Poprzedni temat «» Następny temat
DB PH
Autor Wiadomość
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
  Wysłany: Czw Wrz 25, 2008 7:20 pm   DB PH

Kontynuacja DBZ czy DB GT to ciezka sprawa, poniewaz nie wazne jak czlowiek bedzie sie staral i tak nie napisze nic lepszego niz oryginal, wiec postanowilem skorzystac z wiekszej wolnosci tworczej i napisac alternatywna wersje wydarzen DBZ. (choc zasada wyzszosci oryginalu wciaz obowiazuje)

"Alternatywna wersja Dragon Ball Z. Takie powinno być DBZ, gdyby było inne niż jest. "
- Vodnique (autor DBAZ)

Rozdzialy byly (i sa) pisane na przestrzeni czasu co oznacza, ze z czasem (przynajmniej od strony technicznej) staja sie lepsze. (i dluzsze)

Oto rozdzial 1:

Rozdział 01

Skalista pustynia, podczas zachodzącego słońca była nadzwyczaj piękna i zmuszała do głębokich refleksji, ale Gohan tego nie dostrzegał. Nie dostrzegał nic, co mogłoby go w jakiś sposób rozproszyć. W tej chwili istniała tylko jedna rzecz ON i nic po za Nim. ON zabił jego najlepszego przyjaciela, ciotkę, armie buntowników, dawnego mistrza, a co najważniejsze osobę, która Gohan kochał ponad swoje życie. Wszystkie te zbrodnie nie mogły pozostać bez kary. Zaproponował MU więc walkę jeden na jednego. Wiedział, że nie odmówi sobie tej przyjemności, wiec stal i czekał. Z jego 21-noletniej twarzy można było wyczytać chęć zemsty, co w zestawieniu z bliznami po walkach sprawiało, że wyglądał jak najdziksze zwierzę podczas mordowania swojej ofiary, a walka miała dopiero nadejść. Gohan ubrany był w czerwony strój ze znakiem szkoły żółwia na piersi i na plecach oraz lekkie buty, idealne do skakania i do walki z użyciem nóg.
Minęła jeszcze chwila czasu, aż w końcu Gohan zauważył GO na niebie. Leciał z olbrzymia szybkością, która zawsze zaskakiwała młodego wojownika. Wiedział, że jego przeciwnik jest od niego o wiele silniejszy, ale musiał to zrobić. Dla mistrza, przyjaciół, a przede wszystkim dla Videl. Jego przeciwnik wylądował kilkanaście metrów dalej obarczając go wzrokiem typu "czuj się zaszczycony, że zgodziłem się przybyć".
- Piccolo - wycedził przez żeby młody wojownik
Tak, to był Piccolo. Był ubrany w ciężkie metalowe buty, czarne spodnie, fioletową koszule, która nie miała rękawów oraz jasny, beżowy pas.
- Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Syn zginie z tej samej ręki, co jego ojciec - powiedział, a właściwie wygłosił Piccolo. Zaraz, gdy skończył mówić na jego twarzy namalował się demoniczny uśmiech. Gohan widział, że jego wróg jest bardzo pewny siebie. Był zły. Nie dlatego, że ta pewność mu ubliżała, ale dlatego, że miała dobre uzasadnienie. Piccolo był od niego silniejszy, szybszy, wytrzymalszy, bardziej doświadczony oraz lepszy technicznie. Gohan przeważnie zawsze poważną sytuacje obracał w żart, ale tym razem nie miał zamiaru tego robić. Jak nigdy, był śmiertelnie poważny.
- Zamknij się i walcz - skwitował krotko, po czym ruszył do ataku. Zaatakował serią uderzeń pięścią oraz kończąc efektownym kopem, wycelowanym w klatkę piersiową demona.
O dziwo, Piccolo nawet nie próbował się bronić i wszystkie ciosy dotarły celu. Piccolo stał, jakby te ciosy były morska bryza uderzająca w jego ciało. Gohan poczuł wściekłość. Całą swoją ki skoncentrował w pięści i wyprowadził prawy sierpowy w twarz przeciwnika. Ten cios również nie odniósł zamierzonego skutku, ale nie był to kolejny nie wypał, ponieważ głowa Piccolo odskoczyła do tyłu, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Gohan postanowił wykorzystać tę małą przewagę. Wyskoczył w powietrze, aby zadąć "zielonemu" cios nogą z półobrotu. Ku jego zdziwieniu i przerażeniu, trafił w pozostawione tam widmo. Poczuł obecność wroga za plecami i spróbował uskoczyć. Był za wolny.. Silny cios w tył głowy posłał go na ziemię. Leżąc, podniósł górną cześć ciała i z ręki wystrzelił ki-blasta. Piccolo zrobił zgrabny unik i kopnął Gohana w brzuch posyłając go w powietrza. Młodzik impulsem ki wyhamował lot i zauważył że wróg już pędzi ku niemu.
- "Twój pierwszy błąd " - pomyślał Gohan i także ruszył w jego stronę. Ułożył się tak, aby Piccolo zderzył się z jego nogą. Ale demon zamiast uniknąć ciosu założył blok.
- "Błąd numer dwa" - liczył w myślach błędy przeciwnika Gohan, ale został znów zaskoczony przez Piccola, gdy jego cios rozbił się na bloku. Młodzik miał nadzieje, że jego wróg zostanie zbity z powietrza siła rozpędu, a tu nic, zero.
Został brutalnie wytrącony z tej chwili zadumy potężnym ciosem, który zderzył się z jego klatką piersiową. Następnie otrzymał trzy kolejne uderzenia kolanem w brzuch i zbity z powietrza potężnym ciosem w plecy złączonymi rękoma, na kształt młota. Młody wojownik ocknął się tuż przed skałą, o która miał się za chwile rozbić. Spróbował wyhamować impulsem ki, niestety ostatni cios był zbyt potężny. Gohan co prawda nie zatrzymał się, ale udało mu się spowolnić lot na tyle, że nie zabił się wbijając w skałę. Piccolo wylądował na ziemi i czekał aż Gohan "odklei" się od ściany.
Po chwili Młodzik był już w stanie względnego używania i ruszył do kolejnego ataku. To były seria za serią ciosów zadanych pięścią. Niestety dla Gohana, wszystkie albo napotkały blok albo zostały uniknięte. Piccolo nie chciał już się bronić wiec zadał szybki, prosty cios wycelowany w nos Gohana. Młody wojownik uniknął ataku schylając się i wyprowadził tak zwaną "ścinę". Piccolo podskoczył unikając ciosu i uderzył kolanem w nos wciąż schylonego przeciwnika, rozkwaszając mu go. Następnie z całej siły uderzył w brzuch "znikającego punktu", jak to lubił nazywać Gohana.
Uderzenie Piccola spowodowało, że młodzik zwymiotował krwawymi wymiocinami, opróżniając przy tym cały swój żołądek. Gohan leżał skulony i trzymał się brzuch. Resztką sił zmusił się, aby podnieść głowę, tylko po to aby dostać ciężkim butem w żuchwę. Cios był na tyle potężny, że wybił Gohanowi dużą cześć dolnych zębów, ale na szczęście nie na tyle, aby złamać mu szczękę. Gdy Gohan szybował w powietrzu poczuł kolejny cios zadany nogą, który wbił go w ziemię. Piccolo widocznie miał już dość tej walki. Wzniósł się w powietrze i zaczął koncentrować ki. Gohan zdążył już wstać i zdecydował postawić wszystko na jedną kartę, ponieważ przygotował się do kontry Kamehamą. Po chwili koncentracji obydwu postaci, dwie fale starły się w śmiertelnej próbie sił. Po chwili przepychania się strumieni energii Piccolo po raz kolejny uśmiechnął się demonicznie i zwiększył natężenie swojego ataku. Kamehama Gohana została po prostu zdmuchnięta przez fale ki Piccola, która następnie uderzyła samego wojownika wzbijając w powietrze tumany pyłu i dymu. Mimo całej tej potęgi, jaka na niego spadła, Gohan jakimś cudem przeżył ten atak i leżał pół-przytomny, poraniony i poparzony w wielkim kraterze. Piccola to nawet ucieszyło, ponieważ miał okazje wykończyć młodego własnoręcznie. Po chwili stał już obok swojej ofiary i klęknął przy nim. Lewą ręką złapał go za gardło, a drugą wyjął z kieszeni swoich spodni naszyjnik w kształcie serca.
- Poznajesz to szczylu? To naszyjnik twojej pięknej Videl. Muszę ci powiedzieć, że jej zarzynanie było nadzwyczaj przyjemne, a gdy już kończyłem, krzyczała twoje imię. I muszę dodać, że umierała powoli, bardzo powoli - powiedział Piccolo i położył akcent na końcówkę swojej wypowiedzi.
Z oczu Gohana popłynęły łzy. Jeszcze nigdy nie czuł takiej rozpaczy, takiej furii i takiej bezradności w jednej chwili. Gohan po chwili poczuł, że jego umysł odpływa, a zamiast niego wdziera się chęć mordu i zemsty. Z gardzieli młodego wojownika wydobył się nieludzki ryk a zaraz po nim ogromny wybuch energii Gohana, który wyrzuciła Piccola w powietrze. Gdy Szatan ustabilizował już swój lot zauważył, że na ziemi stoi Gohan, po którym pełzały błyskawice, wokół niego pojawiła się intensywna biała aura, a z jego oczu zniknęły źrenice pozostawiając same białka. Piccolo wyczuł energie swojego przeciwnika i zaczął żałować, że doprowadził go do ostateczności. Zaczął się także trochę bać, ponieważ stwierdził, że może sobie nie poradzić z taką mocą. Jednak to były tylko "ostatnie podrygi zdychającej ostrygi" i jak szybko energia w Gohanie się pojawiła, tak szybko zgasła. Młodzik opadł bez życia i spoczął we wcześniej stworzonym przez Piccola kraterze.
- To wszystko... a już myślałem, że będę się musiał napocić - powiedział Szatan i ponownie podleciał do nieprzytomnego już Gohana. Gdy Piccolo był już przy swojej ofierze zaczął do niego mówić:
- Wystraszyłeś mnie trochę... Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że masz taki potencjał. Szkoda, że nie będę mógł już go wykorzystać, byłbyś doskonałym przybocznym. No ale nic, będziemy musieli się już pożegnać. Po tym monologu Szatan podniósł za gardło swojego niedoszłego pogromcę i skręcił mu kark.

Od tych wydarzeń minęło kilka dni.

Gdzieś w okolicach Jowisza.
Pojedyncza kapsuła przemierzała właśnie przestrzeń kosmiczną, mając na celu błękitną planetę. We wnętrzu wspomnianego wcześniej pojazdu spał osobnik o seledynowej skórze i zielonych włosach. Był on odziany w złotą zbroję ze srebrnymi wypustkami, doczepioną na plecy białą peleryną oraz ciemnoróżowy symbol na lewej piersi, który przedstawiał literę "A" w okręgu. Kapsuła przeleciała jeszcze kawałek kosmosu, a w pojeździe zaczęły się włączać różne urządzenia pokładowe, co spowodowało przebudzenie się pasażera.
- Ambasadorze Zarbon, zbliżamy się do celu - odezwał się słodki głos komputera pokładowego.
- Dobrze, wyślij komunikat oznajmujący moje rychłe przybycie - rozkazał Zarbon.

