Poprzedni temat «» Następny temat
Zaleję was tekstem.
Autor Wiadomość
Barni 
SSJ 5


Wiek: 25
Posty: 1891
Skąd: Golina City
Wysłany: Pon Maj 03, 2010 12:50 pm   Zaleję was tekstem.

Wrzucam kilka tekstów. Bo dawno nic nie wrzucałem. xD



Magnum
Tutaj wielka piona dla Tetrisa, za inspirację i pomysł. Chęć stworzenia z nawijki tekstu prozatorskiego siedziała we mnie właściwie kupę czasu i kilka miesięcy temu się w końcu zebrałem w sobie i tak oto powstało coś takiego. ;]

Miasto jak każde inne, metropolia zalana krwawym światłem zachodu słońca. Szare budynki, brunatny dym, kamienice i bloki ze złuszczoną ze starości skórą. Nadszedł czas.
On wszystko świetnie zaplanował. Każdy krok, każdy wdech i ruch. Stał teraz całkiem nieruchomo przy oknie, wpatrując się w pomalowane czerwonym blaskiem budynki. Czasami wzrok prześlizgiwał się na jego własną twarz, portret obity w ramę okna. Kilka zmarszczek na czole, zero przy ustach. Nie uśmiechał się często, to dlatego. Mężczyzna poruszył się
w końcu, drapiąc szorstki, kilkudniowy zarost. Postawił kołnierz czarnego, długiego płaszcza i przymknął na chwilę oczy. Nadszedł czas. Odwrócił się, rozejrzał. Skórzana kanapa, pierwotnie białe, teraz pomarańczowe ściany, stolik, kilka krzeseł i komoda. Właśnie ona interesowała go teraz najbardziej. Podszedł do niej i wysunął szufladę. Macał przez chwilę w środku, aby wreszcie znaleźć to, czego szukał. Poczuł charakterystyczny, metaliczny chłód, kiedy jego dłoń zetknęła się z lufą magnum. Wyciągnął broń i wetknął ją sobie
za pasek. Chwilę potem do kieszeni płaszcza wrzucił pudełko naboi. Nadszedł czas, a on był gotów.
Pora chociaż raz zagrać va banque – stwierdził w duchu, opuszczając swoje mieszkanie.

Na zewnątrz było chłodno, cicho i pusto. Słońce zdążyło już całkowicie schować się za horyzontem, kiedy ubrany w czarny, długi płaszcz mężczyzna przemierzał spokojne, wąskie uliczki swojego miasta. Przystanął na moment i spojrzał pod nogi. Wychudzony, szary kot wpatrywał się w niego połyskującymi żółto oczami. Gdzieś w oddali dało się słyszeć pisk opon. Czarnowłosy ruszył dalej, ignorując kota i jego żarzące się ślepia.
Kroczył powoli i nieco melancholijnie, lecz pewnie.

***

Numer jeden – pomyślał, zatrzymując się pośrodku Placu Serca. Wszędzie dookoła siebie widział zniszczone, stare kamienice. Mieszkali tutaj przegrani; tacy, którym życie nie szczędziło przykrości oraz trudów, jakim nie podołali. Stan budynków w jakich mieszkali stanowił idealny obraz całego ich życia – nędznego, z każdą chwilą sypiącego się coraz bardziej.
Tylko jeden budynek tutaj błyszczał świeżym tynkiem, odbijał światło codziennie mytymi szybami. Kontrastował z resztą tak silnie, że każdy przechodzień się krzywił. Aktualnie na Placu Serca nie było żadnych przechodniów - czarnowłosy mężczyzna krzywił się samotnie.
Odetchnął głęboko, delektując się chłodnym, orzeźwiającym powietrzem napływającym mu do płuc. Był świadom, że teraz nie może zrezygnować. Nie, kiedy był już tak blisko. Gdyby się poddał, każdego ranka plułby sobie w brodę. Przymknął na moment oczy, aby ostatecznie się uspokoić, po czym ruszył w kierunku owego wyróżniającego się budynku.
Mieszkającą tam kobietę znał od dziecka, pomimo że nieczęsto odwiedzała jego rodzinny dom. Doskonale wiedział, że tutaj czuła się najlepiej, pławiła się w pełnych zazdrości spojrzeniach sąsiadów. Uśmiechała się idąc rano do samochodu, wiedząc
że wszyscy obserwują ją z okien. To było jej królestwo, a oni trwali na posterunkach przy parapecie, nieświadomi, iż kobieta nieustannie karmi się trawiącym ich uczuciem.
Teraz nadszedł moment, kiedy miało się to skończyć. Nie samo, to on położy temu kres. Stanął przed wejściem, kładąc rękę na klamce. Nacisnął ją delikatnie, aby po chwili usłyszeć szczęk zamka. Pchnął lekko drzwi, wyciągając jednocześnie magnum. Wkroczył
do środka, nieustannie mając w myślach przyświecający mu cel – zabić Zazdrość.
Wewnątrz paliło się światło. Apartament jak z bajek – pomyślał, szybkim krokiem przechodząc przez przedpokój i wkraczając do salonu. Na wielkiej, bez wątpienia wygodnej kanapie leżała jakaś kobieta, wpatrując się w powieszony na ścianie plazmowy telewizor. Wzdrygnęła się lekko, kiedy czarnowłosy stanął w drzwiach. Jej usta rozchyliły się nieznacznie, kiedy spostrzegła, że nieproszony gość mierzy do niej z rewolweru.
- Kompletny brak wychowania – wyszeptała. – Nie uczono pana, że przed wejściem należy zapukać?
Zamiast odpowiedzieć, zaśmiał się cierpko. Potem padł strzał. Z ust Zazdrości wypłynęła strużka krwi.

