Poprzedni temat «» Następny temat
DB PH
Autor Wiadomość
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 11:25 pm   

Ronin:

Tak Tajtus i Tytus to ta sama osoba. Tutaj wystepuje jako Tajtus bo przy rejestrowaniu sie juz jakis czas temu, forum z jakiegos powodu nie chcialo przyjac nicka Tytus :razz:

Powiedz byles moze kiedys zamieszany w DB Art? Bo chyba tam wysylalem to do 9 rozdzialu :razz:


Ale skoro vox populi brzmi zamieszczac to zamieszczam....

Rozdział 06

Od bitwy o Kanassę minęło kilka dni. Żołnierze zostali podzieleni na dwie grupy. Pierwsza stacjonowała na planecie i zajmowała się jej zabezpieczaniem, druga przebywała, na okrętach, na orbicie, w oczekiwaniu na dalsze rozkazy. Co ciekawe, statki eskorty zostały odwołane i wysłane w inną część galaktyki. To sprawiało, że wszyscy ci żołnierze stacjonujący na orbicie byli bardzo podatni na ewentualny atak, ponieważ statek transportowy nie miał szans w bezpośrednim starciu z krążownikiem, pancernikiem czy nawet fregatą.

Korytarzem jednego z okrętów przechadzały się dwie postacie. Niski, czerwonoskóry i białowłosy Dyter oraz seledynowoskóry, zielonowłosy Zerd. Obaj osobnicy byli bardzo zajęci rozmową i nie zważali na innych przechodniów, co często kończyło się wpadnięciem na kogoś. Żywiołowa rozmowa kręciła się głównie wokół dwóch rzeczy - lasek, jakie udało im się poznać już na statku, oraz wrażeń z bitwy. Wcześniej nie było na czasu na wymianę myśli, ponieważ żołnierze byli zajęci transportowaniem sprzętu i zapasów a także samych siebie na orbitę.
Konwersacja skakała z tematu na temat.
- Wiedziałeś, że Natha awansowali? - powiedział Dyter.
- Serio?
- Tak. Dostał nawet spore biuro. Podobno dziś będzie zbierał raporty od żołnierzy, więc lepiej nie zdejmuj scoutera, bo możesz zostać wezwany. A jak myślisz... czemu okręty nie dostały obstawy pancerników? Przecież teraz jesteśmy bardzo podatni na ewentualny atak.
- Na pewno ta obstawa jest bardziej potrzebna gdzie indziej. Dowództwo wie, co robi, bo przecież nie naraziliby nas na takie niebezpieczeństwo. Jestem przekonany, że ta działania maja sens.
- Obyś miał rację, bo nie chciałbym skończyć jako kupka pyłu kosmicznego. - Dyter zatrzymał się na skrzyżowaniu korytarzy. - No to na mnie już czas, muszę się zakwaterować w mojej kajucie. Nara - powiedział Jara-jin, po czym się oddalił.
Zerd zrobił to samo. Po krótkim obchodzie znalazł swój pokój i nie zwlekając długo uwalił się na łóżku.
Sen zmorzył go na kilka dobrych godzin. Obudziło go dopiero irytujące pikanie scoutera, umieszczonego na twarzy. Mozolnie otworzył oko i spojrzał na szybkę urządzenia. To, co ujrzał zmroziło mu krew w żyłach. Był wywoływany przez przełożonych już od dobrej godziny. Zerwał się z łóżka i natychmiast wybiegł z pomieszczenia. Po drodze sprawdził jeszcze plany statku i miejsce, w które ma się udać, aby się nie zgubić. Ta pogoń trwała dość długo, bo pomimo swojej mapy kilka razy zgubił drogę i parokrotnie musiał pytać gdzie aktualnie się znajduje. Poczucie kierunku nie było jedną z jego najsilniejszych stron. W końcu jednak dotarł do miejsca przeznaczenia. Była to całkiem spora poczekalnia z dużą ilością krzeseł z tworzywa sztucznego, na której siedziało kilkudziesięciu żołnierzy. "Skutki awansu Natha", pomyślał w pierwszej chwili. "Dostał pod komendę o wiele więcej podwładnych. Widocznie oni też musieli składać raport ze swoich poczynań w trakcie bitwy." Przez chwilę Zerd trochę współczuł swojemu przełożonemu, tylu spraw na głowie. Przywitał wszystkich krótką formułką "witajcie", po czym zaczął szukać jakiegoś miejsca gdzie mógłby usiąść. Zauważył wolne miejsce obok Dytera, który kiwając głową dawał znaki, aby się do niego przysiąść. Usiadł obok niego i podał mu rękę. Jara-jin odwzajemnił gest i powiedział:
- Spóźniłeś się.
- Zaspałem. Te dzwonki w scouterach są mało skuteczne.
- Wiesz, ja ci niby mówiłem o tym przesłuchaniu, ale nic. Masz farta, najpierw wchodzą ci z piętnastki, wiec jeszcze trochę poczekamy.
- Ale chyba nie tylko ja się spóźniłem. Nie widzę tu ani Warda ani Nadji.
- Oni byli wcześniej i weszli bez kolejki, bo Nath miał do nich jakąś ważną sprawę.
- Heh... mieli dobrze, nie będą musieli gnić na korytarzu.
- A, co do tego... to przypomniał mi się jeden dowcip. No, więc przychodzi trup kalmaranki do lekarza i kładzie się na kozetce. Lekarz krzyczy, "co mi się pani tu tak rozkłada", a kalmaranka na to "a co mam gnić na korytarzu?".
Ten żart poprawił Zerdowi humor, a także rozluźnił atmosferę i rozmowa przestała być już taka drętwa. Po około godzinie Dyter z szedł na trzeci ze swoich ulubionych tematów, czyli opowiadanie o swoich wyczynach w armii. (Pierwszym były dziewczyny, a drugim dowcipy i zabawne anegdotki.) Zerd słuchał cały czas towarzysza, ale jedno nie dawało mu spokoju. W końcu się przemógł i powiedział:
- Dyter mówisz, że tyle dokonałeś i ci wierzę, bo Nath często potwierdzał twoje opowieści, ale czemu nie awansowałeś na oficera?
- ...b... obl... e...m...i...n - wybełkotał coś pod nosem Jara-jin.
- Co?
- Oblałem egzamin! - wydarł się zirytowany Dyter.
- A... wybacz, że spytałem - powiedział łagodnym tonem Zerd widząc, że uderzył w czułe miejsce.
Monsturnowi zrobiło się strasznie niezręcznie. Uratował go głos Natha dobiegający z głośnika:
- Szeregowy Zerd proszę do mnie.
Monsturn wstał i nie ryzykując kolejnego niezręcznego spotkania spojrzeń wszedł do biura swojego dowódcy.
Pomieszczenie na oko miało około pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Pokój był dość ubogi jeśli chodzi o meble. Były tam tylko biurko, na którym stał komputer oraz urządzenie do obsługiwania intercomu. Stały tam dwa krzesła przed wspomnianym wcześniej biurkiem oraz metalowa szafka przy jednej z ścian. Biuro było oświetlone rzędem lamp umieszczonych na suficie oraz światłem planety wdzierającym się przez dość duże okno umieszczone na ścianie za stanowiskiem pracy obecnego kapitana wojsk Imperialnych. Monsturn podszedł do miejsca pracy Natha, po czym zasalutował i stanął na baczność.
- Spocznij - powiedział Rath-jin, jednocześnie wskazując ręką na jedno z krzeseł. Zerd usiadł na krześle i czekał na pytanie swojego przełożonego. Nath napisał jeszcze kilka rzeczy na swoim komputerze, następnie wyjął urządzenie, które seledynowy rozpoznał jako rejestrator audio.
- No więc, Zerd, zacznij opowiadać o swojej roli w potyczce - zaczął Nath. Młody Monsturn zgodnie z rozkazem Rath-jina zaczął rozwodzić się nad wydarzeniami sprzed kilku dni. Zerd chciał być dokładny, więc opisywał wszystko bardzo szczegółowo. Miało to też swoje wady, a mianowicie zajmowało bardzo dużo czasu. W pewnym momencie Nath przerwał swojemu podwładnemu:
- Czemu pominąłeś fragment z uratowaniem mi życia. Wiem od innych żołnierzy, którzy widzieli całe zajście, że ryzykowałeś własnym życiem, aby mnie ocalić.
- No, no, nie chciałem być nieskromny i nieuprzejmy w stosunku do pana kapitana - odpowiedział Zerd. Wypowiedział się w ten sposób, ponieważ teraz był na służbie, a nie na popijawie w sobotę wieczorem i mimo, że Nath był jego przyjacielem jest też również jego przełożonym i należy mu się szacunek.
- Nieuprzejmy?... Jeżeli nieuprzejmością nazywasz to ja chciałbym zobaczyć jak wygląda twoja uprzejmość - powiedział Nath, po czym zaśmiał się głośno. - Ale tak na poważnie to wyślę do dowództwa raport z dołączoną twoja nominacją do odznaczeniem medalem lodowego serca.
- Bardzo dziękuję panie kapitanie - powiedział młody Monsturn. W jego głosie można było usłyszeć rozpierający go entuzjazm, euforię, dumę, a także wdzięczność.
Rozmowa miedzy nimi trwała jeszcze chwilę, aż Nath wydał mu rozkaz, aby odmaszerował i zawołał Dytera...
Zerd wykonał polecenie, następnie pożegnał się z pozostałymi żołnierzami i udał się do sali treningowej. Młody Monsturn przebywał tam ostatnio dość często, ponieważ po bitwie zauważył, że może przybierać drugą formę kiedy tylko chce, więc postanowił ją opanować do perfekcji. Przy drzwiach do sali spotkał identyfikującego się Raditza. Był on Sajanem o wysokim wzroście i czole, oraz o długich czarnych włosach. Monsturn podszedł do osobnika i klepnął go w ramię. Czarnowłosy odwrócił się i gestem ręki przywitał przybyłego. Po krótkiej formalności wpisania się do komputera, żeby było wiadomo, kto zajmuje salę, weszli do środka. Zerd poznał tego Sajana podczas jednego ze swoich treningów. Raditz wpisał się na tą samą godzinę co on i jakoś tak to się zaczęło. Teraz prawie codziennie ze sobą trenowali. Jeśli chodzi o ścisłość, tylko to robili, bo rozmowa kończyła się przeważnie na "Cześć, jak leci, co dzisiaj trenujemy?". Najpierw para sparing-partnerów zaczęła od rozgrzewki, czyli bieganie, pompki i ćwiczenia rozciągające. Następnie czarnowłosy wydał polecenie komputerowi, aby zmierzył ich poziomy mocy. Po chwili dało się słyszeć wyniki:
*Szeregowy Zerd, trzydzieści pięć tysięcy jednostek, szeregowy Raditz trzydzieści osiem tysięcy jednostek*
Sajan skomentował to krótko:
- Poziom podniósł ci się o dwa tysiące... nieźle jak na Monsturna.
Bez zbędnych słów obaj mężczyźni podjęli walkę. Pierwszy zaatakował Zerd poprzez kopnięcie z półobrotu. Jego cios został oszczędnie uniknięty przez przeciwnika. Zielonowłosy widząc to postanowił zaatakować po raz kolejny. Tym razem postawił na siłę rąk i zaaplikował Sajanowi serię uderzeń pięścią. Wydawało się, że wszystkie zostaną zablokowane, ale kilka przeszło, pozbawiając Raditza na chwilę równowagi. Jednak w pojedynku chwila rozproszenia uwagi może zadecydować o losie całego starcia. Zerd, widząc swoją okazję, zadał jeden potężny cios pięścią. Sajan zdążył się jednak w porę zreflektować - uniknął ciosu, jednocześnie łapiąc Monsturna za rękę. Po chwili uderzył kolanem w brzuch zielonowłosego i trzymając go za rękę zaatakował z bani głowę przeciwnika. Wciąż oszołomionego chłopaka rzucił na ścianę, w którą Zerd z hukiem uderzył.
Monsturn nie zamierzał się jednak poddawać. Podniósł się do pozycji siedzącej i wystrzelił trzy pociski ki. Dwa pierwsze były słabe, jednak w trzeci zielonowłosy włożył dużo energii. Przeciwnik odbił dwa pierwsze pociski, a trzeci przyjął na blok. Powstała spora eksplozja i pomieszczenie wypełniło się dymem. Tego się Monsturn nie spodziewał. Liczył, że Sajan uniknie ataku.
Postanowił zmienić taktykę i skoczył w miejsce gdzie spodziewał się obecności przeciwnika. Zastał tam tylko pustą przestrzeń. Próbował się rozejrzeć i zorientować gdzie może być Raditz, ale wciąż utrzymujący się dym mu to utrudniał. Po chwili, gdy został kopnięty w korpus, dowiedział się gdzie jest jego oponent.
Cios był na tyle silny, że na moment pozbawił Monsturna przytomności. Zerd ocknął i zorientował się, że po raz kolejny znajduje się na jednej ze ścian sali treningowej. Nieźle się wkurzył i ze złączonych rąk wystrzelił szeroki strumień ki.
Sajan tym razem nie bawił się w ludzką tarczę tylko zrobił szeroki unik. Monsturn wyskoczył i rozpędził się, aby staranować przeciwnika barkiem. Raditz jednak nie dał się zaskoczyć i po raz kolejny uniknął ataku oponenta. Na tym nie poprzestał i pociskiem ki po raz trzeci posłał swojego sparing-partnera na ścianę. To był bardzo bolesny dowód dla Zerda, że w pierwszej formie nie da sobie rady.
Wstał i zaczął się koncentrować. Po chwili jego muskuły powiększyły się niemal dwukrotnie, a z jego twarzy zniknął nos. Twarz przerodziła się w coś na kształt pysku, w którym ukryte były dwa rzędy ostrych zębów. Potwór, jakim się stał młodzian doskoczył do Sajana i wyprowadził trzy uderzenia pięścią. Czarnowłosy zablokował dwa pierwsze, ale trzeci trafił go prosto w nos, co sprawiło, że Raditza aż wygięło do tyłu. Wykorzystał tą sytuację i zrobił salto, kopiąc Zerda w podbródek. Następnie szybko odskoczył od przeciwnika i zaczął gromadzić ki.
Nie docenił jednak drugiej formy Monsturna. Potworowi nie tylko wzrosła siła, ale także prędkość. Nie minęła chwila, a już był przy czarnowłosym i atakował. Raditz był na tyle doświadczony, że udawało mu się blokować większość ciosów. Stawiał blok na chwilę przed zadaniem ciosu. Kiedy Zerd zorientował się, że Sajan przewiduje jego ciosy postanowił zmienić taktykę walki. Zaczął atakować bardzo nieregularnie. Zadawane przez niego ciosy były nieprzemyślane. Można by to opisać, że atakował "na chama", czyli dużo nieprecyzyjnych ciosów. Sajan zaczął tracić koncentrację i w końcu uległ. Kombo, jakie zaserwował mu, Zerd, czyli trzy uderzenia i pięścią i jedno nogą, rzuciło go na ścianę. Raditz podniósł się z bólem i zauważył, że z ust leci mu krew. Otarł ją dłonią i powiedział:
- I w tym momencie walka staje się o wiele ciekawsza. - Po czym odbił się od ściany i pomknął w stronę przeciwnika.

