[FanFick] Redline Life

Jeśli stworzyłeś coś ciekawego i chcesz się tym podzielić, zamieść swoją pracę w tym dziale.

Moderator: Moderatorzy

Awatar użytkownika
Pitti
SSJ 5
Posty: 2676
Rejestracja: wt kwie 24, 2007 11:05 am

Post autor: Pitti »

Znow sie zaczytalem XD. Mi sie podoba, pare zdan dziwnych i jedno zle skonstruowane xD, ale mozna nie zauwazyc ;). Ogolnie dosc ciekawe, ale troche za malo sie dzieje jak dla mnie, przeskakujecie postaciami i tak wychodzi za krotko na kazda scene jak dla mnie, moze to tylko takie zludzenie, ale tak mi sie wydaje ;). Bardzo fajne 8)
Obrazek

I'll become The King of Pirates!
Awatar użytkownika
krova
SSJ 5
Posty: 1746
Rejestracja: pn sie 14, 2006 11:38 am
Lokalizacja: szczytno

Post autor: krova »

Kris pisze:Rozdział I : Atak na Soul Societe
Nie ogladalem tego anime, ale dam sobie glowe uciac, ze to pisze sie 'Soul Society'

Nooo tak sie pisze XD //Kris
Ostatnio zmieniony czw lis 15, 2007 12:57 pm przez krova, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

-Jest jakaś miara szczęścia?
-Tak, promile.

Obrazek
Awatar użytkownika
Treyu
SSJ 2
Posty: 103
Rejestracja: pt sty 26, 2007 6:51 pm

Post autor: Treyu »

Cóż, ze starej dobrej znajomości z Acerem postanowiłem przeczytać kolejne części ;] A konkretnie zająłem się ostatnią. Oczywiście jak widzę, powtórzeń nie postanowiliście zredukować, chłopcy xD
Jednak nie tylko kapitan Urith był podenerwowany, każdy kapitan miał problemy ze swoim oddziałem
Powtórzenie, dwa razy kapitan. To pierwsze spokojnie można by usunąć.
Bliz spodziewając się takiej reakcji wyskoczył w powietrze, zlatując na ziemię kilkukrotnie ruszył rękoma, gdy jego stopy dotknęły drogi, głowy kilku Ryoka odpadły, a z ciała zaczęła tryskać krew
Jeśli ktoś na czysto skumał o co chodzi, to albo tak gada na codzień, albo to ja jestem jakiś niekumaty. Wyraźnie zdanie zostało dziwnie zbudowane, wręcz nieskładnie i za długo.
50..51..52..53…54..55…56..57..58..59.60..62..64.65.66 – mruczał pod nosem Bliz
Może było tak pisać do stu? xD Bez przesady, można by to lekko skrócić.

- Zatrzymać go dopóki tego nie przyniosą – krzyczał najwidoczniej przywódca Ryoka, ponieważ ponownie zaczęła się szarża na Shinigami.
To w końcu krzyknął czy nie? xD Jeśli mieliście zamiar ukazać przywódcę, to zdanie brzmiałoby lepiej tak - Krzyknął jeden z mężczyzn w tłumie Ryoka, prawdopodobnie ich przywódca. Or something like that ;]

Ponadto widziałem też kilka ładnych zdań. Powiedziałbym, że wyróżniają się płynnością od innych i brzmią czytelnie ;] Na przykład:
dopiero po chwili zaczął rozpływać we mgłę, aby potem zupełnie zniknąć.
Gdyby nie zgubić tego "się" to zdanie brzmi miodzio. Trudno mi to wytłumaczyć, lecz to zdanie wydaje się takie lepiej złożone od reszty.
A także...
Cicho w tle powoli przesuwały się obłoki chmur, odróżniające się na panoramie miasta.
To zdanie też brzmi dobrze, jest płynne, czytelne w dodatku dobrze dobrane słowa się pojawiają ;] Uważam, że obaj powinniście przyjrzeć się tym dwóm przykładom i bazować na nich dalszą stylistykę ;]

Ogólnie ep nie wypadł źle, błędy rzucają się w oczy... lecz z czasem można na nie przymknąć oko. Jest na pewno ciekawiej i czyściej sklecone niż part 1. Jeszcze kawałek i będę zmobilizowany do czytania kolejnych części xD Pozdro od Treya.