***

Ubrany w czarny płaszcz mężczyzna trzasnął drzwiami taksówki, która wcześniej zatrzymała się przy wytwornej willi. Znów wziął głęboki oddech. Potrzebował orzeźwienia
i spokoju, bowiem podczas jazdy jego umysł nieustannie nawiedzał obraz leżącej na kanapie, martwej Zazdrości. Był przekonany, że to co czyni jest słuszne, jednak czuł dreszcze
na samą myśl o tym, że tej nocy zamordował już jedną istotę. O tym, że muszą zginąć jeszcze dwie, wolał nie myśleć.
Na Placu Serca panowała cisza i spokój. Tymczasem w miejscu, w którym znajdował się teraz, dudniła głośna muzyka. Willa była jasno rozświetlona, trwał bankiet. Czarnowłosy zauważył, że taksówkarz zdążył już odjechać. Nie pozostawało mu teraz nic innego, jak kontynuować swoją grę. Spojrzał w ciemne, nocne niebo, na którym błyszczał okrągły księżyc. Musiał działać szybko, jeżeli chciał zdążyć przed świtem.
Brama prowadząca na posesję stała przed nim otworem. Być może wydałoby mu się to dziwne i bezmyślne, gdyby nie wiedział, kto jest właścicielem willi. W tym jednym przypadku, taka głupota była jak najbardziej zrozumiała. Uśmiechnął się z lekkim politowaniem, aby po chwili wkroczyć na teren należący do kolejnej jego ofiary.
Bankiet odbywał się na świeżym powietrzu. Nozdrza mężczyzny wyczuwały przeróżne zapachy – wykwintnych dań, trunków z najwyższej półki oraz perfum gości. Wtopienie się w tłum dystyngowanych i eleganckich par, samemu będąc ubranym
w podniszczony, czarny płaszcz, z pewnością byłoby bardzo ciężkim zadaniem, gdyby nie ilości alkoholu, jakie zdążyli już w siebie wlać wszyscy tutaj zebrani. Czarnowłosy manewrował po olbrzymim tarasie, wzrokiem poszukując swojej przyszłej ofiary. W końcu
ją znalazł. Spacerowała wśród zebranych, sącząc drinka. Przysunął się do niej i chwycił
ją pod rękę.
- Przespacerujemy się? – zapytał, jednak siła, z jaką ją trzymał, mówiła sama za siebie. Kobieta nie miała wyboru.
Nie stawiała oporu. Na twarz wpłynął jej dziwny, niezrozumiały dla niego uśmiech. Wszystkie jej zachowania oceniał jednak przez pryzmat tego, kim była. Przez pryzmat Głupoty.
Cały czas popijała drinka, jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że zupełnie obcy jej mężczyzna właśnie odciąga ją od tłumu świętujących. W końcu, kiedy znaleźli się już wystarczająco daleko, aby nikt nie mógł ich dostrzec, a głośna muzyka nie dudniła aż tak bardzo w ich uszach, Głupota zapytała:
-Czego ode mnie chcesz? - Zanim zdążył odpowiedzieć, z oddali dobiegł ich donośny głos. Ktoś w oddali krzyknął: „został podany deser!” Kobieta odwróciła się, jakby chciała wrócić do swoich gości, jednak on powstrzymał ją silnym szarpnięciem.
- Za późno na posiłek, skarbie. Powiedz: dobranoc – W wolnej dłoni trzymał rewolwer, wycelowany w jej klatkę piersiową. Zanim padł strzał, Głupota powiedziała:
- Dobranoc.

***

Stanął przed budynkiem i zadarł głowę, wpatrując się w jedno z okien, w których paliło się światło. Tam, kilka pięter wyżej, był jego cel, ostatnia ofiara dzisiejszych łowów. Włożył rękę pod płaszcz upewniając się, że broń jest na swoim miejscu. Wcześniej dołożył
do bębenka dwa naboje. Chciał, aby magazynek był pełny. Ta kobieta zasłużyła
na poświęcenie jej wszystkich sześciu kul.
Wszedł do apartamentowca. W holu dostrzegł portiera. Biedak nie miał nawet czasu zorientować się, co tak naprawdę miało miejsce. Wylot lufy magnum rozbłysnął jasnym światłem, kiedy pocisk kalibru dwanaście milimetrów popędził w kierunku zdezorientowanego pracownika. Czarnowłosy nie zatrzymał się, aby obejrzeć zwłoki. Bez chwili zastanowienia ruszył w kierunku windy. Energicznie, z lekkim podenerwowaniem nacisnął przycisk sprowadzający kabinę na parter. Nerwowo stukał palcami w ścianę, oczekując aż stojące przed nim drzwi rozsuną się, wpuszczając go do środka.
Kiedy winda wiozła go na najwyższe piętro budynku, on starał się uspokoić oddech
i opanować emocje. Nieustannie powtarzał sobie, że za kilkanaście minut będzie już
po wszystkim. Uratuje świat od zarazy, jaką bez wątpienia były Zazdrość, Głupota oraz
ta ostatnia, do której właśnie zmierzał – Nienawiść. Rozległo się piknięcie, oznaczające,
że kabina dotarła do właściwego piętra. Nie czekając nawet, aż drzwi rozsuną się całkowicie, czarnowłosy wyszedł z windy i pomaszerował ciemnym korytarzem w kierunku drzwi, które znajdowały się na jego końcu. W międzyczasie władował do magazynka brakujący nabój.
Drzwi jej apartamentu otworzyły się, zanim zdążył do nich podejść. Stała w nich, ubrana w koszulę nocną. Jej wzrok, niczym sztylet, przebijał półmrok. Mierzyła go ostrym spojrzeniem, kiedy zatrzymał się kilka metrów przed nią. Usłyszała strzały na dole, czy też
po prostu wyczuła, że się zbliżam? – zapytał się w duchu. Nie liczył na odpowiedź.
Ani odrobinę nie chciał zamieniać chociażby zdania z tą kobietą. Uniósł dłoń, w której trzymał rewolwer i podtrzymał ją drugą ręką. Twarz Nienawiści, pomimo że była trupioblada, nie wyrażała strachu, ani zdziwienia. Wpatrywała się w niego, a on z jej wzroku mógł wyczytać tylko jedno: jej imię.
Nie zawahał się. Strzelił raz, potem drugi. Pchnięta siłą uderzenia wpadła do swojego apartamentu i zwaliła się na podłogę. Czarnowłosy szedł w jej kierunku, strzelając jeszcze cztery razy. Bębenek odskoczył na bok, pokazując mu sześć pustych komór. Mimo tego nacisnął spust jeszcze kilkakrotnie, jakby licząc, że stanie się cud i z lufy wyleci jeszcze jeden nabój. Potem, przez krótki czas patrzył na zwłoki, delektując się tym widokiem.
Uciekł, nad miastem zaczynało świtać.