Bardock szybkim krokiem szedł korytarzem jakiegoś kompleksu. Półowalny tunel, co jakiś na ścianach, czas rozwieszone miał terminale, a podłoga była wyłożona czymś w rodzaju metalowego bruku. Obok sajańskiego dostojnika biegł mały naukowiec. Przynajmniej tak można było sądzić po jego ubiorze i przynależności rasowej. Miał na sobie biały fartuch i był Brainiakiem. Byli oni z natury mali, przeważnie ich wzrost nie przekraczał metra i trzydziestu centymetrów. Mieli też duże głowy, w których mieścił się odpowiednio duży mózg, a ich skóra była jasnofioletowego koloru. Rasa ta, z racji swojego ogromnego intelektu była głównie naukowcami, a maszyny wykonywały za nich prace fizyczne, choć i u nich zdarzały się wyjątki. Brainiak idąc obok Sajana mówił mu swoje spostrzeżenia dotyczące projektu:
- Nie możemy zrobić z niego dowódcy. On nie panuje nad swoją mocą, już zabił dwóch sparing-partnerów.
- Czyżbyś już zapomniał, jaką on ma moc? Nie znajdziesz silniejszego wojownika - odparł podenerwowany Saiyan.
- Zgadzam się, ale w trakcie bitwy stanie się wrogiem. Zacznie zabijać każdego, kto mu się nawinie. Kiedy się wścieknie nie będzie wstanie rozróżnić swojego od wroga. W tej sytuacji nie będzie mógł dowodzić, więc stanowczo sprzeciwiam się tej części planu.
- Nie, profesorze Terb, on musi zostać przywódcą od niego może zależeć powodzenie misji. I jeśli nie może dowodzić to zrób coś żeby mógł Załóż mu silniejsze ograniczniki albo coś wymyśl Nie po to płacę ci krocie abyś podkopywał mój plan! Zrozumiano!
- T... Tak... j-jest proszę pana - wydukał naukowiec, po czym się oddalił się z dużą prędkością. Widocznie był na tyle mądry, aby uniknąć konfrontacji z wkurzonym Sajanem.
Bardock na chwilę się zatrzymał i oparł o ścianę. Musiał się uspokoić, dać chwilę wytchnienia nerwom, bo jak by na to nie patrzeć ten dzień nie był jego najlepszym. Nie dość, że dowiedział się, że musi lecieć na inspekcję wojsk i nie będzie mógł być przy końcowej fazie projektu, to jeszcze dowiaduje się, że jego plany zaczynają się walić. Westchnął i poszedł dalej.
W końcu dotarł na miejsce. W pomieszczeniu jedna ze ścian została zastąpiona dużym szklanym oknem, przy którym stało sporo postaci. W większości byli to Sajanie. Bardock podszedł do okna, a stojące osoby oddawały mu cześć, jedni poprzez salutowanie inni przez ukłon lub podobne gesty.
Generał doszedł do szyby. Wiedział, że to jest tak zwana loża dla publiczności. Przez okna widać było trenujących o jakieś dwa piętra niżej wojowników. Bardockowi momentalnie poprawił się humor. Zobaczył w końcu jak nowa sajańska armia się szkoli. Ci młodzi wojownicy mieli za zadanie obalić króla Vegetę i zmienić przeznaczenie całej rasy.
Tak naprawdę armia to była tylko z nazwy, ponieważ wszystkich młodych wojowników, którzy mieli wziąć udział w operacji nie było więcej niż dwa tysiące. Bardock zaczął się zastanawiać czy te czterdzieści lat nie poszło na marne. Czterdzieści lat finansowania przedsięwzięcia, które może nie wypalić. Jeśli tak się stanie, oznaczałoby to dla niego, jak dla wielu innych, zaangażowanych w ten spisek, straszne reperkusje. Sajan ostatnio coraz częściej przyłapywał się na czarnowidztwie. Za każdym razem ganił się w myślach i przekonywał sam siebie, że to musi się udać.
Zamyślił się na, tyle, że nie zauważył dwóch Sajan w podobnych zbrojach, którzy do niego podeszli. Jeden z nich klepnął sajańskiego generała w ramię, aby zwrócić jego uwagę. Bardock odwrócił się i najwidoczniej ucieszył się z na ich widok, bo na jego twarzy zagościł dziarski uśmiech. Mężczyźni wymienili się głębokimi uściskami rąk. Czyli zamiast za dłonie łapali się za przedramiona.
- Toma, Paragas, wy stare wilki!! Myślałem, że opuściliście ten kawałek skały dwa tygodnie temu - powiedział ze uradowaniem w głosie Sajan.
- Bo tak było. Ale załatwiliśmy najważniejsze sprawy i wróciliśmy - odpowiedział Toma.
- Chyba nie myślisz, że przegapiłbym jak mój syn staje się prawdziwym wojownikiem? - dodał Paragas.
- Racja, pamiętam jak naginaliśmy plany, aby wcielić twojego syna do armii. Muszę też przyznać, że jest najbardziej utalentowanym, młodym wojownikiem, jakiego w życiu widziałem.
- Hehe. - Paragas zaśmiał się po nosem. Bo przecież, jaki ojciec nie lubi, kiedy chwali się jego syna.
- Ale tu właśnie jest sęk. Dowiedziałem się właśnie od jednego z tych mózgowców, że coraz częściej traci kontrolę nad swoją mocą.
- A, co z tymi jak im tam... ogranicznikami? - spytał się Toma.
- Działały, ale jego moc urosła do tego stopnia, że po prostu spalił te urządzonka - odpowiedział Bardock.
- Więc, co teraz z nim będzie? - padło kolejne pytanie tym razem z ust Paragasa.
- Mogę ci powiedzieć jedynie tylko tyle, że będę się starał zrobić wszystko, aby to jednak on dowodził atakiem.
- W ostateczności możesz wykorzystać Thalesa. Z tego, co wiem to zdolności przywódcze wykazywał no i jest drugim pod względem siły. Zaraz po, Brollim - poradził Toma.
- Tak czy inaczej musimy to dociągnąć do końca. Chyba każdy z nas wie, że już dawno minęliśmy punkt bez powrotu - skwitował Paragas. Pozostali Sajanie przytaknęli.
- No to może się przejdziemy i pogadamy o starych, ale nie zawsze dobrych czasach. Po tych słowach cała trójka Sajanów udała się w tylko sobie znanym kierunku.

Bar "Moonsight" był jednym z tych barów na Vegecie, który przeważnie świecił pustkami, a najczęściej nie było nikogo. Jednak tym razem w lokalu gościły trzy osoby. Dwaj Sajanie oraz jaszczuropodobny stwór w czarnym płaszczu z kapturem. Pierwszym Sajanem był książę Vegeta - niski, spiczastowłosy Sajan. Jego towarzysz nosił imię Nappa. Był łysym, wysokim mięśniakiem.
Tak naprawdę cały ten bar był finansowany przez samego księcia i był przykrywką do spotkań z pracującymi dla niego szpiegami. Niewątpliwie postać siedząca na przeciwległym krańcu stołu była jednym z tych agentów.
- A więc, Hissinger, jak tam stoją nasze sprawy? - spytał władczo książę.
- Jak juss wiess wssysscy sspiedzy wrócili do bazy. Prawie wssystkie zadania zosstały zakońcone pomyśślnie.
- Doskonale. Widzę, że jednak udowodniłeś swoją wartość oraz wartość twoich pracowników. Oto zapłata. - Mówiąc ostatnie zdanie Sajan podał swojemu rozmówcy kartę wyglądającą jak mały terminal. Był to normalny środek płatniczy w całym wyżej rozwiniętym wszechświecie. Jaszczur przejrzał kartę, aby sprawdzić stan konta.
- Czyżbyś mi nie ufał? - spytał Vegeta.
- Ja nie ufam nikomu. Ciekawe, umawialiśśmy się na ssto tyssięcy, a tu jest ssto pięćdziesiąt.
- To zaliczka za następne zadanie.
- Co mam zrobić?
- Po pierwsze, wyślij szpiegów za Bardockiem, muszę znać jego każdy ruch. Po drugie, jest jeden delikwent, który bardzo szkodzi moim planom. Chcę, aby został zneutralizowany. Po trzecie, masz się dowiedzieć jak najwięcej o ostatnich przegrupowaniach wojsk w okolicach Kanassy - przedstawił swoje żądania pracodawca.
- Podaj mi więcej sscegółów na temat drugiego zadania.
- Biorę to za "tak". No, więc chodzi o jednego Coolanta. Bardzo nam szkodzi i zagraża operacją w Imperium.
- Ssłyssałem o nim. Jessst Coolantem, a to będzie cię drogo kosstować.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale jak zapewne dobrze wiesz ostatnio rozgromił gildię najemników. Najemników opłacanych przeze mnie. Co prawda nie jest to wielka strata, bo zawszę znajdę najemnika skorego do pomocy za odpowiednią opłatą, tym niemniej on może mi jeszcze od cholery nabruździć.
- Zrozumiałem.
Dalsza rozmowa miedzy nimi zeszła głównie na kwestie techniczne dotyczące reszty zleceń. W czasie całego tego planowania Nappa nie odezwał się nawet słowem. Przysięgał wierność księciu, ale nie bardzo podobały mu się te wszystkie szemrane interesy. On uważał, że Sajan powinien być silny i rozwiązywać swoje problemy za pomocą pięści oraz dużej siły, a nie przy pomocy podstępu i skrytobójstwa. W końcu negocjacje miedzy dwoma osobnikami zakończyły się i Hissinger w szybkim tempie się ulotnił, a Vegeta zamówił dwa piwa.
Sajanie zaczęli delektować się napojem. Nappa po kilku głębszych łykach postanowił ze rozpocznie rozmowę.
- Książę, mam do ciebie pytanie.
- Po pierwsze nie "książę" tylko Vegeta. Mów jakie.
- Czemu zatrudniasz tych wszystkich szpiegów, najemników i zabójców?
- Nappa już ci tłumaczyłem, że samą siłą człowiek nic nie zdziała. Oprócz zwałów mięśni trzeba mieć tez zwały mózgowe.
- Ale gdyby twój ojciec dowiedział się o tych wszystkich interesach byłoby źle. Po za tym to, co robisz to dyshonor, wstyd dla szanującego się Sajana.
- Po pierwsze, Nappa, mój ojciec o tym wszystkim wie.
- Co?
- A jak myślisz, skąd bym wziął te wszystkie fundusze? Po drugie, wstyd nie dym, w oczy nie szczypie. Tam gdzie ty widzisz wstyd, ja widzę okazję do załatwienia swoich spraw.
- Mimo wszystko uważam, że powinieneś z tym skończyć.
- Wiesz, Nappa, chyba te twoje dwieście tysięcy jednostek przysłoniły ci mózg. Wiesz, co by się stało, gdybym ja bym tego zaniechał? Cała planeta straciłoby okna na wszechświat. Tylko dzięki mnie ta planeta ma jakikolwiek wywiad. Co prawda wszyscy agenci to innorasowcy, ale znajdź Sajana, który byłby dobrym szpiegiem.
- Po, co nam wywiad, mamy na tyle silnych wojowników, że nikt nas zaatakuje. Poza tym zapewniliśmy sobie neutralność wynajmując naszych żołnierzy innym krajom.
- Nie wiem, Nappa, czy ty uczyłeś się historii, ale kiedyś państwo sajańskie rozciągało się na ponad dziesięć układów.
- No i co z tego?
- To z tego, że nasi przodkowie też myśleli, że nie potrzebują wywiadu, a jak się to skończyło każdy widzi.
Nappa dalej siedział już cicho, bo zabrakło mu argumentów.
- No, Nappa, zbieramy się miałem się zobaczyć dziś z ojcem, a mam dość napięty plan.
Obaj Sajanie dopili swoje piwa i szybkim krokiem opuścili lokal kierując swoje kroki w stronę pałacu królewskiego.