Kropka po każdym zdaniu ;p , to, że krytykujesz to dobrze nawet cieszę się z tego. Tylko zauważyłem, że tylko rozdziały pisane przeze mnie są krytykowane ^^. Ale też fajnie ;p Niedługo nowy ep ;p będziesz miał co krytykować.//Kris

//Wybacz Kris, nie jestem rozeznany, które rozdziały piszecie xD Widocznie mój błąd krytyki ;] Powiem ci jednak, że po prostu wypisałem te błędy, które najbardziej się rzucały. Na następny raz postaram się wyciągnąć krytykę z całego opowiadanie ;] Pozdro//
Ostatnio zmieniony pt lis 23, 2007 9:55 am przez Treyu, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek
Awatar użytkownika
Kris
Avanger
Posty: 2254
Rejestracja: wt lis 22, 2005 11:33 pm
Lokalizacja: Poznań

Post autor: Kris »

EP IV : Szok

I : Arrancar cz.2

Wysoki mężczyzna z podłużną blizną przecinającą policzek trzymał za nadgarstek, rudowłosego wojownika z dziwnym kawałkiem maski na twarzy. Mężczyzna z maską trzymał w wyciągniętej ręce, niezwykle ostrą katanę, której ostrze skierowane było wprost w szeroko otwarte oczy czarnowłosego chłopaka, w których odbijała się cała scena. Obaj mieli całkowicie spokojne twarze, jakby wyprane z emocji.

Czarne włosy powiewały z wiatrem to zasłaniając to odsłaniając brzydką szramę na twarzy, biały, długi płaszcz zdawał się naśladować włosy i także wraz powiewami wiatru, to wznosił się to opadał. Sytuacja wydawała się nie mieć końca, patrząc sobie w oczy pozostawali w bezruchu, jakby czekając na coś co nigdy nie nadejdzie.

Wszystko wokół nich zdawało się zamilczeć, czekać wraz z nimi, jakby stali się centrum świata. Nagle, niespodziewanie mężczyzna o rudych włosach wyrwał lekko rękę z uścisku, przerywając tajemniczą aurę, która ich otaczała.

- Odejdź – powiedział bardzo cicho mężczyzna z blizną. Ten jakby posłuchał, kiwnął krótko głową i zaczął odsuwać się do tyło wciąż patrząc w oczy człowiekowi, który wydawał się pojawić niewiadomo skąd, z nicości. Za plecami rudowłosego zaczęła pojawiać dziura, najpierw mała, potem większa. Mężczyzna zniknął w niej, a otwór zamknął się.

- Co tu się działo? – zwrócił się mężczyzna w białym płaszczu do oszołomionego chłopaka.

Dopiero teraz wszystko wróciło do normy, znów słyszeli jeżdżące samochody, a chmury znów płynęły po nocnym niebie. Chłopak spojrzał na rozmówcę, którego biały płaszcz wyraźnie kontrastował z czernią nocy.

- Acer taichou, to był Arrancar...

- Wiem – przerwał mu mężczyzna – nie pytam się kto to był, tylko co tu się stało. – chłopak wydawał się być lekko wytrącony z równowagi. Zacisnął zęby i mówił dalej.

- Zauważyłem Arrancara, tak jak mnie uczyłeś postanowiłem go zaatakować...

- Nigdy cię tego nie uczyłem Barni, zabijaj Hollowy, ale na Arrancar uważaj. – ponownie przerwał mu Acer. Chłopak znów zacisnął zęby, poczuł jak wzbiera się w nim gniew.

- Dlaczego go wypuściłeś? Przecież to Arrancar... – powiedział Barni. Patrzył się pod nogi, aby nie patrzeć na twarz Acera. Gdy spojrzał w jego oczy zawsze czuł się dziwnie, ale teraz czuł, że to spowoduje tylko większy gniew.

- Bo tak. – odpowiedział krótko mężczyzna. – Nie atakuj więcej Arrancar, bo to się może dla ciebie źle skończyć. Sam widziałeś, ten Arrancar przewyższał cię wielokrotnie pod względem siły. – oko Acera wychwyciło drgnięcie szczęki Barniego. – Kto to jest? – zapytał wskazując głową młodego Shinigami, który od dłuższej chwili przypatrywał się w milczeniu całej scenie, trzymając się za krwawiący bark.

