[FanFick] Redline Life
Moderator: Moderatorzy
[FanFick] Redline Life
Epizod I : Początek
-Cholera, znowu się coś dzieje, nigdy nie ma spokoju - myśli jakiś człowiek, siedzący w szkolnej ławce i nerwowo kreślący coś w zeszycie.
Nauczycielka zajęta wykładaniem biologii nie zwracała uwagi na zachowanie całej klasy, w pewnej chwili przerwał jej uczeń.
Był to czarnowłosy, młody chłopak, ubrany w białą koszulę i jasne jeansy.
- Przepraszam, - odezwał się do nauczyciela - mogę wyjść na chwilę? - Nauczycielka spojrzała trochę krzywo na chłopca i odpowiedziała swoim monotonnym głosem - A po co to masz wychodzić w środku lekcji?
Chłopak był już przyzwyczajony do takich odpowiedzi, gdyż w szkole nie było ani jednego normalnego nauczyciela, więc szybko coś wymyślił, odchrząknał i powiedział.
-Muszę skorzystać z ubikacji - mówi pospiesznym tonem, miejąc nadzieję, że owa nauczycielka wypuści go z klasy.
Starsza kobieta staksowała go wzrokiem, po czym powiedziała znów tym samym nudnym głosem co wcześniej - Idź, Kris - chłopak chwycił plecak i szybko wybiegł z klasy mrucząc
pod nosem "dziękuję". Chłopak nazwany Krisem pobiegł w kierunku wyjścia.
Pospiesznie przechodząc przez frontowe drzwi szkoły, pobiegł w kierunku dobrze mu znanego Parku Andevel. Gdy był już na miejscu schował się w jakimś bardzo dobrze
'zakamuflowanym' miejscu, po czym udezył się w klatkę piersiową, a jego ciało upadło na ziemię, aczkolwiek nad ciałem stał on sam, tylko w innym ubraniu i z wakizashi w ręce. Kris stał nad swoim własnym ciałem. Przeszedł w formę duchową, był teraz ubrany w czarne kimono, standardowy strój shinigami. Pewnie trzymał swoje zanpaktou, przyjrzał się swojemu odbiciu w ostrzu i uśmiechnął się po czym wykorzystując shuunpo, technikę szybkich kroków zaczął zbliżać się do miejsca z którego słychać było niepokojące dżwięki. Używając Flash Stepa, coraz szybciej docierał do miejsca z którego, było słychać wystrzały, dźwięk przypominał naciąganie i wypuszczenie strzały z łuku, oraz coś jak przebijanie się przez czyjeś ciało, te dźwięki zmusiły młodego boga śmierci do przyspieszenia. Kris w pewnej chwili stanął w miejscu, zauważył człowieka, który był ubrany w strój Quincy, a na dodatek zabijał Pustych, bardzo go to zdziwiło, gdyż myślał, że Quincy już nie żyją. Mało tego, bardziej zdziwiło go to, że owym Quincym okazał się znajomy chłopak z jego szkoły. Nie znał imienia ale rozpoznawał szczupłą twarz i blond włosy. W ręcę Quincy'ego widniał sporej wielkości pomarańczowy łuk, wąski ale groźny wygląd dodawał powagi młodemu chłopcu. Kris był w szoku, nie spodziewał się czegoś takiego, nie powiedział słowa i zauważył, że Quincy jest w podobnym szoku jak on. Ta chwila nieuwagi wystarczyła aby Hollow pokazał swoją siłę i odrzucił młodego łucznika daleko między drzewa. Shinigami zauważając ten incydent, szybko otrzeźwiał i rzucił się ze swoim zanpaktou na Hollow'a, który niszczył wszystko co zobaczył. W chwili gdy Kris
szykował się do ataku, pojawiła się nieznajoma osoba, która dosłownie jednym ruchem ręki zabiła hollow'a i otworzyła portal, po czym zniknęła w nim, młody shinigami zdążył
zauważyć tylko długie rude włosy i kawałek maski na twarzy nieznajomego. Soul Reaper stał już na ziemi, rozglądając się uważnie szukał chłopaka który wcześniej sam walczył z
Hollowem. Kris wciąż w pozycji gotowej do ataku był kompletnie wytrącony z równowagi. Nie bardzo wiedział co zrobić, w końcu udał się za pierwszą myślą i poszedł szukać Quincy'ego. Ruszył tropem wyczuwanej energii, zbliżył się i ujrzał tego samego chłopaka, lecz już w normalnym ubraniu. Wierzchem dłoni wytarł krew spływającą mu z rozciętej wargi, po chwili spojrzał na czarnowłosego shinigami.
-Kris, prawda? - odzywa się poważnym głosem blond-włosy Quincy, który otrzepuje się z kurzu.
- Hmm - zdziwił się Shinigami, który wciąż spoglądał na różne strony - skąd wiesz? - spytał się
-Chodzimy do jednej klasy.. - odpowidział chłopak, zażenowany sytuacją - jestem Bobercik Marquis - dokończył po czym poszedł przed siebię.
Kris był jeszcze bardziej zdziwiony, ale szybko pobiegł w miejsce w którym zostawił ciało, podniósł je i wrócił duszą do ciała, otrzepując się podbiegł do Bobercika.
- Bob! - krzyknął Kris - Czekaj! - Bobercik zatrzymał się i odwrócił powoli - Co chcesz? - powiedział. Kris podbiegł i spojrzał zdziwiony - Sorry, że tak się gapię ale pierwszy raz widzę Quincy'ego, przynajmniej żywego. - Ta uwaga trochę zdenerwowała Bobercika ale szybko się opanował, nie dając poznać po sobie, że jakiekolwiek emocje się w nim obudziły. -
Chodź - powiedział Kris - pogadamy - uśmiechnął się i ruszył, wolnym krokiem za nim poszedł Bob.
***
Kris i Bobercik, wrócili do szkoły i pobiegli na lekcje Chemii, w ostatniej chwili zdążylina nią, po czym usiedli na końcu sali w jednej ławce, kontynując rozmowę.
-Kurde kto by pomyślał, że znajde tutaj Quincy'ego - powiedział cicho Shinigami, patrząc dla pozoru w książkę i podtrzymując prawą ręką głowę.
- Nie podniecaj się już tak - powiedział z przekąsem Bobercik, którego mówienie cały czas o tym, że jest jednym z kilku pozostałych przy życiu Quincy'ich zaczęło już drażnić. - Dobra spoko - odpowiedział szeptem Kris - w sumie, to moglibyśmy razem zabijać Pustych, wiesz? - głośno myślał Shinigami. - Dlaczego miałbym z tobą ich zabijać? - zapytał nieco
zdziwiony Bobercik - mi oni tak wielce nie przeszkadzają. Nie wiem czy większy wstręt mam do was czy do nich - Kris spojrzał spode łba na swojego rozmówcę - Może dlatego że my ludzi nie zabijamy i nie pożeramy ich dusz, co? - w głosie brzmiała nutka pretensji. - To jest jakiś argument - powiedział Bob z nikłym uśmiechem.
Kris własnię miał coś dodać, ale gdy chciał coś powiedzieć poczuł lekki ból w lewej ręce, gdy podniusł głowę zauważył, że to nauczycielka udeżyła go długą żółtą linijką w rękę, po
czym oznajmiła - przepraszam że przeszkadzam, ale nie sądzisz, że takie pogaduszki powinniście urządzać sobie na przerwach - mówiąc to, w jej głosie wszyscy wyczuli arogancję, Kris spojrzał się na kobietę, a w jego oczach pojawił się dosłownie obraz krwi, ale uspokoił się i nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął, - W takim razie Pan Shivente dostaje dzisiaj Jedynke, nauczycielka obróciła się, a w tym czasie bobercik wykonywał jakieś dziwne gesty rękoma po czym wziął wdech i wypuścił powietrze z ust, wydmuchując je, w sali zrobiło się gorąco, a po chwili dziennik na ławce nauczycielki zaczał płonąć żywym ogniem, wszyscy w klasie byli wystraszeni i w oduneli sie od biurka, gdy płomień zgasł z dziennika jak i papierów obok niego został tylko dym i popiół.
-heh - uśmiechnał się Kris po czym spojrzał na Bobercika - Wiesz nie pozwole ci za mnie dostać jedynki - odpowiedział na uśmiech Kris'a Bobercik.
***
Kris wszedł do domu, rzucił plecak w kąt swojego pokoju, a sam usiadł na łóżku. Był zmęczony, przez chwilę siedział zamyślony trzymając głowę na rękach. Po chwili jednak,
podniósł głowę i zobaczył swoje odbicie w lustrze po drugiej stronie pokoju. Ujrzał tam młodego chłopaka o czarnych krótkich włosach, takiego samego koloru oczach i jasnej cerze. Nie zwracał na nie uwagi, patrzył ślepo. Przypominał sobie jak to było gdy jego kapitan zlecał mu zadanie, które cały czas wypełnia.
[center] Wysoki mężczyzna o śniadej cerze i długich, czarnych włosach pojawił się w pokoju 7 Dywizji. Ubrany był w typowy strój Shinigami oraz kapitańskie haori z numerem swojej dywizji. Do boku przypasany miał swój zanpaktou. Widocznie na coś czekał. Po chwili pojawił się obok niego inny Shinigami, ten był widocznie młodszy. Klęknął i odezwał się. - Jestem, PP taichou. - Meżczyzna nazwany PP, spojrzał na młodszego shinigami po czym odezwał się cichym, lekko władczym głosem - Kris, mam dla ciebie misję - Młody Shinigami imieniem Kris kiwnął głową i słuchał dalej - masz udać się do realnego świata i tam zabijać Pustych. Rozumiesz? Otrzymasz fałszywę ciało. Będziesz żył wśród zwykłych ludzi gotów ich bronić. Twoja misja zaczyna się od dzisiaj. Będziesz otrzymywał polecenia i regularnie zdawał mi raporty. A teraz... - nagle obok PP taichou pojawił się Fuku taichou Drake, również uklęknął po czym szybko powiedział - PP taichou, Commander Taichou cię wzywa - mężczyzna kiwnął głową po czym jego porucznik zniknął. Kapitan znów zwrócił się do Krisa - A teraz idź, powodzenia - po czym również rozpłynął się w powietrzu. [/center]
-Teraz jestem na to skazany - pomyślał Kris, po czym wstał z łózka i udał się w kierunku biurka, aby napisać raport dla swojego kapitana i odrobić masę zadań domowych, przez które dostał już wiele uwag, które przeszkadzały mu w jego pracy. - Mam nadzieję, że nie będzie ataków - powiedział pod nosem po czym zaczął pisać. Kris był zszokowany wszystko
udało mu się zrobić i nie było żadnego ataku, reszta nocy również przebiegła spokojnie
***
Jest już bardzo późno, na ulicach panują pustki, można zauważyć tylko jedną przemieszczająca się po woli postać, jest to z wyglądu młody człowiek o blond - włosach, ubrany w brązowy płaszcz i czarne spodnie. Po dłuższej przechadzce, zauważył zbliżającą się do niego osobę, już z daleka było ją widać, gdyż miała na sobie całe białe ubranie, a w nocy dosłownie świeciło. Na twarzy blondyna namalował się złosliwy uśmiech. - Witam - powiedział po chwili kierując swe słowa do postaci, która była już z 20 m przed nim. Nagle ową postać można było już dokładnie zobaczyć, był to Arrcanar o czerwonych włosach i poważną twarzą -Ty,to ty mnie zabiłeś ! - powiedział groźnym tonem Arrcanar po czym napiął ze złości swoje ciało. - Neru, uspokuj się - powiedział powoli i spokojnie swoim drażniącym głosem blondyn - zrobiłem abyś stał się Hollowem. Nie spodziewałem się, że uda ci się zostać Arrancar - Neru patrzył z nieukrywaną nienawiścią na swojego rozmówcę. Biła od niego chęć zemsty, mięśnie drżały, drżała nawet pozostała część maski na jego twarzy. - Derith - zwrócił się do mężczyzny Arrancar - niedługo zrozumiesz, że popełniłeś błąd... - w tym momencie przerwał mu mężczyzna imiemiem Derith - niedługo to ja zdobędę moc, Neru, moc! Dzięki niej będę władał tobie podobnymi i zapewne tobą. Przyłącz się do mnie, poznaj potęgę która tylko ja mogę ci dać - mówił to z gracją i wprawą. Orgromną charyzmę i dar przekonywania posiada dzięki połączeniu ze swoją lalką. Czuło się od niego pewność, że to co mówi to prawda, ale Neru był na to przygotowany. Nie pozwolił się dłużej omamiać. Wyciągnął swoje zanpaktou gotów do ataku. W jednej chwili ukazał się piękna katana, która nie różniła się specjalnie od innych, ale posiadała bardzo długie ostrze, jego
długość sięga do połtora metra, rękojeść o kolorze czerni znakomicie trzymała się w ręce swojego właściciela. Neru odrazu wykonał pierwszy ruch, momentalnie zniknął z miejsca,
bounto domyślił się, że jego brat użył właśnie sonido i przygotował się do obrony, gdy Derith szukał swojego przeciwnika, arrcanar znalazł drobną lukę w gardzie i pojawił się tuż za plecami brata, jednocześnie wykonując zamach mieczem. Ostrze sunęło się z niesamowitą prędkością w stronę Deritha, gdy już miało rozciąć jego ciało, ten momentalnie się odwrócił i chwycił ostrze dwoma palcami. Neru był zaskoczony tym co zrobił jego brat, był pewien, że cios dosięgnie celu.
- Nie nadszedł czas naszej walki - powiedział z uśmiechem Bounto. Grymas wściekłości wykrzywił twarz Arrancara.
- Przyłącz się do mnie - ciągnął dalej jego brat - będziesz potężny... - Neru zaczął czuć moc lalki Deritha, czuł jak jego psychika ulega już wpływowi słów brata. Bounto delikatnie puścił zanpaktou Neru, ten złapał się za głowę, zaczął miotać się po całej ulicy. Jego ciało drgało konwulsyjnie, nie mógł pozwolić aby się złamał.
- NIE! - krzyknął Arrancar trzymając się za głowę, próbował ciąć, ale jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Zniknął. Nie było po nim śladu. Derith wciąż stał uśmiechnięty. Nie zdziwiło
go zachowanie brata. Przynajmniej nie dał po sobie tego poznać. Ruszył wolnym krokiem, tak jakby nic nie zaszło.