Drzwi do jednej z kajut otworzyły się spiskiem. Zerd wszedł, cały obolały po kolejnej sesji treningowej z Raditzem. Monsturn nie wiedział jak jego przeciwnik to robi, bo pomimo przewagi w poziomie mocy przegrał z Sajanem po raz kolejny.
Ściągnął z siebie zbroję i po raz drugi tego dnia uwalił się na łóżku. Miał jeszcze co prawda spotkać z całą paczką w mesie, ale bolała go każda cześć ciała i zdecydował, że sobie odpuści i zamiast popijawy zafunduję sobie sen. Przynajmniej takie było założenie, bo za nic nie mógł zasnąć, jedynie przewracał się z boku na bok.
W końcu zdecydował, że jeśli nie może zasnąć to uda się na to spotkanie. Nie chce przecież uchodzić za jakiegoś odludka. Pierwszą jego czynnością po wstaniu z łóżka było doprowadzenie się do porządku. Nie trwało to długo, bo wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy takie jak grzebień czy świeże ubranie, to znaczy pancerz, można było znaleźć w kajucie. Pomieszczenie to było nieduże. Można by rzec, że była to taka mini-kawalerka. Na wyposażenie pokoju składały się: łóżko, zlew z lustrem oraz kilka szafek, czyli tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Po wykonaniu wszystkich czynności porządkowych Zerd udał się do mesy. Tym razem udało mu się nie zgubić, ale tylko, dlatego, że na ścianach były namalowane kierunkowskazy. I ten fakt bardzo zaciekawił Monsturna. Jest napisane jak dotrzeć do miejsca do baru, a nie napisali gdzie znajdują się biura oficerskie.
Mesa była jak zwykle w taki dzień wypełniona ludźmi. Trudno było znaleźć kogoś konkretnego w tłumie, więc Zerd podszedł do barku, aby zamówić sobie piwo. Przy okazji, barek był ustawiony na podwyższeniu, z którego można było o wiele sprawniej prowadzić poszukiwania.
Monsturnowi trochę zajęło dotarcie do celu, ponieważ musiał się przedzierać przez tłum. Trzeba przyznać, że było tu naprawdę tłoczno. Projektanci tego statku nie przewidzieli chyba tylu zabawowiczów naraz. Jednak mimo tak dużej ilości ludzi wszyscy wydawali się dobrze bawić. Zerd poddał się atmosferze oraz muzyce płynącej z głośników. Popijając piwo wypatrywał swoich kompanów. W pewnej chwili zauważył wchodzącego Warda i pomachał do niego. Ward musiał go zauważyć, ponieważ zaczął iść w jego kierunku. Sytuacja ponowiła się jeszcze kilkakrotnie i wkrótce cała paczka była już w komplecie, siedząc przy barku.
Rozmowa była jak zwykle luźna i przyjemna. Dyter po raz kolejny starał się być duszą towarzystwa, a wcześniejszy incydentem z Zerdem puścił w niepamięć. Zabawa trwała w najlepsze. W pewnym momencie Zerd poczuł zew natury i udał się tam gdzie król chodzi piechotą, zostawiając scouter na ladzie. W czasie, gdy Monsturn załatwiał potrzeby fizjologiczne jego scouter zaczął pikać. Odgrywał jakby, melodyjkę, która oznajmiała przyjście wiadomości. Najbliżej urządzenia była Nadia. Wzięła i włączyła funkcje odbierz wiadomość. Jako że była ona bardzo ciekawską osobą, po ściągnięciu wiadomości nie mogła się oprzeć, aby jej nie przeczytać.
- Nath, ty się orientujesz, kim są Coolanci? - spytała czerwonowłosa.
- Formacją składającą się najlepszych żołnierzy wykonujących zadania specjalne, a co?
- No to nieźle, bo tu piszę, że młody dostał propozycję zostania rekrutem u nich.
- Pokaż - powiedział Dyter wyrywając Nadii scouter.
- Ty, faktycznie ciekawe, co sprawiło, że chcą go przyjąć? - zdziwił się Dyter.
- Pewnie to przez ta pochwałę, jaką wysłałem o nim do dowództwa. Myślałem, że dadzą mu medal albo jakiś dodatek do żołdu, a oni taki numer wycinają.
- To pewnie, dlatego, że stracili dużo żołnierzy w walkach o Malakre. Teraz chcą uzupełnić stan wojsk, a fakt, że Zerd jest jeszcze bardzo młody i chcą go "wychować" na swój sposób - dorzucił swoje Ward. W momencie, gdy Ward skończył mówić wrócił do nich Zerd.
- O czym gadacie? - spytał się towarzyszy młody Monsturn.
- Sam się przekonaj - powiedział Nath, wręczając mu urządzenie. Zerd założył scouter na lewę ucho i zaczął czytać wiadomość. Po przeczytaniu jej zrobił zaskoczoną minę i tak już mu zostało. Na kilka minut oczywiście.
W końcu się otrząsnął, ale jedynym dźwiękiem, jakim był wstanie z siebie wydać było krótkie "Łoł". Kiedy już pierwsze emocje opadły zaczęła się dyskusja nad tą propozycją. Jej konkluzją było to, że Zerd, powinien przyjąć ofertę. Monsturn za radą przyjaciół wysłał pozytywną odpowiedź, po czym wszyscy wrócili do zabawy i błogostanu.
Kilka godzin później, kiedy już cała impreza się skończyła i wszyscy rozeszli się do swoich kajut. Zerd otrzymał informację, że za dwa dni przyleci jego instruktor o imieniu Leau. Zerd ucieszył się z takiego stanu rzeczy, ponieważ wstąpił do armii, aby przysłużyć się swojemu krajowi, a gdzie będzie mógł to najlepiej robić, jeśli nie w Coolantach?
W tym momencie Zerdowi przypomniało się jak dostawał się do armii. Była to żmudna droga, bo miał dopiero dziewiętnaście lat, a do wojska przyjmowali dopiero od dwudziestu pierwszego roku życia. Musiał powołać się na imię swojego ojca Zarbona. Musiał także sprzedać trochę rzeczy z domu, aby opłacić komisję wojskową.
Następnym punktem było zdanie testu sprawnościowego. Tu Zerd miał ułatwione zadanie, bo ojciec wytrenował go w walce i zrobił coś podobnego do szkolenia wojskowego. Mimo to egzamin okazał się bardzo ciężki i tylko nie wielu z tych, co tam byli się dostali. Na początku młody Monsturn żałował swojej decyzji, ale teraz wszystko uległo diametralnej zmianie. Miał zostać Coolantem i to napawało go dumą. Zasnął, rozmyślając jak to wszystko będzie wyglądać.
 
 
Barni 
SSJ 5


Wiek: 24
Posty: 1891
Skąd: Golina City
Wysłany: Sob Wrz 27, 2008 12:06 pm   

- Piccolo - wycedził przez żeby młody wojownik

Tylko to teraz znalazłem. Było tego trochę więcej, ale nie mam pojęcia gdzie. Może mi się przewidziały XD
_________________


.
 
 
 
Acer 
SSJ 5

Wiek: 26
Posty: 531
  Wysłany: Sob Wrz 27, 2008 5:36 pm   

Człowieku, stracę przez ciebie wzrok. Pół dnia czytam to co piszesz i właśnie jestem w połowie ostatniego odcinka. Muszę ci przyznać, że jesteś genialny. xD Tak wielowątkowej opowieści nie czytałem już dawno. Tysiące wątków i wszystko jest ze sobą zabójczo spójne. Oczywiście mam kilka zastrzeżeń jak zbyt "ludzkie" zachowanie Freezera, czy to, że Zerd przeżywa to samo, co Bardock w oryginalnym DB. Ale jestem pod wielkim wrażeniem.

Spoiler:

Scena, w której Freezer pokonał Garlica jr. jest po prostu rewelacyjna. Niby banalna, ale świetna.

Pisz do mnie na PW, za każdym razym, gdy napiszesz nowey odcinek.
_________________
Ja (1-09-2008 12:44)
kolumb wszedł na twoją starą i myślał że to ameryka
Pepek (1-09-2008 12:46)
A po Twojej doszedl do Indii i Antarktydy
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Sob Wrz 27, 2008 7:05 pm   

Barni:

Cytat:
- Piccolo - wycedził przez żeby młody wojownik

Tylko to teraz znalazłem. Było tego trochę więcej, ale nie mam pojęcia gdzie. Może mi się przewidziały XD


Cholera, ze tem mi to umknelo. Dzieki za cynk. W razie czego daj znac, gdybys cos jeszcze znalazl.

Acer:

Cytat:
Człowieku, stracę przez ciebie wzrok. Pół dnia czytam to co piszesz i właśnie jestem w połowie ostatniego odcinka. Muszę ci przyznać, że jesteś genialny. xD Tak wielowątkowej opowieści nie czytałem już dawno. Tysiące wątków i wszystko jest ze sobą zabójczo spójne. Oczywiście mam kilka zastrzeżeń jak zbyt "ludzkie" zachowanie Freezera, czy to, że Zerd przeżywa to samo, co Bardock w oryginalnym DB. Ale jestem pod wielkim wrażeniem.

Pisz do mnie na PW, za każdym razym, gdy napiszesz nowey odcinek.


1. W razie czego nie ciagaj mnie po sadach za spowodowanie slepoty.

2. Ja genielny? No moze troszke XD

3. Zastrzezenia - Twoja zastrzezenia sa w sumie nie do poprawienia bo Freezer mial byc "ludzki", aby roznil sie od tego z serialu, a Zerd mial czesciowo przejac kilka przygod Bardocka. To tak jak z mlodym Vegeta, tez jest zupelnie inny niz ten z serialu. (a przynajmniej takie bylo zamierzenie)

4. Co do nowych odcinkow. Poniewaz rodzial 16 polecial juz do mojego redaktora. Jesli sie jutro wyrobimy 16'stka pojawi sie na stronie jutro wieczorem. Jesli nie, pewnie w okolicach przyszlego tygodnia. I spoko dam ci znac.

Dziekuje, za opinie i za poswiecony czas.



Kontynuacja:


Rozdział 07

Kanassa stała się w ciągu ostatnich kilku dni głównym tematem wszystkich kanałów holowizji całego Imperium. Temat ten poruszały zarówno telewizje rządowe jak i nieliczne stacje komercyjne. We wszystkich tych kanałach mówiło się tylko o tym, ponieważ zwycięstwo wojsk Imperium było bardzo gorącą sprawa. Dobrą do podniesienia sobie oglądalności, ponieważ każdego szarego obywatela obchodzą losy wojny, a także dobrą do celów propagandowych. Jednak nie tylko holowizję czy wojsko obchodził ten temat. Organizacja Coolantów również otrzymała rozkazy, co do tej niedużej planety zwanej Kanassą. Dlatego wysłano już na nią mały statek transportowy z trzema przedstawicielami tej organizacji, który właśnie zbliżał się już do celu.
Maszyna była jakby stożkiem z długą "szyją", na końcu której była osadzona kabina pilotów. W dalszej części pojazdu znajdowało się pomieszczenie, w którym ustawiono dwa rzędy foteli po cztery krzesła oraz kilka okien po bokach. Siedziało tam dwóch mężczyzn oraz jedna kobieta. Wszyscy w biało-różowych zbrojach i kaskach symulujących głowę z ochraniaczem Changelinga. Kaski miały wbudowany zielony scouter przesłaniający lewę oko. Podczas gdy kobieta z mężczyzną siedzieli przy oknie w dobrych humorach, trzeci pasażer siedział na przeciwległym krańcu statku z miną, która mówiła, że jest poważnie poirytowany. Nagle kobieta zaśmiała się głośno, ale uciszyła się, gdy zobaczyła minę swojego samotnego towarzysza.
- Leau, co ty taki naburmuszony siedzisz. Rozchmurz się... jutro będzie lepiej - rozpoczęła rozmowę, podśmiewając się ze swojej wypowiedzi.
- Łatwo ci mówić, wyście dostali poważną misję, a ja będę musiał niańczyć jakiegoś gówniarza, któremu zamarzyła się kariera wielkiego wojownika! - powiedział, a raczej wykrzyczał Leau.
Kobieta po tych słowach uciszyła się, nie chcąc drażnić swojego rozmówcy. Zdenerwowany osobnik miał ciemnofioletową skórę, piwne oczy, a spod kasku wystawały kosmyki czarnych włosów. Miał lekko zadarty nos i pociągłe rysy twarzy. Leau myślał tylko dlaczego to akurat on dostał to zadanie. W końcu był jednym z pierwszej setki Coolantów, których szkolił sam książę Cooler. Teraz jednak zamiast wykonywać jakieś bardzo ważne zadanie będzie musiał użerać się z tym szczylem. Uczyć go, co to jest to i jak się robi tamto. Bardzo mu się to nie podobało. Nie mogąc jednak nic na to poradzić, siedział i wymyślał coraz to nowe przekleństwa na sztab główny Coolantów. Po chwili z głośnika dobiegł głos jednego z pilotów, który poinformował pasażerów, że zbliżają się do celu.
Widok Kanassy nie poruszył go zbytnio, w końcu to planeta jak każda inna, jednak przywołał kilka wspomnień. Tutaj właśnie wykonywał jedną z pierwszych swoich misji. Po chwili wpatrywania się w fioletowy glob, wrócił na swoje miejsce, pomrukując coś pod nosem.