- Kris, Shinigami. Więcej nie wiem – odpowiedział chłopak patrząc na Krisa. Teraz zaczął odczuwać skutki walki, rana na klatce piersiowej krwawiła i odzywała się potężnym bólem. Twarz na której wylądowała pięść Arrancara też pulsowała bólem.

- Kto jest twoim kapitanem? – zwrócił się Acer do czarnowłosego Shinigami.

Kris jakby się zastanawiał czy odpowiedzieć. Nie znał go, nie wiedział kto to w ogóle jest. Co go to obchodzi kto jest moim kapitanem? Przemknęło mu przez głowę, jednak coś w duchu podpowiadało mu by odpowiedzieć.

- PP – sama – odpowiedział Kris. Spojrzał na Acera, lecz ten na niego nie patrzył. Acer spoglądał gdzieś daleko poza nimi i myślami był daleko, myślał o czymś czego ani on ani Barni nie mogli odgadnąć.

Acer wyrwał się z zadumy i kiwnął głową. Spojrzał na Barniego i jego wciąż krwawiącą podłużną ranę.

- Chodź Barni, trzeba coś tym zrobić – powiedział wskazując na krew płynący między palcami chłopaka, który próbował tamować, upływ krwi.

Odwrócił się i wystawił przed siebie rękę, z miejsca w którym trzymał palec wskazujący, zaczęła powstawać dziura, podobna do tej, w której zniknął Arrancar. Gdy osiągnęła odpowiednie rozmiary Acer wszedł do niej nie czekając na Barniego. Chłopak ruszył wolnym krokiem za nim. Gdy obaj zaczęli niknąć w mroku panującego miejsca, po drugiej stronie otworu, wejście zamknęło się za nimi.

Kris splunął pod nogi, spojrzał właśnie w dół i przypomniał sobie, że znajduje się kilka pięter nad ziemią. Oparł się o ścianę bloku i spojrzał na bark, z którego nieustannie sączyła się krew.

- Ta... – mruknął do siebie – ja też muszę coś z tym zrobić...

***

II : Codzienność

Ciemność, która jak zawsze unieszkodliwiała, każdy promyk światła, tak jakby kogoś chroniła, ta ciemność, która otaczała wszystko wokoło, kończy się wraz ze snem. Głośny huk i łomot lecącego przedmiotu metalowego, mogło wskazywać tylko na jedno, ktoś zaspał. Człowiek wydrapujący się z pod kołdry i wstawszy z ziemi szybko spojrzał na zegar ścienny, który wybijał godzinę 7:40. Zazwyczaj godzinna ta jest wczesna jednak nie dzisiaj.

- Cholera, za dwadzieścia minut lekcje, a ja nie gotowy – powiedział, chłopak, który z niebywałą szybkością odrzucił kołdrę na swoje miejsce i pobiegł do łazienki. Nie minęło 5 minut, a on wyszedł już odmieniony, fryzura miała jeszcze kilka kropelek na czubkach pojedynczych włosków, a zęby lśniły jak nigdy. Po chwili po całym mieszkaniu rozległ się hałas dzwonka. Chłopak zarzucając plecak na ramię, podchodził po woli do drzwi. Otwierając je rzucił szybko – Siema Kris – i wyszedł za drzwi.

- Cześć Bob- odpowiedział Kris, który jak było widać nie był w najlepszej formie, jednak on sam nie zwracał specjalnie na to uwagi – Bob co ty taki zadowolony ? – rzucił, chwile po opuszczeniu bloku w którym mieszka Bobercik.

- Nic, po prostu, coś mi się wydaje, że dzisiaj będzie ciekawy dzień – odpowiedział Bobercik, który jak nigdy wciąż rzucał nowymi tematami do rozmowy, wiedział dobrze, że nie zdążą do szkoły, ale mało go to obchodziło, ponieważ pierwszą lekcją i tak była technika, na którą chodziło ¼ klasy. Bobercik wraz z Kris’em w pewnym momencie się zatrzymali i podbiegli do jednej z wystaw. O dziwo była to wystawa w Księgarni , na której leżała jedna książka, najwidoczniej oboje wiedzieli co to jest.