Na Ziemi, w centrum tajnego ośrodku lotów kosmicznych.
Jeden z operatorów głównego terminalu znajdującego się kilkanaście metrów pod ziemią, odebrał sygnał. Po chwili na jego twarzy pojawił się ślad paniki i krzyknął na całe pomieszczenie: "IMPERIALNY!".
W pokoju zapanował chaos, a przynajmniej tak się mogło zdawać osobie, która byłaby tam po raz pierwszy. Całe to zamieszenie było tak naprawdę uporządkowanym procesem, ponieważ każdy z pracowników wiedział, co w takiej sytuacji musi zrobić. Po kilka minutach, gdy wszyscy spełnili swoje zadania, powrócili do swoich stanowisk i oddali się codziennej rutynie. Co prawda wszystkie najważniejsze pomieszczenia bazy znajdowały się głęboko pod ziemią to lądowisko i główne wejście znajdowało się na powierzchni, choć ukryte pomiędzy skałami.
Po chwili przy lądowisku zebrała się grupka żołnierzy. Nie czekali długo, choć w mniemaniu zdenerwowanego żołnierza to było bardzo długie czekanie. Kapsuła uderzyła w lądowisko zrobione z elastycznej gumy. Kiedy podłoże pod metalową kulą przestało się trząść, wysiadł z niej ambasador Zarbon. Zebrani tam żołnierze zasalutowali jednocześnie, po czym natychmiast uklękli na jedno kolano. Zarbon odwzajemnił pierwszy z gestów i zaczął iść w stronę wejścia do ośrodka. Usłyszał od jednego członka komitetu powitalnego, że gubernator jest już w drodze. Został następnie zaprowadzony do "poczekalni", która tak naprawdę była wielkim salonem z pięknymi obrazami na ścianach, wykwintnymi dywanami, wielkim drewnianym stołem na środku oraz rzędem krzeseł przystawionych do niego. Gdy wszyscy żołnierze opuścili "poczekalnię", Zarbon usiadł na jednym z krzeseł i zaczął rozmyślać. Jego myśli nie szły stronę spotkania, które miało za chwilę nastąpić, ani podziwiania pokoju, tylko w stronę domu i problemów rodzinnych. Zaczął nawet myśleć na głos, ponieważ to był jego ulubiony sposób na rozwiązywanie problemów.
- Co ten mój syn może teraz zrobić? Powiedział już, że nie jestem patriotą, że zamiast walczyć na froncie latam po zadupiach i piję herbatkę z gryzipiórkami, że przyglądam się wojnie z ciepłego fotela, a teraz nawet nie mogłem mu powiedzieć gdzie lecę. Mam nadzieję, że nie popełni jakiegoś głupstwa podczas mojej nieobecności. Ehhh... że też ta misja musiała mi wypaść akurat teraz.
Dalsze jego rozmyślania błądziły wokoło Selvy jego zmarłej już żony i o czasach, gdy był pierwszym przybocznym Frezera, a także o sprawach bardziej małostkowych jak to, że zbroja galowa jest przyciasna i strasznie go pije. Podczas tego procesu myślowego Zarbon w ogóle stracił rachubę czasu i ani się obejrzał, a już do pokoju wpadł żołnierz i oznajmił, że Gubernator Piccolo wylądował. Zarbon wstał z krzesła poprawił swój wygląd i czekał tylko na wejście jego przyszłego rozmówcy. Nie czekał długo. Namek wszedł do pokoju i zasalutował. Zarbon, ponieważ w tym wypadku on był niższy stopniem, tym razem ukląkł na jedno kolano. Po tym "rytuale" obaj usiedli na przy stole i zaczęli ze sobą rozmawiać:
- Co sprowadza szanownego Ambasadora...
- Zarbona.
- ...Zarbona w moje skromne progi?
- Interesy.
- Jak każdego ambasadora.
- Książę Frezer jest niezadowolony z ilości dostarczanych surowców. Zamiast się podwoić... spadła.
- To przez braki w kadrach. Nie jestem wstanie ochraniać wszystkich kopalń i prowadzić wojny z buntownikami jednocześnie... gdybyście przysłali trochę żołnierzy, wydobycie ruszyłoby pełną parą.
- Niestety, to jest niemożliwe... Ziemia jest planetą, która nie zdarza się często. Jest tu wiele różnych surowców i to w dużych ilościach, a taka operacja mogłaby ujawnić Slugowi jej istnienie... Nawet ja muszę tłuc się pół galaktyki tą jednoosobową kapsuła, aby jego szpiedzy nic nie wywąchali.
Rozmowa ciągnęła się jeszcze dobrych kilka godzin. Był w niej zawarty pełen raport Piccola o postępach wojennych oraz przemysłowych. Ustalono także kiedy planeta będzie zabezpieczona i rozpoczną się dostawy. Było też kilka innych mniej znaczących kwestii, które wymagały przedyskutowania. Po zakończeniu formalności Namek złożył Monsturnowi propozycje zostania na ziemi na kilka dni lecz ten odmówił tłumacząc się wieloma sprawami jakie musi załatwić. Po odlocie Zarbona, Piccolo nadal był w szoku, który nie opuszczał go podczas całej rozmowy, ale był umiejętnie przez niego ukrywany. Szatan nigdy jeszcze nie czuł tak potężnej ki. Poprzedni ambasador miał porównywalną moc do niego, a ten nowy to już zupełnie inny poziom. Musiał się oswoić z myślą, że istnieją we wszechświecie tak potężni wojownicy jak Zarbon.

W drodze powrotnej Zarbon nie myślał już o niczym innym, tylko powrocie do domu i spotkaniu z synem.



Na to forum zostana wrzucone jeszcze dwa rozdzialy, ale poniewaz z czasem staja sie za dlugie do pokazywania na forum zapraszam na:

http://www.dbaz.prv.pl/

Gdzie lezy juz 15 gotowych rozdzialow DB PH (16 w drodze)
 
 
BH Daimaouji 
SSJ 5


Posty: 4534
Wysłany: Czw Wrz 25, 2008 9:44 pm   

Cytat:
Kamehamą


E raczej Kamehamehą

Odcinek dobry ale kim jest ten Piccolo?

Cytat:
Gdy Szatan ustabilizował już swój lot zauważył, że na ziemi stoi Gohan, po którym pełzały błyskawice, wokół niego pojawiła się intensywna biała aura, a z jego oczu zniknęły źrenice pozostawiając same białka.


E to on tutaj osiagnal SSJ czy DSSJ czy "USSJ2"?

BTW Biedny Gohan Piccolo zabil mu Videl , ej zaraz co ja pisze?! Present Gohan to mistyczny kujon przeciez , w przeciwienstwie do jego dziewczyny i corki
_________________
ozzy.4.pl <- chyba została zmieniona, szkoda

Piszcie do mnie BH , nie BH Daimaouji

"100% JBH !!" - Nie wiem o co ci chodzi astarot , ale jesli to ma byc obraza , to chyba miales SIEBIE na mysli

Angela Buga 2008-2014
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 12:25 am   

BH Daimaouji:

Cytat:
Cytat:
Kamehamą


E raczej Kamehamehą

Odcinek dobry ale kim jest ten Piccolo?


Technika w sumie nazywa się kamehame-ha! Wiec to co jest u mnie jest to nazwa z obcieta koncowka, na ktora normalnie polozona jest emfaza. Jest to zrobione i tylko wylacznie dla ulatwienia sobie zycia podczas pisania :P




Cytat:
Gdy Szatan ustabilizował już swój lot zauważył, że na ziemi stoi Gohan, po którym pełzały błyskawice, wokół niego pojawiła się intensywna biała aura, a z jego oczu zniknęły źrenice pozostawiając same białka.


E to on tutaj osiagnal SSJ czy DSSJ czy "USSJ2"?

BTW Biedny Gohan Piccolo zabil mu Videl , ej zaraz co ja pisze?! Present Gohan to mistyczny kujon przeciez , w przeciwienstwie do jego dziewczyny i corki




1. Zadne z tych. To co osiagnal Gohan jest to power-up'em opartym bardziej na jego wybuchu energii podczas walki z Raditzem lub Freezerem. Daleko mu bylo do SSJ.


2. Czytajac mojego fika musisz zaakceptowac fakt, ze fabula zgadza sie z serialem tylko do konca DB czyli pokonania Piccola. Dalej wszystko juz jest zupelnie inne.



Kontynuacja:

Rozdział 02

Kanassa była kiedyś spokojna planetą, odwiedzana przez wszelkie istoty podróżujące po kosmosie. Dziś owa Planeta to pole bitwy największego konfliktu w znanej historii galaktyki. Wojny pomiędzy Imperium Changelinow, a Cesarstwem Sluga. Chwilowo na planecie trwało zawieszenie broni, ponieważ obie strony były już skrajnie wyczerpane bitwą, która trwała już kilka dobrych miesięcy.

Fioletowe niebo przyozdabiała biało-żółta łuna. Światło to biło od dwóch obozów, które znajdowały się po przeciwległych brzegach, szerokiej kanassjanskiej rzeki. Pomimo relatywnie małej bliskości wroga, żołnierze z obydwu obozów bawili się w najlepsze. Jednak wszyscy świętujący mieli w świadomość, że jutrzejsza potyczka będzie decydującą. Dlatego balowali jakby dzisiejszy dzień miał być ich ostatnim... i dla wielu był.

Młody Monsturn w imperialnej zbroi przechadzał się po obozie, który już od jakiegoś czasu zastępował mu dom. Mimo to nie brał jeszcze udziału w tak wielkiej bitwie, a jeśli chodzi o ścisłość to w żadnej bitwie. Szedł przed siebie, nie patrząc gdzie i w końcu dotarł nad brzeg rzeki. Przysiadł tam i przy użyciu znalezionych tam kamieni, zaczął puszczać kaczki. Samotność, której szukał nie trwała jednak długo.
- Hej, Zerd, co ty tu robisz? Wyszedłeś tak bez słowa, źle się czujesz czy co? - powiedziała postać znajdującą się za plecami Monsturna. Zerd obejrzał się i ujrzał swojego przyjaciela, Rath-jina o imieniu Nath. Osobnik miał trochę ponad dwa metry wzrostu, fioletową skórę, spiczaste uszy oraz krótkie siwe włosy. Podobnie jak Monsturn nosił imperialną zbroje, ale jego była z nowej serii, bez krępujących ruchy naramienników. Jego twarz "przyozdabiały" liczne blizny, w przeciwieństwie do Zerda brał udział już w niejednej bitwie.
- Mniej więcej... przeraża mnie perspektywa jutrzejszej potyczki.
- Też to miałem za pierwszym razem. Nic nadzwyczajnego. Przeważnie wszystkie wątpliwości nikną w ogniu bitwy.
- Przeważnie? - zaciekawił się Zerd.
- Lepiej wracajmy do kantyny, bo inaczej przegapimy cholernie dobrą zabawę - zmienił zręcznie temat Rath-jin.
- Jak chcesz Nath...
Gdy wracali do kantyny, Nathowi nie umknęło, że na seledynowej twarzy jego przyjaciela malują się smutek i zaduma.
- Nie no, rozchmurz się bo zepsujesz mi cały wieczór - próbował pocieszyć przyjaciela Nath, jednak Zerd nie reagował na słowa Rath-jina.
W kantynie panował klimat baru typu "postaw się i wstaw się". Jednak był drobny szczegół, który uniemożliwiał drugą z tych rzeczy, mianowicie brak alkoholu. Dowódcy w trosce o wynik jutrzejszej potyczki, nie chcieli aby ich żołnierze chodzili skacowani w czasie bitwy więc do picia dali różne napoje bezalkoholowe. Mimo to byli, tacy co próbowali udowodnić, że nie są tak naprawdę bezalkoholowe i urządzali zawody "kto pierwszy zaleje się w trupa". Ku rozczarowaniu większości, okazały się niewyskokowe i wcześniejsze zawody wyewoluowały w nowe "zawody w sikaniu". Gdy Zerd przeleciał już całą sale wzrokiem zauważył, że jego znajomi wołają go i Natha do stolika.

