się obronić. Nakierował ręce, które go trzymały tak, aby szurkiedy je uderzyły. Tak się stało, do tego przecięły te "łańcuchy" uwalniając Tewrego. Ten szybko odskoczył, puścił miecz, który nie spadł na ziemie, a wisiał w powietrzu, tuż nad nią. Tewry zaczął robić różne znaki na rękach, zawołał wreszcie: "Morphing Technik!", a jego miecz zaczął zmieniać kształt. Nagle, jak jakaś maź, wleciał na Tewrego, pokrywając go całego. Roth nie wiedział jaka to technika, ale musiała być niebezpieczna, więc chciał ją przerwać. Pojawiła się kolejna ręka z kamienia, która spadła prosto na Tewrego.
- To już koniec - powiedział Roth
Midri patrzała i nie mogła uwierzyć, że Tewry został pokonany w taki sposób. Przeciwnik nawet się nie zmęczył, no, może troche się ubrudził, ale to nie to samo.
- To jeszcze nie koniec, ale Tewry nie wygra - powiedział Derith poważnie ze spokojem w głosie - Słuchaj, znam go troszke lepiej niż Ty, wiem, że nie wygra i nie masz co Mnie bić. Zobaczysz.
- Jak to, on jeszcze nie przegrał? - zapytała Midri
- Jeszcze się nie zmęczył - powiedział Derith - Dopiero się rozkręca, użył techniki do końca, ale przeciwnik o tym nie wie
Skała która pokrywała Tewrego nagle rozleciała się. Widać było, że coś do niego jakby wraca z tych odłamków skalnych. Tewry uśmiechnął się do Roth'a i powieział.
- Dawno nie musiałem używać tej techniki, jestem pod wrażeniem - powiedział Tewry
- Czeka Cie jeszcze wiele wrażeń, mój przyjacielu - powiedział Roth
- Dobrze, kontynuujmy - powiedział Tewry
- Nasz klient, nasz pan! - odpowiedział Roth
Roth wsadził szybko ręke w ziemię. Ogromna ręka wyrostła spod samego Tewrego, chcąc go zmiażdżyć, ten jednak odskoczył z jej pola rażenia i zaczął biec w strone Roth'a, który już był gotowy z następną techniką. Kawałki kamieni podniosły się i stworzyły kamienne shurikeny, rozkręciły0 się w miejscu i poleciały w stronę Tewry. Ten przebiegł przez nie, nie zwracając na nie uwagi, wszystkie rozbiły się na nim... Jakby miał skórę ze stali. Roth wybałuszył oczy, nie miał pojęcia, że dojdzia do czegoś takiego. Tewry był już przy nim i wystawił ręke do przodu, nie uderzając go bezpośrednio. Z jego ręki wyrosło nagle ostrze, które trafiło Roth'a tuż obok serca. Krew zaczęła płynąć z obu stron jego ciała: z przodu, gdzie Tewry wbił ostrze, jak i z tyłu, gdzie ostrze przebiło się na drugą strone.
- WooHoo! - zakrzyczała Midri - A nie mówiłam, że wygra?
- Oj dziewczyno... - powiedział Derith i znów dostał w twarz - Wiesz co? Przyzwyczaiłem się :]
Midri uderzyła go jeszcze raz, a ten padł na ziemię.
- Widze - powiedziała Midri - Dalej Tewry!
Nagle Tewry się schylił, odruchowo. Zobaczył, jak nad jego głową przelatuje Kriss Rotha, a ciało które przed chwilą przebił było tylko kupką kamieni. "Bardzo szybko używasz techniki podstawiania" - pomyślał Tewry, po czym obrócił się i widział swojego przeciwnika, który wyprostował ręke i zrobił na niej jakiś znak. Tewry dostał w głowę Krissem, który wracał do właściciela, jednak ledwo Tewrego to ruszyło. Po chwili miecz dotarł do Roth'a.
- Rozumiem, sprytna technika - powiedział Roth - Twój miecz był na tyle długi, zawierał tyle metalu, że cały się nim pokryłeś, bardzo sprytne. Jednak jeszcze nie pokazałem Ci wszystkiego.