***
W mieszkaniu rozległ się głośny dzwonek, potrafiący obudzić nawet nieżywego, słychać było, że jest to komórka, a po chwili głosny huk jakby ktoś lub coś spadło. Nagle z podłogi
podnosi się Kris, który jest owinięty w kołdrę i podchodzi do telefonu. Gdy przeczytał SMS'a szybko udeżył się w klatkę, a jego duchowa forma wyszła z ciała, a jego 'prawdziwe' ciało upadło na ziemię, ponownie wywołując huk. W jednej chwili rozpłynął się w powietrzu i znalazł się kawał poza domem, można było się domyślić że używa on Shunpo, podczas używania techniki błyskawicznych kroków, mijał kolejne ulice i ludzi, aż wkońcu dotarł na miejsce. Kris stał na jednym z największych budynków w mieście. Wyciągnął swoje zanpaktou, skupił wzrok na jasnym punkcie. Kilkoma skokami zbliżył się do celu. Na miejscu zobaczył Menosa, Hollowa o ogromnej sile stworzonego z setek innych, zwykłych pustych. Był on ogromny, emanował energią. Młody Shinigami stał w miejscu, czekał na pierwszy ruch swojego przeciwnika. Wielki Menos, wypuścił czerwony promień reiatsu w stronę chłopaka, było to Cero. Kris machnął szybko swoim zanpaktou i krzyknął
- Seongam !! - w jednej chwili z zanpoktou błysneło światło i wyleciał strumień potężnej energi duchowej, która leciała w prost na Cero, a po chwili przemieniło się to w strumień
wodny, który zderzył się z atakiem przeciwnika, całe niebio rozbłysło jaskrawym światłem. Po chwili na niebie znów namalowały się ciemne kolory i kilka połyskujących gwiazdek,
ostatecznie widać już wszystko, po zderzeniu dwóch energetycznych ataków zostały juz tylko sople lodu wbite w wieżowiec. Kris stanął w lekkim rozkroku trzymając gładko swój nowy miecz, który zmienil się nie do poznania : Rekojeść która była czarna, zmieniła kolor na kryształowo niebieski odcień, przez co lepiej trzyma się w ręce właściciela. Sama forma ostrza również drastycznie się zmieniła i przybrała średniowieczny wygląd, na ostrzu narysowały się różne znaki, a przy rękojeści ostrze zmieniło kształt na rózne wygięcia przez co pozostawiło, jakby kolejne ostrza, a sam klinga połyskuje na błękitny kolor. Kris wyskoczył w powietrze, za jego zanpaktou powiewała biała smuga. Szybko znalazł się na wysokości
maski Menosa i nim ten zdążył zareagować ciął z całej siły poziomo. Na kościanej masce początkowo nie było widać różnicy, lecz po chwili pojawił się ślad po uderzeniu. Maska zaczęła się rozpływać, a wraz z nią cały Menos. Kris stanął na ziemi i odetchnął, spodziewał się, że będzie gorzej. Jego Soul Slayer wrócił do podstawowej formy.
- Ech, - odezwał się sam do siebie Kris - chyba spadam do domu. - schował wakizashi i spokojnie podążał w kierunku domu.
***
Na balkonie, na samym szczycie wierzowca stał mężczyzna. Był ubrany dziwnie, luźne niebieskie kimono i luźne białe spodnie. Blond włosy, twarz arystokraty. Wyglądałby zwyczajnie gdyby nie oczy, oczy koloru krwi. Opierał się o balustradę, Księżyc oświetlał mu twarz. Było już późno, ale on stał spokojnie. Po chwili odezwał się.
- Wego, przyjdź tu - powiedział, nawet się nie odwracając. Na balkon wszedł mężczyzna średniego wzrostu i niebieskich oczach. Jasne włosy opadały mu na twarz, nie przejmował się tym. Ubrany był zwyczajnie, jeansy i ciemna kurtka. Nie wyróżniał się niczym. Czekał na to co powie mu, ten co go wezwał.
- Wiesz po co cię wezwałem? - zapytał blondyn, Wego kiwnął głową, a mówca ciągnął dalej - musisz mi sprowadzić Neru, jest nam potrzebny. Bez niego się nie uda. - mężczyzna o czerwonych oczach wreszcie skierował wzrok na swojego rozmówcę. Wego, nie powiedział nic, nie przerywał ani się nie wtrącał. Dopiero kiedy wyczuł moment, że może się odezwać
nie przeszkadzając, powiedział
- Możesz na mnie liczyć, Derith-sama - odezwał się po czym wszedł do pokoju i zniknął w ciemności.
__
Niech nikt się nie zdziwi, że zobaczy swoją postać w ff, a nie wysyłał zgłoszenia. Dobieraliśmy postacie, które nam pasowały do odpowiednich ról. Nie bulwersujcie się z tego powodu. Fanfick ma dodatki z Naruto więc się nie dziwcie, niektórym technikom.
__
Oczywiście pragnę dodać, że autorami Fan Ficka są Acer oraz Kris
-Cholera, znowu się coś dzieje, nigdy nie ma spokoju - myśli jakiś człowiek, siedzący w szkolnej ławce i nerwowo kreślący coś w zeszycie.
Nauczycielka zajęta wykładaniem biologii nie zwracała uwagi na zachowanie całej klasy, w pewnej chwili przerwał jej uczeń.
Był to czarnowłosy, młody chłopak, ubrany w białą koszulę i jasne jeansy.
- Przepraszam, - odezwał się do nauczyciela - mogę wyjść na chwilę? - Nauczycielka spojrzała trochę krzywo na chłopca i odpowiedziała swoim monotonnym głosem - A po co to masz wychodzić w środku lekcji?
Chłopak był już przyzwyczajony do takich odpowiedzi, gdyż w szkole nie było ani jednego normalnego nauczyciela, więc szybko coś wymyślił, odchrząknał i powiedział.
-Muszę skorzystać z ubikacji - mówi pospiesznym tonem, miejąc nadzieję, że owa nauczycielka wypuści go z klasy.
Starsza kobieta staksowała go wzrokiem, po czym powiedziała znów tym samym nudnym głosem co wcześniej - Idź, Kris - chłopak chwycił plecak i szybko wybiegł z klasy mrucząc
pod nosem "dziękuję". Chłopak nazwany Krisem pobiegł w kierunku wyjścia.
Pospiesznie przechodząc przez frontowe drzwi szkoły, pobiegł w kierunku dobrze mu znanego Parku Andevel. Gdy był już na miejscu schował się w jakimś bardzo dobrze
'zakamuflowanym' miejscu, po czym udezył się w klatkę piersiową, a jego ciało upadło na ziemię, aczkolwiek nad ciałem stał on sam, tylko w innym ubraniu i z wakizashi w ręce. Kris stał nad swoim własnym ciałem. Przeszedł w formę duchową, był teraz ubrany w czarne kimono, standardowy strój shinigami. Pewnie trzymał swoje zanpaktou, przyjrzał się swojemu odbiciu w ostrzu i uśmiechnął się po czym wykorzystując shuunpo, technikę szybkich kroków zaczął zbliżać się do miejsca z którego słychać było niepokojące dżwięki. Używając Flash Stepa, coraz szybciej docierał do miejsca z którego, było słychać wystrzały, dźwięk przypominał naciąganie i wypuszczenie strzały z łuku, oraz coś jak przebijanie się przez czyjeś ciało, te dźwięki zmusiły młodego boga śmierci do przyspieszenia. Kris w pewnej chwili stanął w miejscu, zauważył człowieka, który był ubrany w strój Quincy, a na dodatek zabijał Pustych, bardzo go to zdziwiło, gdyż myślał, że Quincy już nie żyją. Mało tego, bardziej zdziwiło go to, że owym Quincym okazał się znajomy chłopak z jego szkoły. Nie znał imienia ale rozpoznawał szczupłą twarz i blond włosy. W ręcę Quincy'ego widniał sporej wielkości pomarańczowy łuk, wąski ale groźny wygląd dodawał powagi młodemu chłopcu. Kris był w szoku, nie spodziewał się czegoś takiego, nie powiedział słowa i zauważył, że Quincy jest w podobnym szoku jak on. Ta chwila nieuwagi wystarczyła aby Hollow pokazał swoją siłę i odrzucił młodego łucznika daleko między drzewa. Shinigami zauważając ten incydent, szybko otrzeźwiał i rzucił się ze swoim zanpaktou na Hollow'a, który niszczył wszystko co zobaczył. W chwili gdy Kris
szykował się do ataku, pojawiła się nieznajoma osoba, która dosłownie jednym ruchem ręki zabiła hollow'a i otworzyła portal, po czym zniknęła w nim, młody shinigami zdążył
zauważyć tylko długie rude włosy i kawałek maski na twarzy nieznajomego. Soul Reaper stał już na ziemi, rozglądając się uważnie szukał chłopaka który wcześniej sam walczył z
Hollowem. Kris wciąż w pozycji gotowej do ataku był kompletnie wytrącony z równowagi. Nie bardzo wiedział co zrobić, w końcu udał się za pierwszą myślą i poszedł szukać Quincy'ego. Ruszył tropem wyczuwanej energii, zbliżył się i ujrzał tego samego chłopaka, lecz już w normalnym ubraniu. Wierzchem dłoni wytarł krew spływającą mu z rozciętej wargi, po chwili spojrzał na czarnowłosego shinigami.
-Kris, prawda? - odzywa się poważnym głosem blond-włosy Quincy, który otrzepuje się z kurzu.
- Hmm - zdziwił się Shinigami, który wciąż spoglądał na różne strony - skąd wiesz? - spytał się
-Chodzimy do jednej klasy.. - odpowidział chłopak, zażenowany sytuacją - jestem Bobercik Marquis - dokończył po czym poszedł przed siebię.
Kris był jeszcze bardziej zdziwiony, ale szybko pobiegł w miejsce w którym zostawił ciało, podniósł je i wrócił duszą do ciała, otrzepując się podbiegł do Bobercika.
- Bob! - krzyknął Kris - Czekaj! - Bobercik zatrzymał się i odwrócił powoli - Co chcesz? - powiedział. Kris podbiegł i spojrzał zdziwiony - Sorry, że tak się gapię ale pierwszy raz widzę Quincy'ego, przynajmniej żywego. - Ta uwaga trochę zdenerwowała Bobercika ale szybko się opanował, nie dając poznać po sobie, że jakiekolwiek emocje się w nim obudziły. -
Chodź - powiedział Kris - pogadamy - uśmiechnął się i ruszył, wolnym krokiem za nim poszedł Bob.
***
Kris i Bobercik, wrócili do szkoły i pobiegli na lekcje Chemii, w ostatniej chwili zdążylina nią, po czym usiedli na końcu sali w jednej ławce, kontynując rozmowę.
-Kurde kto by pomyślał, że znajde tutaj Quincy'ego - powiedział cicho Shinigami, patrząc dla pozoru w książkę i podtrzymując prawą ręką głowę.
- Nie podniecaj się już tak - powiedział z przekąsem Bobercik, którego mówienie cały czas o tym, że jest jednym z kilku pozostałych przy życiu Quincy'ich zaczęło już drażnić. - Dobra spoko - odpowiedział szeptem Kris - w sumie, to moglibyśmy razem zabijać Pustych, wiesz? - głośno myślał Shinigami. - Dlaczego miałbym z tobą ich zabijać? - zapytał nieco
zdziwiony Bobercik - mi oni tak wielce nie przeszkadzają. Nie wiem czy większy wstręt mam do was czy do nich - Kris spojrzał spode łba na swojego rozmówcę - Może dlatego że my ludzi nie zabijamy i nie pożeramy ich dusz, co? - w głosie brzmiała nutka pretensji. - To jest jakiś argument - powiedział Bob z nikłym uśmiechem.
Kris własnię miał coś dodać, ale gdy chciał coś powiedzieć poczuł lekki ból w lewej ręce, gdy podniusł głowę zauważył, że to nauczycielka udeżyła go długą żółtą linijką w rękę, po
czym oznajmiła - przepraszam że przeszkadzam, ale nie sądzisz, że takie pogaduszki powinniście urządzać sobie na przerwach - mówiąc to, w jej głosie wszyscy wyczuli arogancję, Kris spojrzał się na kobietę, a w jego oczach pojawił się dosłownie obraz krwi, ale uspokoił się i nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął, - W takim razie Pan Shivente dostaje dzisiaj Jedynke, nauczycielka obróciła się, a w tym czasie bobercik wykonywał jakieś dziwne gesty rękoma po czym wziął wdech i wypuścił powietrze z ust, wydmuchując je, w sali zrobiło się gorąco, a po chwili dziennik na ławce nauczycielki zaczał płonąć żywym ogniem, wszyscy w klasie byli wystraszeni i w oduneli sie od biurka, gdy płomień zgasł z dziennika jak i papierów obok niego został tylko dym i popiół.
-heh - uśmiechnał się Kris po czym spojrzał na Bobercika - Wiesz nie pozwole ci za mnie dostać jedynki - odpowiedział na uśmiech Kris'a Bobercik.
***
Kris wszedł do domu, rzucił plecak w kąt swojego pokoju, a sam usiadł na łóżku. Był zmęczony, przez chwilę siedział zamyślony trzymając głowę na rękach. Po chwili jednak,
podniósł głowę i zobaczył swoje odbicie w lustrze po drugiej stronie pokoju. Ujrzał tam młodego chłopaka o czarnych krótkich włosach, takiego samego koloru oczach i jasnej cerze. Nie zwracał na nie uwagi, patrzył ślepo. Przypominał sobie jak to było gdy jego kapitan zlecał mu zadanie, które cały czas wypełnia.
[center] Wysoki mężczyzna o śniadej cerze i długich, czarnych włosach pojawił się w pokoju 7 Dywizji. Ubrany był w typowy strój Shinigami oraz kapitańskie haori z numerem swojej dywizji. Do boku przypasany miał swój zanpaktou. Widocznie na coś czekał. Po chwili pojawił się obok niego inny Shinigami, ten był widocznie młodszy. Klęknął i odezwał się. - Jestem, PP taichou. - Meżczyzna nazwany PP, spojrzał na młodszego shinigami po czym odezwał się cichym, lekko władczym głosem - Kris, mam dla ciebie misję - Młody Shinigami imieniem Kris kiwnął głową i słuchał dalej - masz udać się do realnego świata i tam zabijać Pustych. Rozumiesz? Otrzymasz fałszywę ciało. Będziesz żył wśród zwykłych ludzi gotów ich bronić. Twoja misja zaczyna się od dzisiaj. Będziesz otrzymywał polecenia i regularnie zdawał mi raporty. A teraz... - nagle obok PP taichou pojawił się Fuku taichou Drake, również uklęknął po czym szybko powiedział - PP taichou, Commander Taichou cię wzywa - mężczyzna kiwnął głową po czym jego porucznik zniknął. Kapitan znów zwrócił się do Krisa - A teraz idź, powodzenia - po czym również rozpłynął się w powietrzu. [/center]
-Teraz jestem na to skazany - pomyślał Kris, po czym wstał z łózka i udał się w kierunku biurka, aby napisać raport dla swojego kapitana i odrobić masę zadań domowych, przez które dostał już wiele uwag, które przeszkadzały mu w jego pracy. - Mam nadzieję, że nie będzie ataków - powiedział pod nosem po czym zaczął pisać. Kris był zszokowany wszystko
udało mu się zrobić i nie było żadnego ataku, reszta nocy również przebiegła spokojnie
***
Jest już bardzo późno, na ulicach panują pustki, można zauważyć tylko jedną przemieszczająca się po woli postać, jest to z wyglądu młody człowiek o blond - włosach, ubrany w brązowy płaszcz i czarne spodnie. Po dłuższej przechadzce, zauważył zbliżającą się do niego osobę, już z daleka było ją widać, gdyż miała na sobie całe białe ubranie, a w nocy dosłownie świeciło. Na twarzy blondyna namalował się złosliwy uśmiech. - Witam - powiedział po chwili kierując swe słowa do postaci, która była już z 20 m przed nim. Nagle ową postać można było już dokładnie zobaczyć, był to Arrcanar o czerwonych włosach i poważną twarzą -Ty,to ty mnie zabiłeś ! - powiedział groźnym tonem Arrcanar po czym napiął ze złości swoje ciało. - Neru, uspokuj się - powiedział powoli i spokojnie swoim drażniącym głosem blondyn - zrobiłem abyś stał się Hollowem. Nie spodziewałem się, że uda ci się zostać Arrancar - Neru patrzył z nieukrywaną nienawiścią na swojego rozmówcę. Biła od niego chęć zemsty, mięśnie drżały, drżała nawet pozostała część maski na jego twarzy. - Derith - zwrócił się do mężczyzny Arrancar - niedługo zrozumiesz, że popełniłeś błąd... - w tym momencie przerwał mu mężczyzna imiemiem Derith - niedługo to ja zdobędę moc, Neru, moc! Dzięki niej będę władał tobie podobnymi i zapewne tobą. Przyłącz się do mnie, poznaj potęgę która tylko ja mogę ci dać - mówił to z gracją i wprawą. Orgromną charyzmę i dar przekonywania posiada dzięki połączeniu ze swoją lalką. Czuło się od niego pewność, że to co mówi to prawda, ale Neru był na to przygotowany. Nie pozwolił się dłużej omamiać. Wyciągnął swoje zanpaktou gotów do ataku. W jednej chwili ukazał się piękna katana, która nie różniła się specjalnie od innych, ale posiadała bardzo długie ostrze, jego
długość sięga do połtora metra, rękojeść o kolorze czerni znakomicie trzymała się w ręce swojego właściciela. Neru odrazu wykonał pierwszy ruch, momentalnie zniknął z miejsca,
bounto domyślił się, że jego brat użył właśnie sonido i przygotował się do obrony, gdy Derith szukał swojego przeciwnika, arrcanar znalazł drobną lukę w gardzie i pojawił się tuż za plecami brata, jednocześnie wykonując zamach mieczem. Ostrze sunęło się z niesamowitą prędkością w stronę Deritha, gdy już miało rozciąć jego ciało, ten momentalnie się odwrócił i chwycił ostrze dwoma palcami. Neru był zaskoczony tym co zrobił jego brat, był pewien, że cios dosięgnie celu.