Freezer siedział właśnie w swoim biurze i odwalał papierkową robotę. Nienawidził tego, ale cóż był to jego obowiązek. "Lepsze to niż tkwienie miesiącami na linii frontu jak Cooler" - pocieszał się.
Po przeczytaniu kilku raportów i podpisaniu kilkunastu rozkazów, miał dość. Chciał wydostać się z pokoju jak najszybciej. Wyobrażał sobie jak Kivi zaraz wpadnie z nową serią "papierków" do roboty. Changeling do Kiviego nic nie miał, ale odnosił wrażenie, że zbyt poważnie traktuje on swoją pracę.
Po chwili zadumy, Freezer dyskretnie wymknął się oknem. Gdy był już na ulicy udał się do Formo Dome, głównego ośrodku towarzyskiego miasta.
Przechadzał się uliczkami miasta i podziwiał jego piękno. Był w końcu w Glacier-Polis, największym mieście na Xenomorf, rodzinnej planecie Changelingów i Monsturnów. W końcu dotarł do Dome'a. W środku trwała impreza muzyki techno. Tańczącymi byli głównie zmiennokształtni choć zdarzały się wyjątki. Barmanka zauważyła nowoprzybyłego i gwizdnęła w jego stronę. Była to Changelinka z wdziękami wyeksponowanymi przy pomocy obcisłej, czarnej, lateksowej "miniówy" oraz koszuli bez brzucha i ramiączek. Zmiennokształtna była w swojej pierwszej formie, podobnie jak Freezer.
Książę dotarł do baru.
- Co podać?
- Ciebie - odpowiedział lubieżnie.
- Ojjj... za takie coś liczę sobie napiwek ekstra - ripostowała Changelinka.
- Słuchaj Winter może skoczymy w jakieś ustronne miejsce bo tutaj jest dość tłoczno - powiedział wskazując na tańczącą masę.
- Pracuję. Poczekaj aż skończę zmianę - odpowiedziała beznamiętnie.
- Heh - westchnął książę.
- Czemu ty jesteś taki niecierpliwy, wystarczy, że musisz czekać dłużej niż pięć minut i już się irytujesz.
- Taka już moja natura.
- Idź na parkiet, potańcz tak dla zabicia czasu.
- Heh - Frezer westchnął po raz kolejny. Jednak z braku lepszego zajęcia wszedł na parkiet i stał się częścią ogarniętą euforią dzikiej masy.

Zerd siedział przy stoliku z przyjaciółmi, jeśli można tak nazwać osoby poznane mniej więcej cztery tygodnie temu. Przy stoliku, oprócz niego i Natha można było ujrzeć Nadię, Seth-jinkę o krwistoczerwonych włosach i oczach oraz niebieskiej skórze, Warda, dojrzałego Monstruna o seledynowej skórze i blond włosach, oraz Dytera, Jara-jina, istotę o czerwonej skórze i srebrnych włosach. Dyter właśnie kończył opowiadać jeden ze swoich sławnych dowcipów.
- I wtedy Changeling krzyczy: "cenzura puść mój róg"
Wszyscy zaczęli się głośno śmiać, a Ward mało ze śmiechu nie wtoczył się pod stolik. Jednak ich śmiech przygłuszony przez śmiechy bardziej donioślejsze.
- Kto to - spytał Zerd
- Sajanie - odpowiedział Ward.
- Najnikczemniejsza rasa we wszechświecie. W zamian za niepodległość swojej planety wynajmują swoich wojowników każdemu kto dobrze zapłaci - dodał swoje Dyter.
- Ale trzeba im przyznać jedno. Są lojalni - pochwalił ich Nath
- Lojalni? - zaciekawił się Zerd.
- Tak. Kiedy przylecieli na Kanassę, było ich około dwóch tysięcy. Teraz została tylko grupka, a mimo to nie zmienili frontu ani nie uciekli.
Zerd dokładnie przyjrzał się Sajanom. Było ich szesnastu. Piętnastu mężczyzn i jedna kobieta. Rzeczą, która zdziwiła młodego Monsturna najbardziej było to, że to właśnie ona nosiła zbroję nowej klasy, a to mogło oznaczać tylko to, że to ona jest dowódcą.
- Czy kobiety Sajanów mogą być wojownikami? - spytał Zerd.
- Różnie. Kobiety muszą przejść dwukrotnie cięższy trening niż mężczyźni żeby udowodnić, że są godne. Co prawda, niewielu kobietom się to udaje, ale te którym się uda ta sztuka stanowią często elitę wojowników - tym razem wypowiedziała się milcząca dotąd Nadia.
Zerd zamyślił się. Myślał, że jest wielkim wojownikiem mimo młodego wieku. Myślał, że zna się na innych rasach bardzo dobrze a tu się okazuje, że tak naprawdę to niewiele wie. Właściwie nic.
- Dzięki, że mi pomagacie. Bez was bym tu zginął - powiedział.
- Hej nie ma sprawy, w końcu jesteś teraz jednym z nas - odparł Dyter.
- Słuchaj, Zerd, jutro trzymaj się nas, to nie zginiesz - doradził przyjacielowi Nath. Rath-jin chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdążył bo do pomieszczenia wpadł jakiś żołnierz i krzyknął:
- Wszyscy oficerowie mają stawić się natychmiast w sztabie.
- No, czas na mnie. Na razie - Powiedział Nath, wstając, a po chwili już go nie było w pomieszczeniu. Wyszedł z niemałą grupką oficerów śpieszących się do sztabu. Wśród pozostałych nastała chwila konsternacji. W końcu tę "zmowę milczenia" przerwała Nadia.
- Jak myślicie, o co może chodzić, że oderwali wszystkich oficerów od zabawy?
- Głupie pytanie. Pewnie omawiają taktykę na jutrzejszą rozwałkę - odparł Dyter. Ta rozmowa na temat "czemu teraz, a nie kiedy indziej" trwała jeszcze dobre kilkanaście minut, ale Zerd już tego nie słuchał to wydarzenie brutalnie przypomniało mu o jutrzejszym obowiązku. Po raz kolejny oddał się procesowi pod nazwą myślenie, co niektórym żołnierzom w tej kantynie mogło wydać się obce.
- Ejj no, ludziska... Patrzta, chłopak nam posmutniał - przerwał rozmowę Dyter.
- Hę? - obudził się Zerd.
- Zaraz ci poprawię humor. Powiedz, opowiadałem ci już kawał o dwóch Bass-jinach? - spytał z uśmiechem maniaka Dyter.






Rozdział 03

Wybuch wojny wstrząsnął całą galaktyką, nawet Vegetą zamieszkiwaną przez rasę Sajanów, świecie, który od niedawna stał się największym punktem werbunkowym w przestrzeni. Na tej czerwonej planecie właśnie odbywał się wiec, w którym uczestniczył król i wszystkie ważne Sajańskie osobistości. Aktualnie rozpatrywany był problem wynajmu najemników dla obcych armii. Był to dość gorący temat, więc nie uniknięto kilku drobnych sprzeczek. Ale było to dopiero zapowiedzią nadchodzącej burzy.

Pomieszczenie, w którym prowadzono dyskusje było owalne i pomalowane na czerwony metaliczny kolor. Brakowało okien, co sprawiało, że pokój od środka wyglądał jak bunkier. Przy wejściu ustawiono coś w stylu półokrągłego amfiteatru, a na środku pomieszczenia, frontem do zebranych, stał masywny tron, na którym siedział król Vegeta. W końcu do głosu doszedł Sajan siedzący w środku tego amfiteatru. Miał on bujną, czarną czuprynę. Kilka blizn na twarzy i ciemnozieloną szatę z przyczepioną białą peleryną.
- Panie... czy widziałeś liczbę ofiar... dwadzieścia tysięcy poległych Sajanów po stronie Cesarstwa... piętnaście po stronie Imperium... przy takiej średniej, nasza rasa niedługo zniknie - zaczął.
- Co więc proponujesz, generale Bardock? - spytał król.
- Walczyć.
- I zginąć. Jeśli zniesiemy istniejący porządek rzeczy, Slug albo Cold rzucą się na naszą planetę, a my nie będziemy zdolni odeprzeć ich uderzenia. Lepiej się podporządkować - wysunął kontrargument władca.
- I zginąć... Panie, czy ty jesteś ślepy nie widzisz co się dzieje. Wszyscy nasi najlepsi wojownicy niedługo znikną i nie będziemy w stanie bronić naszej planety.
- Generale Bardock jeszcze słowo, a posądzę cię o zdradę! Siadaj! - uniósł się król. Bardock usiadł z miną typu "zaraz zmienię się w oozaru i odgryzę ci głowę". Po tym wydarzeniu w sali zrobiło się trochę bardziej nerwowo i nikt nie śmiał już polemizować z królem Vegetą.
Po zakończeniu wiecu wszyscy zebrani rozeszli się do swoich domów. Jedynie Bardock poszedł do portu kosmicznego. Załatwił wszystkie formalności i wsiadł do swojej kapsuły, która obrała na kurs na jedną z planet Imperium. Sajan podczas podróży myślał nad wydarzeniami minionego dnia:
"Vegeta stał się słaby. Przez niego wszyscy niedługo będziemy leżeć martwi na jakimś zapomnianym przez cywilizacje polu bitwy. Myślałem, że może go jakoś przekonam. Nie udało mi się. Niestety trzeba będzie go usunąć. I mimo swojej potęgi nie powstrzyma tego, co dla niego przygotowałem, a wtedy Imperium, Cesarstwo, Baronat, Hegemonia, Rubież, wszyscy będą musieli się ugiąć przed potęgą rodu Sajanów."