***

Zbudził go potężny ból głowy. Leżał w swoim łóżku, mocno przyciskając ręce
do pulsujących skroni. Słyszał dochodzący z ulicy gwar, promienie wschodzącego słońca starały się przebić przez jego zamknięte powieki. W końcu zdecydował ułatwić im to zadanie i otworzył oczy. Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do światła dziennego, usiadł i rozejrzał się po pokoju. Na szafce nocnej stała pusta butelka po whisky, obok której leżał jego srebrny kompan wydarzeń z ostatniej nocy. Przez oparcie ustawionego w kącie pokoju krzesła przerzucony był czarny, długi płaszcz.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, mężczyzna poczuł strach. Nie miał pewności, czy to, co się stało było rzeczywistością, czy też wyłącznie sennymi wizjami. Zmusił wszystkie komórki swojego ciała do działania i wywlekł się z łóżka, kierując bezpośrednio do drzwi wejściowych. Na wycieraczce leżał poranny „Kurier”. Czarnowłosym wstrząsnął odruch wymiotny, kiedy ujrzał nagłówek pierwszej strony:
„Zamach na bankiecie”
Nie interesowało go, co dokładnie piszą o tym wydarzeniu. Omiótł tekst powierzchownym spojrzeniem, jednak musiał zatrzymać się na dłużej przy jednym
z ostatnich zdań. Kobieta przeżyła. Zaklął i zgniótł gazetę.
Chwycił płaszcz i - ubierając się w biegu - wypadł z mieszkania. Przeskakiwał po kilka stopni na raz, nie pozwalając sobie na chociażby odrobinę zwłoki. Jego ręce trzęsły się, jakby trawił je Parkinson. Już na zewnątrz puścił się biegiem w kierunku najbliższego postoju taksówek.
- Plac Serca – rzucił krótko, siadając na tylnym siedzeniu. Kierowca łypnął na niego
w lusterku i powtórzył z lekką kpiną w głosie:
- Plac Serca? Słyszał pan o wczorajszym? Panie, mieszkanie z bajek, jedno tu takie. Strzelali do kobiety, wiesz pan, właścicielki. Przeżyła. Co do motywów, różne chodzą plotki. Podobno z zazdrości.
Właściciel taksówki przez całą drogę mówił o wydarzeniach zeszłej nocy. Siedzący
z tyłu mężczyzna nie mógł powstrzymać ironicznego prychnięcia, które cisnęło mu się na usta z każdym kolejnym usłyszanym zdaniem. Ludzie wymyślą setki bzdur, byle tylko mieli
o czym mówić – pomyślał wysiadając z samochodu.
Na Placu roiło się od łakomych sensacji ludzi. Czarnowłosy przepychał się przez tłum, wsłuchując się w rozmowy zebranych. Podobnie jak w taksówce, znów słyszał wiele najróżniejszych, nieprawdziwych wersji zdarzeń. Westchnął w duchu nad głupotą ludzką. Głupota. Nie dał rady się jej pozbyć. Podobnie jak Zazdrości. Co z Nienawiścią? – pytał się
w duchu. Opuszczając Plac Serca pojął, że tę ostatnią wskrzesił własnoręcznie, czując
ją do niej samej.

Święto Białego Ognia
To, to nawet nie pamiętam czemu i w jakich okolicznościach napisałem. Pamiętam za to doskonale, że strasznie spaprałem, kończąc za szybko. Tak na siłę bardzo, bez żadnego polotu. No cóż. Ale jest xD

Długi, szczupły palec przez chwilę kreślił na zaparowanej szybie prosty kształt. Gwiazdę. Zwykłą, pięcioramienną, tak doskonale wszystkim znaną. Właściciel palca uśmiechnął się, widząc przez kontury na szkle prawdziwą, wiszącą wysoko na niebie gwiazdę. Pierwszą, jaką zaobserwował tej nocy.
Wstał od małego, drewnianego stolika postawionego przy oknie i powoli ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymał się przy nich, sięgając po długi, podszywany płaszcz. Poczuł przyjemne, ogarniające całe ciało ciepło, kiedy zapinał kolejne guziki ubrania. Sięgnął do kieszeni, w której spodziewał się znaleźć grube rękawice. Pozostawało już tylko postawić kołnierz i wyjść, przyłączyć się do wszystkich świętujących na rynku.

Szedł spokojnym, pewnym krokiem. Z każdą kolejną chwilą osiadało na nim coraz więcej białych, miękkich płatków śniegu. Raz po raz otrząsał się, jednak po kilku próbach zrezygnował stwierdziwszy, że nie przynosi to żadnego rezultatu.
Bruk, po którym się poruszał, był całkowicie pokryty śniegiem. Dlatego też z trudem usłyszał stukot końskich kopyt, tłumiony przez grubą warstwę białego puchu. Obejrzał się dopiero w momencie, kiedy jeździec go mijał. Rozpoznał osobę dosiadającą zwierzęcia. Skłonił się lekko, jeździec odpowiedział tym samym - i na tym się skończyło. Tamten pojechał dalej, pozostawiając Arlanda samego sobie. Tymczasem od rynku dzieliło go jeszcze kilka minut drogi. Wstrząsnął ramionami, łudząc się, że może tym razem uda mu się pozbyć znacznej ilości pokrywającego go śniegu i kontynuował marsz.

Na pokrytej kilkudniowym zarostem twarzy Arlanda zagościł lekki uśmiech, kiedy jego szare oczy dojrzały blask płonącego ogniska. Podczas spaceru, pomimo że nie trwał on długo, mężczyzna zdążył zmarznąć i zatęsknić za ciepłem. Nie wątpił, że ogień mu je zapewni. Przyspieszył kroku, aby jak najszybciej znaleźć się wśród pozostałych.