Zerd siedział przed wejściem do hangaru ósmego, w pomieszczeniu, które przypominało poczekalnię, doczyszczając zbroję - chciał zrobić jak najlepsze wrażenie na swoim nowym przełożonym. Znajdowało się tu kilka krzeseł parę stolików i tego typu mebli, a także duża szyba, dzięki której można było oglądać cały hangar.
Czyszczenie pancerza pochłonęło Zerda bez reszty. Nie zauważył nawet żołnierza, który przyszedł mu coś powiedzieć. Osobnik ten po kilku kolejnych próbach zwrócenia uwagi młodzika, zrezygnował i wyszedł z poczekalni. Z tego transu wyrwał go dopiero alarm w hangarze i słowa wydobywające się z głośnika:
- Cały personel opuścić hangar zbliża się statek.
Zerd wstał gwałtownie przewracając, jeden ze stojących tam stolików. Zrobiło mu się głupio. Podnosząc mebel, Monsturn dziękował w duchu, że nikt tego zajścia nie widział. Jednak szybko zapomniał o całym zajściu, kiedy drzwi do hangaru otworzyły się i do środka wleciał transportowiec.
Należało teraz odczekać aż do hangaru zostanie wpompowane powietrze, ponieważ przy dokowaniu wszystko, co nie było przybite do podłogi zostało wyssane. Po chwili ze statku wyszedł dobrze zbudowany mężczyzna w stroju Coolanta, o wzroście około metra osiemdziesięciu. Monsturn szybko zszedł do hangaru, zbliżył się do Coolanta stanął na baczność, a następnie zasalutował.
Leau spojrzał na swojego "ucznia" badawczo, ale i z pewną pogardą.
- Przejdźmy gdzie indziej, statek za chwilę odlatuje na planetę - odezwał się.
Zerd skinął głową, po czym gestem dłoni wskazał drogę. Po drodze Monsturn wyjaśnił swojemu nauczycielowi, że przygotowano dla nich salę odpraw w południowej części statku. Idąc, obaj osobnicy kątem oka się sobie przyglądali. Nic nie mówili, tylko oceniali siebie nawzajem.
W wyglądzie Coolanta, Zerda zaintrygowało parę rzeczy, jak choćby biały-różowy kask, futrzany pas, który już gdzieś widział, a także jakby znudzony wyraz twarzy. Oprócz przyglądania się instruktorowi, Monsturna zaprzątało jeszcze jedno: "nie zgubić się". Co chwila zerkał na drogowskazy, ale udało mu się dojść do sali odpraw bez żadnych incydentów. Mężczyźni weszli do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Sala nie była duża - średniej wielkości pokój z kilkoma rzędami metalowych krzeseł, zielonym ekranem oraz mównicą ustawioną z prawej strony pomieszczenia. Coolant rozkazał Zerdowi usiąść, po czym podszedł do mównicy i rozpoczął swoją prezentację:
- Nazywam się Leau i będę twoim instruktorem przez... pewien czas. Ale wyjaśnijmy sobie parę spraw. Po pierwsze: nie lubię cię. W ogóle nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie dostał bezpośredniego rozkazu. Masz się zwracać do mnie per "pan" i żadnego spoufalania się. Nie licz też na jakąkolwiek taryfę ulgową z mojej strony. Coolanci to elitarny oddział i nie myśl, że można sobie z niego zrezygnować ot tak, bo coś ci się odwidziało. Jeśli nie będziesz się nadawał, zginiesz. Czy wszystko jest jasne?
- Tak jest, proszę pana - odpowiedział Zerd.
- To dobrze, teraz sprawdzimy twoją wiedzę teoretyczną i na ile orientujesz się w sytuacji politycznej, a później pójdziemy sprawdzić twoje umiejętności bojowe. Pytanie pierwsze...

Bardock zmierzał Vegetę w jednoosobowej kapsule, aby stamtąd polecieć, już większym, statkiem, na Malakrę. Zwykłej kapsule na tak daleką podróż nie starczyłoby paliwa. Król zlecił mu wykonanie inspekcji wojsk biorących udział w walkach na tej planecie.
Czuł się niepewnie, zostawiając sprawy nie pilnowane, ale wolał nie narażać się swojemu władcy. Sajan miał właśnie wprowadzić się w stan snu, ale po chwili zastanowienia zdecydował, że jeszcze chwilę posiedzi. Zaczął myśleć o zbliżającym się końcu operacji i o bitwie jaka będzie ich czekała. Wiedział, że to zdrada stanu, ale zawsze był przekonany, że to dla dobra całej rasy. Teraz jednak zaczęły go męczyć wątpliwości. Czy na pewno robi dobrze, czy plan wypali, czy wszystko się później ułoży po ich myśli. Miał pewność tylko co do jednego: że Vegeta potrafi być nieprzewidywalny, kiedy się wścieka. Udowodnił to już kilka razy podczas swoich rządów.
Zaraz jednak Bardock skarcił sam siebie za takie wahania. To zaszło już za daleko żeby teraz można było się wycofać. Nie chciał o tym myśleć, ale nic nie mógł nic na to poradzić. Wątpliwości utkwiły w jego głowie jak kotwica. Sajan wpadł na pomysł. Skoro nie jest w stanie zmienić tematu, to zmieni czas. Zaczął sobie przypominać, jakie były początki tego wszystkiego, co teraz powoli zbliża się do końca.

Kompleks porodowo-szpitalny numer dziesięć położony był niedaleko jednego z większych miast Vegety. Tam Sajanki rodziły swoje dzieci, które zaraz po porodzie umieszczano w specjalnych inkubatorach. Mali Sajanie mieli zostać poddani pomiarowi mocy, kiedy ukończą pierwszy miesiąc życia. Mierzenie siły wcześniej nie miało sensu, gdyż wszystkie pomiary młodszych dzieci były niedokładne. Czasami przekłamania bywały nawet kilkukrotne.
Nikt nie wiedział dlaczego tak się dzieje, ale to w sajańskiej świadomości było to trochę jak ze statkami kosmicznymi - większość Sajanów nie miała pojęcia co sprawia, że latają, a mimo to latały.
Pomiar mocy nie był jedynym powodem trzymania tu dzieci przez miesiąc, z dala od rodziców. Powstało przekonanie, że jeśli dziecko zaraz po porodzie zostanie odebrane matce to później będzie o wiele silniejsze.
Prawie trzy tygodnie wcześniej kompleks obrodził w nowych potomków. Tyle dzieci nie było tu jeszcze nigdy, więc lekarze mieli pełne ręce roboty. Ten dzień, nie licząc nadmiaru pracy, nie był jakiś specjalny dla pracowników zakładu. Można by powiedzieć: kolejne popołudnie spędzone na nadzorowaniu inkubatorów. Jednak wiele miało się jeszcze wydarzyć.
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy przed budynkiem wylądowało kilka transportowców. Z emblematów na bokach można było wyczytać, że są to statki z zaopatrzeniem. Zaciekawiony personel wysłał kilku ludzi, aby wyjaśnić to nieporozumienie, gdyż ostatnio nie robiono większych zamówień.
Dwóch Sajanów w kitlach i dwóch w zbrojach wyszło przed budynek. Ujrzeli pięć transportowców oraz idącego im naprzeciw zaopatrzeniowca. Ogoniasty podszedł do wysłanej czwórki i oświadczył, że przywiózł dostawę zamawianych towarów.
- Ale my niczego nie zamawialiśmy - powiedział jeden z osobników w białym ubraniu roboczym.
- No to ładnie, bo ja dostałem rozkaz, aby tu wszystko przywieźć i co ja mam z tym zrobić? - powiedział ze zrezygnowaniem w głosie dostawca.
- Poczekaj chwilę, skontaktuję się z ordynatorem - powiedział drugi, po czym nacisnął swój scouter, ale nikt się nie zgłosił. Było słychać tylko szum. Pozostała trójka też spróbowała nawiązać kontakt, ale efekt był ten sam.
- Coś chyba nie działają nasze scoutery. Sam pójdę do ordynatora, a wy tu poczekajcie - powiedział jeden z Sajanów w bieli.
Miał już iść, kiedy dostawca podniósł rękę do góry i uskoczył na bok. Czterem statkom stojącym z tyłu otworzyły się luki i z wewnątrz wybiegli sajańscy żołnierze. Momentalnie w stronę zaskoczonej czwórki pracowników zakładu posypał się grad pocisków. Grupka czarnowłosych nie zdążyła nawet zareagować. Na ziemię upadły już tylko zwęglone zwłoki.
Wojownicy kolejnymi atakami energetycznymi zniszczyli drzwi wejściowe i wtargnęli do budynku. Działali szybko i systematycznie. Zabijali cały personel i wynosili inkubatory z dziećmi, po czym ładowali je na transportowce.
Kompleks nie był przygotowany na tego typu atak. Mieszkańcy Vegety bardzo cenili swoich potomków i żaden z nich nie ośmieliłby zaatakować centrum porodowego. Przynajmniej do tej pory. Wkrótce prawie wszyscy pracownicy byli martwi, a większość dzieci była już na statkach. Jednak nie wszystkie.
Kilkoro małych Sajanów zostało zabranych przez pracowników budynku do sali z kapsułami. Tam dzieci miały zostać wystrzelone na najbliższą planetę, aby nie dostały się w łapy porywaczy. Pracownicy chcieli też użyć pozostałych maszyn, żeby uciec i powiadomić kogo trzeba.
Nie wszystko jednak poszło tak jak to wymyślili. Podczas programowania miejsca do którego mają lecieć kapsuły z dziećmi, do pomieszczenia wpadli żołnierze i zaczęli strzelać do swoich ofiar. Podczas tej masakry nieopatrznie zniszczyli też tablice kontrolną i pojazdy zostały wystrzelone w kosmos zanim komputer zdążył zaprogramować miejsce lądowania. Kapsuły dostały rozkaz po prostu lecieć przed siebie, aż skończy się paliwo. Wojownicy nic nie mogli na to poradzić, mogli tylko patrzyć jak kapsuły startują.
Bardock, siedząc na transportowcu, przez okno dostrzegł startujące kapsuły. Wystraszył się, że komuś udało się uciec i teraz ich plan spali na panewce. Został jednak później poinformowany, że kapsułach były tylko dzieci. Żadnego dorosłego, który mógłby wezwać pomoc. Bardock tylko wzruszył ramionami. Czym było kilka bachorów skoro mieli resztę?
Zmienił zdanie, gdy dowiedział się, że jednym z bachorów był jego syn, Kakarotto. Sajanowi ciężko było pohamować gniew, ale wiedział, że bez względu na wszystko trzeba wykonać drugą cześć planu.
Wydał odpowiednie rozkazy i wyszedł z pojazdu. Z piątego transportowca została wyprowadzona spora grupa Tsufuli. Wszyscy byli przerażeni. Nie wiedzieli, co się z nimi teraz stanie i dlaczego kazano im założyć te dziwne ubrania. Mieli na sobie błękitne stroje oraz rękawice i ciężkie buty. Bardock przyglądał się egzekucji. Wszyscy więźniowie zostali rozstrzelani, a ich trupy, porozkładano po kompleksie. Kiedy wszystko było już gotowe transportowce ruszyły w kosmos. Kiedy maszyny dotarły na miejsce Bardock wydał rozkaz, aby zorganizować ekipę, która odnajdzie kapsuły. Został jednak przekonany, że to nie ma sensu, ponieważ nieznana była nawet przybliżona trajektoria lotu, nie wspominając już o tym, że kapsuły miały zatrzymać się dopiero, kiedy zabraknie im paliwa.

To wszystko wydarzyło się niemal czterdzieści lat temu. Bardock westchnął. Wtedy miał nadzieję, że jego drugi syn też się stanie członkiem armii, ale nie udało się.
Nie ma już co płakać nad rozlanym mlekiem, stwierdził Sajan.
Przypomniał sobie jaka była reakcja Vegety na te wydarzenia. Cała wina zgodnie z planem spadła na Tsufuli i ich rzekomo jeszcze istniejący ruch oporu... Król wpadł we wściekłość zakazał posiadania tsufulskich niewolników, a wkrótce po tym zarządził pełną eksterminację całej rasy. Po kilku na miesiącach, nie było już żadnego żyjącego Tsufula.
Vegeta uświadomił sobie konsekwencje swojego czynu dopiero po fakcie. Duża cześć gospodarki opierała się na pracy niewolników, a po ich zniknięciu wszystko zaczęło się sypać. Trzeba było bardzo szybko zacząć sprowadzać specjalistów do obsługi najróżniejszych urządzeń. Rozpoczęto też przyuczanie do zawodów zwykłych Sajanów. To szybko spowodowało ograniczenie armii i wzrost niezadowolenia wśród ludu. Sytuację udało się opanować po pewnym czasie, ale państwo poniosło ogromne w straty, których efekty widać było do dziś.
Bardock myślał nad tym jeszcze kilka chwil, jednak stwierdził, że martwienie się na zapas nic mu nie pomoże. Skoncentrował się teraz na swoich żołnierzach. Jako przywódca rodu miał sobie lojalnych ludzi, którzy gdy tylko dostaliby taki rozkaz, poszliby sami zaatakować stolicę. Było ich jednak stanowczo za mało, niecałe cztery setki. Bardockowi myśl o oddaniu jego wojowników poprawiła humor i w tym dobrym nastroju postanowił, że się prześpi. Po chwili tryb snu był już włączony.