Obie armie ustawiły po przeciwnych brzegach rzeki. Każda z walczących stron wiedziała, że wynik tej potyczki zadecyduje o wyniku całej bitwy, a jeśli patrzeć dalej w przyszłość, to może mieć duży wpływ na losy wojny. Jednak w tej chwili Zerd nie myślał o takich rzeczach. Bardziej obchodziły go takie "banały", jak przetrwanie. Na szczęście dla niego Nath, załatwił mu miejsce w oddziałach wspomagających, choć z trzydziestoma trzema tysiącami jednostek powinien walczyć w szeregach szturmowych. Monsturn obejrzał żołnierzy, z którymi przyjdzie mu walczyć ramię w ramię. Wojowie pochodzili z najróżniejszych ras, nawet takich, o których Zerd słyszał, że istnieją, ale nigdy nie miał no to "namacalnego" dowodu.
Młody chłopak skierował wzrok także w stronę wroga. Tam w przeciwieństwie do jego "braci" nie było widać kto jest z jakiej rasy, ponieważ białe zbroje, z kaskami tego samego koloru dobrze to ukrywały. Przynależność gatunkową można było wydedukować jedynie po wzroście, ilości rąk, rodzaju ogona i tego typu rzeczach. Nagle Zerd usłyszał potężny krzyk dochodzący zza jego pleców:
- Baczność!
Wszyscy żołnierze jak jeden mąż przyjęli odpowiednią postawę. Nie minęło kilka chwil, a przed szeregi wyszedł osobnik ubrany w złotą imperialną zbroję. Był to Changeling w pierwszej formie. Miał czarne połyskujące rogi, zielony jakby szklany "ochraniacz" na głowie, fioletowy odcień skóry oraz nos, który wyglądał jakby był zrośnięty po złamaniu. Zerd rozpoznał go od razu. Iceberg. Jeden z najlepszych generałów polowych Imperium. Nie tylko doświadczony dowódca, ale także bohater tej wojny. Miał na swoim koncie takie wyczyny jak zwycięstwo na Geelins, czy umożliwienie odwrotu z Norad wojskom Arktosa.
Changeling rozpoczął swoje mowę, która miała zachęcić żołnierzy do walki i w przypadku Zerda odniosło to zamierzony skutek. Monsturn poczuł jak rozpiera go energia. Zmiennokształtny skończył przemawiać i odszedł na pewną odległość aby ustawić się na niewielkim wzniesieniu. Stamtąd najwidoczniej chciał kierować ruchami jednostek.
Zerd zerknął jeszcze na stronę przeciwnika i dostrzegł, że tam odbywa się podobny proces. W końcu, po ustawieniu się obu dowódców wszystko się zaczęło. Oddziały szturmowe obu armii wyskoczyły w powietrze i starły się nad kanassyjską rzeką. Zerd oglądając pierwsze zadane ciosy tej potyczki i pokrzepiony przemową Iceberga zaczął żałować, że nie był w pierwszej linii.
Niebo co chwilę rozświetlane było wybuchami pocisków ki, a żołnierze obu stron utworzyli coś w stylu w dwóch "rozproszonych murów". Można było dostrzec, że jest to walka do końca, ponieważ co jakiś czas ktoś martwy lub ciężko ranny wpadał z głośnym pluskiem do rzeki. Krótko mówiąc trup słał się gęsto.
Monsturn nie musiał długo czekać na okazję do przetrącenia kilku karków. Generał Iceberg nakazał reszcie wojska ruszyć do boju. Wszyscy "wspomagacze" jak jeden mąż wyskoczyli w stronę walczących. Zerd rozpędził się do granic możliwości i uderzył pięścią w brzuch jednego ze znajdujących na jego drodze wojowników Cesarstwa. "Cesarski" odleciał na kilka metrów, ale po chwili doszedł do siebie i rozpoczął własny atak. Wyprowadził dwa następujące po sobie ciosy pięścią wymierzone w twarz. Monsturn zablokował oba i wprowadził haka wycelowanego w brzuch przeciwnika. Trafił.
Cios spowodował, że żołnierz cesarstwa zgiął się wpół. Zerd wykorzystał nadarzającą się przewagę i uderzył pięścią w tył głowy wroga. Uderzenie okazało się na tyle silne, że opancerzony wojownik zaczął spadać. Monsturn poprawił jeszcze małym ki blastem, który nadał trafionemu sporą szybkość, z którą uderzył w taflę wody.
Zerd rozejrzał się po okolicy i zobaczył walczących dookoła niego żołnierzy. Poczuł się lekko zdezorientowany ponieważ nie wiedział kogo ma teraz zaatakować. Na szczęście lub na nieszczęście wrogowie sami go znaleźli. Było ich trzech.
Monsturn przyjął postawę bojową i czekał na ruch wroga. Oczekiwanie nie trwało długo, ponieważ cała trójka zdecydowała się na jednoczesny atak. Zerd zdołał odeprzeć dwa pierwsze, ale trzeci trafił go prosto w nos. Monsturn odleciał kawałek, otarł wyciekającą z nosa krew, poprawił zieloną czuprynę i ruszył do natarcia. Napotkał kontrę dwóch z napastników. Młodzik zdziwił się dlaczego trzeci się nie włącza, ale stwierdził, że z dwoma naraz pójdzie mu o wiele lepiej niż z trzema, więc się tym zbytnio nie przejmował.
Nie mylił się - dwójka przeciwników nie dawała mu rady. Po pewnym czasie nie przestali nawet nadążać z blokami czy unikami. Krótko mówiąc, dostawali równo w dupę. W chwili gdy Zerd chciał już kończyć walkę jego przeciwnicy odskoczyli na boki, a trzeci dotychczas nie biorący udziału w starciu wystrzelił, w stronę zmiennokształtnego, sporych rozmiarów strumień ki. Monsturn zdecydował się przyjąć atak na blok. Był to błąd, ponieważ w chwili gdy ki napotkała opór spaliła materiał na jego rękach i zaczęła palić jego ciało.
Młody wojownik wiedział, że teraz już nie może zrobić uniku i musiał utrzymać się aż do końca tego ataku. Czuł ogromny ból i swąd palonego mięsa, ale wytrzymał. W końcu atak dobiegł końca. Zerd wisiał w powietrzu oszołomiony atakiem, a może bólem. To nieistotne. Ważne było jednak, że nic nie robił i przez to oberwał nogą w bok głowy. Spadając dostał kolanem w plecy co zmieniło trajektorię jego lotu. Gdy spadał, zauważył lecący w jego stronę mały pocisk ki. Z pewnością wystrzelony po to aby go dobić. Monsturn uniknął ataku wyhamował lot i z pełną prędkością zaszarżował na strzelca. Uderzył go głową w brzuch, następnie złapał go za rękę i rzucił w stronę jednego z dwóch nadlatujących przeciwników, po czym wystrzelił sporych rozmiarów pocisk ki, który zabił obydwu zderzonych ze sobą wojowników.
Zaaferowany akcją jaka mu wyszła, Zerd zapomniał o trzecim wrogu, za co przyszło mu drogo zapłacić. Zarobił kopniaka w brzuch co sprawiło, że wypluł trochę śliny zmieszanej z krwią, a po chwili dostał kolanem w podbródek. To uderzenie pozbawiło go kilku zębów. Otrzymał także cios pięścią w twarz. Oberwałby jeszcze więcej, gdyby w porę się nie zreflektował i nie zablokował kolejnych czterech ciosów.
Przyszła jego kolej na działanie. Wyprowadził serię ataków pięścią na korpus przeciwnika, którego atak ten pozbawił tchu. Monsturn złapał "Cesarskiego" za głowę i zaczął nim obracać. Po kilku szybkich obrotach wyrzucił go w stronę wody, a następnie zbombardował go serią pocisków ki. Cesarski żołnierz, cały poraniony i tylko w strzępkach zbroi zderzył się z powierzchnią wody. Zerd już nieźle wymęczony wiedział, że to jeszcze nie koniec i zaczął się rozglądać za nowym przeciwnikiem.

Freezer właśnie obudził się i uświadomił sobie, że leży w łóżku z nagą Winter, w jej pokoju. Zresztą on też był w negliżu, co mogło oznaczać tylko jedno.
Changeling nie dużo pamiętał z tego co się wydarzyło poprzedniej nocy, jednak nie to było najgorsze. Czacha rypała go tak, jakby za chwile miała eksplodować. Tak, to był kac. Przeciwnik tak potężny, że pokonał już wszystkich najsilniejszych wojowników tej galaktyki. Freezer zaczął szukać swoich ubrań, ale po drodze przewrócił się o dwa wibratory i parę kajdanek.
"Na kaioshinów co myśmy tu robili" pomyślał zmiennokształtny dostrzegając swoje spodnie wiszące na oparciu krzesła. Po chwili miał je na sobie, ale teraz przyszła druga kwestia. Gdzie zbroja?
"Jak będę tak wszystkiego szukać to do jutra stąd nie wyjdę." - Przyszło mu do głowy, żeby obudzić Winter, ale z drugiej strony nie chciał wiedzieć co się tu tak naprawdę wydarzyło.
Trochę to trwało zanim Freezer skompletował ubiór, ale kiedy mu się to udało uznał, że musi już wracać do jednostki. Na Xenomorf była wczesna godzina, więc wszyscy w swoich pojazdach spieszyli się do pracy. Changeling myślał, że nie wytrzyma i padnie trupem zanim doczłapie się do jednostki. Kac potęgował zgiełk, co sprawiało, że odczuwał potężny ból głowy.
Mimo wszystkich tych niekorzystnych czynników i wbrew przewidywaniom analityków Freezer dotarł w końcu do jednostki. Tutaj panowała względna cisza ponieważ żołnierze zajmowali się rozkazami wydanymi przez ich dowódców. Co jakiś czas musiał odwzajemnić salut jednego z przechodzących żołnierzy, ale to mu nie przeszkadzało. Miał nadzieję, że nie spotka kogoś przez, którego ta cisza mogłaby być brutalnie zniszczona.
Już prawie dotarł do swojego biura, gdy nagle znikąd pojawił się Kivi. Zaczął mu truć, że on sobie chodzi na dyskoteki, a tu wojna i trzeba zająć się ważnymi dokumentami, dyplomacją i tego typu rzeczami. Changeling już miał użyć go zamiast mopa, żeby wyfroterować podłogę, ale w ostatniej chwili się powstrzymał i powiedział do swojego podwładnego-nadzorcy.
- Kivi, dobra, zajmę się tym wszystkim, ale mam do ciebie prośbę: przynieś mi słoik aspiryny i ten twój napój "anty-kac".
- Już się robi, szefie. - Kivi oddalił się po wymienione wcześniej środki. W tym czasie Freezer wszedł do biura i rozłożył się w swoim fotelu. Nagle za sobą usłyszał głos:
- Książę Freezer... Mam dla ciebie pewną propozycję... Nie do odrzucenia.
Freezer natychmiastowo się obrócił i zobaczył małego Bass-jina ubranego w cesarską zbroję.
 
 
BH Daimaouji 
SSJ 5


Posty: 4534
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 1:24 am   

Cytat:
Bardock usiadł z miną typu "zaraz zmienię się w oozaru i odgryzę ci głowę"


O , no to chyba mu sie nie uda , kazdy wie ze Vegeta Ou > Bardock

BTW dobre imie na nowego "changelinga" , Winter , chyba Kuriza odpada jak widze , o ile jego imie to znaczy "Kasztanowy zamrazalnik (tak to sie pisze?)" , a skoro mowa o synu Freezie , planujesz go dac?

Cytat:
Technika w sumie nazywa się kamehame-ha!


Niep technika pochodzi od nazwy wodza , wiec jest Kamehameha

OMG ale ty pisesz , podobnie duzo co Piotrek :shock:

Cytat:
Czytajac mojego fika musisz zaakceptowac fakt, ze fabula zgadza sie z serialem tylko do konca DB czyli pokonania Piccola. Dalej wszystko juz jest zupelnie inne


1.Wiec , Videl jest tutaj 4 letnia dziewczynka tak? Co znaczy ze...............Gohan i Videl znaja sie od dziecinstwa? Dobre
2.Dla mnie ok , lubie co by bylo historie
_________________
ozzy.4.pl <- chyba została zmieniona, szkoda

Piszcie do mnie BH , nie BH Daimaouji

"100% JBH !!" - Nie wiem o co ci chodzi astarot , ale jesli to ma byc obraza , to chyba miales SIEBIE na mysli

Angela Buga 2008-2014
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 2:12 am   

BH:

Cytat:
Cytat:
Bardock usiadł z miną typu "zaraz zmienię się w oozaru i odgryzę ci głowę"


O , no to chyba mu sie nie uda , kazdy wie ze Vegeta Ou > Bardock


W tym wypadku tak, ale nie zakladaj niczego na podstawie wiedzy z serialu, poniewaz tutaj wiele rzeczy jest innych.

Cytat:
Cytat:
Technika w sumie nazywa się kamehame-ha!


Niep technika pochodzi od nazwy wodza , wiec jest Kamehameha

OMG ale ty pisesz , podobnie duzo co Piotrek :shock:


Tak pochodzi o Hawajskiego krola, ale ma tez swoje znaczenie w jezyku japonskim i nazywa sie Kamehema-ha (bo Ha oznacza Fale Swiatla, badz sama Fale juz nie pamietam dokladnie) gra slowna. Ale to nieistotne.


Niestety nie znam Piotrka, ale chetnie go poznam.




Cytat:
Cytat:
Czytajac mojego fika musisz zaakceptowac fakt, ze fabula zgadza sie z serialem tylko do konca DB czyli pokonania Piccola. Dalej wszystko juz jest zupelnie inne


1.Wiec , Videl jest tutaj 4 letnia dziewczynka tak? Co znaczy ze...............Gohan i Videl znaja sie od dziecinstwa? Dobre
2.Dla mnie ok , lubie co by bylo historie


1. Co znaczy, ze...... nie czytasz uwaznie. [...] Z jego 21-noletniej twarzy można było wyczytać [...] Gohan mial 21 lat gdy zginal co oznacza, ze Videl musiala byc w podobnym wieku. Jak mowilem nie zakladaj niczego na podstawie wiedzy z serialu. Akcja nie dzieje, się zaraz po DB tylko cos w okolicach czasow gdy w normalnym DBZ trwala Buu Saga albo juz nawet po niej. Cos na Ziemi musialo sie stac, ze wydarzenia potoczyly sie tak, a nie inaczej. Obecnosc Zarbona jest mala podpowiedzia.
 