Na rynku rozpalonych było wiele ognisk. Jedno obok drugiego, wspólnie tworzyły pokaźnych rozmiarów okrąg, w którego centrum płonęło jedno ogromne palenisko, dające wystarczająco dużo światła, aby wszyscy zebrani mogli się widzieć. Arland zatrzymał się przy jednym z pomniejszych ognisk i przykucnął. Znajdujący się w pobliżu powitali go uśmiechami, na które odpowiedział. Dwoje dzieci w wieku nie większym niż dziesięć lat przebiegło tuż przed nim, bawiąc się w berka. Przez chwilę patrzył za nimi, kiedy usłyszał donośny, zapewne wzmocniony siłą zaklęcia, głos.
- Witajcie, mieszkańcy Kharsis – Arland rozpoznał w mówiącym jednego z najwyższych kapłanów. – Witajcie na obchodzonym co roku Święcie Białego Ognia. Spójrzcie na niebo, Gwiazda Opatrzności za kilka godzin znajdzie się w Ognistym Gwiazdozbiorze.
Arland zauważył, że wszystkie głowy odchyliły się w tył, kiedy zebrany na rynku tłum jął wpatrywać się w gwiazdy. Mężczyzna postąpił podobnie. W rzeczywistości jednak niewiele interesowało go to, co aktualnie dzieje się na firmamencie. Przez trzydzieści pięć lat swojego życia zdążył się nauczyć, że tej nocy ważne jest tylko kilka minut. Ten krótki czas, w którym – jeden, jedyny raz w roku – Smocza Gwiazda zmienia swoje położenie. Według tradycji Kościoła, był to swoisty znak opatrzności Jedynego Boga. Arland zaśmiał się w duchu. Doskonale wiedział, że znaczna część zebranych tutaj ma w głębokim poważaniu, czy jakikolwiek bóg się nimi interesuje. Przypuszczał, że nawet wśród kapłanów roiło się od osób, dla których ten dzień był wyłącznie pretekstem do pokazania swojej wyższości nad pozostałymi.
Opuścił wzrok i spoglądał po twarzach zebranych w pobliżu. Niektórzy, podobnie jak on, przestali już wpatrywać się w niebo. Inni zaś w dalszym ciągu usilnie gapili się w górę, jakby sądzili, że może tego dnia stanie się coś jeszcze. Odnalazł tę dwójkę dzieci, która wcześniej ganiała się wśród tłumu. Oboje nieustannie patrzyli na gwiazdy. Dziewczynka wspięła się nawet na palce, jakby licząc, że w ten sposób zobaczy więcej. Arland poczuł, jak usta mimowolnie rozjeżdżają mu się w lekkim uśmiechu. Poczuł, że właśnie wiara dzieci jest tutaj największa.
Przeniósł spojrzenie na ogień. Specjalnie na tę noc przygotowany został chrust z lasu Glauran, podobno żadne inne drewno nie paliło się lepiej. Trzaskający ogień emanował takim gorącem, że na płaszczu Arlanda nie pozostała już nawet najmniejsza drobinka śniegu. Otrząsnął się, wyrwał z zamyślenia. Usłyszał, że przemowa najwyższego kapłana dobiegała końca.

Upłynęło parę minut. Sługa Jedynego Boga skończył mówić, a wśród zebranych rozpoczęli kręcić się ludzie zatrudnieni przez Kościół do usługiwania podczas trwania święta. Arland odebrał z rąk jednego z takich mężczyzn kielich wina i ruszył dookoła tworzonego przez ogniska kręgu, obserwując zebranych. Było dokładnie tak, jak co roku. Arlandowi z trudem przychodziło pojęcie, jak ci ludzie mogą być tak obłudni. Prawie nikt już nie interesował się sprawami religijnymi, które rzekomo powinny być sednem tych obrzędów. Wszyscy pili na umór, kompletnie nie zwracając uwagi na nic innego.
Zapijcie się, kretyni, bluzgał w duchu mężczyzna. Zapijcie się i zamarznijcie tutaj, pomrzyjcie wszyscy. Kłamcy i obłudnicy. Jesteście tacy puści.
Pogrążony w myślach nie zorientował się, że nogi powiodły go do jednego z ognisk przeznaczonego dla kapłanów Jedynego Boga. Dopiero kiedy odsunął na bok zalewające jego głowę myśli zorientował się, że lekki wiatr niesie ku niemu słowa wypowiadane przez trzech znajdujących się przy ogniu mężczyzn.
- Warto czekać cały rok, żeby napić się tego wina – rzekł jeden z kapłanów, kołysząc lekko kielichem i wprowadzając czerwony płyn w falowanie. – I żeby zobaczyć tych wszystkich ludzi wierzących w ten kit, który im od pokoleń wciskamy.
- Czarodzieje rodzą się wszędzie. Tyle że niektórzy trafiają na nieodpowiednie towarzystwo, są postrzegani za nienormalnych i ostatecznie faktycznie świrują. Cieszmy się, że nasze rodziny były aż tak żałosne, aby przypisywać nasz talent temu całemu Bogu i oddały nas do zakonu.
- Przecież… – trzeci kapłan zdawał się nie do końca zgadzać z opinią dwóch pozostałych. – Przecież Jedyny Bóg istnieje, wiele razy dawał o tym znać.
- Janonie, Janonie… Bóg istnieje tylko dlatego, że ci wszyscy ludzie w to wierzą. Musisz pojąć, że gdyby nie wyznawcy, nie byłoby żadnych bóstw. To oni nadają siłę tej całej maskaradzie, jaką są wszystkie wyznania. Nie tylko w naszego Boga, ale też w…
- Czego się gapisz?
Arland dopiero po chwili zrozumiał, że ostatnie słowa skierowane były do niego. Wzruszył tylko ramionami i odszedł, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. Liczył się z tym, że kapłani nie do końca pokładają ufność w Stwórcy i że być może dręczą ich jakieś wątpliwości, ale nigdy nie przypuszczał, że wewnętrzne skażenie Kościoła posunęło się aż tak daleko. Wrócił do swojego miejsca przy ognisku, przycupnął i długo wpatrywał się w płomienie, rozmyślając i planując.