- Nie nadszedł czas naszej walki - powiedział z uśmiechem Bounto. Grymas wściekłości wykrzywił twarz Arrancara.
- Przyłącz się do mnie - ciągnął dalej jego brat - będziesz potężny... - Neru zaczął czuć moc lalki Deritha, czuł jak jego psychika ulega już wpływowi słów brata. Bounto delikatnie puścił zanpaktou Neru, ten złapał się za głowę, zaczął miotać się po całej ulicy. Jego ciało drgało konwulsyjnie, nie mógł pozwolić aby się złamał.
- NIE! - krzyknął Arrancar trzymając się za głowę, próbował ciąć, ale jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Zniknął. Nie było po nim śladu. Derith wciąż stał uśmiechnięty. Nie zdziwiło
go zachowanie brata. Przynajmniej nie dał po sobie tego poznać. Ruszył wolnym krokiem, tak jakby nic nie zaszło.
***
W mieszkaniu rozległ się głośny dzwonek, potrafiący obudzić nawet nieżywego, słychać było, że jest to komórka, a po chwili głosny huk jakby ktoś lub coś spadło. Nagle z podłogi
podnosi się Kris, który jest owinięty w kołdrę i podchodzi do telefonu. Gdy przeczytał SMS'a szybko udeżył się w klatkę, a jego duchowa forma wyszła z ciała, a jego 'prawdziwe' ciało upadło na ziemię, ponownie wywołując huk. W jednej chwili rozpłynął się w powietrzu i znalazł się kawał poza domem, można było się domyślić że używa on Shunpo, podczas używania techniki błyskawicznych kroków, mijał kolejne ulice i ludzi, aż wkońcu dotarł na miejsce. Kris stał na jednym z największych budynków w mieście. Wyciągnął swoje zanpaktou, skupił wzrok na jasnym punkcie. Kilkoma skokami zbliżył się do celu. Na miejscu zobaczył Menosa, Hollowa o ogromnej sile stworzonego z setek innych, zwykłych pustych. Był on ogromny, emanował energią. Młody Shinigami stał w miejscu, czekał na pierwszy ruch swojego przeciwnika. Wielki Menos, wypuścił czerwony promień reiatsu w stronę chłopaka, było to Cero. Kris machnął szybko swoim zanpaktou i krzyknął
- Seongam !! - w jednej chwili z zanpoktou błysneło światło i wyleciał strumień potężnej energi duchowej, która leciała w prost na Cero, a po chwili przemieniło się to w strumień
wodny, który zderzył się z atakiem przeciwnika, całe niebio rozbłysło jaskrawym światłem. Po chwili na niebie znów namalowały się ciemne kolory i kilka połyskujących gwiazdek,
ostatecznie widać już wszystko, po zderzeniu dwóch energetycznych ataków zostały juz tylko sople lodu wbite w wieżowiec. Kris stanął w lekkim rozkroku trzymając gładko swój nowy miecz, który zmienil się nie do poznania : Rekojeść która była czarna, zmieniła kolor na kryształowo niebieski odcień, przez co lepiej trzyma się w ręce właściciela. Sama forma ostrza również drastycznie się zmieniła i przybrała średniowieczny wygląd, na ostrzu narysowały się różne znaki, a przy rękojeści ostrze zmieniło kształt na rózne wygięcia przez co pozostawiło, jakby kolejne ostrza, a sam klinga połyskuje na błękitny kolor. Kris wyskoczył w powietrze, za jego zanpaktou powiewała biała smuga. Szybko znalazł się na wysokości
maski Menosa i nim ten zdążył zareagować ciął z całej siły poziomo. Na kościanej masce początkowo nie było widać różnicy, lecz po chwili pojawił się ślad po uderzeniu. Maska zaczęła się rozpływać, a wraz z nią cały Menos. Kris stanął na ziemi i odetchnął, spodziewał się, że będzie gorzej. Jego Soul Slayer wrócił do podstawowej formy.
- Ech, - odezwał się sam do siebie Kris - chyba spadam do domu. - schował wakizashi i spokojnie podążał w kierunku domu.
***
Na balkonie, na samym szczycie wierzowca stał mężczyzna. Był ubrany dziwnie, luźne niebieskie kimono i luźne białe spodnie. Blond włosy, twarz arystokraty. Wyglądałby zwyczajnie gdyby nie oczy, oczy koloru krwi. Opierał się o balustradę, Księżyc oświetlał mu twarz. Było już późno, ale on stał spokojnie. Po chwili odezwał się.
- Wego, przyjdź tu - powiedział, nawet się nie odwracając. Na balkon wszedł mężczyzna średniego wzrostu i niebieskich oczach. Jasne włosy opadały mu na twarz, nie przejmował się tym. Ubrany był zwyczajnie, jeansy i ciemna kurtka. Nie wyróżniał się niczym. Czekał na to co powie mu, ten co go wezwał.
- Wiesz po co cię wezwałem? - zapytał blondyn, Wego kiwnął głową, a mówca ciągnął dalej - musisz mi sprowadzić Neru, jest nam potrzebny. Bez niego się nie uda. - mężczyzna o czerwonych oczach wreszcie skierował wzrok na swojego rozmówcę. Wego, nie powiedział nic, nie przerywał ani się nie wtrącał. Dopiero kiedy wyczuł moment, że może się odezwać
nie przeszkadzając, powiedział
- Możesz na mnie liczyć, Derith-sama - odezwał się po czym wszedł do pokoju i zniknął w ciemności.
__
Niech nikt się nie zdziwi, że zobaczy swoją postać w ff, a nie wysyłał zgłoszenia. Dobieraliśmy postacie, które nam pasowały do odpowiednich ról. Nie bulwersujcie się z tego powodu. Fanfick ma dodatki z Naruto więc się nie dziwcie, niektórym technikom.
__
Oczywiście pragnę dodać, że autorami Fan Ficka są Acer oraz Kris
Ostatnio zmieniony czw wrz 06, 2007 9:56 pm przez Kris, łącznie zmieniany 1 raz.


1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >
Ledwo wytrwalem do konca. Wybaczcie, ale bledy, kiepska skladnia slowna oraz dziwny uklad akapitow... to wszystko co widze w tym opowiadaniu. Fabularnie to jest dobry, mimo to napisany widocznie od niechcenia, badz z nudow i bez poprawy.
wypisze tylko kilka, bo niestety lazy-mode jest wlaczony.
Dodatkowo zauwazylem kilka bledow w stylu - dynamicznej zmiany czasu zdania... raz "mysli", ale po chwili pisze "spojrzal" to jest uderzajace.

Ale Nauczycielka to też nauczyciel bez względu na płeć...//Kris

Dobra mysle, ze tyle wystarczy na dzien dobry, aby ujawnic mroczna prawde lenistwa ;p Dzieki Bogu przynajmniej fabula jakos sie trzyma na poziomie ;] Na nastepnego parta obiecuje wam, pelna i surowa krytyke ;p
wypisze tylko kilka, bo niestety lazy-mode jest wlaczony.
Albo "epizod" albo "episode"... xD poza tym z tego co wiem, Prolog nie jest epizodem, a skrawkiem opowiadania nakreslajacym fabule.Kris pisze:Episod I : Prolog
Dodatkowo zauwazylem kilka bledow w stylu - dynamicznej zmiany czasu zdania... raz "mysli", ale po chwili pisze "spojrzal" to jest uderzajace.
to w koncu nauczycielka czy nauczyciel? bo o ile wiem, to w ciagu paru sekund plci sie zmienic nie daKris pisze: Przepraszam, - odezwał się do nauczyciela - mogę wyjść na chwilę? - Nauczycielka spojrzała trochę krzywo na chłopca i odpowiedziała swoim monotonnym głosem - A po co to masz wychodzić w środku lekcji?
Ale Nauczycielka to też nauczyciel bez względu na płeć...//Kris
ja rozumiem, ze tak moza nazywac sie owa technika, lecz mimo wszystko piszemy dla polakow, a wiec nazwa powinna byc spolszczona, lub zapisana w orginalnej - japonskiej - wersji ;p + techniki nie mozna uzyc, ja mozna wykonac ;]Kris pisze: Używając Flash Stepa
powtorzenie ;] dwa razy zostalo zapisane, ze Kris stal nad cialemKris pisze:aczkolwiek nad ciałem stał on sam, tylko w innym ubraniu i z wakizashi w ręce. Kris stał nad swoim własnym ciałem.
Dobra mysle, ze tyle wystarczy na dzien dobry, aby ujawnic mroczna prawde lenistwa ;p Dzieki Bogu przynajmniej fabula jakos sie trzyma na poziomie ;] Na nastepnego parta obiecuje wam, pelna i surowa krytyke ;p
Ostatnio zmieniony czw wrz 06, 2007 9:58 pm przez Treyu, łącznie zmieniany 1 raz.

Nie dzięki Bogu, tylko dzięki nam. Błędy też są dzięki nam. Bardzo się staraliśmy i cieszymy się, że wreszcie ktoś to docenił. Specjalnie na złość forumowiczom stawialiśmy przecinki w miejsce kropek i odwrotnie. Próbowaliśmy co drugie słowo jakiś przeklon wpisać, ale nam jakieś pomidory powyskakiwały, więc daliśmy sobie spokój. Nie bój żaby Treyu, w następnym epie zrobimy więcej błędów, żebyś miał co wypisywać.Treyu pisze:Dzieki Bogu przynajmniej fabula jakos sie trzyma na poziomie ;]
Dla niekumatych: Ironia & sarkazm mode on.
Btw. Dobry komentarz, ale i tak nie mam zamiaru poprawiać stylu pisania. :>
Ja (1-09-2008 12:44)
kolumb wszedł na twoją starą i myślał że to ameryka
Pepek (1-09-2008 12:46)
A po Twojej doszedl do Indii i Antarktydy
kolumb wszedł na twoją starą i myślał że to ameryka
Pepek (1-09-2008 12:46)
A po Twojej doszedl do Indii i Antarktydy
Pierwsze co mnie uderzyło:
Więcej wytykać mi się nie chce. Acer sam chciałeś komenta, więc masz dziadu xD
Tak !, uwielbiam to, krytyka motywuje mnie do jeszcze większych błędów Buahahaha ! //Kris xD
Mój post nie znaczy wcale, że fan fick jest kiczowaty. Znaczy tylko, że jak każdy innych z resztą, zawiera błędy; ]
Ta... a cofnął się jeszcze do tył ?Kris pisze:stanął w miejscu
Heh. Używając Flash Stepa? Dramatyczne. Nie każdy oglądał Blicza, nie każdy wie co to Flash Step i nie każdy lubi jak mu się podaje nazwy, bez opisu tego co sie robi.Kris pisze:Używając Flash Stepa
Pomieszanie z poplątaniem i tak na prawdę nie wiadomo o co chodzi xDKris pisze: W mieszkaniu rozległ się głośny dzwonek, potrafiący obudzić nawet nieżywego, słychać było, że jest to komórka, a po chwili głosny huk jakby ktoś lub coś spadło.
A kot wlazł na płot, a pies zaczął szczekać, a krówka ćwierkać.Kris pisze:Gdy przeczytał SMS'a szybko udeżył się w klatkę, a jego duchowa forma wyszła z ciała, a jego 'prawdziwe' ciało upadło na ziemię, ponownie wywołując huk.
Po pierwsze. Nie koniecznie można się było domyślić. Po drugie, nie jest napisane kiedy on wlazl na ten budynek? Bo to tak brzmi jakby po dachach spacerowali ludzie i na dachach były ulice ;]Kris pisze:można było się domyślić że używa on Shunpo, podczas używania techniki błyskawicznych kroków, mijał kolejne ulice i ludzi, aż wkońcu dotarł na miejsce. Kris stał na jednym z największych budynków w mieście
Więcej wytykać mi się nie chce. Acer sam chciałeś komenta, więc masz dziadu xD
Tak !, uwielbiam to, krytyka motywuje mnie do jeszcze większych błędów Buahahaha ! //Kris xD
Mój post nie znaczy wcale, że fan fick jest kiczowaty. Znaczy tylko, że jak każdy innych z resztą, zawiera błędy; ]
Ostatnio zmieniony ndz wrz 16, 2007 3:39 pm przez Barni, łącznie zmieniany 1 raz.
.