 
BH Daimaouji 
SSJ 5


Posty: 4534
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 2:25 am   

1.Aha
2.Ha = Fala
3.Piotrek = Dae
4.No sam pisales ze "ignorujesz DBZ" wiec myslalem ze to jest na poczatku , bo jak niby Piccolo jr jest do tej pory zly?
5.
Cytat:
Z jego 21-noletniej twarzy można było wyczytać
to czytalem , ale chodzi mi o punkt 4
_________________
ozzy.4.pl <- chyba została zmieniona, szkoda

Piszcie do mnie BH , nie BH Daimaouji

"100% JBH !!" - Nie wiem o co ci chodzi astarot , ale jesli to ma byc obraza , to chyba miales SIEBIE na mysli

Angela Buga 2008-2014
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 4:43 pm   

BH Daimaouji:

Cytat:
1.Aha
2.Ha = Fala
3.Piotrek = Dae
4.No sam pisales ze "ignorujesz DBZ" wiec myslalem ze to jest na poczatku , bo jak niby Piccolo jr jest do tej pory zly?
5.
Cytat:
Z jego 21-noletniej twarzy można było wyczytać
to czytalem , ale chodzi mi o punkt 4


4. Ale to jest czysta twoja nadinterpretacja. Powiedzialem, ze ignoruje DBZ, ale nie powiedzialem, ze zaczynam od tego samego momentu co serial. W DBZ Piccolo stal sie glownie dobry przez zagrozenie Sajan z kosmosu i przez to, ze trenowal Gohana. Tutaj to sie nie wydarzylo (ale cos innego) wiec Piccolo jr jest wciaz zly, a nawet z pewnych wzgledow nawet bardziej zly niz podczas 23-go turnieju.




Kontynuacja - te dwa rozdzialy beda ostatnimi rzuconymi na forum, chyba, ze czytelnicy (jesli sie tacy znajda) zarzadaja reszty tutaj. Po pozostale odcinki zapraszam na:

http://www.dbaz.prv.pl/

Ale zachecam takze do stalego wypowiadania sie w tym temacie na temat fika i zadawania pytan autorowi.


Rozdział 04

Korytarze głównej bazy wojskowej przemierzała postać: niosąca dwie rzeczy: słoik z jakimiś proszkami oraz dzban ze zgniłozielonym płynem. Był to Kivi, przedstawiciel rasy Chinwiskerów. Owa rasa charakteryzowała się kilkoma cechami: fioletową skórą, brakiem nosa oraz dwoma czułkami, lub jak kto woli wąsami na podbródku. Kivi odziany był w czarną imperialną zbroję nowej klasy, czyli bez zbędnych naramienników.
Idąc, Chinwiskers myślał nad ostatnimi rozkazami swojego pana.
"Najpierw każe mi przynieść środki na kaca, a za chwilę gada przez scouter, żeby mu nie przeszkadzać bo ma dużo pracy. Nigdy go nie zrozumiem".
Kivi zdecydował, że odniesie wszystko na stołówkę. Oddał aspirynę i koktajl kucharzowi, po czym zauważył, że przy jednym ze stolików siedzi Dodoria. Podszedł do niego i chrząknął. Osobnik zasiadający przy stole podniósł wzrok. Był różowy, gruby, miał na głowie coś w stylu kolców i podobnie jak Kivi nosił imperialną zbroję. Przed nim na stole stała miska wypełniona udkami jakiegoś zwierzaka.
- Dodoria, wiesz, że takie obżeranie się jest nie zdrowe - zaczął Kivi.
- Ale ja jeszcze rosnę - bronił się Dodoria.
- Chyba wszerz - burknął Chinwisker.
- A ty znów bawisz się w mistera przyzwoitości - dobiegł glos zza pleców Kiviego. Pierwszy przyboczny Freezera obrócił się na pięcie aby zobaczyć kto stoi za nim.
- Ginyu - powiedział, przewracając oczami, Kivi.
- Dla ciebie, pułkownik Ginyu. Nie zapominaj, że ja jestem tu dowódcą kiedy Freezera nie ma w bazie.
- A ja jestem jego pierwszym przybocznym, więc jeśli chodzi o uprawnienia to mam prawie takie same jak twoje, "GINYU".
Ginyu już chciał kontynuować swój wywód, ale dostał zgłoszenie na swój scouter i musiał iść tam gdzie był akurat potrzebny.
- A temu co? - spytał kolegę po fachu Dodoria.
- To przez to, że jego oddział "Ginyu Force" został rozgromiony na Alternusie - powiedział Kivi, siadając na przeciwko swojego rozmówcy Kivi.
- Alternus? Czy to nie jedna z planet Sluga? - powiedział "różowiutki" połykając kolejne udko.
- Tak. Mieli tam wykonać jakaś misję, ale wpadli w pułapkę i całego oddziału przeżył tylko Ginyu. Po tym wydarzeniu zrobili z niego pułkownika i zesłali tu. Kiedyś dało się z nim porozmawiać, a teraz stał się dupkiem.
- Do "koloni karnej", hehe... - zaczął śmiać się Dodoria.
- Tu się nie ma z czego śmiać, w końcu nie on jeden tu trafił - powiedział na to "fioletowy" spoglądając na drugiego przybocznego.
- Hej... ja tą bazę nieumyślnie rozwaliłem. A ty, czemu tu jesteś? Też musiałeś coś namieszać skoro tu jesteś. Nigdy mi tego nie powiedziałeś.
- Co namieszałem, to namieszałem. Myśmy się powinniśmy cieszyć, że za karę nie posłali nas choćby na front na Malakrze. Ja się mogę z Freezerem pomęczyć jeśli to ma być zapłata za moje życie.
- Taaa... - powiedział, a raczej wymamrotał tamten mając w ustach jeden z ostatnich już kąsków.
- Nie mówi się z pełnymi ustami - pouczył Dodorię Kivi.
- Wiesz, Ginyu to dupek, ale trochę racji ma. Więc jak się nie zamkniesz to zrobię z ciebie drugie śniadanie - zaczął się już irytować drugi przyboczny. W tej właśnie chwili dobiegł ich dźwięk dochodzący ze scouterów:
"Czerwony alarm, intruz w bazie. Powtarzam: czerwony alarm, intruz w bazie."
Obaj momentalnie poderwali się z ze swoich siedzeń i zaczęli biec w stronę wyjścia, Dodoria złapał ostatnie udko i zaczął je jeść w drodze.
- Dodoria, jedzenie w biegu jest niebezpieczne, można się udławić. - Po raz kolejny Kivi udzielił rady swojemu towarzyszowi. Gdy pierwszy przyboczny kończył mówić w jego stronę pomknął pocisk ki, który został wystrzelony przez Dodorię. Kivi uniknął pocisk rzucając się na podłogę, a wspomniany wcześniej ki blast zrobił nowe okno w ścianie stołówki.
- Co ty robisz! - wydarł się Chinwisker.
- Ostrzegałem cię. Wiesz chyba już wiem dlaczego cię tu zesłali - powiedział Dodoria, po czym zniknął w korytarzu. Kivi nie zwlekając długo podniósł się i ruszył w pogoń za wątpliwym przyjacielem.

Dyter nie był zadowolony z zaistniałej sytuacji. Dostawał mocne cięgi i nie mógł nic na to poradzić. Twarz miał całą w żółtej krwi, wypływającej z przetrąconego nosa oraz rozciętych warg.
Rozejrzał się i zobaczył, że siły Imperium uzyskały sporą przewagę, a "ściana" żołnierzy cesarstwa została zepchnięta o dobre kilkadziesiąt metrów. Był to powód do radości, ale on nie myślał o tym. Miał teraz na uwadze swoją walkę.
Jego przeciwnikiem była kobiet, a przynajmniej tak można było wnioskować po jej sylwetce, ponieważ kask i zbroja skrzętnie ukrywały tożsamość. Wojowniczka posiadała cztery ręce i była podobnego wzrostu co Dyter, czyli około metra sześćdziesięciu. "Cesarska" ruszyła po raz kolejny na Jara-jina atakując nogą. Czerwonoskóry zablokował cios kolanem i wyprowadził prawy prosty w głowę przeciwniczki. Trafił w powietrze. Jego przeciwniczka była tak szybka, że nie tylko uniknęła ciosu, ale także zdążyła "zajść" za niego i zaatakować serią przy użyciu wszystkich swoich rąk. Dyter był o wiele wolniejszy, ale bardziej odporny i mimo, że otrzymał sporo ciosów, czuł się tak jakby otrzymał dwa lub trzy potężne.
Odleciał na kilka metrów aby nabrać rozpędu. Nie zdążył. Gdy osiągnął zadowalającą go odległość, przeciwniczka podleciała do niego z wręcz przerażającą szybkością. Żołnierz Imperium zarobił kilka ciosów w brzuch, co go na chwilę zamroczyło, a w takiej walce chwila to bardzo długo. Kobieta złożyła wszystkie swoje cztery ręce w jedną pięść, wykonała obrót o sto osiemdziesiąt stopni i uderzyła go w bok głowy posyłając lotem koszącym w dół.
Dyter nie był zdolny w żaden sposób wyhamować i czekał aż uderzy w powierzchnię wody. Na pewno by się tak stało gdyby nie zderzył się z właśnie przelatującym Wardem. Monsturn bardzo boleśnie odczuł to spotkanie, ale zachował zimną krew i trzymając Dytera wyhamował nadany mu zderzeniem rozpęd. Czerwonoskóry spojrzał na swojego wybawiciela. Twarz Monsturna była porządnie obita, w kilku miejscach miał popękaną zbroję. Musiał walczyć z jakimś potężnym żołnierzem. Mimo to, jego seledynowa twarz przedstawiała zawadiacki wyraz. Ward był gotowy na więcej, dużo więcej.
- Ward musisz mi pomóc! - krzyknął Dyter, aby jego głos przebił się przez panujący huk jęków, wybuchów, pękających zbroi i inne odgłosy walki.
Monsturn nie odpowiedział tylko kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Puścił srebrnowłosego w momencie gdy obok nich przeleciał spory pocisk ki. Obaj zauważyli zbliżającą się do nich z dużo szybkością postać, która okazała się być przeciwniczką Dytera - najwyraźniej chciała dokończyć dzieła.
Obaj Imperialni ruszyli w stronę kobiety i zaatakowali nogami. Wojowniczka sparowała ich ciosy i zaczęła po raz kolejny swoją mordercza szarżę. Mężczyźni przez jakiś czas nawet dobrze sobie radzili i nie dość, że blokowali większość z ciosów to udawało im się co jakiś czas wyprowadzić kontrę. Jednak z czasem szło im coraz gorzej. Kontry były coraz rzadsze, a ciosy wroga coraz liczniej ich dosięgały. W pewnym momencie było już jasne, że jeśli to będzie trwało dłużej zostaną brutalnie zmasakrowani.
- V5! - krzyknął Dyter, po czym on i Ward skoczyli do góry.
Cesarska pomknęła za Jara-jinem. Czerwonoskóry wystrzelił w nią serię pocisków ki. Kobieta odbiła wszystkie i jeszcze przyśpieszyła. Na to właśnie liczył Dyter, ponieważ gdy on się zajmował wrogiem, Monsturn kończył już ładować ki. Po krótkiej chwili był już gotowy i wystrzelił dużych rozmiarów falę energii. Przeciwniczka nie była w stanie już uniknąć ataku, więc zatrzymała się i ustawiła aby przyjąć go na blok. Jednak Ward w ostatniej chwili skręcił falę i puścił ją obok niej. To zdezorientowało przeciwniczkę, a takie właśnie były założenia ich planu. Dyter rozpędził się i wbił kolanem w kask zdezorientowanej kobiety. Spod jego kolana trysnęła krew i bezwładne ciało wroga spadło do rzeki.
Jara-jin i Monsturn spojrzeli na sytuację bitwy. Wojska Imperium zepchnęły Cesarskich już nad brzeg rzeki, co oznaczało, że zwycięstwo ich towarzyszy broni jest już tylko kwestią czasu.