- Dość – po raz kolejny rozległ się wzmocniony zaklęciem głos najwyższego kapłana. Nakazywał zaprzestać zabawy. Wszyscy, bez wyjątku, wiedzieli że wiąże się to ze zbliżaniem się kulminacyjnego momentu.
Arland rozejrzał się. Liczba znajdujących się na rynku osób znacznie zmalała. Od dłuższego czasu zdenerwowane żony odprowadzały swoich upitych mężów do domów i już nie wracały. Mężczyzna nie wiedział tylko, czy nie wracają ze wstydu, czy też w swoich domostwach kontynuują zabawę, nie ograniczane już tłumem przyglądających się i oceniających ich mieszkańców. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nazajutrz wszędzie będzie można usłyszeć najróżniejsze opinie na temat każdego, kto tylko pojawił się na rynku. Na temat tych, którzy woleli jednak nie przychodzić, również. Teraz niewiele go to jednak interesowało. Od momentu kiedy usłyszał rozmowę kapłanów, przez te kilka godzin rozmyślał. I modlił się.
- Już za parę minut Gwiazda Opatrzności znajdzie się w Ognistym Gwiazdozbiorze. Patrzcie! – na te słowa, po raz kolejny tej nocy, wszystkie pary oczu wzniosły się ku górze i łakomie wpatrywały w nieboskłon. Arland również podniósł głowę, jednak on nie patrzył. Miał opuszczone powieki. Jego wargi lekko się poruszały, kiedy nieświadomie szeptał słowa, które miały pojawić się tylko w jego myślach. Na szczęście, nikt go nie usłyszał. Wszyscy byli zbyt pijani, aby zwracać nań uwagę.
- Boże, pokaż tym ludziom, że błądzą. Sięgnij po to, co powinno być ci oddane. Nie pozwól, aby obłuda i zakłamanie były ważniejsze od ciebie. Nie daj twoim kapłanom wzbogacać się twoim kosztem. I wprowadzać innych w ogłupienie. Okaż się, daj o sobie znać. Pomóż tym ludziom. Dopiero, kiedy się naprawdę przestraszą, będą w stanie pojąć swoje błędy. I zacząć je naprawiać. Proszę cię, Boże.
W momencie, w którym z jego ust spłynęły ostatnie słowa, przez tłum poniosło się głośne westchnienie. Otworzył oczy. Gwiazda Opatrzności znikła z miejsca, w którym znajdowała się przez cały rok i znalazła się w Ognistym Gwiazdozbiorze. Wtedy też pięciu kapłanów, którzy wcześniej rozstawili się dookoła olbrzymiego paleniska pośrodku, rozpoczęło wypowiadać niezrozumiałe dla pozostałych słowa. Stali tak, z rozłożonymi szeroko ramionami, wyprostowani i dumni. Z każdym kolejnym kończącym się zdaniem, pomarańczowy ogień jaśniał coraz bardziej. W końcu padła ostatnia kwestia, błysnęło jaskrawe światło, a kiedy wszyscy odzyskali już wzrok, zobaczyli, że wielki słup ognia stał się biały. Tak biały, że nawet czysty śnieg, który nieustannie spadał z nieba, nie mógł się z nim równać.
Arland zacisnął powieki. Czyżby to znaczyło, że jego modlitwa nie została wysłuchana?
Boże, błagam. Pokaż im, że błądzą. Boże.
Otworzył oczy, kiedy usłyszał kolejne westchnienie tłumu. Ogień rozpoczął dziwnie falować, a potem zgasł. Nagle, zupełnie niespodziewanie.
Wszyscy wbili wzrok w zarzewie, w którym biały żar układał się w kształt na podobieństwo ust.
- Jesteście przeklęci. Wy i wasi potomkowie – powiedziały usta.
Arland uśmiechnął się krzywo. Dwójka dzieci zapłakała. Wszyscy inni byli zbyt pijani, aby zrozumieć i przejąć się.

Kapitan Spajder
To jest skutek nudy i siedzenia przy laptopie po nocach. Wiedziałem, że chcę coś napisać, nie wiedziałem tylko - co.
- Widzę jednostki nieprzyjaciela na wschód od nas - obwieścił szeregowy Brown, odejmując lornetkę od oczu. Był to wysoki, barczysty i dobrze zbudowany mężczyzna, którego twarz zdobiły po dwie czerwone kreski na każdym policzku - barwy bojowe. Dolna część jego munduru była już dość mocno zniszczona, jednak dzisiaj nikt się tym nie przejmował. Jeszcze będzie czas, aby się o to martwić. Teraz liczyło się coś innego, liczyła się bitwa, w której uczestniczyli. Oni wszyscy byli jej członkami. Nie tylko szeregowy Brown, ale także czwórka innych szeregowych i ich przywódca, kapitan Spider.
Spider był mężczyzną, o którym można było dyskutować całymi dniami. Przeżył setki ciężkich kampanii, w których stoczył tyle wielkich bitew, że kolejne starcie nie było dla niego niczym, czego należy się obawiać. Było na swój sposób podniecające, owszem, ale w żaden sposób nie wywoływało w nim strachu.
Teraz także, kiedy stali w szóstkę schowani przed wścibskimi oczami wroga, kapitan Spider zachowywał zimną krew. Upewnił się tylko, czy ma przy sobie swój karabin, po czym omiótł towarzyszy krótkim, pewnym spojrzeniem.
- Atakujemy - obwieścił, a oni jedynie spojrzeli po sobie, jednak żaden z nich nie ośmielił się protestować. Nie po raz pierwszy mieli okazję usłyszeć z ust kapitana tak absurdalny rozkaz. Pozostawało im tylko wierzyć, że i tym razem mężczyzna się nie myli i jakoś dadzą radę wyjść z tego żywi. - Brown, jak wielu ich tam jest?
- Zdaje się, że mają tam bazę - szeregowiec po raz wtóry przyłożył lornetkę do oczu i zaczął wpatrywać się w jakieś miejsce, którego pozostali nie mogli dostrzec. Kręcąc lekko głową, komentował to, co ujrzał. - Widzę zasieki, przy których trzyma wartę kilku żołnierzy. Mają CKM i wóz pancerny. Więcej dokładnie nie widzę, ale przypuszczam, że za zasiekami stacjonuje cały oddział. Kapitanie, jesteś pewien, że powinniśmy atakować?
- Absolutnie - ton Spidera zdawał się nie znosić sprzeciwu.
Szczęknęło i szurnęło, kiedy piątka szeregowych przygotowywała się do wymarszu. Kapitan Spider był gotów, zresztą - on nigdy nie potrzebował więcej niż kilku sekund, na przygotowanie się. Do czegokolwiek. Nie upłynęło wiele czasu, a mała grupka żołnierzy powoli przemieszczała się na wschód.

Ukryty za leżącą na biurku paczką chusteczek snajper tylko na to czekał. Obserwował ich od dłuższego czasu, jednak dopiero teraz miał czystą pozycję do strzału. Wcześniej ściągnięcie któregokolwiek z nich uniemożliwiał mu duży, pełen zabawek karton, za którym stacjonował oddział kapitana Spidera.
- Przekaż dowództwu, że mam ich na czystej pozycji - mruknął snajper, nie odrywając oka od lunety, przez którą doskonale widział każdego z sześciu skradających się żołnierzy. Na te słowa, siedzący przy radiostacji mężczyzna szybko zaczął nadawać. Już po chwili otrzymali odpowiedź, snajper mógł strzelać.