- Drake
- Golden Oozaru
- Posty: 228
- Rejestracja: pt cze 15, 2007 3:32 pm
- Lokalizacja: Głuchołazy
- Kontakt:
Hehe bardzo cieakwy fanifck podoba mi się nawet bardzo tylko że Ep.jest troche przydługi przez co niektórzy mogą się zniechęcić to tyle;]Genralnie jest dobrze
http://www.mist-village.zobacz.com.pl/ fajna stronka anime(duży download)polecam
http://www.otwieramy.pl/?p=140130 kliknij to mi pomoże:Pp
http://www.otwieramy.pl/?p=140130 kliknij to mi pomoże:Pp
Episode 2 : Allert
-Ach, co za nudny dzień..- mruczał pod nosem blond-włosy Quincy, który właśnie wolnym krokiem wracał ze szkoły, przez ramię miał przerzucony plecak i co chwilę rozglądał się na boki, aby rozejrzeć się po otoczeniu, była gdzieś godzina 18, słońce powoli zachodziło, a niebo przybierało kolor pomarańczy. Wszędzie kwitło życie, ten widok przypominał młodemu Quincy’emu coś co dawno dręczyło jego pamięć. Spojrzał na swoją prawą rękę, to zawsze na niej materializował się łuk. Przed oczami pojawił się obrazy jak zabijał Hollowy za jego pomocą. Widział siebie jak wraz z Krisem starał pokonać się Pustego. Te i inne jeszcze widoki przypomniały Bobercikowi o pewnym zdarzeniu sprzed wielu lat. Na ogromnej pustyni stało dwóch mężczyzn, a raczej chłopaków. Jeden z nich, starszy, stał wyprostowany, rękami luźno opuszczonymi przy bokach, jego dłonie były pozwijane bandażami. Ubrany był w fioletowy płaszcz, a nim srebrny krzyż. Włosy były trochę ciemniejsze niż płaszcz, podobnego koloru, na nosie jasno szare gogle. Twarz bez wyrazu, jego oczy skierowane były na drugiego chłopaka, widocznie młodszego. Chłopiec ubrany był bardzo podobnie jak starszy, miał krótkie jasne włosy i bardzo zaciętą minę. Stał w lekkim rozkroku z jedną ręką wystawią do przodu a drugą odchyloną w tył. Między nimi był łuk i cięciwa stworzona z energii duchowej w kolorze jaskrawo pomarańczowym. Chłopiec zaciekle wypuszczał przed siebie kolejne strzały, czasami starszy podchodził i poprawiał sylwetkę czy ułożenie rąk. Nie odzywali się do siebie, jakby rozumieli się bez słów, jedno spojrzenie i już było wiadomo o co chodzi. Otaczał ich tylko piasek, nie było widać nic poza nim. Nie było nigdzie widać gdzie on się kończy, a słońce prażyło okropnie.
- Musisz nauczyć się wykorzystywać energię, która cię otacza, rozumiesz? - chłopak o fioletowych włosach zwracał się do swojego młodszego towarzysza rozmowy. Siedzieli w jaskini, która bardzo starannie chroniła ich przed promieniami słońca.
- Rozumiem Sinju-sama, ale... - odezwał się ten młodszy o jasnych włosach, jednak przerwano mu.
- Nie ma ale, Bobercik! Nie żadnego ale! - Sinju mówił to głosem spokojnym, tylko akcentował odpowiednio wyrazy by brzmiało to poważnie. - musisz ćwiczyć, niedługo nie będziesz potrzebował moich wskazówek, sam sobie poradzisz. Wystarczy abyś to zrozumiał i ćwiczył. - Bobercik kiwnął głową i spuścił wzrok, zamyślił się. Rozmowa trwałą jeszcze przez dłuższy czas, lecz w końcu młody Quincy zasnął z wyczerpania.
-Aa..- wyjęczał Bobercik, który właśnie obudził się ze snu, a następnie zaczął się rozciągać i wyszukiwać wzrokiem swojego nauczyciela. Wielkim zaskoczeniem było dla niego nieobecność Sinju. Młody blond-włosy Quincy wybiegł z jaskini na zewnątrz.
-Sinju-sama !!! – chłopiec w ciągłym biegu, wykrzykiwał te słowa i szukał swojego mistrza, niestety na daremno. Nigdzie nie było śladu po doświadczonym Quincy’m, a chłopiec zgubił już ślad i nie wiedział gdzie się znajduje. Na policzkach Bobercika pojawiły się krople łez, nie miał już właściwie szans na przeżycie w takich warunkach. Po pewnym czasie chłopiec spostrzegł znajomy wisiorek, który należał do jego mistrza, jego rysy znał na pamięć. Mały srebrny krzyż i kilka fioletowych ozdób, na sam widok i dotknięcie pamiątki oraz ujrzenie krwi obok miejsca w którym znajdował się wisiorek, Bobercik wybuchł płaczem i jedyną myślą jaka mu przechodziła przez głowę była śmierć mistrza spowodowana atakiem pustych.
***
- Pasażerowie z lotu 125 proszeni są na płytę C5 , dziękujemy – przez wszystkie megafony zabrzmiał młody kobiecy głos. Wielki tłok i hałas ludzi ciągle spieszących się na swój lot w celach podróży lub po prostu biznesowych. Wszędzie było widać wielkie zamieszanie, to wielodzietna rodzina biegnąca na samolot, upadające dziecko, krzyk i płacz czy też żegnająca się para kochanków wszędzie tętniło życie. W pewnej chwili zaczęło się coś dziać. Mężczyzna w szarym kapturze i czarnej kurtce zaczął się szarpać z młodą dziewczyną miejącą, gdzieś ok. 21 lat. Po chwili odepchnął ją i wyrwał torebkę, w skutek tego kobieta upadła na ziemię i obdarła sobie lekko kolana. Uciekający mężczyzna popychał wszystkich, którzy stali mu na drodze, nie pomogła nawet ochrona lotniskowa, widać było że to nie była pierwsza kradzież w jego życiu.
- Ha ha ! żaden debil mnie nie zatrzyma – wykrzyknął z radością owy mężczyzna, który zbliżał się po woli do wyjścia, właściwie musiał ominąć tylko jedną osobę, która wolnym spokojnym krokiem szła na złodzieja, popijając przy tym wodę. Odległość miedzy dwoma osobami wciąż malała w ostateczności byli już naprzeciw siebie, aczkolwiek.
-Sai…- mruknęła pod nosem nie znajoma osoba, wyciągając przy tym rękę do przodu aby chwycić torebkę. W jednej chwili złodziej upadł na ziemię i wybił sobie kilka zębów, a jednocześnie trochę krwi znalazło się na płytkach. Na lotnisku zapanowała lekka cisza, czarno-włosy mężczyzna wciąż popijając resztkę wody, kierował się w kierunku poszkodowanej.
- Proszę – powiedział to trochę znudzonym głosem nieznajomy oddając torebkę jej właścicielce, po czym chwile jej się przyglądał.
-Oh ! dziękuje panu, bardzo dziękuje ! – powiedziała wzruszona kobieta, która odebrała swoją własność i szybko zaczęła przeglądać jej wnętrze, czy aby na pewno nic nie zostało skradzione. Po krótkiej chwili lotnisko wróciło do życia, a młoda kobieta uniosła głowę , po czym chciała coś powiedzieć, lecz nigdzie nie było jej zbawcy. Przez pewien czas szukała go wzrokiem i chodziła po lotnisku, jednakże go nie znalazła, tak jakby rozpłynął się w powietrzu.
***
Księżyc był jasny i dobrze widoczny tej nocy, była pełnia. Wśród cieni miasta i tysięcy budynków, oparty o ścianę stał młody mężczyzna o jasnych włosach. Wpatrywał się w grudkę ziemi, którą obracał w dłoni, zdawał się nie zwracać uwagi na wszystko co go otacza. Po swojej lewej stronie usłyszał cichy szmer, wyraz twarzy mężczyzny zmienił się lekko. Przestał obracać grudkę w palcach, a oczy miał skupione. Gdy usłyszał drugi szmer czy szelest, był już pewien.
-Znalazłem cię, Neru - odezwał się. Głos miał dziwny, niepowtarzalny i niemożliwy do zapamiętania. Obrócił głowę lekko w lewo, tak aby mógł zobaczyć postać, która się do niego zbliżała. Tak jak się spodziewał, jego oczom ukazał się mężczyzna ubrany w białe kimono z kataną przy pasie. Rude włosy opadały mu na ramiona, ale to nie w tym było coś dziwnego. Na jego twarzy, był jakby odłamany kawałek czaszki, drugim elementem, odróżniającym go od zwykłego człowieka była trójkątna dziura na klatce piersiowej. Jego usta wykrzywiły się w niemiłym grymasie.
-Neru, nie złość się. Chodź ze mną i tyle, nie musi się to skończyć upływem krwi. - ponownie odezwał się blondyn. Mężczyzna o rudych włosach nie odezwał się, nie zmienił wyrazu twarzy, przez chwilę wyglądał jak posąg lecz po chwili odezwał się głosem pełnym powagi i wyrzucił z siebie krótkie "Nie" po czym wyjął swe zanpaktou.
-To koniec Wego - odezwał się po czym odbił się od chodnika. Z ogromną szybkością zbliżał się do swojego przeciwnika, nagle ujrzał w jego dłoni grudkę ziemi, którą rozkruszył. Neru uniósł rękę i ciął ukośnie, jego oczy rozszerzyły się w strasznym zdumieniu gdy jego zanpaktou natrafił nie na ciało Wego, a ogromny kawał skały, który pojawił się tam w przeciągu ułamka sekundy. Odbił się na bezpieczną odległość i zobaczył jak skała osuwa się i znika w ziemi pod nogami Wego.
-Moja lalka, to ziemia, nie dziw się. Zrobię wszystko abyś do nas dołączył. Jeśli zaś to nie poskutkuje, po prostu cię zabiję - mówił to głosem, jakby coś czytał. Neru nie mógł zapamiętać tonu głosu, czy barwy. Ale nie zastanawiał się nad tym. W odpowiedzi na groźbę przeciwnika prychnął lekceważąco.
-Suiton! - krzyknął nagle Neru po czym uniósł swoje zanpaktou nad głowę, katana zmieniła się w długi szeroki miecz, gdzie ostrze zasłaniało dłoń jego właściciela. Uśmiechnął się pod nosem. Wybił się z całej siły, ręka z odpieczętowanym zanpaktou odsunęła się w tył, dla zwiększenia siły cięcia. Uderzył ponownie i ponownie trafił na litą skałą, która była tarczą dla Wego. Gdy Neru odskoczył, jego oczom ukazały się dłonie Bounto, z którym walczył. Wykonywały ruchy podobne jak dyrygent wykonuje dyryguje orkierstrą. Neru zrozumiał, spojrzał pod nogi, zobaczył jak sterowane przez Wego kamienie lecę w niego, po kolei unikał każdego lecz zauważył, coś co mogło mu dać szansę na zwycięstwo. Wego był zbyt zajęty atakiem i zapomniał o obronie. Arrancar wykorzystał ten moment i wbił w lukę między głazami i wystrzelił prosto na przeciwnika. Wego nie mógł się tego spodziewać, Neru ciął poprzecznie przez klatkę, buchnęła krew. Wego syknął z bólu, lecz nie zapomniał o walce, kilka głazów rozbiło się na plecach mężczyzny w białym płaszczu. Neru aż uklęknął z bólu, Wego wypluł trochę krwi, pierwszy zareagował pod Arrancarem pojawiła się dziura w ziemi w którą wpadł i po chwili zamknęła się dusząc w sobie młodego wojownika. Wego odetchnął, nie spodziewał się, że zostanie ranny, ucieszył się, że to już koniec. Lecz gdy spojrzał w miejsce gdzie zniknął Neru, ujrzał jak pęka tam ziemia a z pęknięć widać wiązki czerwonego światła. Nagle powstał potężny wybuch, to pułapka Wego została zniszczona przez Neru. Z chmur pyłu i kurzu wystrzelił Arrancar, ostrze zanpaktou było już przy samej szyi Bounto. Wego nie zdążyłby zareagować, lecz Neru się zawahał, pociągnął ostrze dalej i nie raniąc przeciwnika, obrócił się w miejscu i kopnął Wego z całej siły w bok, obaj usłyszeli trzask kilku żeber. Stając pewnie na nogach wystawił wolną rękę, w której zaczął materializować się czerwony promień, po chwili z jego dłoni wystrzelił ogromny strumień szkarłatnego reiatsu, który na trafił na ciało Bounto. Kiedy pył i kurz opadł, widać było że wszystko wokół jest zniszczone, nie ostał się nawet jeden budynek w promieniu kilkunastu metrów. Neru schował swe zanpaktou i powolnym krokiem podszedł do ciała Wego. Potykał się co chwile, walka wyczerpała go, ale nie tak aby nie miał siły iść. Kucnął przy kałuży krwi, gdzie leżał Bounto, żył.
-Tu masz zapewnienie, że nigdy do was nie dołączę - powiedział, po czym odszedł. Bounto nie miał sił aby odpowiedzieć, o dziwo, zaczął się cicho śmiać, nie zwracał uwagi, że sprawia mu to ból. Śmiał ile sił w zmiażdżonych płucach.
***
Niespotykaną ciszę, przerwał głośny alarm, który zaczął rozbrzmiewać w całej Soul Society.
-CZERWONY ALARM ! – zaczęli wykrzykiwać kilku Shinigami, którzy biegali z oddziału do oddziału. W między czasie przy wszystkich kapitanach pojawiły się piekielne motyle, które informowały ich o niebezpieczeństwie i rozkazem wstawienia się na głównym placu.
-Kapitanie !!! – krzyczał mężczyzna kierujący się do człowieka ubrananego w typowe haori kapitanów. Mężczyzna obrócił się do biegnącego podwładnego, spojrzał na niego i bez odpowiedzi, czekał na informację.
-czerwony alarm !, bariera chroniąca całą Soul Societe ! – zaczął nerwowo brunet, który wciąż gestykulował i powtarzał kilku krotnie tą informację.
- Spokojnie Bliz …- odpowiedział spokojnym tonem i z uśmiechem na ustach człowiek, którego nie dawno nazwano kapitanem – skoro jestem kapitanem 12 dywizji, to jestem winny tej awarii, jako kapitan oddziału technologii powinienem zadbać o bezpieczeństwo.. – dokończył swoje zdanie, a raczej przemówienie, które wykładał osobie zwanej Bliz.
-Urith Taichou..mam w czymś pomóc ?- odezwał się Bliz, który z podziwem patrzał na swojego kapitana. Jednakże wiedział, że to pytanie jest bez sensu, gdyż jego umiejętności nie były na tym samym poziomie, ba ! nawet w 20 % się nie zbliżały do poziomu kapitana 12 dywizji. W jednej chwili wybiegł z laboratorium obracając jeszcze na chwilę głowę, aby upewnić się czy na pewno kapitan sobie z czymś poradzi. Kiedy Bliz całkowicie wybiegł z centrum technologii, Urith wyszedł z laboratorium i zaczął kierować się w stronę najpotężniejszych komputerów, aby wyszukać błąd. Wchodząc do pomieszczenia, zapaliło się światło, teraz w zupełności było widać jego wygląd, był to mężczyzna o rudych włosach sięgających do ramion oraz o wysokim wzroście. Oddając jeszcze kilkanaście kroków usiadł na krześle i zaczął wstukiwać, różne informację. Naglę otworzyło się wielkie okno przypominające widok z kamery. Na obrazie widniał widok ryoka, którzy idąc, biegnąc, wlokąc za sobą wielkie maszyny, kierowali się w stronę murów Społeczeństwa Dusz. Wiedział, że będzie to w pewnym stopniu niebezpieczne, dlatego też wysłał do bardziej utalentowanych shinigami wiadomość o natychmiastowej reakcji i obstawieniu wszystkich bram. Dzięki piekielnym motylom, wiadomość dotarła bez problemów, także wszyscy wezwani shinigami zajęli swoje pozycje i czekałi na atak nieprzyjaciół.
***
Młody, czarnowłosy chłopak spacerował ulicami miasta. Ręce trzymał w kieszeniach jeansowych spodni, stawiał wolne kroki, nigdzie się nie spiesząc. Minę miał zamyśloną i jakby znudzoną. Mijał innych przechodniów nie zwracając na nich uwagi. Zamknął oczy i dłonią zasłonił ziewnięcie, nagle niedaleko usłyszał wybuch. Lecz poszedł dalej jakby nic nie słyszał po chwili do jego uszu dobiegło jeszcze kilka innych eksplozji. Kątem oka zobaczył kilka Pustych, które siało spustoszenie w mieście. Wzruszył ramionami i poszedł dalej.