Zerd właśnie dobijał kolejnego wroga i był już skrajnie wycieńczony, gdy zobaczył Natha walczącego z pięcioma żołnierzami wroga. Chciał rzucić się na pomoc, ale zauważył dwóch nowych przeciwników. Jeden był już gotowy do zaatakowania go swoją ki, a drugi leciał na jego przyjaciela z mieczem. Był to moment, w którym musiał wybrać. Kogo ratować, siebie czy Natha?
Wątpliwości zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Zebrał tyle ki aby zabić, a następnie wystrzelił ją w stronę szarżującego z mieczem wroga. Jego decyzja nie była jasna nawet dla niego. Ratował kogoś, kogo znał dopiero od kilku tygodni. Ledwo miesiąc. Ale to nie był czas na rozterki. Pocisk dosięgnął celu i uśmiercił szermierza. Zerd poczuł, że w jego stronę leci strumień energii. Nie było już czasu na unik czy blok. Był tylko czas na umieranie.
W chwili gdy energia dosięgła pleców Monsturna potężna eksplozja rozświetliła niebo, a po chwili wyleciało z niej bezwładne ciało Zerda, które następnie uderzyło o taflę wody, jednak nie martwe.
W chwili gdy strumień śmiercionośnej energii zderzył się z młodym żołnierzem, on instynktownie przybrał swoją drugą formę - po raz pierwszy w życiu. Co prawda nie uchroniło go to przed ranami i utratą przytomności, ale uratowało mu to życie. Zerd unosił się na powierzchni wody pośród ciał poległych żołnierzy. Wyglądało to, jakby cała rzeka składała się z trupów.
Monsturn był ciężko ranny przez co ciągle tracił i odzyskiwał świadomość. W momentach, w których był przytomny dostrzegł walkę na brzegu, na którym znajdował się obóz cesarski. Później ujrzał pożar. Teraz miał pewność, że Imperium zwyciężyło w tej bitwie i jego zbliżająca się śmierć nie pójdzie na marne. Były jednak rzeczy, których bardzo żałował. Nie pogodził się nigdy z ojcem nie powiedział o swoich uczuciach, dziewczynie, która mu się podobała. Żałował także tego, że nikt nie będzie go pamiętał, i że umiera mając dopiero dziewiętnaście lat. Po czym po raz kolejny stracił przytomność.

Król Vegeta czekał w swojej komnacie na syna. Potrzebował jego pomocy. Został wybrany królem, ponieważ był najsilniejszy z rasy, ale kiedy dochodziło do polityki czy knowań, to tak naprawdę leżał i kwiczał.
Jego syn, wychowany przez najlepszych nauczycieli z całej galaktyki bardziej się nadawał do wymienionych wcześniej rzeczy. Poza tym Vegeta uważał, że jego potomek się po prostu z tym urodził. Nigdy nie przejawiał zdolności do zwiększania swojego poziomu mocy, ale kiedy chodziło aby kogoś zniszczyć nie używając bezpośrednio siły, zawsze osiągnął swój cel. Król Sajanów czekał jeszcze pół godziny. Zaczął się już irytować, ponieważ nie mógł się przyzwyczaić do braku punktualności swojego syna.
W końcu drzwi komnaty otworzyły się i pojawił się w nich Książę Vegeta.
- Witaj, ojcze - powiedział młody Saiyan, klękając przed królem.
- Witaj, mój synu - odpowiedział ojciec.
- Dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy o generale Bardocku, ojcze.
- Dobrze się spisałeś, mój synu, a teraz powiedz czego się dowiedziałeś.
- No więc, chodzą słuchy, że Bardock chce wszcząć rebelię przeciw tobie.
- Zabiję go!
- Niestety, nie możesz go zabić od tak ojcze. On ma spore poparcie w społeczeństwie, a także część armii jest mu ślepo oddana. Jest mu oddana bardziej niż tobie. Jeśli chcesz go zniszczyć musisz najpierw zniszczyć jego imię, reputacje, poparcie.
- Ale jak? Jak mam to zrobić?
- Na razie jeszcze nie możemy go powstrzymać, nie mamy dowodów, pretekstów, żadnego punktu zaczepienia, nic. Ale możemy opóźnić jego plany i to o sporą ilość czasu.
- A w jaki sposób chcesz tego dokonać?
- Wyślemy go na front, pod pretekstem dopilnowania kondycji naszych wojsk, aby nie przynosiły nam wstydu.
- Świetny pomysł, a my przez ten czas będziemy mieli czas na zorganizowanie jakiś zamachów na jego reputację.
- No właśnie. Widzisz ojcze, jak chcesz to potrafisz. A teraz wybacz mi, ale muszę rozesłać szpiegów - powiedział książę udając się do wyjścia.
- Oczywiście - odpowiedział król. Mimo, że jego syn był drugo- a może nawet trzeciorzędnym wojownikiem, Vegeta bardzo go cenił, szanował i był z niego dumny, choć nazwanie tego miłością byłoby już drobną przesadą. Sajanie byli rasą, która ponad wszystko ceniła siłę i odwagę. Młody książę nie posiadał ani jednej z tych cech, dlatego właśnie jego ojciec uważał go za pożytecznego i nic więcej. Dlatego też nie był godzien przejąć tron.
Tylko najsilniejszy Sajan może sprawować władzę na planecie, a w przyszłości może i poza nią.




Rozdział 05

Główna Baza wojskowa na Xenomorf była bardzo spokojnym miejscem, a to za sprawą faktu, że rodzinna planeta zmiennokształtnych leżała daleko od linii frontu. Nie odbywały się też tu żadne ważne wydarzenia, ponieważ stolicą Imperium była Core. Teraz jednak baza była w pełnej gotowości bojowej, a to za sprawą pewnego osobnika.

Dodoria i Kivi biegli jednym z korytarzy jednostki wojskowej. Przez scoutery dowiedzieli się, że ścigają szpiega, a mianowicie Bass-jina ubranego w cesarską zbroję. Fakt, że szpieg posiada taki ubiór a nie inny bardzo zdziwił Chinwiskersa. Szpieg powinien być ubrany tak, aby wmieszać się w otoczenie i nie przyciągać zbędnej uwagi, a taka zbroja przecież rzucała się w oczy. Jedynym wytłumaczeniem, jakie przychodziło w tej chwili fioletowoskóremu na myśl była pewna zdolność, jaką posiadała rasa Bass, a mianowicie wyjście poza czas poprzez wstrzymanie oddechu.
Biegli tak jeszcze przez dłuższą chwilę, kierując się wskazówkami z centrum dowodzenia oraz informacjami uzyskanych od innych grup poszukujących, które otrzymywali poprzez swoje scoutery, gdy za zakrętem Dodoria zauważył małego osobnika o zielonej skórze i czworgu oczu.
- Jest! - krzyknął różowiutki, po czym rzucił się na swoją ofiarę.
- Dodoria, stój! - ryknął Kivi, aby powstrzymać swojego towarzysza. Jednak było już za późno. Dodoria najpierw przygniótł swoją ofiarę cielskiem, a następnie zaczął ją niemiłosiernie okładać. Kivi podbiegł do swojego współpracownika i powiedział zrezygnowanym głosem.
- Kurde... Dodoria, to nie ten.
- Co? - powiedział Doduś schodząc z tego, co zostało po żołnierzu Imperium.
- No spójrz na jego pancerz, jest imperialny - powiedział Kivi pokazując na popękany pancerz ofiary różowiutkiego.
- Ja tam się nie znam, najpierw walę potem pytam - ripostował z pretensją w głosie Dodi.
- Właśnie widzę. Dobra, zanieś go do ambulatorium, bo widzę, że jeszcze zipie. Jak przeżyje to może mniej się nam oberwie od Ginyu, więc leć! - Dodoria, nie zastanawiając się długo, zebrał na wpół żywego osobnika i pobiegł do sali medycznej. Kivi natomiast skontaktował się przez scouter z centrum dowodzenia, aby dowiedzieć się gdzie ma teraz się udać. Został powiadomiony, że nie musi się już uganiać za "cieniami", ponieważ intruz został złapany w magazynie spożywczym, gdy nie mógł już utrzymywać stanu "wyjścia". Kiviego bardzo ucieszyła ta wiadomość, ale za chwilę nastąpiła rzecz o wiele mniej przyjemna. Ze scoutera popłynął głos kogoś z obsługi centrum dowodzenia:
"Pierwszy przyboczny Kivi ma się stawić u Pułkownika Ginyu w celu wyjaśnienia incydentu utraty jednego żołnierza."
- Kurde, czyli on jednak umarł. No, może nie będzie aż tak źle w końcu to nie ja go zabiłem, zwalę całą winę na Dodorię - powiedział do siebie Chinwiskers, po czym udał się do centrum dowodzenia.
Dodoria przebywał właśnie w ambulatorium i rozmawiał z przebywającym tam lekarzem, gdy otrzymał podobną wiadomość, co jego kompan. Nie zwlekając udał się do sali gdzie znajdował się Ginyu. Co prawda Kivi i Dodoria byli przybocznymi samego księcia, co dawało im to spore uprawnienia oraz przywileje (czasami nawet większe niż rogacza), ale jeśli chodzi o hierarchię wojskową to Ginyu był od nich o piętro wyżej.
Stanęli przed drzwiami prowadzącymi do miejsca, w którym czekało ich dużo spowiadania i tłumaczenia.
- Ty wchodź pierwszy, to przez ciebie jesteśmy w tym gównie - powiedział, a raczej warknął Kivi.
- Ale ty mogłeś mnie powstrzymać. Nie zapominaj, że tobie też się oberwie - odparł Dodi.
- Za, jakie grzechy pokarali mnie pracą z taka górą tłuszczu jak ty? - spytał z dezaprobatą w głosie Kivi.
- Za to, co namieszałeś u Colda - odparł Dodoria.
- To było pytanie retoryczne, idioto - warknął fioletowy.
Dla drugiego przybocznego Freezera to było już za dużo. Nie dość, że jego współpracownik wyzwał go od przygłupów, to jeszcze powiedział, że jest gruby, a on miał tylko grube kości!
Dodoria w tym momencie wybuchł i rzucił się z krzykiem na swojego rozmówcę. Korytarz, w którym rozpoczęła się walka był dość wąski przez to większość ciosów zadanych przez oponentów była celna. W gorszej sytuacji był Dodoria, bo o ile Kivi był jeszcze w stanie unikać niektórych ciosów to masywny Doduś nie miał takiej możliwości. Wkrótce obaj przeciwnicy byli już zdrowo poobijani i nieszkodliwa dotąd sprzeczka przerodziła się w walkę w stylu "ręka, noga mózg na ścianie".
Dodoria był wściekły, miał aż dwadzieścia tysięcy jednostek przewagi nad swoim przeciwnikiem, a mimo to miał z nim problemy. Pomyślał, że gdyby walka odbywała się na otwartym polu to wtedy bez problemu by sobie poradził, jednak ta zaduma kosztowała go cios w twarz oraz silnego kopa w żołądek. Kivi szybko uskoczył przed ripostą i stanął plecami do drzwi. Różowy rozpędził się i wyprowadził prawy prosty w korpus przeciwnika. Fioletowy wykonał swój ulubiony manewr, czyli "padnij". Różowy potknął się o leżącego oponenta i jego cios powędrował na zamknięte drzwi. Przynajmniej tak by się stało gdyby się one nie otworzyły. W wejściu stanął podirytowany Ginyu, który miał już dość czekania na swoje "ofiary" i postanowił ich poszukać, co uniemożliwiła mu pieść Dodorii, która z dużą prędkością i siła spotkała się z jego twarzą. Rogacz poszybował przez pół centrum dowodzenia. Po czym, jeszcze leżąc krzyknął:
- cenzura MAĆ! Dodoria! Kivi! Do mnie, wy cenzura w dupę cenzura!
Ostatnie, co zdarzył powiedzieć Doduś przed tym niekontrolowanym wybuchem złości pułkownika było:
- Ups.
- No to mamy przejebane - zdążył dodać Kivi.

Bitwa na Kanassie dobiegła już końca. Zwycięzcami okazali się żołnierze służący w Szóstej Armii Imperialnej. Tak poważnego zwycięstwa Imperium nie odniosło od kilku miesięcy. Ta wygrana miała ogromne znaczenie militarne, ponieważ zatrzymała "pochód" wojsk nieprzyjaciela. Jednak jeszcze większe było jej znaczenie psychologiczne. Taki wynik bitwy na pewno podniesie morale walczących na froncie żołnierzy. Tego dowódcy sił Imperium mogli być pewni. Teraz jednak nastał czas opatrywania rannych i żałoby za poległych tu wojowników.