Tewry, pewny siebie, zaczął iść prosto do Rotha, ten zaś zaczynał jakąś technike. Zrobił kilka znaków rękoma i podniósł obie do góry. Wysoko na niebo wyleciały kamienie, które uformowały się w kształt ostrzy. Roth szybko ruszył ręce w dół, a ostrza leciały z ogromną prędkością, wciąż przyspieszając. Tewry szedł dalej, pierwsze ostrze lekko go drasnęło i zrobiło znaczną ranę. Nie wierzył, że taka byle skała mogła być twardsza od jego stali. Zaczął unikać przed ostrzami skacząc we wszystkie strony. Wreszcie wiedział, że nie będzie w stanie unikać, zatrzymał się więc w jednym miejscu i szybko wykonał kombinacje znaków, gotowy do następnej techniki powiedział: "Gaton: Gaukakyu no jutsu!". Przybliżył ręke do ust, z których wyleciała ogromna kula ognia bez problemu przebijająca się przez wszystkie ostre kolce, jednocześnie paląc je na pył.
Roth wiedział, że nie będzie łatwo, postawił teraz wszystko na jedną karte: zrobił jakieś znaki obiema rękami i dotknął nimi ziemi. Był w takim skłonie przez chwile, wreszcie kamienne ręce złapały Tewrego za nogi. Ręce wystawały z ziemi i zaraz spowrotem tam wróciły, wciągając powoli Tewryego w dół. Wkrótce i zrobiło się coś na wzór ruchomych piasków: po środku wgłębienie, gdzie Tewry był wciągany coraz niżej i niżej. Wreszcie był całkowicie pod ziemią.
"Bez śmiercionośnych technik... Jasne" - pomyślał Tewry orientując się w swojej sytuacji - "Czas to zakończyć".
Roth stał już wyprostowany, ziemia głębiej nie wciągała Tewrego.
- 10 metrów pod ziemią - powiedział Roth - Masz dziesięć minut zanim zgniecie cie ta ziemia, przyjacielu, mam nadzieję, że stąd wyjdziesz...
Roth wpatrywał się w ziemię, myślał, że to koniec - mylił się. Ziemia zaczęła się trąść, a po chwili masyw skalny, po masywie wypadał z ziemi, tam, gdzie zakopany był Tewry. Wreszcie Tewry wyskoczył na zewnątrz, strasznie zmęczony.
- Jak!?! - zapytał Roth - Jak mogłeś z tego uciec?
Tewry się wyprostował i otrzepał z kurzu - image przede wszystkim, to jego dywiza.
- Nic specjalnego, mój miecz mnie bronił przed naciskiem, a ja koncentrując chakre w rękach wybijałem kamienie - powiedział Tewry
- Więc to tak... - powiedział Roth - Kontynuujmy
- Nie, poddaje się - powiedział Tewry, wiedząc dobrze co mówi
- Ale przecież to... - nie dokończył Roth
- Zawalczymy kiedy indziej - powiedział Tewry - Teraz mam parę spraw do załatwienia.
Wszyscy opuścili plan. Po kilku minutach kompletnego bezruchu przyszedł Daegurth, widział, że coś się tu działo.
- Hmmm, obiektyw włączony, super - powiedział Daegurth - Ciekawe, co się tu działo...
Nastąpiło wyłączenie obrazu, po czym znów pojawił się Daegurth przed obiektywem.
- Ciekawie, jednak nie czas na to - powiedział Daegurth - Kolejne wiadomości, no może zaśmieciłem dane, ale co tam...
"Sesshomaru... On przeszedł już wiele wymiarów, jak i wiele zniszczył. Potężny typ... Dziwi Mnie jedno, on zawsze rozpoznaje swoich odpowiedników. Może to wprawa? Kto wie... Muszę szybko stąd zmykać... Koniec transmisji, chyba na długi czas. Teraz wyświetli się podsumowanie... ... ..."
Podsumowanie:
"Sesshomaru nie pochodzi z tego świata i prawdopodobnie nie jest człowiekiem. Wie za to jak podróżować między wymiarami... CHoć sam nie umie otworzyć przejścia, tak, jak raz mi się to udało, stąd tu jestem.
Zabijając swojego odpowiednika w świecie, do którego należymy, łączymy się z nim na zawsze - a raczej z jego siłą. Jednocześnie jeżeli będąc w innym wymiarze ktoś zabije naszego odpowiednika, to i nasza linia życia zanika... Przykre, moge umrzeć w każdym momencie...
Shhchszhhhh...zsffdf...
Sesshomaru został uwięziony na jakiś czas...f safdsfdsdddssssdshshshshshshs...."
Obraz znikł i książka się zamknęła w rękach Bobercika, strasznie zaciekawionego całą historią...
Mam nadzieję, że się spodoba. W nast. odc. może będzie więcej akcji ^^