-Zaraz zlecą się Shinigami - mruknął cicho pod nosem. Lecz nic na to nie wskazywało. Hollowów robiło sie coraz więcej, a całe miasto zamieniało się w ruinę. Chłopak dojrzał jak na wieczornym niebie, pojawiają się czarne linie pęknięć, gdy powstały z nich dziury, powoli zaczęły się wysuwać z nich kościste łapy kolejnych Pustych. Trochę to zaniepokoiło czarnowłosego chłopaka. Nagle jeden z Hollowów o wyglądzie ogromnego psa rzucił się na młodego chłopca.
-Hadou 4: Byakurai! - krzyknął z wyciągniętą ręką. Z palca wskazującego wystrzelił jasny promień białego światła, który trafił prosto w środek maski potwora. Hollow zniknął, a chłopiec uderzył się w pierś i pojawiła się jego druga postać, ubrana w niebieskie kimono podobne do tego, które nosili Shinigami. Na czole miał niebieską opaskę, a na dłoniach rękawiczki bez palców. Przy boku wisiał mu miecz, wakizashi. Jego poprzednie ciało upadło bezwładnie, a on sam ruszył na setki Hollowów. Każdego Hollowa, zabijał do dwóch cięć, niestety nie nadążał, ciągle przybywały nowe. Chłopiec ciął swoim wakizashi wyuczonymi ruchami, kolejne potwory znikały, a następne zajmowały ich miejsce. Zacisnął mocniej zęby i zwiększył szybkość, pojawiał się przy maskach Pustych i rozbijał na drobne kawałki.
-Hadou 33: Soukatsui! - krzyknął, a z jego otwartej dłoni wyleciał ogromny promień jasnego reiatsu niszcząc wszystko na swojej drodze. Duża część jego przeciwników została zmieciona z powierzchni ziemi. Lecz nadal otaczały go setki tych dziwnych istot. Wojownik prychnął cicho lekceważąco i przybrał pozycję do ataku, ale coś zakłóciło jego walkę. Niedaleko niego pojawiło się dwóch Shninigami w czarnych strojach i z zanpaktou w rękach. Jeden był młodszy o czarnych włosach, podobnych do wojownika ale krótszych. Drugi był wysoki, dobrze zbudowany o czerwonych włosach.
-Kris! Shikai! - krzyknął czerwono-włosy do młodszego, który tylko kiwnął głową.
-Dragon Flame! - ponownie krzyknął mężczyzna o czerwonych włosach, a jego miecz zmienił się. Ostrze zmieniło się w ogromny słup ognia. Wszystko wokół Shinigami zdawało się płonąć.
-Fire Wave! - krzyknął ponownie i machnął poziomo zanpaktou. Z płonącego ostrza jakby wypłynęła olbrzymia fala ognia, która pędziła z ogromną szybkością na potwory o kościanych maskach. Z uśmiechem na ustach widział jak demony giną w ogniu.
-Dobra Drake, teraz ja - powiedział chłopak nazwany Krisem.
-Seongam! - wrzasnął młody Shinigami. Zanpaktou w ręce chłopaka zmieniło się, rękojeść miała jasny kolor, przypominający zimowe niebo, zaś ostrze było ogromne jednosieczne, szerokie.
-Hari - powiedział cicho Kris wystawiając rękę z zanpaktou do przodu, ciała Hollowów zrobiły się jak pokryte szronem.
-Ya! - krzyknął z całych sił młody Shinigami. Z ostrza wystrzeliły setki strumienie wody, które zmieniły w lodowe strzały. Pociski zamrożonej wody przeszyły maski pozostałych Pustych, którzy zniknęli. Obaj Shinigami schowali swoje zanpaktou, spojrzeli na wojownika, który od dłuższej siły po prostu się na nich patrzył.
-Kim jesteś? - zwrócił się Drake do chłopaka w niebieskim kimonie.
-Barni... - odpowiedział chłopak, nagle jego wzrok przykuł czarny motyl, który pojawił się obok czerwono-włosego Shinigami, który kiwnął głową na Krisa.
-Wracamy do Soul Society, coś się dzieje. - powiedział do młodszego Shinigami, po chwili zniknął, sekundę po nim zniknął Shinigami imieniem Kris. Barni był lekko poruszony, że został tak zlekceważony, ale jak to on wzruszył ramionami, wrócił do ciała i jakby nic się nie stało poszedł dalej w sobie tylko znanym celu.
-Ach, co za nudny dzień..- mruczał pod nosem blond-włosy Quincy, który właśnie wolnym krokiem wracał ze szkoły, przez ramię miał przerzucony plecak i co chwilę rozglądał się na boki, aby rozejrzeć się po otoczeniu, była gdzieś godzina 18, słońce powoli zachodziło, a niebo przybierało kolor pomarańczy. Wszędzie kwitło życie, ten widok przypominał młodemu Quincy’emu coś co dawno dręczyło jego pamięć. Spojrzał na swoją prawą rękę, to zawsze na niej materializował się łuk. Przed oczami pojawił się obrazy jak zabijał Hollowy za jego pomocą. Widział siebie jak wraz z Krisem starał pokonać się Pustego. Te i inne jeszcze widoki przypomniały Bobercikowi o pewnym zdarzeniu sprzed wielu lat. Na ogromnej pustyni stało dwóch mężczyzn, a raczej chłopaków. Jeden z nich, starszy, stał wyprostowany, rękami luźno opuszczonymi przy bokach, jego dłonie były pozwijane bandażami. Ubrany był w fioletowy płaszcz, a nim srebrny krzyż. Włosy były trochę ciemniejsze niż płaszcz, podobnego koloru, na nosie jasno szare gogle. Twarz bez wyrazu, jego oczy skierowane były na drugiego chłopaka, widocznie młodszego. Chłopiec ubrany był bardzo podobnie jak starszy, miał krótkie jasne włosy i bardzo zaciętą minę. Stał w lekkim rozkroku z jedną ręką wystawią do przodu a drugą odchyloną w tył. Między nimi był łuk i cięciwa stworzona z energii duchowej w kolorze jaskrawo pomarańczowym. Chłopiec zaciekle wypuszczał przed siebie kolejne strzały, czasami starszy podchodził i poprawiał sylwetkę czy ułożenie rąk. Nie odzywali się do siebie, jakby rozumieli się bez słów, jedno spojrzenie i już było wiadomo o co chodzi. Otaczał ich tylko piasek, nie było widać nic poza nim. Nie było nigdzie widać gdzie on się kończy, a słońce prażyło okropnie.
- Musisz nauczyć się wykorzystywać energię, która cię otacza, rozumiesz? - chłopak o fioletowych włosach zwracał się do swojego młodszego towarzysza rozmowy. Siedzieli w jaskini, która bardzo starannie chroniła ich przed promieniami słońca.
- Rozumiem Sinju-sama, ale... - odezwał się ten młodszy o jasnych włosach, jednak przerwano mu.
- Nie ma ale, Bobercik! Nie żadnego ale! - Sinju mówił to głosem spokojnym, tylko akcentował odpowiednio wyrazy by brzmiało to poważnie. - musisz ćwiczyć, niedługo nie będziesz potrzebował moich wskazówek, sam sobie poradzisz. Wystarczy abyś to zrozumiał i ćwiczył. - Bobercik kiwnął głową i spuścił wzrok, zamyślił się. Rozmowa trwałą jeszcze przez dłuższy czas, lecz w końcu młody Quincy zasnął z wyczerpania.
-Aa..- wyjęczał Bobercik, który właśnie obudził się ze snu, a następnie zaczął się rozciągać i wyszukiwać wzrokiem swojego nauczyciela. Wielkim zaskoczeniem było dla niego nieobecność Sinju. Młody blond-włosy Quincy wybiegł z jaskini na zewnątrz.
-Sinju-sama !!! – chłopiec w ciągłym biegu, wykrzykiwał te słowa i szukał swojego mistrza, niestety na daremno. Nigdzie nie było śladu po doświadczonym Quincy’m, a chłopiec zgubił już ślad i nie wiedział gdzie się znajduje. Na policzkach Bobercika pojawiły się krople łez, nie miał już właściwie szans na przeżycie w takich warunkach. Po pewnym czasie chłopiec spostrzegł znajomy wisiorek, który należał do jego mistrza, jego rysy znał na pamięć. Mały srebrny krzyż i kilka fioletowych ozdób, na sam widok i dotknięcie pamiątki oraz ujrzenie krwi obok miejsca w którym znajdował się wisiorek, Bobercik wybuchł płaczem i jedyną myślą jaka mu przechodziła przez głowę była śmierć mistrza spowodowana atakiem pustych.
***
- Pasażerowie z lotu 125 proszeni są na płytę C5 , dziękujemy – przez wszystkie megafony zabrzmiał młody kobiecy głos. Wielki tłok i hałas ludzi ciągle spieszących się na swój lot w celach podróży lub po prostu biznesowych. Wszędzie było widać wielkie zamieszanie, to wielodzietna rodzina biegnąca na samolot, upadające dziecko, krzyk i płacz czy też żegnająca się para kochanków wszędzie tętniło życie. W pewnej chwili zaczęło się coś dziać. Mężczyzna w szarym kapturze i czarnej kurtce zaczął się szarpać z młodą dziewczyną miejącą, gdzieś ok. 21 lat. Po chwili odepchnął ją i wyrwał torebkę, w skutek tego kobieta upadła na ziemię i obdarła sobie lekko kolana. Uciekający mężczyzna popychał wszystkich, którzy stali mu na drodze, nie pomogła nawet ochrona lotniskowa, widać było że to nie była pierwsza kradzież w jego życiu.
- Ha ha ! żaden debil mnie nie zatrzyma – wykrzyknął z radością owy mężczyzna, który zbliżał się po woli do wyjścia, właściwie musiał ominąć tylko jedną osobę, która wolnym spokojnym krokiem szła na złodzieja, popijając przy tym wodę. Odległość miedzy dwoma osobami wciąż malała w ostateczności byli już naprzeciw siebie, aczkolwiek.
-Sai…- mruknęła pod nosem nie znajoma osoba, wyciągając przy tym rękę do przodu aby chwycić torebkę. W jednej chwili złodziej upadł na ziemię i wybił sobie kilka zębów, a jednocześnie trochę krwi znalazło się na płytkach. Na lotnisku zapanowała lekka cisza, czarno-włosy mężczyzna wciąż popijając resztkę wody, kierował się w kierunku poszkodowanej.
- Proszę – powiedział to trochę znudzonym głosem nieznajomy oddając torebkę jej właścicielce, po czym chwile jej się przyglądał.
-Oh ! dziękuje panu, bardzo dziękuje ! – powiedziała wzruszona kobieta, która odebrała swoją własność i szybko zaczęła przeglądać jej wnętrze, czy aby na pewno nic nie zostało skradzione. Po krótkiej chwili lotnisko wróciło do życia, a młoda kobieta uniosła głowę , po czym chciała coś powiedzieć, lecz nigdzie nie było jej zbawcy. Przez pewien czas szukała go wzrokiem i chodziła po lotnisku, jednakże go nie znalazła, tak jakby rozpłynął się w powietrzu.
***
Księżyc był jasny i dobrze widoczny tej nocy, była pełnia. Wśród cieni miasta i tysięcy budynków, oparty o ścianę stał młody mężczyzna o jasnych włosach. Wpatrywał się w grudkę ziemi, którą obracał w dłoni, zdawał się nie zwracać uwagi na wszystko co go otacza. Po swojej lewej stronie usłyszał cichy szmer, wyraz twarzy mężczyzny zmienił się lekko. Przestał obracać grudkę w palcach, a oczy miał skupione. Gdy usłyszał drugi szmer czy szelest, był już pewien.
-Znalazłem cię, Neru - odezwał się. Głos miał dziwny, niepowtarzalny i niemożliwy do zapamiętania. Obrócił głowę lekko w lewo, tak aby mógł zobaczyć postać, która się do niego zbliżała. Tak jak się spodziewał, jego oczom ukazał się mężczyzna ubrany w białe kimono z kataną przy pasie. Rude włosy opadały mu na ramiona, ale to nie w tym było coś dziwnego. Na jego twarzy, był jakby odłamany kawałek czaszki, drugim elementem, odróżniającym go od zwykłego człowieka była trójkątna dziura na klatce piersiowej. Jego usta wykrzywiły się w niemiłym grymasie.
-Neru, nie złość się. Chodź ze mną i tyle, nie musi się to skończyć upływem krwi. - ponownie odezwał się blondyn. Mężczyzna o rudych włosach nie odezwał się, nie zmienił wyrazu twarzy, przez chwilę wyglądał jak posąg lecz po chwili odezwał się głosem pełnym powagi i wyrzucił z siebie krótkie "Nie" po czym wyjął swe zanpaktou.
-To koniec Wego - odezwał się po czym odbił się od chodnika. Z ogromną szybkością zbliżał się do swojego przeciwnika, nagle ujrzał w jego dłoni grudkę ziemi, którą rozkruszył. Neru uniósł rękę i ciął ukośnie, jego oczy rozszerzyły się w strasznym zdumieniu gdy jego zanpaktou natrafił nie na ciało Wego, a ogromny kawał skały, który pojawił się tam w przeciągu ułamka sekundy. Odbił się na bezpieczną odległość i zobaczył jak skała osuwa się i znika w ziemi pod nogami Wego.
-Moja lalka, to ziemia, nie dziw się. Zrobię wszystko abyś do nas dołączył. Jeśli zaś to nie poskutkuje, po prostu cię zabiję - mówił to głosem, jakby coś czytał. Neru nie mógł zapamiętać tonu głosu, czy barwy. Ale nie zastanawiał się nad tym. W odpowiedzi na groźbę przeciwnika prychnął lekceważąco.