Nie usłyszeli wystrzału.
Przedzierali się przez sięgające im do kolan nici, z których składał się mały dywanik. Musieli się nie lada natrudzić, aby ich marsz przebiegał sprawnie. Kapitan Spider obejrzał się na swoich podwładnych, chcąc zakomunikować im, że już niedaleko i wtedy właśnie kula dosięgnęła celu. Jeden z żołnierzy - dość nieistotny, taki, dla którego nie warto było wymyślać imienia - zwalił się na plecy, jęcząc z bólu. Mundur, okrywający klatkę piersiową, z zielonego bardzo szybko zmieniał kolor na czerwony. Pozostała piątka niemal natychmiast runęła na ziemię, aby nie dosięgnęły ich kolejne kule. Za późno. Jeszcze jeden pocisk dotarł do miejsca przeznaczenia, przebijając hełm i raniąc szeregowego Browna ponad oko. Krew, bardzo dużo krwi z rozdartego łuku brwiowego spłynęło na twarz żołnierza, a on - pomimo że buchająca z rany ciecz była ciepła - poczuł dziwne, szybko ogarniające go zimno. Niemal w tym samym momencie, w którym jego głowa uderzyła o podłoże, wydał z siebie ostatnie tchnienie.
Kapitan Spider podczołgał się do pozostałych przy życiu mężczyzn i zaczął przemawiać. Mówił szeptem, jakby obawiał się, że wróg może ich usłyszeć. Był to zdecydowanie niepotrzebny zabieg, a on dobrze o tym wiedział. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że fakt iż nie usłyszeli wystrzału znaczył, że mają do czynienia ze snajperem, czającym się gdzieś w oddali.
- Straciliśmy dwóch naszych towarzyszy - szeptał, jedną dłonią dociskając hełm do głowy, podczas gdy drugą ręką wspierał swój tułów, nie pozwalając mu przyjąć do końca leżącej pozycji. - jednakże musimy dokończyć tę misję. Szeregowy Smith, słyszałem od wielu osób, że drugiego z takim okiem, jak twoje, nie ma w naszej armii. Wykorzystaj to i pozbądź się tego snajpera, zanim wytnie nas wszystkich.
- Będziecie musieli pomóc mi przedostać się nieco bliżej - rzucił z szelmowskim uśmiechem Smith, znaczącym gestem klepiąc trzymany kurczowo karabin maszynowy.

Snajper obserwował przez lunetę swojego karabinu snajperskiego, jak czwórka mężczyzn kluczyła między nogami dwóch stojących blisko siebie krzeseł, to oddalając się od niego, to znów zbliżając. Nie rozumiał ich. Nie mógł pojąć, co ma na celu ta dziwna, pozbawiona konkretnego kierunku wędrówka. Ale miał się o tym przekonać, już niebawem.
Wychylił się zza paczki chusteczek, kiedy stracił ich z oczu. Nie chciał nie wiedzieć, gdzie się aktualnie znajdują. Nie przypuszczał co prawda, aby mogli stanowić dla niego zagrożenie, jednak bez znajomości ich aktualnego położenia czułby się dość dziwnie, bezradnie. Od swojej osłony oddalił się tylko na kilka kroków, jednak to wystarczyło szeregowemu Smithowi. Przyczajony dużo niżej, niedaleko łóżka, wypuścił z opartego o biodro karabinu maszynowego serię pocisków, skierowaną na biurko, na którym właśnie ujrzał snajpera.
Radiotelegrafista, który w dalszym ciągu znajdował się w ukryciu zauważył, jak ciało jego kompana zostaje rozerwane przez grad kul. Zdziwił się niemiłosiernie, kiedy z klatki piersiowej snajpera buchnęła krew, a sam mężczyzna padł najpierw na kolana, a potem całym ciałem runął na podłoże. Przechylił się niebezpiecznie na krawędzi biurka, po czym runął z niego daleko w dół, aby ostatecznie zakończyć swój żywot przy jednostce centralnej.
Nie był to koniec zdziwień obsługującego radiostację mężczyzny. Niedługo po tym, jak snajper runął w otchłań, powietrze rozdarła kolejna seria wystrzelona z tego samego karabinu maszynowego. Pociski przeleciały przez paczkę chusteczek z taką łatwością, jakby jej tam w ogóle nie było, a nie spodziewający się niczego radiotelegrafista odleciał nieco w tył, kiedy kule dosięgnęły jego ciała. Zatrzymał się dopiero na plazmowym monitorze, który zastępował mu antenę, dzięki której mógł nawiązać sygnał z bazą.

- Gratuluję, szeregowy - kapitan Spider poklepał swojego podwładnego po ramieniu, kiedy byli już pewni, że czający się na wysokości wrogowie zostali unieszkodliwieni. Smith uśmiechnął się szeroko, jednak nic nie powiedział. - Pozostało nam tylko przeprawić się przez most i będziemy mogli rozpocząć eksterminację przeciwników znajdujących się w tej bazie, o której mówił szeregowy Brown - obwieścił Spider.
- Kapitanie, na moście stanowilibyśmy bardzo łatwy kąsek dla przeciwnika. Nie lepiej jakoś ich zajść, zaskoczyć? Teraz, kiedy rozprawiliśmy się z tamtym radiotelegrafistą na pewno już o nas wiedzą i spodziewają się czegoś. Zaskoczmy ich najbardziej, jak to tylko możliwe.
- Właściwie... a niech cię, dobrze mówisz, szeregowy - kapitan Spider podrapał się po przedramieniu. Był to dla niego typowy gest, znaczący bezsprzecznie o tym, że się nad czymś głęboko zastanawia. - Pozostaje tylko obmyślić, którędy się przedrzemy.
- Może tam, po tych półkach skalnych? - wszyscy przystali na propozycję tamtego żołnierza.

Przy szafkach znaleźli się dość szybko. Właściwie wszystkie dłuższe odcinki swojej wędrówki pokonywali zdecydowanie szybciej, niż można się było tego spodziewać po kimś ich rozmiarów. Może wynikało to z silnej determinacji oraz samozaparcia, a może z tego, że sile która nimi kierowała nie uśmiechało się czekać w nieskończoność, aż dotrą do miejsca, w którym coś ma się dziać. A może jeszcze dlatego, że owej sile coraz bardziej burczało w brzuchu?
Nieważne. Liczy się to, że w końcu składający się już tylko z czterech żołnierzy oddział dotarł do stojącej pod ścianą komody. Zanim jeszcze tutaj dotarli, wszystko było już przygotowane. Do uchwytów każdej z szuflad przywiązane zostały nitki, które miały służyć grupce żołnierzy za pomocne przy wspinaczce pasy.