- „Kuroi to Shiroi” autorstwa Daegurtha Navai – powiedział powoli Kris, który najwyraźniej był w szoku, zresztą tak samo jak Bobercik. Jeden i drugi byli wpatrzeni w książkę jak w obrazek jednak po chwili Kris szturchnął swojego kolegę – jeden tom, złożony z dwóch rozdziałów czyli razem jakieś 150 stron, za 250 $, to nie na naszą kieszeń – powiedział ze smutkiem jednak po chwili dodał – chyba, że dostane kasę z Soul Society – po tych słowach oboje wybuchli śmiechem i zatrzymali na chwile w miejscu. Wreszcie doszli do szkoły, mieli dość duże szczęście, bo za 5 minut zaczynała się następna nudna lekcja, czyli Religia.

- Dzień dobry, w dzisiejszym dniu pomodlimy się w intencji papieża oraz biednych ludzi – jak zwykle, przywitanie odbyło się jedno stronie, z całej klasy nie odezwała się ani jedna osoba. Jednak to było normalne, lekcja jak zwykle przebiegała zgodnie z planem, każdy by pomyślał, że zgodnie z planem nauczycielki, jednak tu każdy się mylił, wszystko szło zgodnie z planem najgorszych uczniów w klasie. Po całej sali latały krzesła, zeszyty, piórniki, a także papierki. Nie wszystkim podobała się taka lekcja, ale jak to mówili niektórzy „co zrobić ? siła wyższa”. Wreszcie lekcja się skończyła.

- Te Shivente, co ci się w ręke stało ? – spytał Latynos spoglądając na ramię poszkodowanego. Owy chłopak chodził razem z Kris’em i Bobercik’iem do klasy.

- A tam, miałem wypadek podczas remontu – odpowiedział szybko Kris, który oczywiście nie kłamał, bo nie dawno robił remont, ale jak on sam wiedział i jego najbliższy przyjaciel się domyślał powody były o wiele inne.

- Ty sieroto – powiedział z uśmiechem na ustach, po chwili jednak dodał – Bobert zobacz idzie ta laska co się w niej kochasz, jak jej ? Marica ? – pytał chłopak po czym wskazał na nią głową. Bobercik od razu ją rozpoznał, była to dziewczyna o rok młodsza od niego o ciemnych włosach i błękitnych oczach, była całkiem ładna, chociaż nie najładniejsza w szkole, jednak dużo osób lubiło z nią rozmawiać. Bobercik był zawsze zawstydzony, nigdy nie wiedział o czym ma z nią mówić i teraz też trzymał się na uboczu. Kris w pewnym momencie chwycił Bobercika za ubranie i oddał kilka kroków po czym rzucił Bobercikiem w jej stronę. W ostatniej chwili zatrzymał się tuż przed nią

-Hej Marica, co słychać ? – rzucił szybko jak tylko mógł. Dziewczyna nie była przygotowana na takie zaskoczenie i jakby odruchowo odeszła kilka kroków w tył. Po chwili jednak uśmiech pojawił się na jej twarzy i odpowiedziała „ Nic, a u Ciebie ?”. Bobercik, poczuł się przez chwile pewien siebie i podszedł do Marici bliżej i objął ją jedną ręką – Marica, umówmy się dzisiaj co ? Pragnę Cię widzieć najczęściej jak się da. – Dziewczyna, usłyszawszy te słowa była zdziwiona, błądziła myślą co ma zrobić, zastanawiała się co będzie słuszne, jednak serce przeważyło, zgodziła się na spotkanie. Bobercik był szczęśliwy, bez opanowania, pocałował swoją ukochaną i pobiegł w kierunku kolegów.

Lekcje wreszcie się skończyły, Bobercik przez cały dzień był zadowolony i nawet odpowiadał na pytania nauczycieli, każdy wymyślał teorie na temat jego zadowolenia, choć prawdziwą znał tylko on. Po wyjściu ze szkoły Kris i jego najlepszy kolega rozpoczęli rozmowę jednak ona nie potrwała długo. Z zakrętu wyszła grupka dresów.

- Marquis śmieciu, teraz zapłacisz, za podrywanie Marici, co ty myślisz leszczu, że ona będzie się z tobą spotykac ? nie bądź śmieszny zaraz zde…zde..zde- dres o wzroście 185 cm, który najwidoczniej przyszedł z kolegami zaciął się i myślał co powiedzieć, po kilku sekundach ktoś mu podpowiedział słowo – zdemoluje ci ryj – dokończył, po czym wyciągnął scyzoryk z kieszeni.