-Suiton! - krzyknął nagle Neru po czym uniósł swoje zanpaktou nad głowę, katana zmieniła się w długi szeroki miecz, gdzie ostrze zasłaniało dłoń jego właściciela. Uśmiechnął się pod nosem. Wybił się z całej siły, ręka z odpieczętowanym zanpaktou odsunęła się w tył, dla zwiększenia siły cięcia. Uderzył ponownie i ponownie trafił na litą skałą, która była tarczą dla Wego. Gdy Neru odskoczył, jego oczom ukazały się dłonie Bounto, z którym walczył. Wykonywały ruchy podobne jak dyrygent wykonuje dyryguje orkierstrą. Neru zrozumiał, spojrzał pod nogi, zobaczył jak sterowane przez Wego kamienie lecę w niego, po kolei unikał każdego lecz zauważył, coś co mogło mu dać szansę na zwycięstwo. Wego był zbyt zajęty atakiem i zapomniał o obronie. Arrancar wykorzystał ten moment i wbił w lukę między głazami i wystrzelił prosto na przeciwnika. Wego nie mógł się tego spodziewać, Neru ciął poprzecznie przez klatkę, buchnęła krew. Wego syknął z bólu, lecz nie zapomniał o walce, kilka głazów rozbiło się na plecach mężczyzny w białym płaszczu. Neru aż uklęknął z bólu, Wego wypluł trochę krwi, pierwszy zareagował pod Arrancarem pojawiła się dziura w ziemi w którą wpadł i po chwili zamknęła się dusząc w sobie młodego wojownika. Wego odetchnął, nie spodziewał się, że zostanie ranny, ucieszył się, że to już koniec. Lecz gdy spojrzał w miejsce gdzie zniknął Neru, ujrzał jak pęka tam ziemia a z pęknięć widać wiązki czerwonego światła. Nagle powstał potężny wybuch, to pułapka Wego została zniszczona przez Neru. Z chmur pyłu i kurzu wystrzelił Arrancar, ostrze zanpaktou było już przy samej szyi Bounto. Wego nie zdążyłby zareagować, lecz Neru się zawahał, pociągnął ostrze dalej i nie raniąc przeciwnika, obrócił się w miejscu i kopnął Wego z całej siły w bok, obaj usłyszeli trzask kilku żeber. Stając pewnie na nogach wystawił wolną rękę, w której zaczął materializować się czerwony promień, po chwili z jego dłoni wystrzelił ogromny strumień szkarłatnego reiatsu, który na trafił na ciało Bounto. Kiedy pył i kurz opadł, widać było że wszystko wokół jest zniszczone, nie ostał się nawet jeden budynek w promieniu kilkunastu metrów. Neru schował swe zanpaktou i powolnym krokiem podszedł do ciała Wego. Potykał się co chwile, walka wyczerpała go, ale nie tak aby nie miał siły iść. Kucnął przy kałuży krwi, gdzie leżał Bounto, żył.
-Tu masz zapewnienie, że nigdy do was nie dołączę - powiedział, po czym odszedł. Bounto nie miał sił aby odpowiedzieć, o dziwo, zaczął się cicho śmiać, nie zwracał uwagi, że sprawia mu to ból. Śmiał ile sił w zmiażdżonych płucach.
***
Niespotykaną ciszę, przerwał głośny alarm, który zaczął rozbrzmiewać w całej Soul Society.
-CZERWONY ALARM ! – zaczęli wykrzykiwać kilku Shinigami, którzy biegali z oddziału do oddziału. W między czasie przy wszystkich kapitanach pojawiły się piekielne motyle, które informowały ich o niebezpieczeństwie i rozkazem wstawienia się na głównym placu.
-Kapitanie !!! – krzyczał mężczyzna kierujący się do człowieka ubrananego w typowe haori kapitanów. Mężczyzna obrócił się do biegnącego podwładnego, spojrzał na niego i bez odpowiedzi, czekał na informację.
-czerwony alarm !, bariera chroniąca całą Soul Societe ! – zaczął nerwowo brunet, który wciąż gestykulował i powtarzał kilku krotnie tą informację.
- Spokojnie Bliz …- odpowiedział spokojnym tonem i z uśmiechem na ustach człowiek, którego nie dawno nazwano kapitanem – skoro jestem kapitanem 12 dywizji, to jestem winny tej awarii, jako kapitan oddziału technologii powinienem zadbać o bezpieczeństwo.. – dokończył swoje zdanie, a raczej przemówienie, które wykładał osobie zwanej Bliz.
-Urith Taichou..mam w czymś pomóc ?- odezwał się Bliz, który z podziwem patrzał na swojego kapitana. Jednakże wiedział, że to pytanie jest bez sensu, gdyż jego umiejętności nie były na tym samym poziomie, ba ! nawet w 20 % się nie zbliżały do poziomu kapitana 12 dywizji. W jednej chwili wybiegł z laboratorium obracając jeszcze na chwilę głowę, aby upewnić się czy na pewno kapitan sobie z czymś poradzi. Kiedy Bliz całkowicie wybiegł z centrum technologii, Urith wyszedł z laboratorium i zaczął kierować się w stronę najpotężniejszych komputerów, aby wyszukać błąd. Wchodząc do pomieszczenia, zapaliło się światło, teraz w zupełności było widać jego wygląd, był to mężczyzna o rudych włosach sięgających do ramion oraz o wysokim wzroście. Oddając jeszcze kilkanaście kroków usiadł na krześle i zaczął wstukiwać, różne informację. Naglę otworzyło się wielkie okno przypominające widok z kamery. Na obrazie widniał widok ryoka, którzy idąc, biegnąc, wlokąc za sobą wielkie maszyny, kierowali się w stronę murów Społeczeństwa Dusz. Wiedział, że będzie to w pewnym stopniu niebezpieczne, dlatego też wysłał do bardziej utalentowanych shinigami wiadomość o natychmiastowej reakcji i obstawieniu wszystkich bram. Dzięki piekielnym motylom, wiadomość dotarła bez problemów, także wszyscy wezwani shinigami zajęli swoje pozycje i czekałi na atak nieprzyjaciół.
***
Młody, czarnowłosy chłopak spacerował ulicami miasta. Ręce trzymał w kieszeniach jeansowych spodni, stawiał wolne kroki, nigdzie się nie spiesząc. Minę miał zamyśloną i jakby znudzoną. Mijał innych przechodniów nie zwracając na nich uwagi. Zamknął oczy i dłonią zasłonił ziewnięcie, nagle niedaleko usłyszał wybuch. Lecz poszedł dalej jakby nic nie słyszał po chwili do jego uszu dobiegło jeszcze kilka innych eksplozji. Kątem oka zobaczył kilka Pustych, które siało spustoszenie w mieście. Wzruszył ramionami i poszedł dalej.
-Zaraz zlecą się Shinigami - mruknął cicho pod nosem. Lecz nic na to nie wskazywało. Hollowów robiło sie coraz więcej, a całe miasto zamieniało się w ruinę. Chłopak dojrzał jak na wieczornym niebie, pojawiają się czarne linie pęknięć, gdy powstały z nich dziury, powoli zaczęły się wysuwać z nich kościste łapy kolejnych Pustych. Trochę to zaniepokoiło czarnowłosego chłopaka. Nagle jeden z Hollowów o wyglądzie ogromnego psa rzucił się na młodego chłopca.
-Hadou 4: Byakurai! - krzyknął z wyciągniętą ręką. Z palca wskazującego wystrzelił jasny promień białego światła, który trafił prosto w środek maski potwora. Hollow zniknął, a chłopiec uderzył się w pierś i pojawiła się jego druga postać, ubrana w niebieskie kimono podobne do tego, które nosili Shinigami. Na czole miał niebieską opaskę, a na dłoniach rękawiczki bez palców. Przy boku wisiał mu miecz, wakizashi. Jego poprzednie ciało upadło bezwładnie, a on sam ruszył na setki Hollowów. Każdego Hollowa, zabijał do dwóch cięć, niestety nie nadążał, ciągle przybywały nowe. Chłopiec ciął swoim wakizashi wyuczonymi ruchami, kolejne potwory znikały, a następne zajmowały ich miejsce. Zacisnął mocniej zęby i zwiększył szybkość, pojawiał się przy maskach Pustych i rozbijał na drobne kawałki.
-Hadou 33: Soukatsui! - krzyknął, a z jego otwartej dłoni wyleciał ogromny promień jasnego reiatsu niszcząc wszystko na swojej drodze. Duża część jego przeciwników została zmieciona z powierzchni ziemi. Lecz nadal otaczały go setki tych dziwnych istot. Wojownik prychnął cicho lekceważąco i przybrał pozycję do ataku, ale coś zakłóciło jego walkę. Niedaleko niego pojawiło się dwóch Shninigami w czarnych strojach i z zanpaktou w rękach. Jeden był młodszy o czarnych włosach, podobnych do wojownika ale krótszych. Drugi był wysoki, dobrze zbudowany o czerwonych włosach.
-Kris! Shikai! - krzyknął czerwono-włosy do młodszego, który tylko kiwnął głową.
-Dragon Flame! - ponownie krzyknął mężczyzna o czerwonych włosach, a jego miecz zmienił się. Ostrze zmieniło się w ogromny słup ognia. Wszystko wokół Shinigami zdawało się płonąć.
-Fire Wave! - krzyknął ponownie i machnął poziomo zanpaktou. Z płonącego ostrza jakby wypłynęła olbrzymia fala ognia, która pędziła z ogromną szybkością na potwory o kościanych maskach. Z uśmiechem na ustach widział jak demony giną w ogniu.
-Dobra Drake, teraz ja - powiedział chłopak nazwany Krisem.
-Seongam! - wrzasnął młody Shinigami. Zanpaktou w ręce chłopaka zmieniło się, rękojeść miała jasny kolor, przypominający zimowe niebo, zaś ostrze było ogromne jednosieczne, szerokie.
-Hari - powiedział cicho Kris wystawiając rękę z zanpaktou do przodu, ciała Hollowów zrobiły się jak pokryte szronem.
-Ya! - krzyknął z całych sił młody Shinigami. Z ostrza wystrzeliły setki strumienie wody, które zmieniły w lodowe strzały. Pociski zamrożonej wody przeszyły maski pozostałych Pustych, którzy zniknęli. Obaj Shinigami schowali swoje zanpaktou, spojrzeli na wojownika, który od dłuższej siły po prostu się na nich patrzył.
-Kim jesteś? - zwrócił się Drake do chłopaka w niebieskim kimonie.
-Barni... - odpowiedział chłopak, nagle jego wzrok przykuł czarny motyl, który pojawił się obok czerwono-włosego Shinigami, który kiwnął głową na Krisa.
-Wracamy do Soul Society, coś się dzieje. - powiedział do młodszego Shinigami, po chwili zniknął, sekundę po nim zniknął Shinigami imieniem Kris. Barni był lekko poruszony, że został tak zlekceważony, ale jak to on wzruszył ramionami, wrócił do ciała i jakby nic się nie stało poszedł dalej w sobie tylko znanym celu.
- Drake
- Golden Oozaru
- Posty: 228
- Rejestracja: pt cze 15, 2007 3:32 pm
- Lokalizacja: Głuchołazy
- Kontakt:
No bardzo fajnie mi się czytało brak błędów ortograficznych ciekawe walki i nie za długi epiozd no i moja postac została śweitnie ukazana;ppNie mam temu epowi nic do zarzucenia brawo
http://www.mist-village.zobacz.com.pl/ fajna stronka anime(duży download)polecam
http://www.otwieramy.pl/?p=140130 kliknij to mi pomoże:Pp
http://www.otwieramy.pl/?p=140130 kliknij to mi pomoże:Pp
Przeczytałem do sytuacji na lotnisku(włącznie), dalej było bardzo cieżko z powodu zerowej znajmości Bleach`a więc sobie darowałem.
Scena na pustyni troszkę, za długa. Wypadałoby dać raczej przemyślenia(coś jak w końcówce) a nie dialogi, ale w takiej formi też jest poprawnie. Akcja na lotnisku moim zdaniem bardzo dobra, typowy luzak
Scena na pustyni troszkę, za długa. Wypadałoby dać raczej przemyślenia(coś jak w końcówce) a nie dialogi, ale w takiej formi też jest poprawnie. Akcja na lotnisku moim zdaniem bardzo dobra, typowy luzak
Kris (18-07-2008 22:04)
Ja marzę, aby zobaczyć Pepsona bez koszuli *_*
Kocham Cię Patrycjo :*
Ja marzę, aby zobaczyć Pepsona bez koszuli *_*
Kocham Cię Patrycjo :*
Ciekawie, ciekawie. Ale w opisach przydałoby się dokładniejsze wyjaśnienie czym są/kim są puści, kim shinigami itp. Możesz tym urozmaicić kolejny odcinek, a jednocześnie olśnisz wszystkich, którzy nie oglądali i nie znają Bleacha zbyt dobrze.
Poza tym było dosyć fajne, kilka momentów bardzo mi się podobało.
Akcja 7.5/10
Opis przyrody/bogactwo językowe 8/10
Inne: 6/10
Overall: ~7.8/10
Poza tym było dosyć fajne, kilka momentów bardzo mi się podobało.
Akcja 7.5/10
Opis przyrody/bogactwo językowe 8/10
Inne: 6/10
Overall: ~7.8/10
Epizod III : List
Rozdział I : Atak na Soul Societe
- Cholera !, gdzie to jest, gdzie ten błąd ! – krzyczał Urith, który widać nie wytrzymywał już napięcia jakie sam podbudował, gdy tylko dochodził do błędu coś mu przeszkadzało, a to system się resetował lub po prostu plik się zamykał, jakby ktoś specjalnie próbował przedłużyć czas napaści Ryoka.
Jednak nie tylko kapitan Urith był podenerwowany, każdy kapitan miał problemy ze swoim oddziałem, Ryoka zbierali się pod murami Soul Society i próbowali przedostać się do środka, nawet olbrzymy broniące bram zostali zabici, większość shinigami domyślała się, że to nie jest pospolity atak, a coś co ma uświadomić czyjąś siłę.
- Stójcie ! – krzyknął ostrzegawczo vice kapitan 12 oddziału, który dzierżył w ręce swojego zabójcę dusz. Niestety nikt się nie przestraszył jego tonu, widać było, że brak mu podejścia do takich ludzi jakimi są ryoka. Bliz spodziewając się takiej reakcji wyskoczył w powietrze, zlatując na ziemię kilkukrotnie ruszył rękoma, gdy jego stopy dotknęły drogi, głowy kilku Ryoka odpadły, a z ciała zaczęła tryskać krew. Sytuacja wprawiła wszystkich w osłupienie. Niebo dotąd błękitne bezchmurne zaczęło szarzeć, krew płynąca pod nogami Shinigami, a także Ryoka, cisza była niesamowita, wszyscy stali w miejscu… jednak to trwało tylko kilka sekund. Nagle stado rozwścieczonych Ryoka ruszyło w stronę vice kapitana 12 oddziału, który z ironiczny uśmiechem czekał na pierwszy atak przeciwników.
- 50..51..52..53…54..55…56..57..58..59.60..62..64.65.66 – mruczał pod nosem Bliz, który wciąż miał ten sam uśmiech na twarzy. Po chwili odskoczył dalej i rozejrzał się po otoczeniu, przez to, że znajdował się za bramą Soul Society, miał niesamowite pole do walki jednak obecnie znajdował się w pod samą bramą, dosłownie plecami uderzał o nią, jednak dalej próbował nacierać na przeciwników.
- Zatrzymać go dopóki tego nie przyniosą – krzyczał najwidoczniej przywódca Ryoka, ponieważ ponownie zaczęła się szarża na Shinigami.
- Co tu się cholera dzieje ?! – powiedział uniesionym głosem Drake do jednego z kapitanów, który wyjaśnił sytuację. Po wyjaśnieniach Drake wraz z Kris’em, który przysłuchiwał się rozmowie, byli mocno zdziwieni i zaczęli wypytywać się co mają zrobić, aby pomóc.
-Nic nie róbcie..podobno jakiś kapitan ma to załatwić – powiedział rózowo-włosy kapitan
- MAM !! – wykrzyknął Urith, który wręcz wyskoczył z krzesła, spadające krzesło narobiło trochę hałasu, jednak to nie wyprowadziło z równowagi rudowłosego kapitana 12 oddziału. – Ale..jakim cudem ? – spytał się sam siebie, po wyłączeniu folderu wybiegł z Sali – Ichizo … też musisz pomóc.. – dokończył w pół zdanie.