Pojazd Freezera przechodził już ostatnią fazę przygotowań do odlotu na Core, stołeczną planetę Imperium, na której miało dojść do spotkania najważniejszych osobistości Imperium. Zjazd ten miał charakter czysto polityczny, bo gdyby nie wybuch wojny to prawdopodobnie jeszcze długo nie doszłoby do zebrania członków imperialnej rodziny.
Dla każdego ten zjazd oznaczał co innego. Dla jednych ogromne przygotowania i dużo pracy, dla innych po prostu ciekawostkę, a dla Dodorii i Kiviego oznaczał tymczasowe odroczenie kary. Mimo to, dwójka przybocznych nie była zbyt szczęśliwa. Ginyu już im zapowiedział, że jak wrócą będą tak długo sprzątać kibel językami, że nie odróżnią smaku gówna od pieczonego mięsa, przez co obaj czuli się jak skazańcy.
W tej chwili Dodoria i Kivi przebywali na statku Freezera, a dokładniej w jego pokoju, oczekując przybycia księcia. Pomieszczenie było gustownie urządzone. Na ścianach wisiały drogie obrazy, na podłodze rozłożony dywan, z tyłu pokoju sporych rozmiarów łoże oraz komplet mebli. Dodoria siedział na łóżku, a Kivi na jednym z krzeseł. Nie odzywali się do siebie przez większość czasu aż do momentu, gdy Dodoria wypalił:
- To była twoja wina.
- Nie. Twoja - szybko odpowiedział mu fioletowy.
- A właśnie, że twoja - przekomarzał się różowy.
- Dodoria nie zaczynaj znów, bo...
- Bo co?
- Bo to! - powiedział Kivi i rzucił się na swojego towarzysza. Przez chwilę się siłowali, ale stracili równowagę i upadli na łóżko. Dodoria wykorzystał to, siadając na Kivim i zaczynając go dusić. Bonehead odkrył, że kiedy odbierze się Chinwiskersowi powietrze na dłuższą chwilę to staję się on jeszcze bardziej fioletowy niż był na początku. Kivi zaczął już tworzyć pocisk ki w ręku, żeby władować go w pysk Dodorii, gdy przy wejściu rozległ się krzyk:
- Złazić z łóżka, zboczeńcy!
Różowy spojrzał się za siebie i zobaczył stojącego w wejściu Freezera. Dodoria natychmiast zeskoczył z Kiviego i stanął na baczność. Fioletowy po zaczerpnięciu trochę powietrza zrobił to samo. Frezer podszedł i zaczął mówić:
- Nie mam nic, przeciwko, ale załatwiajcie takie rzeczy po służbie, i nie w moim łóżku!
- Ale my nie... - zaczął tłumaczyć Kivi, jednak Freezer podniósł rękę na znak aby przestał.
- Słuchajcie, po starcie muszę się wyspać. Macie zapewnić aby wokół mojej kajuty panowała cmentarna cisza, zrozumiano?
- Tak jest - powiedzieli chórem przyboczni.
- No, a teraz wynoście się. A, i przyślijcie tu jeszcze kogoś z nową pościelą - powiedział Freezer, jednocześnie pokazując gestem ręki drzwi. Dwójka żołnierzy opuściła pomieszczenie.
- Przez ciebie wyszliśmy na gejów - zaczął Dodoria.
- Daj już spokój - odpowiedział Kivi.
- Jak to rozpowie, stracę wzięcie u babek. A jestem taki atrakcyjny - zaczął lamentować różowy.
- Dodoria ty jesteś równie atrakcyjny jak mój stolec, więc dużo nie straciłeś, a teraz chodź po tę nową pościel do magazynu.
Bonehead mało nie ugotował się ze wściekłości. Dał jej upust robiąc pięścią sporą dziurę w jednej ze ścian, po czym poszedł za swoim towarzyszem.

Leau i Zerd stali naprzeciw siebie w sali treningowej. Coolant zdjął wcześniej kask i zbroję, przez co można było zobaczyć jego czarną, bujną czuprynę oraz muskulaturę torsu. Leau przeciągnął się, napinając wszystkie mięśnie i powiedział:
- Idź od razu na całość, bo chcę sprawdzić, na, co cię stać, a nie tracić czas na zabawy.
Zerd przytaknął skinieniem głowy, po czym przybrał swoją drugą formę. Przybrał postawę bojową i ruszył w stronę przeciwnika. Najpierw zaatakował kilkoma uderzeniami pięścią, a kiedy wszystkie zostały sparowane dokończył wiązankę kopnięciem z półobrotu. Leau złapał jego nogę i rzucił nim o ścianę.
Mając już trochę doświadczenia z takimi sytuacjami - zdobytego podczas treningów z Raditzem - Zerd odbił się od ściany i po raz kolejny zbliżył do swojego oponenta. Przygotowany na taką ewentualność, Coolant w ostatniej chwili uskoczył z drogi Monsturnowi i odbijając się od podłogi ruszył za nim. Zerd ledwo co zdążył wylądować, a już oberwał potężnym kopnięciem w tył głowy, które zamroczyło go na dłuższą chwilę. Obudził się parę metrów od swojego instruktora i zrywając się z miejsca, wystrzelił strumień ki w przeciwnika.
Leau uśmiechnął się w duchu i bez problemu uniknął ataku, po czym błyskawicznie znalazł przy Zerdzie, wbijając mu kolano w żołądek. Monsturn złapał się za brzuch i upadł na kolana. Kilka chwil później leżał już na ziemi po tym jak Leau wbił mu kolano w plecy. Zerd próbował się podnieść, kiedy Coolant kopnął go w brzuch posyłając na jedną ze ścian. Młodzik zbyt obolały żeby zareagować i już chwilę później zderzył się z powierzchnią boczną pomieszczenia.
- Żałosne - powiedział Leau, patrząc jak Monsturn wraca do swojej pierwszej formy.
- Ale proszę pana, ja dałem z siebie wszystko - wykaszlał Zerd.
- Widać to o wiele za mało... o wiele lepiej idzie ci odpowiadanie na pytania niż walka, a u nas to nie wystarczy. Zbieraj się, za godzinę to powtórzymy i tym razem przynajmniej mnie uderz, bo inaczej nie wróżę tobie wspaniałej przyszłości - skomentował sytuację Coolant.
- Tak jest, proszę pana - powiedział z gniewem w głosie Zerd, podnosząc się z podłogi.
Przy wyjściu spotkali Sajana, z którym ostatnio trenował. Powiedział "cześć" i dopiero teraz skojarzył gdzie widział już ten futrzany pas. Raditz też go miał i nie była to cześć ubioru ale ogon. To oznaczało, że Leau musiał być przynajmniej częściowo Sajanem. Bardzo rzadkim połączeniem, bo z tego, co Zerd słyszał Sajanie bardzo niechętnie mieszali się z innymi rasami. Nie licząc oczywiście gwałtów.
Przechodząc, obok Coolanta, Raditz uderzył go barkiem i mruknął na tyle głośno, aby można było go usłyszeć.
- Półkrwiste ścierwo.
- Głupia małpa - powiedział Leau, idąc dalej.
Ten incydent uświadomił Zerdowi, dlaczego Sajanie niechętnie łączą się z innymi rasami. Oni po prostu nimi gardzą, a mieszankę uważają za hańbę dla ich rasy.
- Idź do swojej kajuty - wydał rozkaz Coolant, gdy tylko doszli do kantyny. - Ja muszę jeszcze coś załatwić. Potem przyjdę po ciebie i powtórzymy nasz trening.
Zerd przytaknął i odszedł.