- Czekaj ! – krzyknął Kris, który na chwile zatrzymał tok akcji – was jest trzech Bobert jest jeden, ja mu pomogę tylko zdejmiemy plecaki – dokończył zdanie poczym schylił się w stronę Boberta i szepnął – Ściana, metal, krzyż – najwidoczniej Bobercik to zrozumiał, ponieważ również zdjął plecak i uśmiechnął się,

-Dajesz – rzekł Marquis który tylko czekał na głównego przeciwnika, który wybiegł pierwszy w stronę wyzwanego. Kris chwycił szybko rękę Bobercika i zrobił pół kole, w jednej chwili Bobercik przez kilka sekund biegł po ścianie, a następnie z całych sił odbił się od niej i uderzył nogą swojego przeciwnika. Spadając na ziemię rozejrzał się po otoczeniu. Kris zostawiają kolegę na walkę jeden na jeden, zajął się dwoma pozostałymi, którzy w tym czasie wyciągali noże.

-Uno Dos- liczył po hiszpańsku Kris, nie reagując na wystartowanie przeciwników – Ciento – w tej chwili, szybkim ruchem nogi, podrzucił sobie cienką metalową rurę – Quatro – chwytając metal w rękę wziął zamach i uderzył przeciwnika –BAM ! – cios był skierowany w ramię jednego z przeciwników, dlatego też przy uderzeniu słychać było trzask łamanej kości. Uderzenie było na tyle silne, że dres popchnął swojego kolegę, który przez przypadek wbił sobie nóż w nogę.

- Pozamiatane Bob – krzyknął Kris, który obróciwszy się widział upadającego człowieka.

- U mnie też – odpowiedział jego kolega po czym wziął plecak i pobiegł do domu.

- Faktycznie, dziś był ciekawy dzień…- mruknął pod nosem shinigami, który zrobił to samo co quincy.

***

III : Śmierć

Śmierć, oznaka spokoju czy tylko wielka niewiadomo naszej duszy? Śmierć przeprowadzona w sposób bolesny czy też śmierć łagodna z czystym sumieniem, przez które nie musimy się już martwić. Ciemność, która będzie zakrywać naszą dusze, zostanie rozproszona tylko wtedy..kiedy nastąpi reinkarnacja, a wtedy.. los zatoczy koło.

Niebo tego wieczora było piękne, czyste niczym dusza, która właśnie została wyzwolona z cierpienia, a gwiazdy świeciły tak mocno, że każdy fanatyk astronomii znajdzie swoją konstelacje. Do tego dochodziła pełnia księżyca, tak jakby była ona latarnią dla tych, którzy się zgubili. Z daleka widać tylko nadchodząca smukłą sylwetkę, na którą pada cień i przysłania ją piasek, którego na pustyni nigdy nie brak. Aż w końcu odsłonięcie, postać wychodzi, będąc ubrana w czarny strój i kapitańskie haori trzyma swojego zabójcę dusz w ręce, jednakże nie jest ono wyciągnięta z pochwy. Tak jakby kapitan czekał na jakiś atak. Postać która jest kapitanem jednego z 13 obronnych oddziałów nazywa się Ichizo, czyli człowiek o nienaturalnym kolorze włosów. W pewnej chwili można było zauważyć, że w drugiej ręce trzyma jakąś kartkę, które co chwile unosi do góry

„Jeśli chcesz to zobaczyć.. przyjdź tam” – zacytował nagłos kapitan, który domyślał się, że ktoś go obserwuje – To jak, wyjdziesz? – spytał się Ichizo po czym szybkim ruchem wyciągnął miecz z pochwy i machnął w lewą stronę, słychać było tylko rozbicie czegoś o miecz.

„No no, widzę, że mały Ichizo się poprawił” – powiedział ktoś z dość daleka, ponieważ głos był słaby. Po chwili można było zauważyć, jak postać zjawiła się kilka metrów przed kapitanem i lekko się uśmiechnęła. Był to średniego wzrostu, szczupły mężczyzna ubrany w fioletowy strój Quincy, a także w gogle. W prawej dłoni trzymał łuk o zabarwieniu jasno fioletowym.