-Argh !!- wydarł się z bólu Bliz, który widać było, że jest już zmęczony, a na dodatek właśnie w jego ręce znajdowały się widły które przechodziły przez bark na wylot, co sprawiało mu ogromny ból. Po mimo tego dość młody shinigami nie poddawał się szedł dalej, w pewnym momencie ktoś wyrwał mu te widły, przez co Bliz ugiął się , a z ręki zaczął lecieć strumień krwi. Ubranie, które pierwotnie kolor szaro czarny, zmienił się w całkowitą czerń. Po mimo okropnego bólu i uciekającej krwi z organizmu, shinigami szedł dalej. Po chwili oczy zaczęły mu się zamykać, w głowie szumiał dźwięk odbitych stali, powoli zaczął upadać, a jedyne co widział to zbliżająca się katana prosto w jego twarz – heh nie używałem shikai i zginę- pomyślał z duchu shinigami, który powoli zamykał oczy. Vice kapitan zemdlał katana kierowała się w jego głowę, kiedy on sam już prawie leżał na ziemi. Katana zbliżała się do głowy Bliza, aż nagle pękła ?!, właściciel był w szoku, wszyscy wskazywali rękoma przed siebie.
- Donton Ji- rzucił obojętnie wysoki mężczyzna, który kilka sekund wcześniej trzymał wakizashi, a w tej chwili obydwie ręce swobodnie zwisały. – Donton Shiyuri – po słowach kapitana o dość nienaturalnym kolorze włosów, machnął dwukrotnie ręką, po czym z ziemi zaczęły wyrastać coś w rodzaju rąk, które zatrzymywały wszystkich przeciwników. – Twoja kolej.. Urith –
Mężczyzna zwany Urith uśmiechnął się lekko i podniósł rękę do przodu – O Panie nowego świata, przebudź się i zabij tych, którzy stają ci na drodze ! hadou nr.73 KIRA NAGASHI ! – podczas swoich słów Urith ‘’malował’’ na powietrzu znak błyskawicy. Przy ostatnim słowie z nieba zaczęły pobłyskiwać błyskawicę, które uderzały w przeciwników, dosłownie po kilku minutach przed północną bramą Soul Society leżało kilkanaście tysięcy zwłok Ryoka.
***
Rozdział II : Codzienna praca
Kris przechadzał się wolnym krokiem ulicami miasta, trzymając ręce w kieszeniach jeansowych spodni. Głęboko zamyślony nie zwracał zbytnio uwagi co się wokół niego dzieje. Nagle ze świata myśli wyrwał go dobiegający uszu, przeciągły płacz.
W zwykłych okolicznościach nie zwróciłby nawet na to uwagi, lecz dzisiaj poczuł, że w tym płaczu jest coś dziwnego, coś co przykuło jego uwagę od chwili gdy tylko go usłyszał.
Zlokalizował kierunek z którego dźwięk dobiegał i ruszył biegiem. Skręcił w lewo i zaraz przed twarzą zauważył mur, o który o mało co nie powybijał sobie zębów. Bez trudu przeskoczył nad nim i znalazł się na placu zabaw, który pierwszy raz widział na oczy. Rozejrzał się szybko po otoczeniu, szukając dziecka czy czegokolwiek co mogło wydawać ten płacz. Niedaleko zobaczył klęczącą dziewczynkę, a raczej ducha dziewczynki trzymającą w rękach szczątki swojego pluszowego misia. Podszedł do niej i od razu w oczy rzucił mu się gruby łańcuch wiszący z jej klatki piersiowej.
Odetchnął w duchu, spodziewał się czegoś gorszego. Uśmiechnął się pod nosem, w jego ręce pojawił się zanpakutou. Spojrzał na przestraszone dziecko.
- Spokojnie – uśmiechnął się – nie będzie bolało, zaraz znajdziesz się w Soul Society. – powiedział i podniósł miecz do rytuału.
Znów poczuł, że coś jest nie tak jak powinno, twarz zastygła mu w bezruchu, zastanawiał się o co chodzi. Gdy dotarło do niego co się dzieje kilka kroków za plecami ducha dziewczynki nastąpiła eksplozja, w powietrze wzbiły się tumany kurzu. Kris odruchowo zasłonił rękami twarz, kątem oka dostrzegł wyskakującego z chmur pyłu ogromnego Hollowa. Przywodził na myśl żabę, ale nie taką zwykłą, olbrzymią z ostrymi kłami wielkości przeciętnego drzewa.
- Jak zwykle... – mruknął do siebie młody Shinigami. Wyciągnął rękę z zanpakutou do przodu – Seongam – powiedział jakby od niechcenia.
Ostrze w jego ręce zmieniało się, zrobiło się szerokie, jednosieczne, jasnoniebieskie. Za rękojeścią powiewała długa, błękitna wstęga. Kris wybił się wysoko w powietrze, zmierzając prosto w ogromny pysk Hollowa. Przymierzył się do cięcia, maska, która była wielokrotnie większa od niego znajdowała się niewiele przed nim. Pusty sam przyspieszył swoją śmierć, wyskoczył do połknięcia Shinigami. Młody Death God tylko uśmiechnął się pobłażliwie i machnął poziomo ostrzem. Hollow jakby nie zauważył nadszedł do niego śmiercionośny cios, dopiero po chwili zaczął rozpływać we mgłę, aby potem zupełnie zniknąć.
Kris na powrót stanął na ziemi, strzepnął kurz z ramienia i ruszył powoli do ducha dziewczynki, trzymając swój zanpakutou w swym podstawowym stanie.
- Dobra, teraz twoja kolej – powiedział wyraźnie znudzony.
Podszedł do ciągle klęczącej i zalanej łzami dziewczynki, lekko uderzył ją tsuką w czoło, a gdy odłożył rękojeść, na czole dziewczynki widniał dziwny znak, który błysnął jaskrawo i zniknął, a wraz z nim rozpłynęła się dziewczynka. W chwili gdy już miał chować ostrze do jego uszu dobiegł znajomy mu głos.
- Nieźle Kris – młody Shinigami jakby zesztywniał. Zastygł w bezruchu, głos był przyjazny, dobrze mu znany, ale nie spodziewał się, że kiedykolwiek go jeszcze usłyszy. Bardzo powoli, niezgrabnie, jakby robił to po raz pierwszy zaczął się odwracać.
-W- Wolak...? – wykrztusił z siebie, gdy jego oczom ukazała się wysoka szczupła postać stojąca na jednej z drabinek na placu.
Krótkie, czarne włosy oraz długi biały płaszcz powiewały w rytm wiatru, rozpięty płaszcz ukazywał umięśnioną klatkę piersiową tak samo jak usta w uśmiechu ukazywały białe zęby. Kris zauważył przy jego pasie, zanpakutou, takie same jak sam posiadał.
- A kto by inny? – uśmiechnął się szerzej mężczyzna. Zeskoczył z drabinki prosto przed twarz młodego Shinigami. Kris stał w kompletnym osłupieniu nie mogąc zebrać myśli.
Wolak wciąż uśmiechnięty sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej zapieczętowaną kopertę.
- Wybacz ale nie porozmawiamy dzisiaj – powiedział wręczając kopertę Krisowi – przekaż ten list twojemu kapitanowi. Jeszcze się spotkamy... – Kris spojrzał na kopertę, nie bardzo wiedział co się wokół niego dzieje, poczuł że musi zadać pytanie.
- Ale... – podniósł wzrok i zobaczył, że mężczyzna w białym płaszczu zniknął.
***
Rozdział III : Zebranie
- Do wszystkich kapitanów ! Zebranie odbędzie się za 30 minut, obecność obowiązkowa !- nad wszystkimi kapitanami znajdowały się piekielne motyle, czyli jeden z podstawowych komunikatorów między shinigami. Jak wszyscy się domyślali, zebranie zostało wywołane błędem w systemie i atakiem ryoka. Wszyscy kapitanowie bezzwłocznie pojawili się na wezwanie dowódcy, który jak zwykle stał na środku i bawił się swoją bujną brodą, mówiono, że w ten sposób myśli, ale nikt nie wiedział co mu się w głowie kołacze. Więc gdy kapitanowie 13 oddziałów znaleźli się w Sali Obrad i odpowiednio się ustawili Commander Taichou zaczynał swoją wypowiedź
- Więc.. jeżeli wiecie po co was tu wezwałem.. powinniście też wiedzieć dlaczego nie ma Pani Kapitan 9 oddziału – powiedział z poirytowanym głosem. Nagle na Sali rozległ się pisk otwierających drzwi, a w nich ukazała się piękna Pani Kapitan 9 oddziału, która przyciągała wzrok nie jednego Boga Śmierci, była to blondynka o długich nogach, błękitnych oczach, różowych wargach, delikatnych rysach twarzy i dwoma bardzo wypukłymi punktami. Nie było osoby, która by na nią nie spojrzała, nawet jej ubiór zwracał uwagę, ponieważ była to krótka czarna spódniczka udekorowana białymi paskami oraz czarna bluzka z dużym dekoltem.
- Ohayo minna ! – powiedziała swoim trochę dziecinnym głosem, młoda, piękna pani kapitan, po czym pokiwała wszystkim ręką i wolnym krokiem dochodziła do miejsca jej wyznaczonego. Widać było, że nawet główny dowodzący nie wiedział co powiedzieć, lecz w końcu zaczął.
- Więc zacznijmy.. jak wiecie, wezwałem was przede wszystkim, nie po to, aby szukać winnych czy karcić każdego z was, lecz wysłuchać raportu kapitana Urith’a.- w tym momencie skinął na niego głową i rzekł – niech pan wystąpi i opowie czego się pan dowiedział – kończąc to zdanie zaprosił rudowłosego kapitana na środek.
- Jeżeli ktoś się domyśla to teraz mogę potwierdzić jego przypuszczenia – zaczął wysoki mężczyzna, którego ton wydawał się poważny – powiem tak.. zamieszanie wybuchło, ponieważ ktoś próbował przedostać się przez bramę Senkai od zewnątrz, a tym kimś był nie kto inny jak jeden z nielicznych strażników Króla Shinigami.. bogów śmierci o większych mocach niż my .. ktoś na pewno ich kojarzy – ostatnie słowa wypowiedziane były z pewnym rodzajem obawy, ponieważ sam commander taichou był bardzo zaskoczony takim biegiem wydarzeń.
-Ale jak to możliwe ?! podobno Król Shinigami oraz ONI są tylko mitem !! – wykrzyknął kapitan czwartego oddziału, widać było, że jest mocno zdziwiony, a zarazem troche poirytowany tą historią, którą według niego Urith im wmawia.
-Niestety nie.. – rzekł kapitan 12 oddziału z dość smutnym wyrazem twarzy, po tym zdaniu Urith odszedł na miejsce i czekał na ostatnie słowa Commander Taichou
-Czyli jeżeli to wszystko jest prawda to czy czeka nas wojna ? – spytał jeden z kapitanów, który najwyraźniej nie był zachwycony tą sytuacją.
- W tej sytuacji musimy być na wszystko gotowi – odpowiedział Commander Taichou
- Z jednej strony ci przeklęci arrancar, a z drugiej bogowie o wyglądzie hollowów, to nie jest dobry dzień – powiedział kapitan 2 oddziału po czym spoglądał na innych
- Dobrze.. niech każdy robi co do niego należy, możecie się rozejść – powiedział Commander Taichou przerywając niezręczną ciszę, po czym wyszedł z Sali Obrad.
***
Rozdział IV : Arrancar ?
- Ty, Barni... – w ciemności do uszu chłopca dobiegł głos. Odwrócił się, ujrzał znanego mu już czarnowłosego shinigami imieniem Kris. Obaj stali na dachu wysokiego bloku mieszkalnego. Cicho w tle powoli przesuwały się obłoki chmur, odróżniające się na panoramie miasta.
- Co jest? – zapytał Barni. Widzieli swoje twarze w bladym świetle Księżyca, patrząc sobie w oczy rozmawiając ostrożnie. Starając się dobierać powoli słowa. Barniego powoli drażniła ta sytuacja gdyż nie był do nich przyzwyczajony.
- Co jest? – ponowił pytanie, tym razem oczekując odpowiedzi. Kris skrzywił lekko twarz po czym zapytał.
- Kim ty właściwie jesteś? – zapadła pełna konsternacji cisza. Shinigami widząc minę swego rozmówcy znów się odezwał. – Masz nasze moce, to znaczy moce shinigami, choć nie jesteś shinigami. Władasz Kidou, a nie należysz do żadnej z dywizji, posiadasz zanpakutou, ale nie ma cię w Soul Society. Jakim cudem?
Barni chwilę w milczeniu wpatrywał się w oczy Krisa. Po chwili westchnął i odwrócił wzrok, jakby sobie coś przypominał czy też zastanawiał się. Młody shinigami nie przerywał mu tego, dawał mu czas. Nie spieszyło mu się nigdzie. Barni zaś przemyślał sobie wszystko, spokojnie przeniósł wzrok na Krisa i otworzył usta i zamarł w bezruchu. Jego wzrok skupiony był w punkcie niewiele ponad ramieniem shinigami. Usta Barniego lekko się poruszały i cichy szept przerodził się w głos, który usłyszał i Kris.
- Arrancar... – cicho mówił sam do siebie rozmówca Krisa. Shinigami odwrócił się i zauważył w oddali białą plamkę, jakby płaszcz. Barni natychmiast się ożywił, uderzył się pierś i wystrzelił w kierunku białej plamy, pozostawiając fałszywe ciało na dachu budynku. Niebieska opaska na głowie wojownika powiewała wraz z pędem powietrza. Barni szybko wyciągnął wakizashi, teraz widział dobrze. Przed nim w powietrzu wisiała postać w białym kimono o długich rudych włosach.
- Arrancar! – ryknął młody wojownik, wtedy rudowłosy mężczyzna odwrócił się ukazując pozostałą na twarzy część maski. Dopiero teraz Kris odzyskał zdolność myślenia, od razu pomknął za chłopakiem. Barni wykonał krótkie cięcie mające na celu zniszczenie maski, błysnęła stal i strzeliły iskry. Dwa ostrza zderzyły się ze sobą, Barni z ogromną zaciekłością wykonał kolejne uderzenia lecz zawsze był taki samym, blok. Młody wojownik nie czekał na szczęście, wystawił rękę z zanpakutou do przodu.
- Sold Destroyer! – krzyknął, a miecz w jego ręce zaczął się zmieniać. Ostrze zmieniło kolor na złoty, błyszczało wręcz nienaturalnie emitując potężne dawki światła. Wokół ostrza powiewała niebieska mgła, jakby dym powoli oplatający zanpakutou.
Barni z nikłym uśmiechem na twarzy uderzał ponownie. Arrancar nie wyglądał na zaskoczonego, tak samo jak i wcześniej odpierał ataki. Wojownik znów przymierzył się do cięcia, szybki ruch ręką, tak jak go uczono, długi łuk, końcem ostrza. Tym razem nie natrafił na żadną przeszkodę, Arrancar uchylił się przed atakiem i trzymając swój miecz jedną ręką ciął pionowo przez klatkę piersiową. Z rany buchnęła fala krwi, zanim Barni zdołał wykrztusić z siebie choćby jęk w jego twarz uderzyła pięść przeciwnika. Kris wystrzelił z miejsca wyciągając swój zanpakutou, lecz nie wyciągnął go nawet do końca. Czerwony wąski strumień reiatsu przeszył jego bark.