Zerd unosił się na rzece. Był nieprzytomny, widocznie skutki ataku, na jaki został wystawiony były bardziej poważne niż mogło to się wydawać. Monsturn znajdował się prawie na samym środku kanassiańskiej rzeki. Rzeki trupów, rzeki krwi, rzeki śmierci. Nie można było tego inaczej nazwać. Mimo tak dużej ilości poległych, wśród tej "kostnicy" znajdowali się ranni. Dlatego właśnie po wodzie pływały barki z sanitariuszami, którzy zbierali i opatrywali ocalałych.

Zerd obudził się na jednej z takich barek. Całe plecy miał w bandażach, ponieważ tam był najpoważniej ranny. Młodzian rozejrzał się po łodzi i spostrzegł, że obok niego leży już spora grupka rannych. Na początku zdziwił go fakt, że znajdują się tu także żołnierze wroga, ale później uświadomił sobie, że sanitariuszy obowiązywała przysięga o ochronie życia, a i postanowienia konwencji międzygwiezdnej mówiły o humanitarnym traktowaniu jeńców, a ci żołnierze niezaprzeczalnie się nimi stali. Trzeba także dodać, że obie strony bardzo przestrzegały tych postanowień. Zerd spróbował się podnieść, ale ta czynność sprawiła mu to potworny ból, przez co jęknął niemiłosiernie. Odgłos, który wydał zmiennokształtny zwrócił uwagę jednego z sanitariuszy. Medyk podszedł do swojego pacjenta.
- Jak się czujesz?
- Lepiej nie mówić, wszystko mnie boli, a zwłaszcza plecy - skarżył się Zerd. Monsturn uważnie przyjrzał się swojemu lekarzowi. Był on tryklopem. Co w przypadku takich zawodów jak medyk polowy nie było niczym nadzwyczajnym, ponieważ rasa trójokich istot posiadała zdolności uzdrawiające. Tryklop nosił coś w stylu imperialnej zbroi, ale była ona krwistoczerwona, aby informowała, kim on jest. Sam kolor był w stanie uratować mu życie, ponieważ na polu bitwy sanitariuszy się nie atakowało. Oprócz charakterystycznych trojga oczu, posiadał haczykowaty nos oraz krótkie blond włosy. Medyk przyłożył do ciała Zerda swoje ręce, po czym przekazał mu cześć swojej uzdrawiającej energii.
- Masz to - powiedział sanitariusz wręczając mu strzykawkę.
- A, co to? - spytał Monsturn.
- Środki przeciwbólowe. Daję ci je, ponieważ za chwilę energia, którą ci przekazałem zacznie działać, a gojenie się ran przez moją moc jest nadzwyczaj bolesne, więc dobrze ci radzę, użyj ich jak najszybciej - wyjaśnił tryklop.
Na początku młody Monsturn zdziwił się, że sam musi sobie wstrzykiwać lek. Jednak uświadomił sobie, że na barce jest tyle osób ciężej rannych od niego, medycy się nie wyrabiają i tym względnie sprawnym dają leki, żeby sami się sobą zajęli. Zerd trochę się przestraszył perspektywy zwijania się w bólu, więc jak najszybciej wstrzyknął sobie lek. W tym momencie gdyby stał, to by się przewrócił, środek był tak silny, że młody Monsturn po raz kolejny stracił przytomność. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że nie będzie czuł przepowiedzianego mu przez sanitariusza bólu.

Freezer był strasznie wnerwiony, ale bynajmniej nie incydentem, jaki miał miejsce niedawno w jednostce. Changeling dostał wiadomość, że za kilka dni musi udać się na Core, stolicę Imperium. Miał tam się spotkać z rodziną, czyli ojcem i bratem. Freezer nienawidził takich zjazdów rodzinnych, ponieważ miał zatargi z Coldem i perspektywa kolejnego spotkania mu się nie uśmiechała. Krótko mówiąc, wychodził z siebie. W pewnym momencie wstał z fotela i zaczął chodzić po swoim biurze. Przechadzał się w tą i z powrotem, jak lew w klatce. Ten "rytuał" trwał jeszcze kilka dłuższych chwil, aż do momentu, gdy do jego biura wszedł żołnierz. Wykonał standardowe powitanie, czyli salut i klęknięcie na jedno kolano, po czym powiedział:
- Pani Winter do pana.
- Niech wejdzie - powiedział chłodno Freezer. Podwładny przytaknął i opuścił pomieszczenie, zaraz po nim do biura Freezera weszła zaanonsowana wcześniej Changelinka.
Winter podeszła do księcia i pocałowała go czule w usta, ale on nie odwzajemnił pocałunku. Zmiennokształtna była już do tego przyzwyczajona, ponieważ Freezer często tak robił, więc zbytnio się tym nie przejęła. Changelinka, podobnie jak książę, była w pierwszej formie, ale nie posiadała rogów. Ten atrybut był zarezerwowany tylko dla mężczyzn tej rasy. Winter miała różowe "ochraniacze", mały zgrabny nosek i równie różowe oczy. Była ubrana w jednoczęściową zieloną sukienkę, która sięgała do kolan i posiadała duży dekolt.
- Co tam u ciebie, Freez? - spytała beztrosko Winter, opierając się o biurko. Freezer najpierw usiadł w swoim fotelu, po czym powiedział ponuro:
- Za kilka dni muszę lecieć na Core.
- Do stolicy? Podobno Core jest jedną z najpiękniejszych planet w całym Imperium - zachwycała się Winter.
- No, tak mówią, choć nie wiem czy pięknem można nazwać planetę, która jest w dziewięćdziesięciu czterech procentach zurbanizowanana.
- Ale wiesz, nazywają ja planetą świateł... Swoją drogą ciekawe jak to wszystko wygląda - rozmarzyła się zmiennokształtna.
- Chyba nie myślisz, że zabiorę cię ze sobą - powiedział zimno książę.
- Oczywiście, że nie - odparła natychmiast Winter. Jej odpowiedź była najszczerszym kłamstwem, ponieważ idąc tu miała ogromną nadzieje, że Freezer może postąpi inaczej niż zawsze i ją zabierze ze sobą. Teraz wiedziała, że powiedzenie "nadzieja matką głupich" miało uzasadnione podstawy istnienia.
- Zdajesz sobie przecież sprawę, że ja tam nie lecę dla przyjemności. Będę miał sporo spotkań, spraw do omówienia, formalna robota. Nie będę tam miał czas na rozrywki towarzyskie. Ty byś się tam po prostu nudziła, więc nie ma sensu żebym cię zabierał. Poza tym muszę jeszcze załatwić kilka spraw w drodze do stolicy, a twoja obecność by mnie tylko rozpraszała - tłumaczył spokojnym głosem Freezer.
- Nie no, ja rozumiem, po prostu byłam ciekawa jak ta planeta może wyglądać. Czysta ciekawość - odpowiedziała Winter, choć czuła, że Freezer robi jej tylko wymówki, ale wniosek, jaki wysnuła przed chwilą, że nadzieja jest matka głupich znów został zagrzebany w jej umyśle. Nadzieja powróciła ponownie. Miała wiarę w to, że jej chłopak odwzajemnia to uczucie, którym ona go darzy. Nastąpiła chwila ciszy, po czym zmiennokształtna szybko zmieniła temat.
- A, co robisz dziś wieczorem? - spytała Winter przeciągając się na biurku.
- No, dzisiaj mam wolne, muszę tylko załatwić tu paru... parę rzeczy i będę wolny.
Ich rozmowa trwała jeszcze trochę, aż do momentu, gdy Freezer, powiedział, że musi wracać do pracy i grzecznie wyprosił kobietę. W chwili, gdy Winter opuściła pomieszczenie książę włączył swój scouter i powiedział groźnie:
- Dodoria, Kivi, do mnie natychmiast.

Przedstawiciele ras Chinwiskers i Bonehead stali przed Brainhornem. Cała trojka znajdowała się w centrum dowodzenia. Na twarzy Ginyu malowała się mina mordercy, co w połączeniu z plastrem sporych rozmiarów, jaki miał na nosie wyglądało komicznie. Kivi i Dodoria ledwo mogli się powstrzymać od śmiechu. Dodiemu zaczęły pojawiać się łezki w kącikach oczu, a Kivi ciągnął się za wąsy żeby sprawić sobie ból i dzięki temu opanować emocje.
- Płacz tu nic nie pomoże - zwrócił się gniewnie rogacz do Dodusia.
Tego Dodorii było już za wiele, upadł na ziemię i trzymając się za brzuch zaczął się śmiać. Choć w jego wypadku był to raczej niekontrolowany rechot. Kiviemu na ten widok nie pomogły masochistyczne zabiegi. Po chwili był już duet śmiejących się z Ginyu.
Jak się za chwilę okazało, różowy wywołał reakcje łańcuchową. Nie minęło kilka chwil, a już wszyscy pracownicy centrum dowodzenia pokładali się ze śmiechu. Rogaty myślał, że za chwilę wymorduje wszystkie znajdujące się w pomieszczeniu osoby, jednak jak przystało na twardziela zebrał się w sobie, po czym złapał dwóch przybocznych i zaciągnął ich do innego pomieszczenia. Gdy ich tam zawlókł, wydarł się:
- Wy leszcze w burakach niedorobione, jak się wam dobiorę do dupy to rodzona matka was nie pozna wy gównożercy! Będziecie wylizywać klopy do końca waszego nędznego życia!
Po tych słowach miny Kiviego i Dodoiry "trochę" zrzedły. Po chwili Ginyu trochę się uspokoił i zaczął mówić w miarę normalnie:
- Każdego dnia, od dzisiaj, po zakończeniu służby u księcia będziecie czyścić całą jednostkę, w tym klopy, wyremontujecie stołówkę, odmalujecie aulę, będziecie mieli patrole do końca miesiąca i przeszkolicie nowych rekrutów... Hehehe - zaśmiał się złowieszczo rogaty. Para przybocznych aż przełknęła ślinę, ponieważ w tym sezonie zgłosiło się sporo Changelingów, a znając ich moc i temperament to nie będzie przyjemne zadanie.
- A teraz, idioci, von!!! - krzyknął Ginyu.
- Tak jest - powiedzieli obaj i wyszli. Postanowili, że udadzą się przed jednostkę żeby trochę ochłonąć. W drodze nie odzywali się do siebie. W momencie, gdy zbliżali się już do wyjścia ich scoutery odebrały wiadomość. Był to Freezer, który powiedział: "Dodoria, Kivi do mnie natychmiast". Bez słowa sprzeciwu przyboczni szybkim wykonali rozkaz. Nie szli długo, ponieważ to "natychmiast" nie było bez znaczenia. W końcu, po standardowej inspekcji przeprowadzonej przez żołnierza pilnującego drzwi znaleźli się w biurze Freezera. Zasalutowali i stanęli na baczność przed swoim przełożonym.
- Słyszałem o waszym "wyczynie" dziś rano - zaczął Freez.
- No, bo my... ten, tego - próbował tłumaczyć się Kivi.
- Ale nic, pewnie Ginyu już się tym zajął - powiedział lekceważąco Changeling.
- I to jeszcze jak - skomentował Dodoria. Kivi natychmiastowo nadepnął mu na nogę, aby się zamknął, ponieważ miał już dość problemów jak na jeden dzień.
- Wezwałem was tu, bo macie iść przesłuchać tego intruza, który wkradł się tu dziś rano.
- Tak jest! - odpowiedzieli razem.
- A, i jeszcze jedno, wracając dostarczcie tę przesyłkę no pocztę - powiedział Freezer, wręczając paczkę Kiviemu. Obaj przyboczni zasalutowali i udali się, aby wykonać powierzone im zadania.