-Sinju.. dobrze wiesz, że ta walka długo trwać nie będzie..- powiedział kapitan 13 dywizji, po czym pewnie chwycił zanpoktou i rzekł – Donton Ji- Jego miecz, ani trochę się nie zmienił, a sam Ichizo znikł -Donton Shiyuri- głos rozległ się echem a z piasku wyleciały dwie kamienne ręce, które wędrowały w stronę Quincego. Jednakże przeciwnik Ichizo nie był amatorem, od razu odskoczył do tyłu i wypuścił z swojego łuku 2 strzały, które przebiły kamienne ręce.

- Wolno – rzekł kapitan 13 oddziału, który pojawił się przy Sinju, po czym wyprowadził atak, niszcząc przy tym łuk wroga i raniąc go w klatkę piersiową. W tej chwili Quincy w średnim wieku odsunął się z miejsca w którym przed chwilą stał i lekko, przejechał palcem po swojej ranie.

- Widzę, że będę musiał użyć bardziej drastycznych środków – rzekł Quincy, po czym wystawił rękę przed siebie -Ginrei Kojaku- w jednym momencie zaczeła formować się dość duża jasno fioletowa pajęczyna oraz łuk, który był zawarty w pajęczynie. –Skoro tak stawiasz sprawę, muszę cie zabić od razu- po tej wypowiedzi Sinju naciągnął cięciwę i wystrzelił kilkaset strzał w jednej sekundzie. Ichizo był zdziwiony i zaczął wymachiwać mieczem, jednakże kilkanaście strzał przeszyło jego ciało, a krew przez chwile przysłoniła blask księżyca. W tej chwili na piasku leżał mężczyzna, który był ledwo żywy, a piasek co chwile zmieniał kolor na szkarłatny. Po pewnym czasie shinigami wstał.

-BAN.. KAI !! Tendou Tsuchi ! – wykrzyknął mężczyzna, który chwiał się na nogach, jednak po tych słowach rozległ się wybuch światła, a gdy ono znikło, dalej było widać shinigami lecz tym razem bez zanpoktou. – To koniec – powiedział z uśmiechem na ustach różowo-włosy człowiek, po czym stanął prosto i wyciągnął przed siebie rękę – Sabaku no sikoro – w tej samej chwili Sinju wypuścił jedną dużą strzałę, skierowaną prosto w serce Ichizo. Różowo-włosy kapitan padł martwy na ziemię, a Quincy upadł na kolana, był już bez łuku w ręce oraz bez lewej ręki….

- Żegnaj Ichizo Hayugen – powiedział Quincy, który znikł z pustyni, na której roiło się od krwi.

***

IV : Wiedza

Ten dzień, który rozprasza czarne chmury nad ludźmi miejącymi nadzieję do dalszego życia, jest dniem w którym wszystko się kończy. Jednak wiedza jest tym co ratuję ich przed końcem.

Zamęt, który panował w Soul Society, był zwyczajnością. Ciągłe poprawianie jednostek obronnych, ćwiczenie młodych zupełnie nie doświadczonych shinigami oraz rozproszenie vice-kapitanów po ostatnim zebraniu. Jedynymi osobami, którzy zajmowali się swoimi tylko i wyłącznie swoimi pracami, byli kapitanowie. Byli oni zupełnie spokojni widać, doświadczenie przeważało. W ostatnich czasach nawet 70 okrąg ryoka nie sprawiało problemów, wszyscy nawet się z tego cieszyli, chociaż nie wszyscy byli z tego zadowoleni, gdyż jak to się mówi „to była cisza przed burzą”, tak myślała większa część Shinigami z Soul Society.

- Otworzyć bramę Senkai ! – powstał wielki gwar, jak za każdym razem kiedy trzeba było odtworzyć ową bramę, nikt nie myślał, czy nie można tego przyspieszyć, po prostu próbowali zapomnieć o tym co było, a nawet o tym co będzie. Grupa podrzędnych shinigami, pałętała się sobie między nogami, jednak wciąż spieszyli się, aby zdać raport swojemu „upierdliwemu” kapitanowi.

- Czy on już przybył ? – spytał się wysoki mężczyzna, który najwidoczniej na kogoś czekał. Co ważniejsze był on kapitanem 7 oddziału. PP z zniecierpliwieniem malującym się mu na twarzy oczekiwał gościa, który z pewnością będzie mu potrzebny. Wreszcie jego oczekiwany gość przybył, wszyscy tak naprawdę wiedzieli kim on jest, jednak nikt nie wiedział po co ponownie przybył do Społeczeństwa Dusz.