Ta sytuacja trwała jeszcze kilka dni. Co dzień adept trenował ze swoim instruktorem. Leau rozwijał nie tylko jego siłę, ale także wkładał mu do głowy trochę wiedzy na temat Imperium i Cesarstwa. Po tych kilku dniach Zerda bolało wszystko tak, że chciał, aby ktoś przyszedł i go dobił. Niestety nie miał o to kogo prosić bo cała jego paczka dostała rozkaz, aby zejść na planetę.
Leżał na łóżku, próbując się przespać, ale ból w kościach był tak duży, że mu to uniemożliwiał. Zanosiło się na to, że i tak dzisiaj już nie zmruży oka, postanowił więc przejść się po statku.
Lawirując po korytarzach mało nie wpadł na swojego nauczyciela, który wyłonił się zza zakrętu. Pół-Sajan przez chwilę był nieświadomy obecności Monsturna, ponieważ jego scouter i informacje się na nim wyświetlające pochłonęły go bez reszty. Jednak nie trwało to długo.
- O dobrze, że już na nogach. Właśnie otrzymałem misję i ty pójdziesz ze mną - zaczął Leau, wpatrując się w szkiełko swojego scoutera.
Zerd chciał coś powiedzieć, zaprotestować, że jest zbyt zmęczony, ale szybko zrozumiał, że wszelki opór jest bezcelowy. Po krótkiej chwili zorientował się, że idą do doków. - wreszcie, po kilku dniach spędzonych tutaj, zdołał na tyle poznać części statku, w których najczęściej przebywał, aby się nie zgubić i wiedzieć gdzie co jest.
- Co to za misja, proszę pana? - zagadnął Coolanta.
- Dowiesz się w swoim czasie. Na razie mogę powiedzieć ci tyle, że musimy zejść na planetę - odpowiedział Leau.
Monsturna strasznie poirytowało, że jego nauczyciel nie ufa mu na tyle, żeby powiedzieć jakie zadanie im przydzielono, nie powiedział jednak nic i ze skwaszoną miną szedł dalej.
W dokach wzięli dwie kapsuły, w których udali się na powierzchnię planety. Podróż trwała bardzo krótko, Monsturn na dobrą sprawę nie zdążył nawet zagrzać siedzenia, a już byli na lądowisku.
Bardzo szybko zapomniał o bólu i zmęczeniu. Mimo, że nie znał szczegółów misji czuł się bardzo podekscytowany. Była to jego pierwsza poważna misja, poza tym wreszcie nadarzyła mu się okazja, aby w końcu wyrwać się z okrętu i udowodnić, że nie jest słabeuszem za jakiego uważa go jego przełożony. Może też spotka na planecie znajomych...
Miejsce, w którym wylądowali okazało się być ruinami jakiegoś kanassiańskiego miasta. Większość budowli nie nadawała się do użytku, więc były burzone, a te które ostały się w dość dobrym stanie przerabiano na sztaby, magazyny i koszary. Prace nadzorowali tarviccy architekci. Zerd pierwszy raz widział Tarvików na żywo. Co prawda czytał o nich i oglądał zdjęcia, ale to nie to samo. Były istoty o szczurzym wyglądzie. Ich nogi zginały się do wewnątrz. Pokryci byli szarym lub brązowym futrem oraz posiadali spiczaste uszy osadzone na przypominającej spłaszczony pysk głowię. Z tego co Monsturn wyczytał, wiedział, że są bardzo praktyczni. Wszystko, co nie miało jakiegoś praktycznego zastosowania było dla nich zbędne. Dotyczyło to też wszelkiej sztuki i tego typu rzeczy. Ciężko także przyjmowali wszelkie zmiany, bo według ich rozumowania, po co ulepszać coś, co działa. Przez to bardzo hamowali swój rozwój i zostali bez problemu wchłonięci przez Imperium. Ich architektura została wykorzystana przez armię. Tarvickie struktury były bardzo pojemne, łatwe do zbudowania i co najważniejsze - tanie. Wszelkie gruzy jakie pozyskano z ruin szły do pieców ustawionych kilkadziesiąt metrów dalej. Tam były przetapianie na pół-fabrykaty, z których stawiono nowe budynki.
- Zerd, ty pomóż tym żołnierzom, ja muszę iść i uzgodnić parę spraw z dowódcą - powiedział Leau.
- Tak jest - odrzekł młodzik i podszedł do jednego z Tarvików, aby dowiedzieć się, co ma robić.
Przydzielono go wyburzania jednej z dzielnic. Proces zbyt delikatny, jak to ujął jeden z architektów, aby używać pocisków, bo bezmyślni żołnierze zniszczą teren tak, że nic już nie będzie można tu postawić. Umieszczano specjalnie odmierzone ilości materiałów wybuchowych w wyznaczonych do miejscach budowli. Ładunki zakładano głównie na fundamenty. Krótko mówiąc, dużo roboty, a wyburzanie posuwało się dość wolno.
Zerd pracował jakieś trzy godziny, później nie tylko przyczepiał ładunki, ale także woził gruz i pomagał przy stawianiu nowych "klocków". Ciągle burczał sobie pod nosem, że nie tak wyobrażał sobie swoją pierwszą misję, że gdyby chciał odwalać taką robotę, to by poszedł pracować na budowie, a nie do wojska.
W końcu wrócił Leau. Zabrał ze sobą Zerda do jednego z jeszcze stojących, większych budynków. W tej chwili był to sztab główny wojsk na Kanassie. Budynek był dość masywny, miał dużo okien i posiadał kilka sporych rozmiarów kopuł. Monsturnowi przyszło na myśl, że to mógł być kiedyś jakiś ratusz albo siedziba władz. Ciekawiło go jak to się stało, że ten budynek nie był poważnie uszkodzony. Nie miał jednak zbyt dużo czasu, aby nad tym rozmyślać, ponieważ w środku czekali już na nich generał Iceberg i dwóch Coolantów. Pomieszczenie, w którym się znajdowali wyglądało jak sala przyjęć lub jakaś duża poczekalnia. Duża, owalna sala, w której stały różne meble wykonane z cennych kruszców, najczęściej kryształów. Changeling usiadł na jednym z krzeseł i machnął dłonią do stojących przy wyjściu żołnierzy. Po chwili podwładni przynieśli dużą mapę i rozłożyli ja na stole. Tymczasem pozostali zgromadzeni zdążyli się już wygodnie rozsiąść. Żołnierze szybko opuścili pomieszczenie, wiedząc że omawiane tu sprawy nie będą przeznaczone dla ich uszu.
- Skoro wszyscy zainteresowani już tu są, to może zaczniemy - wypalił Iceberg. Reszta tylko przytaknęła. - Co prawda nie wiem do końca o co chodzi, ale ja jestem nie od tego. Miałem pomóc Coolantom nawiązać łączność z ruchem z oporu. To nam się udało, ale nie do końca. Z niewiadomych dla mnie względów ich przywódca zgodził się spotkać tylko Coolantem o imieniu Leau. - Tutaj zakończył swój wywód. Changeling spojrzał na owego Coolanta. Leau natychmiast wywnioskował, że Iceberg chce aby to on teraz kontynuował odprawę.
- No więc, chodzi tu o zaufanie.
Wszyscy spojrzeli na pół-Sajana pytająco.
- Kanassa przyłączyła się do Imperium z własnej woli, a kiedy nie zdołaliśmy jej ochronić przed atakiem straciła do nas zaufanie.
- Dobrze, ale nadal nie rozumiem czemu chcą się spotkać właśnie z tobą - odezwał się Changeling.
- Bo widzisz, kiedy ja zaczynałem pracę w Coolantach zostałem tu przysłany jako ambasador i nadzorowałem negocjacje akcesji. Dlatego chcą się spotkać ze mną, bo mnie znają.
- Dobrze. Masz się spotkać z ich przedstawicielem tutaj - Changeling położył palec na mapie, a dokładniej na tej części która przedstawiała góry.
- Nie myśl, że puścimy cię samego - odezwała się po raz pierwszy Coolantka.
- To nam przydzielono te misję i to my ją wykonamy, nawet jeśli będziemy cię musieli zabrać ze sobą - dokończył za nią jej towarzysz.
- Wy już mieliście swoją szansę, teraz moja kolej. Wracajcie do domu i zameldujcie górze o swojej porażce - dogryzł im Leau.
- Ty pieprzony... - wybuchł mężczyzną.
- Kel! Zamknij się! - krzyknęła kobieta. Jej towarzysz natychmiast ucichł. Gestem głowy pokazała Kelowi wyjście. Szybko opuścili salę, salutując niezgrabnie. Zerd był dość zdziwiony takim przebiegiem rozmowy. Zrozumiał, że struktura organizacji, do której chciał wstąpić polegała dużym stopniu na rywalizacji miedzy jej członkami.
- Ty też powinieneś nas teraz opuścić - zwrócił się Leau do Monsturna
- Ale... - zaczął protestować młodzik.
- Już!
- Tak jest, proszę pana - Zerd, mimo że wykonał rozkaz, nie był zbytnio zadowolony i wychodząc mruknął sobie coś pod nosem.
Monsturn nie był jedynym, który był zdziwiony całym tym zajściem.
Changeling był dość zbity z tropu, ale nie dał tego po sobie poznać. Już po chwili kontynuował temat:
- Potrzebujesz czegoś? Co prawda mam tu ograniczone zasoby, ale pewne rzeczy mogę ci załatwić.
- Załatw mi nadajniki tropiące.
- Coś jeszcze?
- Z tysiąc mundurów wojsk cesarstwa. Powinny być teraz łatwe do zdobycia skoro masz tylu jeńców.
- Po co ci one? Poza tym, to nie jest takie proste jak sobie myślisz. Odebranie jeńcom ich mundurów to naruszenie konwencji - zbulwersował się Changeling. Czy ty wiesz jak można takie coś beknąć?
- Raz na jakiś czas można, nie przejmuj się cała wina w razie czego spadnie na mnie.
- Niech ci będzie, wszystko na jutro załatwię.
- Dzięki, do jutra - powiedział Leau, po czym wyszedł za swoim adeptem.
Iceberg miał kłopoty z przeanalizowaniem ostatnich rozkazów jakie otrzymał. Budowanie baz, koszar, stawianie nowych mostów, nawiązanie kontaktu z ruchem oporu to wszystko było dla niego nonsensem. Oznaczało to, że Imperium chcę się tu bronić, przed kontratakiem wojsk Cesarstwa, który nie ma się co okłamywać, na pewno nastąpi. Już sam pierwszy rozkaz odbicia planety wydał mu się osobliwy. Po co odbijać planetę o tak małym znaczeniu strategicznym? Przecież tu nic nie ma. Surowców jak na lekarstwo, naukowcy z Kanassian żadni, nawet nie jest dość dobrze usytuowana, aby mogła być bazą wypadową. Większość dochodów planety to turystyka i eksport masowo produkowanych dzieł sztuki, najczęściej opartych na Kaionizmie i innych tego typu bzdetach. Jednak rozkaz to rozkaz z nim się nie dyskutuje. Doszedłszy do takiego wniosku Changeling krzyknął na kilku żołnierzy i wydał im odpowiednie rozkazy.

Następnego dnia Zerd czekał już na swojego zwierzchnika tam, gdzie mu kazano, czyli kilka kilometrów na zachód od ruin miasta. Leau spóźniał się już dwie godziny. Monsturn był lekko wkurzony, bo stanie na równinie w palącym fioletowym słońcu nie należało do jego ulubionych czynności.
Czekał jeszcze kwadrans zanim zjawił się jego nauczyciel. Młodzik miał niespecjalną minę i już miał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Leau jednak przyuważył to i powiedział szorstko:
- Naucz się cierpliwości, jeśli chcesz cokolwiek osiągnąć. Zerd nic nie odpowiedział tylko w myślach zaczął go przeklinać. Pół-Sajan odwrócił się na pięcie i zaczął mówić:
- My, Coolanci, preferujemy naukę przez praktykę, a to znaczy, że od dzisiaj będziesz ze mną latał po całej galaktyce i wykonywał zadania wyznaczone mi przez dowództwo.
Oczy Zerda zaczęły momentalnie błyszczeć.
- Ale pamiętaj, że nie będę cię niańkował. Będę skupiony na zadaniu, a to czy ty przeżyjesz to sprawa drugo-, a nawet w pewnych okolicznościach trzeciorzędna. Rozumiemy się?
- Tak, proszę pana - odparł Zerd.
- To dobrze, a teraz leć za mną.
Obaj wznieśli się w powietrze i skierowali się na zachód w stronę gór. Monsturn dopiero teraz zauważył zmianę w wyglądzie swojego instruktora. Niby normalny coolancki kask, ale zamiast scoutera zamontowana była czarna szybka zakrywająca oczy. Zerda trochę to zaintrygowało. Przecież światło scoutera na czarnym tle będzie oślepiało użytkownika. Jednak zaraz nasunęło mu się na myśl, że Leau poświęcił urządzenie na ochronę oczu przed słońcem. Zerd zaczął żałować, że sam sobie nie sprawił czegoś podobnego, bo słońce wzeszło wyżej i zaczęło go oślepiać.
Lot trwał dobrze ponad godzinę, mimo, że Leau w pewnym momencie przyśpieszył tak, że Zerd musiał przejść w drugą formę. Nie był w stanie dogonić swojego nauczyciela, przemiana pozwoliła mu jednak na lot z taką szybkością, aby Leau nie zniknął mu z oczu.
W wyznaczonym przez Kanassian miejscu czekał już jeden z mieszkańców planety, gdy przybysze już wylądowali tubylec krzywo spojrzał na Zerda.
- Miałeś być sam - powiedział ponuro.
- To jest mój pachołek. Pomaga mi w różnych rzeczach i on idzie ze mną - odparł Leau. Widać było, że Kanassianin się waha, ale po krótkim namyślę podjął decyzję i gestem ręki kazał dwójce przybyszów iść za sobą.
Cała trójka ruszyła w stronę sporej góry. U jej podnóża było wejście przesłonięte kamieniem. "Kiedy jest dostępna zaawansowana technologia, oni używają zwykłego głazu?" dziwił się w myślach Zerd. Dalej był już tylko niekończący się tunel. Cała trójka oświetlała sobie drogę kulami energii. Leau podczas drogi mało się nie zabił. Zerd nie mógł zrozumieć dlaczego jego nauczyciel jeszcze nie zdjął tego hełmu z głowy. W końcu teraz ta przyciemniona szyba musiała sprawiać, że on praktycznie nic nie widzi.
Po niedługim marszu tunel się skończył. Dotarli do olbrzymiej, podziemnej hali. Tam na okrążonej wielkim podziemnym jeziorem półwyspie stało całe kanassiańskie miasto. Na budynkach porozwieszano lampy, które dawały jaskrawożółte światło. Oczy Zerda, które zdążyły już się przyzwyczaić do półmroku zostały porażone blaskiem żarówek. Monsturn zaczął łzawić i chwilę zajęło mu się przystosowanie do światła.
Po krótkim postoju, ruszyli w dalszą drogę. Nie weszli do miasta tylko skierowali się do mniejszych budynków, na obrzeżach. Tam, pośród wielu podobnych budowli, stał dom przypominający miniaturkę wieży. Przed wejściem do budynku stała spora grupka tubylców w czarnych zbrojach z jednym naramiennikiem. Drugie ramię było odsłonięte na ciosy, ale też miało większą swobodę ruchu.
Trójka przybyszów została zatrzymana przed wejściem. Przewodnik Zerda i Leau zaczął rozmawiać z jednym ze strażników w niezrozumiałym dla obu Coolantów języku. Chwilę później, zagadnięty strażnik wbiegł do budowli. Leau i Zerd nie musieli długo czekać, ponieważ szybko pojawił się z powrotem, zapraszając ich do środka.
Wkroczyli do budynku, następnie po krętych schodach weszli na piętro. W pomieszczeniu na najwyższej kondygnacji miniaturowej wieży stały porozstawiane tu i ówdzie kadzidła. Znajdowały się tu także kryształowe rzeźby przedstawiające podobizny Kaioshinów rozpowszechniane przez kościół kaionistyczny.
Na środku pokoju medytował chudy i dość wysoki Kanassianin. Nie różnił się wyglądem od swoich towarzyszy. Posiadał ciemnoniebieskie łuski oraz rybią głowę. Jedyną rzeczą jaka wyróżniała go spośród rzeszy podobnych do niego osobników był jego ubiór - nosił długą do kostek złotą koszulę, a jego głowę zdobił kryształowy diadem.
Pozornie, wszyscy Kanassianie byli zupełnie tacy sami jednak dla samych osobników tej rasy każda osoba była zupełnie inna i nie mieli problemów z rozpoznawaniem kto jest kto. Nikt z zewnątrz tak na dobrą sprawę nie wiedział jak oni to robią.
- Czekałem na ciebie, Leau - powiedział osobnik otwierając oczy. Wyraz jego twarzy stał się bardziej ponury kiedy spojrzał na Leau. Następnie odwrócił wzrok w stronę kolejnego przybysza. Jego oczy zważyły się w szparki, a Zerd poczuł w głowie kłujący ból, przez co mało nie stracił równowagi.
- Czyżbyś miał coś do ukrycia, chowając oczy za tą barierą szkła Leau? - wypalił z pytaniem chudzielec.
- To już nie te czasy, kiedy byłem niedoświadczony i głupi - odparł Leau.
- Tak, nie te, szkoda wielka, bo wtedy byłeś bardziej podobny do niego - powiedział Kanassianin, zerkając na Zerda.
- Przejdźmy do rzeczy bo ta rozmowa do niczego nie prowadzi - odciął się Leau.
- Skoro nalegasz.
- Nalegam.
- Muszę ci jednak powiedzieć, że ostatnio moje wizje stały się, niewyraźne, dziwne, wydaje mi się, że nawet nieprawdziwe.
- To znaczy?
- Jak wiesz, jestem w stanie nie tylko przewidzieć przyszłość, ale i przybliżony czas tego wydarzenia.
- Tak, w końcu to dzięki tobie udało nam się zminimalizować straty podczas pierwszego uderzenia Cesarstwa. Imperator bardzo cię za to ceni.
- No właśnie, a teraz cały czas widzę tragedię, jaka spadnie na mój lud i wszystko mówi mi, że to ma nastąpić w przeciągu kilku dni, a wiem, że to niemożliwe.
- Co dokładnie widzisz?
- Dużą grupę żołnierzy Cesarstwa wdzierających się tutaj i mordujących mój lud. - Mówiąc to Kanassianin dostał dreszczy i zaczął się trząść.
- Przecież rozbiliśmy ich siły, poza tym nie znają położenia waszej kryjówki, nie mówiąc już o u tym, że ciężko byłoby się teraz zorganizować małym grupkom, w końcu są ścigani po całej planecie.
- No właśnie. Dlatego obawiam się, że coś mogło się stać z moimi zdolnościami, a kolejne przepowiednie mogą nie być już wiarygodne.
- Imperator nie będzie zadowolony - skomentował głośno Leau.
- Wyjdźmy na zewnątrz, chciałbym się przejść - odciął się prorok.
- Tak, panie, już szykuję oddział - odezwał się Kanassianin stojący na schodach.
- Nie fatyguj się, chcę się przejść bez obstawy
- Ale panie...
- A jeśli nawet coś by się wydarzyło ci dwaj Coolanci mnie obronią.
- Tak panie.