Pierwszy, jak to zwykle miało miejsce, przepasał się kapitan Spider. Kilkakrotnie obwinął sobie nić dookoła brzucha, a aby mieć pewność, że nie rozwiąże się w najmniej oczekiwanym momencie, przewiązał ją sobie jeszcze przez ramię. Potem rozbujał się mocno, bardzo mocno, aby w końcu ta prowizoryczna lina wyrzuciła go aż na komodę, będącą dla niego półką skalną. Kiedy był już na szczycie, uwolnił się z tej dość niewygodnej uwięzi i zrzucił linę na dół, aby jego kompani mogli się do niego przedostać.
Nie mogło obyć się bez ofiar, jak to często bywa w tak trudnych przedsięwzięciach. Jeden z żołnierzy zbyt słabo oplótł się liną, a owa puściła, ciskając nim o biurko i kończąc jego egzystencję. Kapitan Spider był zły.

- Zostało nas już tylko trzech. Wszystko idzie zdecydowanie gorzej, niż powinno. Proszę, nie zawiedźcie mnie i chociaż wy dotrwajcie do końca. Nie możemy sobie pozwolić na kolejne straty, jeżeli chcemy, żeby ta misja zakończyła się powodzeniem - ton jego głosu jasno wskazywał na niezadowolenie i frustrację. Nie mógł jednak pozwolić, aby jego złość znacznie obniżyła morale jego podwładnych. Spróbował się uspokoić i kiedy mówił kolejne zdania, jego głos brzmiał już łagodniej. - Pozostał nam już ostatni odcinek drogi, musimy wyłącznie stąd zejść i zniszczyć tamtą bazę. To naprawdę niewiele, chłopaki, nie zawiedźcie mnie.
Kolejno spuszczali się na linie, aby jeden po drugim postawić swoje kroki po drugiej stronie rzeki, tuż obok wejścia na terytorium wroga. Doskonale widzieli zasieki oraz kilka samochodów, które miały zagradzać przejście nieproszonym wrogom. Nigdzie nie dostrzegali jednak wroga.

Wróg natomiast widział ich doskonale. Sześciu żołnierzy obserwowało ich, przyczajeni za butem. Nie mogli dłużej zwlekać, musieli otworzyć ogień.

Kapitan Spider poczuł, że coś jest nie tak, jeszcze zanim nastąpiły strzały. Z okrzykiem "padnij!" przywarł do ziemi, osłaniając głowę rękoma. Jednakowo postąpiła pozostała przy życiu dwójka szeregowych. Schowany za butem oddział mieć pewność, że wycięli nieprzyjaciela, gdyż już po chwili jeden za drugim, sześciu żołnierzy zaczęło spokojnym krokiem opuszczać kryjówkę.
Na to tylko czekał kapitan Spider. Chwycił swoją broń maszynową i kilkoma krótkimi seriami powalił całą szóstkę. W ten sposób zaalarmował o swoim przybyciu wszystkich znajdujących się w bazie przeciwników, jednak dla niego nie miało to już znaczenia. Poderwał się z ziemi, a podobnie postąpiła dwójka towarzyszących mu żołnierzy. Odwrócili się w kierunku zasiek i nie siląc się nawet na celowanie, zaczęli pruć w tamtym kierunku długimi seriami. Naboje ani myślały się kończyć, amunicja zdawała się być niewyczerpana. Wybiegający z bunkrów żołnierze nie nadążali nawet reagować, kiedy grad kul zwalał ich na ziemię. Wtedy szeregowiec Smith ujrzał oznakowane czerwonymi iksami beczki. Nie zastanawiając się długo, wystrzelił kilkakrotnie w ich kierunku.
Nastąpiła eksplozja. Potężna, taka, która niszczy wszystko. Budynki, samochody, zwłoki i pozostali przy życiu - wszystko i wszyscy, którzy akurat znajdowali się w bazie zostali poderwani ku górze, aby po chwili runąć z łoskotem na ziemię, bez składu i ładu. Budynki upadały dachami do dołu, samochody podobnie, ludzie lądowali jeden na drugim, niektórzy bardzo daleko miejsca wybuchu.

Kapitan Spider pewnie chciałby teraz coś powiedzieć. Pogratulować dwójce pozostałych przy życiu podopiecznych. Nie mógł jednak tego uczynić. Sile sprawczej, która kierowała wszystkimi jego postępowaniami po raz kolejny zaburczało w brzuchu. Wtedy to stało się jasnym, że czas iść na obiad.

Czarodziej
A o tym powiem tylko tyle, że tytułowy bohater strasznie zajeżdża pedofilem xD