- Kris ! wreszcie jesteś – rzekł kapitan 7 oddziału i klepnął chłopaka po ramieniu – nie wiem, czemu ja się denerwuję, skoro to ty nalegałeś na to spotkanie i prawdę powiedziawszy, nie wiem o co dokładnie chodzi, może wyjaśnisz ? – dokończył jednym tchem kapitan, po czym udał się wraz ze swoim oficerem do jednej z sal 7 oddziału. Kiedy doszli do miejsca w którym można bez przeszkód porozmawiać Kris zaczął mówić.

- Kapitanie dostałem list, który miałem Tobie przekazać – powiedział po woli i z nie pewnością w głosie, sam nie wiedział, czy mówić od kogo dostał ten list, jednak w końcu się przełamał – więc jak wspomniałem, dostałem list od … mojego brata.. Wolaka – w tej chwili przerwał tylko po to, aby ujrzeć reakcję PP. Stało się zupełnie tak jak myślał kapitan był w kompletnym szoku, ponieważ zamilkł, a źrenice trochę się poszerzyły, poza tym to była jedyna możliwość rozpoznania, iż jest on zdziwiony.

- Więc …Wolak się skontaktował?, bardzo dziwne, ale skoro on miał powód do ujawnienia się i przekazania nam jakiejkolwiek informacji , ja, a raczej nikt nie powinien tego ignorować – powiedział już zwyczajnym tonem, od którego powiewała obojętność. Po krótszej przerwie, poprosił oficera o list. Treść listy była prosta :

„Witaj PP, mam ważna sprawę musimy porozmawiać, powody poznasz, kiedy udasz się w miejsce w którym zawsze się spotykaliśmy, mam nadzieję, że jeszcze je pamiętasz. Datę spotkania wyznaczam na 2 dni od doręczenia tego listu Pozdrawiam WOLAK
PS. Kris.. jak dostarczysz za późno dostaniesz w łeb”
- Heh..Kris, wracaj do świata ludzi, a ja już musze iść na zebranie, pewnie coś ode mnie chcą..- powiedział szybko, po czym wstał i wyszedł z sali.

***

V : Zebranie

Szare, bystre oczy przypatrywały się znad prostokątnych okularów ogromnej zielonej dolinie. Miejsce miało w sobie klimat, w tym miejscu czuło się dobrze, zapominało o problemach.

Na tym tle wyróżniał się młody mężczyzna, w czarnym kimono i narzuconym na to białym przypominającym płaszcz bez rękawów haori. Czarne włosy opadały mu na czoło, szare oczy zdawały się niczego nie widzieć, patrzyły przed siebie bez zainteresowania. Mężczyzna wydawał się wkomponować w otoczenie, wyciszyć się i połączyć z naturą.

- Otawa taichou – usłyszał znajomy głos. Mężczyzna jakby się obudził, spojrzał na chłopaka w czarnym stroju i białej opasce na ramieniu, klęczącego na jednym kolanie wśród zielonej trawy.

- Hidden? Coś się stało? – zapytał Otawa jeden z trzynastu elitarnych kapitanów Gotei13. Szare oczy wyłapywały każdy nawet najdrobniejszy szczegół, kiedy spojrzał na minę swojego porucznika, wiedział, że to nie wróży nic dobrego.

- Ichizo taichou nie żyje... został zamordowany... – powiedział cichym głosem. W głowie Otawy pojawił się obraz różowowłosego kapitana, którego nie znał zbyt dobrze, tylko kojarzył jego wygląd i zachowanie.

- Kto? Kto go zabił? – zapytał oszołomiony kapitan. Przecież Ichizo był potężnym kapitanem, nie mógł go byle kto ot tak zabić! Pomyślał.

- Niewiadomo Otawa taichou – odpowiedział Hidden, jego brązowe włosy zasłaniały twarz przez co Otawa nie mógł z niej nic odczytać – Jeszcze jedna informacja: wszyscy kapitanowie są wzywani do Sali Obrad w trybie natychmiastowym.

Otawa kiwnął głową do porucznika i zniknął. Kilka kroków przy pomocy Shunpo i znalazł się w owej Sali Obrad. Było to średniej wielkości, drewniane pomieszczenie, w którym nie było ani jednego mebla.