Do więzienia dotarli później niż mieli to zrobić, ponieważ najpierw odnieśli paczkę. Oddalone o dobre kilkanaście kilometrów od jednostki więzienie było budynkiem wykonanym w stylu neo-taverickim - czyli duży klocek bez okien, bez niczego. Ten styl budownictwa stawiał na wykorzystanie przestrzeni i był bardzo praktyczny, przez co nie było w nim miejsca na jakieś finezyjne upiększenia. Podwładni Freezera weszli do więzienia. Tam musieli się zidentyfikować.
- O, nówki - powiedział Kivi. Na ścianie były nowe urządzenia do identyfikacji. Teraz nie tylko trzeba było potwierdzić linie papilarne, ale i głos. Pierwszy do identyfikacji przystąpił Dodoria. Najpierw przyłożył rękę, a gdy miał już podać głos do weryfikacji przypomniało mu się śniadanie. Beknął tak obrzydliwie, że gdyby ktoś stał przed nim to umarłby od smrodu. Kiviemu zrobiło się niedobrze.
- Dzień dobry, panie Dodoria - odpowiedziała maszyna po przeanalizowaniu próbki.
 
 
BH Daimaouji 
SSJ 5


Posty: 4534
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 5:18 pm   

Tajtus napisał/a:
BH Daimaouji:

Cytat:
1.Aha
2.Ha = Fala
3.Piotrek = Dae
4.No sam pisales ze "ignorujesz DBZ" wiec myslalem ze to jest na poczatku , bo jak niby Piccolo jr jest do tej pory zly?
5.
Cytat:
Z jego 21-noletniej twarzy można było wyczytać
to czytalem , ale chodzi mi o punkt 4


4. Ale to jest czysta twoja nadinterpretacja. Powiedzialem, ze ignoruje DBZ, ale nie powiedzialem, ze zaczynam od tego samego momentu co serial. W DBZ Piccolo stal sie glownie dobry przez zagrozenie Sajan z kosmosu i przez to, ze trenowal Gohana. Tutaj to sie nie wydarzylo (ale cos innego) wiec Piccolo jr jest wciaz zly, a nawet z pewnych wzgledow nawet bardziej zly niz podczas 23-go turnieju.


1.@#$% BH!!!! :evil: (wybacz ale mialem zly humor) Wiem ze cytujesz ale przedtem dales BH nie?
2.No to nie wazne

(Potem skomentuje)

Doduś? Czy to Dodoria?

Update

No nie za dluuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugie to jest , i czemu dajesz dwie strony na dodatek? I Czemu tylko JA tu komentuje? Heh pewnie ten forum stal sie "Naruto Power"
_________________
ozzy.4.pl <- chyba została zmieniona, szkoda

Piszcie do mnie BH , nie BH Daimaouji

"100% JBH !!" - Nie wiem o co ci chodzi astarot , ale jesli to ma byc obraza , to chyba miales SIEBIE na mysli

Angela Buga 2008-2014
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 5:58 pm   

BH D:

Cytat:
Tajtus napisał/a:
BH Daimaouji:

Cytat:
1.Aha
2.Ha = Fala
3.Piotrek = Dae
4.No sam pisales ze "ignorujesz DBZ" wiec myslalem ze to jest na poczatku , bo jak niby Piccolo jr jest do tej pory zly?
5.
Cytat:
Z jego 21-noletniej twarzy można było wyczytać
to czytalem , ale chodzi mi o punkt 4


4. Ale to jest czysta twoja nadinterpretacja. Powiedzialem, ze ignoruje DBZ, ale nie powiedzialem, ze zaczynam od tego samego momentu co serial. W DBZ Piccolo stal sie glownie dobry przez zagrozenie Sajan z kosmosu i przez to, ze trenowal Gohana. Tutaj to sie nie wydarzylo (ale cos innego) wiec Piccolo jr jest wciaz zly, a nawet z pewnych wzgledow nawet bardziej zly niz podczas 23-go turnieju.


1.@#$% BH!!!! :evil: (wybacz ale mialem zly humor) Wiem ze cytujesz ale przedtem dales BH nie?
2.No to nie wazne

(Potem skomentuje)

Doduś? Czy to Dodoria?

Update

No nie za dluuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugie to jest , i czemu dajesz dwie strony na dodatek? I Czemu tylko JA tu komentuje? Heh pewnie ten forum stal sie "Naruto Power"



1. Doduś to skrot imienia Dodorii, wiec tak.


2.Nikt cie nie zmusza, zebys to czytal.

3. Dwie strony? Ze dwa rodzialy? Czy ze link? Dalem dwa rozdzialy bo jesli nikt nie zglosi sprzeciwu, wiecej rozdzialow sie tu nie pojawi. Bo skoro te sa dla ciebie za dlugie to dalszymi byloby gorzej bo sa jeszcze dluzsze. Ponad 400 maszynopisu w 15 rozdzialach, przy krotkich pierwszych oznacza to, ze im dalej tym rozdzialy sa bardziej rozbudowane i pokrywaja wiecej watkow.

4. Czemu tylko ty komentujesz? Najwidoczniej tylko ty pokusiles sie o przeczytanie.
 
 
Acer 
SSJ 5

Wiek: 27
Posty: 531
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 7:09 pm   

Wrażenia bardzo pozytywne. Jestem do przodu z odcinkami na tym forum, czytam na stronie, którą podałeś. Ogólnie jest fajnie. Będę dalej czytał, jestem na tak.
_________________
Ja (1-09-2008 12:44)
kolumb wszedł na twoją starą i myślał że to ameryka
Pepek (1-09-2008 12:46)
A po Twojej doszedl do Indii i Antarktydy
 
 
Dragon Fist 
A True Dragon


Wiek: 26
Posty: 529
Skąd: Złotów
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 9:42 pm   

Opowiadanie jest w porządku, nie mam żadnych zastrzeżeń. Tylko optowałbym za tym, żebyś cenzurował wulgaryzmy (jeżeli nie pochłania Ci to za dużo czasu). Miło wreszcie poczytać jakąś obszerniejszą historię alternatywną. ;]
_________________

Chcecie się dowiedzieć jak Bóg stworzył wszechświat? Obejrzyjcie to video! ;]

Garstka ciekawostek!
 
 
 
Barni 
SSJ 5


Wiek: 25
Posty: 1891
Skąd: Golina City
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 9:53 pm   

Przeczytałem pierwszego epa. Parę literówek w nim wychwyciłem, ale poza nimi jestem zachwycony. Świetne.
_________________


.
 
 
 
BH Daimaouji 
SSJ 5


Posty: 4534
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 10:01 pm   

Tajtus napisał/a:
2.Nikt cie nie zmusza, zebys to czytal.

3. Dwie strony? Ze dwa rodzialy? Czy ze link? Dalem dwa rozdzialy bo jesli nikt nie zglosi sprzeciwu, wiecej rozdzialow sie tu nie pojawi. Bo skoro te sa dla ciebie za dlugie to dalszymi byloby gorzej bo sa jeszcze dluzsze. Ponad 400 maszynopisu w 15 rozdzialach, przy krotkich pierwszych oznacza to, ze im dalej tym rozdzialy sa bardziej rozbudowane i pokrywaja wiecej watkow.

4. Czemu tylko ty komentujesz? Najwidoczniej tylko ty pokusiles sie o przeczytanie.


2.Chyba calego nie? Czytam tak
3a.No , dwa rozdzialy czy "odcinki"
3b.0_0 o
4.To byla obraza? Czy ze jestem pierwszym co to czyta tutaj?

Cytat:
BH D


I znowu to samo , ale e tam , wy jakos traktujecie moj tytul jako jakies nazwisko jak widze

Cytat:
Tylko optowałbym za tym, żebyś cenzurował wulgaryzmy


No , powstaja same "Cenzury"

BTW mam pytanie , od kiedy Bardock to general? Czy to retrospekcja?

Dol : No jak myslalem

Cytat:
Co do ksywki jesli nie chcesz, zeby ludzie nazywali cie BH Daimaouji to czemu wybrales sobie taka ksywke?


No bo gdybym dal samo BH to za malo liter jest na wiekszosc forum , wiec dalem swoj tytul , inaczej bym mogl sie nazwac po swoim imieniu poprostu
_________________
ozzy.4.pl <- chyba została zmieniona, szkoda

Piszcie do mnie BH , nie BH Daimaouji

"100% JBH !!" - Nie wiem o co ci chodzi astarot , ale jesli to ma byc obraza , to chyba miales SIEBIE na mysli

Angela Buga 2008-2014
Ostatnio zmieniony przez BH Daimaouji Pią Wrz 26, 2008 11:25 pm, w całości zmieniany 4 razy  
 
 
Tajtus 
Wojownik z Kaioukenem

Posty: 25
Wysłany: Pią Wrz 26, 2008 11:17 pm   

Acer:

Cytat:

Wrażenia bardzo pozytywne. Jestem do przodu z odcinkami na tym forum, czytam na stronie, którą podałeś. Ogólnie jest fajnie. Będę dalej czytał, jestem na tak.


Ciesze, się, że czytasz dalej i bardzo dziękuje za opinie. Jak tylko uwolnie sie od zycia studenta pierwszy ep drugiej czesci PH niedlugo zostanie opublikowany.


Dragon Fist:

Cytat:
Opowiadanie jest w porządku, nie mam żadnych zastrzeżeń. Tylko optowałbym za tym, żebyś cenzurował wulgaryzmy (jeżeli nie pochłania Ci to za dużo czasu). Miło wreszcie poczytać jakąś obszerniejszą historię alternatywną. ;]


Wulgaryzmy raczej zostana, bo uzywam ich tylko w dialogach i tylko jak pasuja do sytuacji, ale jesli zostane oto poproszony przez adminow czy modow dostosuje sie. Dzieki za opinie i przeczytanie.

Barni:


Cytat:
Przeczytałem pierwszego epa. Parę literówek w nim wychwyciłem, ale poza nimi jestem zachwycony. Świetne.


A pamietasz jeszcze gdzie te literowki sa? Staram sie wszystkie bledy wylapac i zniszczyc. I dziekuje za poswiecony czas oraz zycze milej lektury.

BH:


Cytat:
Tajtus napisał/a:
2.Nikt cie nie zmusza, zebys to czytal.

3. Dwie strony? Ze dwa rodzialy? Czy ze link? Dalem dwa rozdzialy bo jesli nikt nie zglosi sprzeciwu, wiecej rozdzialow sie tu nie pojawi. Bo skoro te sa dla ciebie za dlugie to dalszymi byloby gorzej bo sa jeszcze dluzsze. Ponad 400 maszynopisu w 15 rozdzialach, przy krotkich pierwszych oznacza to, ze im dalej tym rozdzialy sa bardziej rozbudowane i pokrywaja wiecej watkow.

4. Czemu tylko ty komentujesz? Najwidoczniej tylko ty pokusiles sie o przeczytanie.


2.Chyba calego nie? Czytam tak
3a.No , dwa rozdzialy czy "odcinki"
3b.0_0 o
4.To byla obraza? Czy ze jestem pierwszym co to czyta tutaj?

Cytat:
BH D


I znowu to samo , ale e tam , wy jakos traktujecie moj tytul jako jakies nazwisko jak widze


4. Bron Boze! Nie chcialem cie w zaden sposob obrazic. Jesli tak to odebrales to przepraszam. Chodzilo mi tylko, ze wtedy byles jedynym udzielajacym sie czytelnikiem.


Co do ksywki jesli nie chcesz, zeby ludzie nazywali cie BH Daimaouji to czemu wybrales sobie taka ksywke? To tak jakbym ja sie nazwal Tytus de Zoo i mial pretensje, ze ludzie na forum wolaja na mnie Zoo.


PYTANIE DO WSZYSTKICH:

Czy chcecie aby na forum pojawialy sie dalsze rozdzialy/odcinki czy wolicie aby reszta zostala na stronie, a ten temat zostanie tylko do dyskusji na temat fika?
 
 
Ronin 
Guru

Wiek: 28
Posty: 41
Skąd: Miedziolandia
Wysłany: Sob Wrz 27, 2008 12:15 am   

Nie wierze O_o Tajtus... czy może kiedyś występowałeś pod nickiem Tytus? Jestem pewien, że to Ty xD. Nie wierze, że Ty dalej piszesz tą historie. Jasne że masz dawać więcej, przesyłałeś mi ją do 9 rozdziału bodajże i przestałeś.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by razz & Saski