- To gdzieś tutaj - powiedziała postać ubrana w białą zbroję cesarską.
- Jesteś pewien? - spytała się druga postać, nosząca taki sam pancerz.
- Tak, urządzenie wskazuje, że to gdzieś w okolicy.
- Na pewno?
- Jak nie wierzysz, sama spójrz.
- Dobra, wierzę, ale to jest lita skała.
- To znaczy, że gdzieś tu musi być ukryte przejście. Leć po resztę, trzeba je znaleźć jak najszybciej.

Przed wyjściem z tunelu stało dwóch Kanassian. Obaj mieli na sobie typowe dla nich ubrania, czyli czarna zbroja z jednym naramiennikiem i fioletowa koszula do kolan. W rękach trzymali włócznie. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że są znudzeni. Stali już tam ponad godzinę i monotonia sytuacji stawała się powoli nie do zniesienia. Nagle z wnętrza tunelu dobiegł dźwięk jakby przewróciło się kilku ludzi. Następnie z tego samego źródła co przedtem popłynęła seria szpetnych przekleństw. Zaalarmowało to obydwu strażników i podczas, gdy jeden rzucił się w głąb hali ściągnąć posiłki, drugi wszedł do tunelu, aby sprawdzić ocenić zagrożenie. Szedł powoli z wystawioną przed sobą włócznią. Nie stworzył kuli energii do oświetlenia sobie drogi. Wolał poruszać się po ciemku. Kilka metrów później usłyszał kolejny hałas tym razem niebezpiecznie blisko siebie. Zdjął jedną rękę z broni. Postanowił, że teraz będzie odpowiednia chwila na oświetlenie tunelu. Chwilę później w jego ręku iskrzyła się białym światłem niedużych rozmiarów kula energii. Blask sfery rozproszył ciemności. Strażnik został na chwile oślepiony kiedy światło kuli odbiło się od szybek na oczy kasków żołnierzy cesarstwa.
- O chole...
Nie zdołał powiedzieć niczego więcej, bo w jego stronę pomknęła seria pocisków energetycznych. Biali wiedzieli, że zostali wykryci, więc któryś z ich dowódców krzyknął: "Naprzód". Wszyscy żołnierze zaczęli biec nie zważając na hałas jaki tym wywołują. Wkrótce z przejścia zaczęli kolejno wylewać się cesarscy. Kanassianie nie zdążyli jeszcze dobiec, kiedy już w hali było stu wrogich żołnierzy, a ciągle przybywali nowi. W końcu jednak straż zdążyła się zorganizować i uderzyła na "białych". Byli jednak za bardzo rozproszeni, a atak był niezdecydowany i zostali szybko odparci. Szybko do napierających dołączyli żołnierze z wnętrza miasta i rozpoczęła się regularna bitwa.

Trzy postacie przechadzały się wzdłuż brzegu jeziora. Rozmowa, która odbywała się tam odbywała była dość luźna. Można by rzec, że rozmawiano o niczym, ale do czasu. Prorok zaczął podkreślać jak trudny jest jego fach:
- Przyszłość jest jak rzeka. Można określić koryto, czas wylewu, ale także jak rzeka jest w ciągłym ruchu. Czasami też zdarzają nieprzewidywalne powodzie.
- Więc nie jesteś w stanie powiedzieć na sto procent, czy tak będzie czy nie? - spytał Leau.
- Ja mogę pokazać kontur, jego kształt, ale nie zawsze jestem w stanie określić jakiego koloru będzie wypełnienie.
- Więc nie - skomentował Leau.
- Powiedz mi, co, oprócz wizji dotyczących Kanassy, widziałeś?
- Nic. To widzenie tak mną wstrząsnęło, że przez pewien czas nie mogłem się skupić na przyszłości.
- Niedobrze. Przysłano mnie tu głównie dla informacji, a okazuje się, że wrócę z pustymi rękami.
- Wybacz, ale w tych warunkach nie jestem w stanie nic zrobić. Jeśli za kilka dnia przepowiednia okaże się fałszywa uspokoję się i będę w stanie dalej "widzieć".
- Kilka dni... - powtórzył Leau.
- Tak.
- Skoro już rozmawiamy o warunkach to oferta Imperatora jest nadal aktualna. Mógłbyś osiąść na jednej z jego centralnych planet i tam w ciszy i spokoju pracować.
- Z całym szacunkiem dla Imperatora i jego gościnności, ale warunki jakie mam tutaj odpowiadają mi dużo bardziej.
- Jesteś tego pewny, czy twoja odpowiedź również jest jak rzeka? - zadrwił Leau.
- Jest pewna jak lodowce na rodzinnej planecie twojego Imperatora.
Podczas całej tej rozmowy Zerd trzymał się z boku nie odzywając się prawie wcale. Raz tylko coś napomknął gdy dwaj jego towarzysze rozmawiali o sytuacji Imperium. Został jednak natychmiastowo spiorunowany wzrokiem przez swojego nauczyciela i od tego czasu siedział cicho. Głównie przyglądał się tafli jeziora, lub co jakiś czas spojrzał na majestat stalaktytów wiszących nad wodą. Próbował rozmyślać, aby odpędzić od siebie obrazy jakie wysyłał mu prorok za każdym razem, gdy spojrzał w jego stronę.
Wizje jakich doznawał Zerd mówiły o obowiązku, poczuciu sprawiedliwości, i żeby nigdy nie zatracić siebie. Monsturn nie bardzo wiedział czemu Kanassianin bombarduje go tymi widzeniami. Co chciał przez nie osiągnąć? Może coś zobaczył, ale przed chwilą mówił, że ma problemy z "widzeniem". Może kłamał. Monsturn był zdezorientowany - nie dość, że nie mógł się skupić na innej rzeczy niż prorok, to każdy obraz wydawał się kolejną igła wbitą w czaszkę. Czy tak widzi prorok? Czy każdej wizji towarzyszy ból? Kolejne pytania pojawiały się w głowie Zerda. Pytania, na które nie było żadnej jasnej odpowiedzi.
Następny obraz, następną wbita igła. Monsturn miał już tego dość, ale nie wiedział jak to zatrzymać. Chciało mu się krzyczeć. Co gorsza, Leau wydawał się wiedzieć co przeżywa jego uczeń. Za każdym razem kiedy Kanassianin spoglądał w stronę młodzika na twarzy pół-Sajana pojawiał się skryty uśmiech.
Ulga przyszła z najbardziej nieoczekiwanej strony. O rozproszenie uwagi proroka skutecznie zadbał duży wybuch, który pojawił się niedaleko zachodniej granicy miasta. Cała trójka odwróciła się w stronę wybuchu, ale tylko dwójka obserwowała go z ze zdziwieniem i lękiem w oczach. Leau nawet się uśmiechnął ale tak, żeby prorok nie mógł tego zauważyć. Chwilę później do trójki towarzyszy podbiegła grupa strażników. Jeden z nich, zdyszany zaczął tłumaczyć sytuacje swojemu wodzowi:
- Panie! To żołnierze Cesarstwa! Atakują nas! Przełamali pierwszy linie obrony! Będziemy musieli bronić się na ulicach! Prorok już chciał zacząć wydawać rozkazy, ale w ostatnim momencie przerwał mu Leau:
- Musimy zabrać cię stad do bezpiecznego miejsca! Czy znacie coś takiego w okolicy?
- Tak, podwodna jaskinia przy południowej części miasta - odparł jeden ze strażników.
- Dobrze, my się zajmiemy eskortą, a wy idźcie pomóc reszcie bronić miasta - powiedział Leau.
- Nie bardzo mi się to wszystko podoba - odparł jeden ze strażników.
- Idźcie, my sobie poradzimy - poparł pomysł pół-Sajana prorok. Kanassianie skinęli głowami i biegiem popędzili w stronę miasta.
- No, mały, masz szanse się sprawdzić. Idź pierwszy i wypatruj wroga. W razie czego, daj sygnał, a my pójdziemy inną drogą - wydał rozkaz Leau.
- Tak jest.
Cała trójka, ze szpicą za Zerda, dotarła spokojnie na obrzeża miasta. Z zachodniej części zabudowań unosiły się chmury czarnego dymu, które, nie znajdując żadnego większego ujścia, kłębiły się przy stropie wielkiej hali. W mieście, trzyosobowa drużyna trzymała się razem. Tutaj było o wiele niebezpieczniej niż na pustej przestrzeni, w końcu w każdej chwili zza rogu mógł wyskoczyć jakiś cesarski.
W pewnej chwili przewodzący całej tej eskapadzie Leau powoli, ale systematycznie zaczął zmieniać kierunek marszu tak, że chmury czarnego dymu zamiast oddalać zaczęły się przybliżać. Zerd i prorok na początku tego nie zauważyli i podążali drogą wytyczoną przez pół-Sajana. W końcu jednak prorok zorientował się gdzie idą.
- Leau, uważaj gdzie idziemy. Jeszcze trochę i znajdziemy się w sercu bitwy. Kryjówka jest tam, na południe - zwrócił uwagę prorok. Leau jednak nic nie odpowiedział i zaczął ciągnąć swojego towarzysza na zachód. Prorok szybkim ruchem ręki wyszarpał się z uścisku pół-Sajana i odskoczył na małą odległość.
- Ty nigdy nie chciałeś iść w stronę kryjówki, zdrajco! Straże! - zaczął krzyczeć.
Leau, nie czekając aż pojawią się posiłki, doskoczył do proroka i szybkim ciosem w kark pozbawił go przytomności. Zerd był zdezorientowany zaistniałą sytuacją. Nie wiedział jak ma teraz postąpić. Stał tam tylko i przyglądał się rozwojowi sytuacji. Leau wyjął jakieś urządzenie ze spodni, a zaraz po tym skoczył do niczego niespodziewającego się Monsturna. Silnym uderzeniem w nos posłał go na ścianę jednej budowli. Chwilę później przybiegło kilku strażników.
- To zdrajca! Najpierw ogłuszył waszego pana, a później rzucił się na mnie! Patrzcie znalazłem to przy nim. To lokalizator dzięki temu Cesarscy odkryli waszą kryjówkę! - zaczął Leau.
- Zdrajca! - krzyknęli Kanassianie.
- Zajmijcie się nim, a ja zajmę się waszym panem - rozkazał pół-Sajan.
- Z przyjemnością - rzucił jeden ze strażników.
Kanassianie rzucili się na Monsturna, który próbował wytłumaczyć, że to wszystko nieprawda i że to nie on jest winien, ale nikt go nie słuchał.
Podczas gdy strażnicy walczyli z Zerdem, Leau zniknął z pola widzenia. Z prorokiem przewieszonym przez ramię kierował się w stronę terenów objętych walką. Monsturn był w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Walka z pięcioma przeciwnikami jednocześnie nie należała do łatwych. Zerd, aby uniknąć wszystkich ciosów musiałby mieć oczy dookoła głowy. Dlatego też co raz częściej przyjmował ciosy.
W pewnej chwili zdecydował się na atak. Wyskoczył wysoko w górę, zgromadził energię i wypuścił strumień żółtego światła. Atak nie był skierowany we wrogów, ale pomknął w stronę średniej wielkości budynku. Eksplozja uszkodziła budynek na tyle, że zaczął się walić, wzbijając tumany kurzy, które na chwilę oślepiły i przydusiły Kanassian. Zerd wykorzystał tę okazję i szybko pobiegł za swoim nauczycielem. Nie wiedział jeszcze co zrobi kiedy go dogoni, ale wiedział, że niezależnie od wszystkiego, musi go złapać.
Biegł tak jeszcze kilkanaście minut, aż w końcu zmęczył się i chowając się w jednej z alejek postanowił odpocząć. Podczas gdy łapał oddech ulicą główną przebiegli jego oprawcy, którzy ruszyli za nim w pogoń. Zerd miał świadomość, że na jakiś czas ich zgubił i poczuł swojego rodzaju ulgę, ale zaraz po tym przypomniał sobie o Leau, i o tym, że, gdy podczas on tu siedzi ten pół-Sajan coraz bardziej się oddala.
Zmobilizował się i starając się obrać taką drogę, aby nie wpaść na strażników, kontynuował pościg za swoim przełożonym. Po kilku minutach kluczenia między pobocznymi ulicami, wybiegł na plac, z okolic którego wydobywało się sporo czarnego dymu.
Większość terenu była zajęta przez walczących. Wszędzie świstały pociski energetyczne, które co jakiś czas trafiając w pobliskie budynki, zapalały je lub burzyły. Cesarscy z każdą chwilą zdobywali coraz większą przewagę nad starającymi się ich odeprzeć Kanassjanami. Zerd wiedział, że tutaj raczej nie uda się uniknąć walki, więc postanowił biec przed siebie i walczyć z pierwszą osobą, która spróbuje go zatrzymać.
Był to błąd - nie wziął pod uwagę zabłąkanych pocisków i kiedy biegł "na oślep" jeden z nich uderzył obok niego. Podmuch był na tyle silny, że rzucił Zerda w grupkę Kanassjan. Pech chciał, że ową grupką byli jego wcześniejsi przeciwnicy. Monsturn odwinął się szybko i przyjął postawę do walki. Wiedział, że tym razem nie uda mu się uniknąć potyczki.
Odczekał co zrobią jego przeciwnicy. Wydawali się niezdecydowani, ale już chwilę później ruszyli do walki. Najpierw został zaatakowany przez dwóch strażników, którzy jednocześnie wyprowadzili cios nogą. Sparował atak na przedramiona. Następnie, szybkim ruchem skierował ręce w stronę Kanassjan i wypalił w nich dwa silne pociski ki. Przeciwnicy zostali popchnięci na ściany. Wraz z uderzeniem ich ciał o ścianę kulę energii na ich ciałach eksplodowały, rozrywając ich na kawałki.
Ten atak pozbawił Zerda ogromnej ilości energii, a Monsturn musiał się jeszcze rozprawić z trzema przeciwnikami, nie wspominając już o tych, których mógł spotkać podczas dalszego pościgu.
Cała ta akcja zaskoczyła pozostałych strażników. Zaczęli się wahać. Zerd wykorzystał to i kumulując resztki energii przeszedł w drugą formę. Dzięki temu stał się o wiele szybszy i silniejszy. Kanassianie, widząc co się stało postanowili nie dawać Monsturnowi chwili wytchnienia, bo nie wiedzieli co on jeszcze może wymyślić.
Spróbowali tego samego manewru co poprzednio, z tą różnicą, że trzeci miał zaatakować nogą w brzuch. Akcja powiodła się. Zerd parując dwa pierwsze ciosy odsłonił się i otrzymując potężny od trzeciego przeciwnika cios w brzuch zgiął się w pół. Wykorzystali to dwaj Kanassianie, jednocześnie uderzając swojego przeciwnika łokciami w kark. Zerd upadł na ziemię, zamroczony. Ostatkami sił zdołał się jednak odturlać i podnieść na równe nogi. Co prawda huczało mu w głowie niemiłosiernie i nie widział jeszcze za dobrze, ale odruchowo przyjął odpowiednią postawę.
Kanassianie ponowili atak. Tym razem jeden z nich próbował podciąć Zerda. Spudłował, a ataki dwójki jego rodaków natrafiły na blok. Monsturn postanowił przejść do ofensywy. Ruszył w wyciągniętymi na boki rękoma stronę dwóch najbliższych strażników. Tamci nie zdążając odskoczyć zostali powaleni na ziemię, gdy ramiona Zerda ciężko uderzyły w ich głowy. Kolejnego przeciwnika zaatakował kopniakiem, ale tamten uskoczył i kopiąc Zerda w zgięcia nóg powalił go na kolana. Kanasjanin chciał wykończyć przeciwnika kolejnym ciosem w kark, ale Monsturn w ostatniej chwili złapał go za rękę i nadal klęcząc, rzucił o ścianę jednego z ocalałych budynków.
Szybko poderwał się na równe nogi i ruszył w stronę podnoszących się właśnie strażników. Pierwszego staranował barkiem, posyłając kilka metrów w tył. Z drugim Kanassianinem rozpoczął wymianę ciosów. Ataki obydwu przeciwników albo napotykały blok albo były unikane, jednak taniec ten przerwał strażnik, uderzając Zerda w twarz, potem jeszcze raz w gardło i dokończył serię kolanem w brzuch.
Monsturn po raz kolejny upadł na kolana. Upadając oparł się rękoma o klatkę piersiową Kanassianina. Strażnik złapał już go za szyję, aby skręcić mu kark, gdy Zerd wystrzelił z rąk falę energii, która wypaliła w jego przeciwniku spora dziurę. Monsturn odepchnął upadającego trupa i po raz kolejny, tym razem już całkowicie wyzuty z energii, wstał na równe nogi. Poczuł jak moc ucieka z niego z każdym oddechem i chwilę później wrócił do swojej pierwszej formy.
Pot ciekł z niego strumieniami. Wiedział, że w takim stanie nie będzie mógł odeprzeć żadnego ataku, a na te nie trzeba było czekać długo. Pozostali dwaj Kanassianie rzucili się na swojego przeciwnika. Zaczęli go okładać kolejnymi ciosami. Zerd nie mogąc się już bronić przyjmował ciosy jak worek treningowy. Tubylcy szybko się tym znudzili i kopiąc go jednocześnie, posłali go w sam środek placu, gdzie znajdowali się inni walczący. Zerdowi niewiele już brakowało do utraty przytomności, jednak z całych sił starał się utrzymać jasność umysłu. Spróbował się także podnieść, ale był za bardzo zmęczony i poraniony, aby to zrobić. Leżąc, widział zbliżających się do niego z jednej strażników, a z drugiej cesarkich, którzy zaczęli już przełamywać ostatnie linie obrony Kanassian.
- Zerd! - dobiegł krzyk od kogoś z tłumu. Monsturnowi głos wydał się dziwnie znajomy ale powoli zaczął tracić świadomość i nie mógł sobie przypomnieć do kogo on może należeć. Po chwili zobaczył nad sobą dwóch Kanassian. Nietrudno było zgadnąć, że przyszli go dobić. Jeden z nich podniósł Zerda z ziemi i ustawił go w taki sposób, aby drugi miał czystą pozycję do zadania ciosu.
Kanassianin zaczął już kumulować energię, gdy fala energetyczna dosłownie urwała mu głowę. Strażnik trzymający Zerda nie zdążył nawet zareagować. Otrzymał potężny cios nogą w głowę od kobiety ubranej w cesarską zbroję. Następnie dziewczyna, drugim, równie potężnym kopnięciem przebiła Kanassianina na wylot.
Podbiegła do leżącego na ziemi Zerda i zdjęła swój kask. Miała ognistoczerwone włosy oraz ciemnoniebieską skórę. Była to Nadja, osoba, którą Monsturn znał i mógł nazywać przyjaciółką. Chwilę później do Zerda dobiegł kolejny żołnierz, dwumetrowy mężczyzna. Mimo, że on nie zdjął swojego nakrycia głowy Monsturn pobudzony pojawieniem się Nadji rozpoznał go po głosie. Był to Nath.
- Co z nim? Wyjdzie z tego? - dwumetrowy mężczyzna zwrócił się do dziewczyny.
- Myślę, że tak. Jest poważnie obity, ale nic co mogło w by go od razu zabić. Trzeba by go tylko stąd wynieść i zanieść do jakiegoś medyka.
- Dobra daj mi go.
Nath przewiesił sobie Zerda przez ramię i skierował się w stronę wejścia do Tunelu.
 