Jak Otawa zauważył większość kapitanów już się pojawiła. Brakowało tylko PP, który pojawił się po chwili. Szarooki kapitan zauważył w jego dłoni, jakiś papier może kopertę, którą PP taichou chowa szybko do kieszeni.

Naprzeciw drzwi pod ścianą stał Commander Taichou, przed nim ustawieni bokiem do niego, a twarzami do siebie stali kapitanowie. Ustawił się na swoim miejscu, o w oczy rzuciło mu się puste miejsce po kapitanie trzynastej dywizji, Ichizo. Te ponure myśli przerwał mu donośny głos Commander Taichou.

- Możliwe, że część z was już, wie co się stało – rozejrzał się po twarzach szukając potwierdzeń czy zaprzeczeń, lecz żaden kapitan nie wykonał nawet najmniejszego gestu. – Kapitan Ichizo został zamordowany...

Przez salę przeszedł szmer, szept. Część kapitanów była w szoku, ale jak zauważył Otawa, PP taichou nawet jeśli był to nie dawał tego po sobie poznać. Jak zwykle opanowany i cichy. Otawa prychnął cicho pod nosem, jak można takim być? Przemknęło mu przez głowę.

- Zadanie odnalezienia zabójcy kapitana Ichizo powierzam, Otawie. – zabrzmiał głos kapitana pierwszego składu, a zarazem dowódcy całego Gotei13 - Otawa taichou, zgadzasz się? – zwrócił się do Otawy.

- Oczywiście – skłonił się lekko. W duchu zastanawiając się co będzie musiał zrobić, aby wykonać polecenie.

- Dobrze. Możecie odjeść – powiedział Commander Taichou po czym wyszedł z Sali Obrad, a wszyscy kapitanowie ruszyli za nim, zmierzając do swoich dywizji.

***

VI : Sekret

Sekret, broń potrafiąca zniszczyć nadzieję, zapalić nienawiść czy nawet skrócić życie. Czy warto jest unikać sekretów i pozostawać w cieniu niewiedzy ? Koniec jest bliski wybrana droga należy do ciebie..

Ciemność ogarniająca pomieszczenie, sprawiała, iż miało ono niesamowitą aurę tajemniczości, wszystko było tak interesujące, że każdy chciałby wzniecić ogień, aby zobaczyć wnętrze. Tylko dwa drobne promyki, prześwitujące przez lekko uchylone drzwi ukazywały białe płytki oraz skrawek czerwonego dywanu. Wszystko jakby wyjęte z pałacu i tylko drobny prześwit białych zębów, które od czasu do czasu ukazywały się w ciemności. Wszystko zaczęło się przybliżać jakby to było celowe.

- Już niedługo, wszystko się zacznie – powiedziała postać, która kryła się w ciemności, aż nagle rozkwit świateł naprzeciw postaci. Szybki ruch jakby kamera zbliżała się do celu, każdy ruch powodujący zapalenie kolejnych świateł i błysk ! . Ten błysk wskazujący tytanową ścianę, prowadząca najprawdopodobniej do sejfu – teraz…-
Obrazek

Obrazek
1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >
Awatar użytkownika
Pitti
SSJ 5
Posty: 2676
Rejestracja: wt kwie 24, 2007 11:05 am

Post autor: Pitti »

Zaczytalem sie :D, spodobalo mi sie calkiem :)
Obrazek

I'll become The King of Pirates!
Awatar użytkownika
Barni
SSJ 5
Posty: 2999
Rejestracja: sob kwie 21, 2007 4:38 pm
Lokalizacja: Golina City

Post autor: Barni »

A mi się dla odmiany ten odcinek nie podoba. Styl jest fuj, imo.
Obrazek

.
Awatar użytkownika
AnimKing
SSJ 5
Posty: 685
Rejestracja: czw lis 23, 2006 12:07 pm
Lokalizacja: z domu

Post autor: AnimKing »

zem się zaczytał...fanfick ładny i czekam na więcej <napalony> xDD
Acer
SSJ 5
Posty: 700
Rejestracja: sob mar 10, 2007 7:55 pm

Post autor: Acer »

Mi też się nie podoba, tak szczerze.
Ja (1-09-2008 12:44)
kolumb wszedł na twoją starą i myślał że to ameryka
Pepek (1-09-2008 12:46)
A po Twojej doszedl do Indii i Antarktydy
ODPOWIEDZ