- Jesteś czarodziejem?
- A czy chciałabyś, żebym nim był?
- Tak.
- W takim razie, jestem czarodziejem.
Na jego, przyozdobionej długą śnieżnobiałą brodą i wąsem w tym samym kolorze, twarzy pojawił się szczery, promienny uśmiech. Uniósł rękę i poprawił zabawnie wyglądającą, szpiczastą tiarę, która bielą ani trochę nie ustępowała zarostowi. Całości dopełniała długa, piękna szata, całkowicie okrywająca tors i nogi starszego pana.
- A… jak masz na imię? – zapytała dziewczynka. O mężczyźnie, który siedział teraz naprzeciw niej nie wiedziała kompletnie nic. Pojawił się znikąd, bezszelestnie i zupełnie nagle. Lily zasiadała wtedy przy stoliku w swoim pokoju i kolorowała obrazki w książeczce dla dzieci. Kiedy uniosła głowę, aby znaleźć na stoliku potrzebną jej kredkę, zorientowała się, że nie jest już sama. Nie przestraszyła się. Zaczęła rozmawiać.
- Oh – czarodziej zachichotał. – Przypuszczam, że ludzie nazywają mnie na setki sposobów. Bywam Merlinem, niektórzy mówią o mnie Gandalf, a jeszcze inni Dumbledore. Ty możesz mnie nazywać, jak ci się tylko podoba.
Przypatrzyła mu się uważnie, zastanawiając się, jak też powinna go nazwać. Był taki inny. Zupełnie niepodobny do wszystkich ludzi, jakich spotkała w swoim pięcioletnim życiu. Nie znała odpowiedniego słowa, którym mogłaby go zdefiniować. Na pewno pozna je kiedyś, może kiedy pójdzie do szkoły.
- Czarodziej. Jesteś czarodziejem i tak będę do ciebie mówić, dobrze?
- Oczywiście, że dobrze, Lily. Pokaż no, co tam rysujesz?
Podsunęła mu książeczkę, aby mógł zobaczyć pokolorowane przez nią obrazki. Kiedy on przyglądał się rysunkom, ona postanowiła o coś poprosić.
- Czarodzieju?
- Hm? – mruknął, unosząc głowę i spoglądając na buzię Lily. Zauważyła, że miał jasnoniebieskie oczy, przywodzące na myśl lód. Pomimo tego skojarzenia, i tak emanowało z nich ciepło.
- Mógłbyś coś dla mnie wyczarować? – zapytała niepewnie. On tylko uśmiechnął się jeszcze szerzej i położył dłoń na stole, wierzchem skierowanym do blatu. Wymamrotał coś, ściągnął brwi i już po chwili parę centymetrów ponad jego ręką zaczęła się unosić mała kulka. Lily nie widziała, z czego była zrobiona. Świeciła się różnymi kolorami i wirowała wokół własnej osi. Z ust dziewczynki wyrwało się westchnienie, wyrażające zachwyt. W tym czasie Czarodziej położył na stole drugą dłoń i znów wypowiedział jakieś słowa, po których także nad drugą ręką zaczęła unosić się taka sama, dziwna kulka. Lily chłonęła to przedstawienie łapczywym wzrokiem. Wtedy z obu kul wystrzeliły promienie, połączyły się w powietrzu, tworząc łuk mniej-więcej na wysokości brody siedzącego mężczyzny. Dziewczynka klasnęła w dłonie, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
Posmutniała, kiedy kolorowe promienie nagle znikły. Uniosła wzrok, aby posłać Czarodziejowi pytające pytanie i wtedy zauważyła, że mężczyzna wstaje.
- Już sobie idziesz? – jej głos był zdecydowanie mniej radosny niż przez cały czas, a duże, piwne oczy wręcz emanowały smutkiem.
- Ależ skąd. Zainteresowała mnie tylko ta twoja dziwna kolekcja… - spojrzał znacząco w kierunku półki, na której stało obok siebie kilka dużych segregatorów. – Mogę zobaczyć? – skinęła głową, a on podszedł do mebla i przykucnął, sięgając ręką po jeden ze skoroszytów. Lily zbierała karteczki, przedstawiające najróżniejsze rzeczy. Postaci z bajek, zwierzęta, czy przybory szkolne. Czarodziej przez parę chwil przyglądał się temu, a dziewczynka była przekonana, że jego zainteresowanie nie jest ani odrobinę udawane.
- Pokażesz mi coś jeszcze? – zapytała po jakimś czasie, kiedy znudziło ją już patrzenie, jak jej gość ogląda kolekcję karteczek.
Wstał, odłożywszy wcześniej segregator na swoje miejsce. Wyciągnął rękę w jej kierunku, mówiąc:
- Skoro chcesz.
Podeszła i złapała go za rękę, a raczej za dwa palce, bo tylko na tyle pozwalały jej małe rączki. Nie wiedziała, dlaczego miała to zrobić. Czyżby teraz zamierzał zaczarować ją? A może, a może… nie, to wydawało jej się wręcz niemożliwe.
- Polecimy? – zapytała, dając upust swojej ciekawości.
- Chciałabyś, żebyśmy polecieli?
- Bardzo.
- Więc polecimy.
Okno otworzyło się, kiedy na nie spojrzał, a chwilę potem Lily poczuła, jak jej małe stópki odrywają się od podłoża. Nie bała się, wiedziała, że nic jej nie grozi. Wylecieli z domu, chociaż dziewczynka nie pojmowała, jak mogli we dwójkę zmieścić się w wąskim otworze okiennym. Nie miała jednak czasu, aby się nad tym zastanawiać. Patrzyła w dół, na świat, który był coraz niżej. Widziała swoje podwórko, dom sąsiadów, w oddali zauważyła szkołę, do której miała zacząć chodzić za dwa lata.
- Trzymaj się mocno – usłyszała głos Czarodzieja, na co wzmocniła uścisk. Polecieli szybciej, tak szybko, że obraz rozmazywał jej się przed oczami.

- Gdzie jesteśmy? – wylądowali na nieznanym jej wzniesieniu, porośnięty trawą i kolorowymi kwiatami. Czarodziej stał obok niej, a ona w dalszym ciągu trzymała go za rękę. Poprowadził ją kilka kroków, aby rosnące parę metrów dalej drzewa nie zasłaniały widoku na to, co najwyraźniej chciał jej pokazać.
Kiedy korony drzew przestały stwarzać barierę dla wzroku, Lily wciągnęła głęboko powietrze, a potem wypuściła je ze świstem. Jej oczom ukazał się zamek, stojący w rozległej dolinie, rozciągającej się u stóp wzniesienia, na którym się znajdowali. Wyglądał jak zaczarowany, zupełnie, jakby ktoś zaczarowanymi nożyczkami wyciął go prosto z bajki i postawił tutaj, w tym nieznanym jej miejscu.
- Mieszkasz tutaj?
- Tak.
- Gdzie jesteśmy?
- Ty mi powiedz – uśmiechnął się.
- Jak to?
- To ty mnie stworzyłaś, Lily. To miejsce też jest twoim wytworem. Jak wszystko, co działo się od momentu, kiedy zaczęłaś się tak strasznie nudzić po południu, pamiętasz?
Nie zrozumiała. Popatrzyła na niego tak poważnie, że musiał się strasznie postarać, aby nie wybuchnąć śmiechem.
- Wyobraźnia, Lily, to najcenniejsze, co masz – dał jej chwilę, aby mogła spróbować zrozumieć jego słowa, po czym spojrzał na zegarek, który zupełnie znikąd pojawił się na jego ręce. – No, myślę, że pora już iść.
- Muszę?
- Tak. Ale nie przejmuj się, nie sądzę, żeby to było nasze ostatnie spotkanie.

Drzwi do pokoju, w którym siedziała otworzyły się i stanęła w nich mama.
- Co robisz, kochanie?
- Koloruję, mamusiu.
Mama podeszła do córki i spojrzała jej przez ramię.
- Popatrz – wskazała palcem. – Nie pokolorowałaś brody i wąsów tego pana.
- Nie musiałam. One są białe.
_________________


.
 
 
 
Pitti 
SSJ 5


Wiek: 24
Posty: 1932
Wysłany: Pon Maj 03, 2010 1:27 pm   

Czarodziej jest spoko teraz przeczytalem :D , kapitana guliwera nie chce mi sie czytac bo za dlugie, ogien pamietam nawet ciekawy byl, magnum jest pro :D .
_________________


I'll become The King of Pirates!
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by razz & Saski