 
Ronin 
Guru

Wiek: 28
Posty: 41
Skąd: Miedziolandia
Wysłany: Nie Wrz 28, 2008 3:44 pm   

Nieeee xD dawno temu(z 5 lat nawet może) gdy grałeś jeszcze w pbch byłem twoim guru (chyba na Final pbch). Grałeś z tego co pamietam z C-10 vel Lague (skąd ja to pamiętam ^^). Później przez jakiś czas utrzymywaliśmy kontakt i powiedziałeś mi, że piszesz właśnie opowiadanie i zacząłeś mi przesyłać rozdziały.
 
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Nie Wrz 28, 2008 4:40 pm   

Ronin:

Mhm, to raczej bylo z 3 lata temu (wtedy bodajze wyszedl PH 9) ale fakt troche czasu minelo. Co do Final PBCH cos mi swita, ale gralem w kilka pbch'ow, pbf'ow, pbem'ow, ze juz mi sie mieszaja. Jesli chcesz odswiezyc kontakt to zapraszam na gg. Przewaznie siedze na niewidocznym.

[ Dodano: Sro Paź 01, 2008 12:14 am ]
Poniewaz pare osob wykazalo zainteresowanie oglaszam, ze na oficjalnej stronie domowej fan fika ukazal sie rozdzial 16sty...wszystkich chetnych zapraszam do lektury na:

http://www.dbaz.prv.pl/
 
 
Drake 
SSJ 3


Wiek: 27
Posty: 174
Skąd: Głuchołazy
Wysłany: Czw Paź 02, 2008 5:32 pm   

Tytus?? Ty tutaj?? Siema, sam wiesz co myśle o twoim ficku więc tu powiem krótko. Jest to po prostu arcydzieło, świetna historia alternatywna, ładnie wykreowane postacie i ciekawa historia, coś jeszcze dodać??:P
_________________
http://www.mist-village.zobacz.com.pl/ fajna stronka anime(duży download)polecam
http://www.otwieramy.pl/?p=140130 kliknij to mi pomoże:Pp
 
 
 
Pitti 
SSJ 5


Wiek: 24
Posty: 1932
Wysłany: Sob Paź 11, 2008 10:57 am   

Jestem po przeczytaniu rozdzialu 6, dobry fanfik :P . Czasem wkurzają literowki, ogolnie wystepuja dosyc zadko, ale byl moment kiedy mnie wkurzaly ;p.

" Nappa już ci tłumaczyłem, że samą siłą człowiek nic nie zdziała"

Ciekawe xD

edit

Fanfik jest szponx, potem jak znadje czas poczytam na stronie ;) .


@down

Rozumiem :)
_________________


I'll become The King of Pirates!
Ostatnio zmieniony przez Pitti Sob Paź 11, 2008 12:33 pm, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Sob Paź 11, 2008 12:31 pm   

Drake:

Wiem co myslisz o fanfiku?

Hmmm...to sugeruje, ze sie znamy...ale wybacz ja nie mam pamieci do ksywek. Mozesz mi przypomniec skad dokladnie sie znamy? I oczywoscie dzieki za opinie.

Pitti:

Cytat:
Jestem po przeczytaniu rozdzialu 6, dobry fanfik :P . Czasem wkurzają literowki, ogolnie wystepuja dosyc zadko, ale byl moment kiedy mnie wkurzaly ;p.

" Nappa już ci tłumaczyłem, że samą siłą człowiek nic nie zdziała"

Ciekawe xD


Po pierwsze dzieki za opinie i zachecam do dalszego czytania.


Literowki to plaga, ciezko sie ich pozbyc jak nie ma sie osoby, ktora dokladnie sprawdzi dzielo po tobie, a word nie zawsze wylapuje wszystkie. Te typu ą,ę wylapac najtrudniej.


Co do Człowieka -

To wina ograniczen jakie naklada na pisarza jezyk polski podczas tworzenia Sci-fi badz fantasy, a przysparza jeszcze wiecej problemow przy tlumaczeniu takich dziel z angielskiego.

W jezyku Anglosasow istnieje rozroznienie pomiedzy:

Humans i People - To i to to oczywiscie po przetlumaczeniu Ludzie, ale Humans to Ludzie jako gatunek ludzki, People to ludzie jako spolecznosc, niekoniecznie skladajaca sie z przedstawicieli Homo-sapiens.

I dlatego aby poradzic sobie jakos z tym w naszym ojczystym jezyku przyjelo sie, ze pisze sie Czlowiek - gdy ma sie na mysli przedstawiciela gatunki i czlowiek - gdy jest to przedstawiciel spolecznosci, bo w jezyku innych ras tez musi byc cos takiego, a wymyslanie nowego slowa, ktorego czytelnik i tak nie zajarzy mija sie z celem.
 
 
Acer 
SSJ 5

Wiek: 26
Posty: 531
Wysłany: Pon Paź 13, 2008 5:43 pm   

Dyter Special nie przemówił do mnie, wolę zwyczajne DBPH.

Dyter Special - nowy odcinek na stronie, raczej luźne fantazje o DBPH. xD
_________________
Ja (1-09-2008 12:44)
kolumb wszedł na twoją starą i myślał że to ameryka
Pepek (1-09-2008 12:46)
A po Twojej doszedl do Indii i Antarktydy
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Nie Maj 16, 2010 1:51 pm   

Nie wiem, czy kogos to jeszcze obchodzi, ale nowy (dosc duzy) rodzial fika pojawil sie na stronie. Chetnych zapraszam na:

http://dbaz.prv.pl/

Do dzialu DB PH
 
 
Pitti 
SSJ 5


Wiek: 24
Posty: 1932
Wysłany: Nie Maj 16, 2010 3:35 pm   

znajde chwile to zlukam, bo nigdy nie przeczytalem wiecej niz te 6 rozdzialow, moze jutro
_________________


I'll become The King of Pirates!
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by razz & Saski