Arrancar spojrzał ponownie zimnym wzrokiem na Barniego. Rękę z ostrzem wyciągnął do tyłu, do dźgnięcia. Jedyne co Barni zdążył zrobić to wypowiedzieć cicho:
- Acer taichou... – świst, Barni odruchowo zamknął oczy. Lecz nie poczuł bólu, nie czuł aby ostrze przebiło się przez jego ciało. Gdy nieśmiało otworzył jedno oko, oba rozszerzyły się w niemym zdumieniu. Przed nim stał mężczyzna ubrany w biały płaszcz z postawionym kołnierzem, jedną ręką trzymał za nadgarstek Arrancara, nie pozwalając aby atak dobiegł do końca. Czarne włosy opadały na twarz, jedyne co rzucało się w oczy była blizna ciągnąca się przez policzek.
Rozdział I : Atak na Soul Societe
- Cholera !, gdzie to jest, gdzie ten błąd ! – krzyczał Urith, który widać nie wytrzymywał już napięcia jakie sam podbudował, gdy tylko dochodził do błędu coś mu przeszkadzało, a to system się resetował lub po prostu plik się zamykał, jakby ktoś specjalnie próbował przedłużyć czas napaści Ryoka.
Jednak nie tylko kapitan Urith był podenerwowany, każdy kapitan miał problemy ze swoim oddziałem, Ryoka zbierali się pod murami Soul Society i próbowali przedostać się do środka, nawet olbrzymy broniące bram zostali zabici, większość shinigami domyślała się, że to nie jest pospolity atak, a coś co ma uświadomić czyjąś siłę.
- Stójcie ! – krzyknął ostrzegawczo vice kapitan 12 oddziału, który dzierżył w ręce swojego zabójcę dusz. Niestety nikt się nie przestraszył jego tonu, widać było, że brak mu podejścia do takich ludzi jakimi są ryoka. Bliz spodziewając się takiej reakcji wyskoczył w powietrze, zlatując na ziemię kilkukrotnie ruszył rękoma, gdy jego stopy dotknęły drogi, głowy kilku Ryoka odpadły, a z ciała zaczęła tryskać krew. Sytuacja wprawiła wszystkich w osłupienie. Niebo dotąd błękitne bezchmurne zaczęło szarzeć, krew płynąca pod nogami Shinigami, a także Ryoka, cisza była niesamowita, wszyscy stali w miejscu… jednak to trwało tylko kilka sekund. Nagle stado rozwścieczonych Ryoka ruszyło w stronę vice kapitana 12 oddziału, który z ironiczny uśmiechem czekał na pierwszy atak przeciwników.
- 50..51..52..53…54..55…56..57..58..59.60..62..64.65.66 – mruczał pod nosem Bliz, który wciąż miał ten sam uśmiech na twarzy. Po chwili odskoczył dalej i rozejrzał się po otoczeniu, przez to, że znajdował się za bramą Soul Society, miał niesamowite pole do walki jednak obecnie znajdował się w pod samą bramą, dosłownie plecami uderzał o nią, jednak dalej próbował nacierać na przeciwników.
- Zatrzymać go dopóki tego nie przyniosą – krzyczał najwidoczniej przywódca Ryoka, ponieważ ponownie zaczęła się szarża na Shinigami.
- Co tu się cholera dzieje ?! – powiedział uniesionym głosem Drake do jednego z kapitanów, który wyjaśnił sytuację. Po wyjaśnieniach Drake wraz z Kris’em, który przysłuchiwał się rozmowie, byli mocno zdziwieni i zaczęli wypytywać się co mają zrobić, aby pomóc.
-Nic nie róbcie..podobno jakiś kapitan ma to załatwić – powiedział rózowo-włosy kapitan
- MAM !! – wykrzyknął Urith, który wręcz wyskoczył z krzesła, spadające krzesło narobiło trochę hałasu, jednak to nie wyprowadziło z równowagi rudowłosego kapitana 12 oddziału. – Ale..jakim cudem ? – spytał się sam siebie, po wyłączeniu folderu wybiegł z Sali – Ichizo … też musisz pomóc.. – dokończył w pół zdanie.
-Argh !!- wydarł się z bólu Bliz, który widać było, że jest już zmęczony, a na dodatek właśnie w jego ręce znajdowały się widły które przechodziły przez bark na wylot, co sprawiało mu ogromny ból. Po mimo tego dość młody shinigami nie poddawał się szedł dalej, w pewnym momencie ktoś wyrwał mu te widły, przez co Bliz ugiął się , a z ręki zaczął lecieć strumień krwi. Ubranie, które pierwotnie kolor szaro czarny, zmienił się w całkowitą czerń. Po mimo okropnego bólu i uciekającej krwi z organizmu, shinigami szedł dalej. Po chwili oczy zaczęły mu się zamykać, w głowie szumiał dźwięk odbitych stali, powoli zaczął upadać, a jedyne co widział to zbliżająca się katana prosto w jego twarz – heh nie używałem shikai i zginę- pomyślał z duchu shinigami, który powoli zamykał oczy. Vice kapitan zemdlał katana kierowała się w jego głowę, kiedy on sam już prawie leżał na ziemi. Katana zbliżała się do głowy Bliza, aż nagle pękła ?!, właściciel był w szoku, wszyscy wskazywali rękoma przed siebie.
- Donton Ji- rzucił obojętnie wysoki mężczyzna, który kilka sekund wcześniej trzymał wakizashi, a w tej chwili obydwie ręce swobodnie zwisały. – Donton Shiyuri – po słowach kapitana o dość nienaturalnym kolorze włosów, machnął dwukrotnie ręką, po czym z ziemi zaczęły wyrastać coś w rodzaju rąk, które zatrzymywały wszystkich przeciwników. – Twoja kolej.. Urith –
Mężczyzna zwany Urith uśmiechnął się lekko i podniósł rękę do przodu – O Panie nowego świata, przebudź się i zabij tych, którzy stają ci na drodze ! hadou nr.73 KIRA NAGASHI ! – podczas swoich słów Urith ‘’malował’’ na powietrzu znak błyskawicy. Przy ostatnim słowie z nieba zaczęły pobłyskiwać błyskawicę, które uderzały w przeciwników, dosłownie po kilku minutach przed północną bramą Soul Society leżało kilkanaście tysięcy zwłok Ryoka.
***
Rozdział II : Codzienna praca
Kris przechadzał się wolnym krokiem ulicami miasta, trzymając ręce w kieszeniach jeansowych spodni. Głęboko zamyślony nie zwracał zbytnio uwagi co się wokół niego dzieje. Nagle ze świata myśli wyrwał go dobiegający uszu, przeciągły płacz.
W zwykłych okolicznościach nie zwróciłby nawet na to uwagi, lecz dzisiaj poczuł, że w tym płaczu jest coś dziwnego, coś co przykuło jego uwagę od chwili gdy tylko go usłyszał.
Zlokalizował kierunek z którego dźwięk dobiegał i ruszył biegiem. Skręcił w lewo i zaraz przed twarzą zauważył mur, o który o mało co nie powybijał sobie zębów. Bez trudu przeskoczył nad nim i znalazł się na placu zabaw, który pierwszy raz widział na oczy. Rozejrzał się szybko po otoczeniu, szukając dziecka czy czegokolwiek co mogło wydawać ten płacz. Niedaleko zobaczył klęczącą dziewczynkę, a raczej ducha dziewczynki trzymającą w rękach szczątki swojego pluszowego misia. Podszedł do niej i od razu w oczy rzucił mu się gruby łańcuch wiszący z jej klatki piersiowej.
Odetchnął w duchu, spodziewał się czegoś gorszego. Uśmiechnął się pod nosem, w jego ręce pojawił się zanpakutou. Spojrzał na przestraszone dziecko.
- Spokojnie – uśmiechnął się – nie będzie bolało, zaraz znajdziesz się w Soul Society. – powiedział i podniósł miecz do rytuału.
Znów poczuł, że coś jest nie tak jak powinno, twarz zastygła mu w bezruchu, zastanawiał się o co chodzi. Gdy dotarło do niego co się dzieje kilka kroków za plecami ducha dziewczynki nastąpiła eksplozja, w powietrze wzbiły się tumany kurzu. Kris odruchowo zasłonił rękami twarz, kątem oka dostrzegł wyskakującego z chmur pyłu ogromnego Hollowa. Przywodził na myśl żabę, ale nie taką zwykłą, olbrzymią z ostrymi kłami wielkości przeciętnego drzewa.
- Jak zwykle... – mruknął do siebie młody Shinigami. Wyciągnął rękę z zanpakutou do przodu – Seongam – powiedział jakby od niechcenia.
Ostrze w jego ręce zmieniało się, zrobiło się szerokie, jednosieczne, jasnoniebieskie. Za rękojeścią powiewała długa, błękitna wstęga. Kris wybił się wysoko w powietrze, zmierzając prosto w ogromny pysk Hollowa. Przymierzył się do cięcia, maska, która była wielokrotnie większa od niego znajdowała się niewiele przed nim. Pusty sam przyspieszył swoją śmierć, wyskoczył do połknięcia Shinigami. Młody Death God tylko uśmiechnął się pobłażliwie i machnął poziomo ostrzem. Hollow jakby nie zauważył nadszedł do niego śmiercionośny cios, dopiero po chwili zaczął rozpływać we mgłę, aby potem zupełnie zniknąć.
Kris na powrót stanął na ziemi, strzepnął kurz z ramienia i ruszył powoli do ducha dziewczynki, trzymając swój zanpakutou w swym podstawowym stanie.
- Dobra, teraz twoja kolej – powiedział wyraźnie znudzony.
Podszedł do ciągle klęczącej i zalanej łzami dziewczynki, lekko uderzył ją tsuką w czoło, a gdy odłożył rękojeść, na czole dziewczynki widniał dziwny znak, który błysnął jaskrawo i zniknął, a wraz z nim rozpłynęła się dziewczynka. W chwili gdy już miał chować ostrze do jego uszu dobiegł znajomy mu głos.
- Nieźle Kris – młody Shinigami jakby zesztywniał. Zastygł w bezruchu, głos był przyjazny, dobrze mu znany, ale nie spodziewał się, że kiedykolwiek go jeszcze usłyszy. Bardzo powoli, niezgrabnie, jakby robił to po raz pierwszy zaczął się odwracać.
-W- Wolak...? – wykrztusił z siebie, gdy jego oczom ukazała się wysoka szczupła postać stojąca na jednej z drabinek na placu.
Krótkie, czarne włosy oraz długi biały płaszcz powiewały w rytm wiatru, rozpięty płaszcz ukazywał umięśnioną klatkę piersiową tak samo jak usta w uśmiechu ukazywały białe zęby. Kris zauważył przy jego pasie, zanpakutou, takie same jak sam posiadał.
- A kto by inny? – uśmiechnął się szerzej mężczyzna. Zeskoczył z drabinki prosto przed twarz młodego Shinigami. Kris stał w kompletnym osłupieniu nie mogąc zebrać myśli.
Wolak wciąż uśmiechnięty sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej zapieczętowaną kopertę.
- Wybacz ale nie porozmawiamy dzisiaj – powiedział wręczając kopertę Krisowi – przekaż ten list twojemu kapitanowi. Jeszcze się spotkamy... – Kris spojrzał na kopertę, nie bardzo wiedział co się wokół niego dzieje, poczuł że musi zadać pytanie.
- Ale... – podniósł wzrok i zobaczył, że mężczyzna w białym płaszczu zniknął.
***
Rozdział III : Zebranie
- Do wszystkich kapitanów ! Zebranie odbędzie się za 30 minut, obecność obowiązkowa !- nad wszystkimi kapitanami znajdowały się piekielne motyle, czyli jeden z podstawowych komunikatorów między shinigami. Jak wszyscy się domyślali, zebranie zostało wywołane błędem w systemie i atakiem ryoka. Wszyscy kapitanowie bezzwłocznie pojawili się na wezwanie dowódcy, który jak zwykle stał na środku i bawił się swoją bujną brodą, mówiono, że w ten sposób myśli, ale nikt nie wiedział co mu się w głowie kołacze. Więc gdy kapitanowie 13 oddziałów znaleźli się w Sali Obrad i odpowiednio się ustawili Commander Taichou zaczynał swoją wypowiedź
- Więc.. jeżeli wiecie po co was tu wezwałem.. powinniście też wiedzieć dlaczego nie ma Pani Kapitan 9 oddziału – powiedział z poirytowanym głosem. Nagle na Sali rozległ się pisk otwierających drzwi, a w nich ukazała się piękna Pani Kapitan 9 oddziału, która przyciągała wzrok nie jednego Boga Śmierci, była to blondynka o długich nogach, błękitnych oczach, różowych wargach, delikatnych rysach twarzy i dwoma bardzo wypukłymi punktami. Nie było osoby, która by na nią nie spojrzała, nawet jej ubiór zwracał uwagę, ponieważ była to krótka czarna spódniczka udekorowana białymi paskami oraz czarna bluzka z dużym dekoltem.
- Ohayo minna ! – powiedziała swoim trochę dziecinnym głosem, młoda, piękna pani kapitan, po czym pokiwała wszystkim ręką i wolnym krokiem dochodziła do miejsca jej wyznaczonego. Widać było, że nawet główny dowodzący nie wiedział co powiedzieć, lecz w końcu zaczął.
- Więc zacznijmy.. jak wiecie, wezwałem was przede wszystkim, nie po to, aby szukać winnych czy karcić każdego z was, lecz wysłuchać raportu kapitana Urith’a.- w tym momencie skinął na niego głową i rzekł – niech pan wystąpi i opowie czego się pan dowiedział – kończąc to zdanie zaprosił rudowłosego kapitana na środek.
- Jeżeli ktoś się domyśla to teraz mogę potwierdzić jego przypuszczenia – zaczął wysoki mężczyzna, którego ton wydawał się poważny – powiem tak.. zamieszanie wybuchło, ponieważ ktoś próbował przedostać się przez bramę Senkai od zewnątrz, a tym kimś był nie kto inny jak jeden z nielicznych strażników Króla Shinigami.. bogów śmierci o większych mocach niż my .. ktoś na pewno ich kojarzy – ostatnie słowa wypowiedziane były z pewnym rodzajem obawy, ponieważ sam commander taichou był bardzo zaskoczony takim biegiem wydarzeń.
-Ale jak to możliwe ?! podobno Król Shinigami oraz ONI są tylko mitem !! – wykrzyknął kapitan czwartego oddziału, widać było, że jest mocno zdziwiony, a zarazem troche poirytowany tą historią, którą według niego Urith im wmawia.
-Niestety nie.. – rzekł kapitan 12 oddziału z dość smutnym wyrazem twarzy, po tym zdaniu Urith odszedł na miejsce i czekał na ostatnie słowa Commander Taichou
-Czyli jeżeli to wszystko jest prawda to czy czeka nas wojna ? – spytał jeden z kapitanów, który najwyraźniej nie był zachwycony tą sytuacją.
- W tej sytuacji musimy być na wszystko gotowi – odpowiedział Commander Taichou
- Z jednej strony ci przeklęci arrancar, a z drugiej bogowie o wyglądzie hollowów, to nie jest dobry dzień – powiedział kapitan 2 oddziału po czym spoglądał na innych
- Dobrze.. niech każdy robi co do niego należy, możecie się rozejść – powiedział Commander Taichou przerywając niezręczną ciszę, po czym wyszedł z Sali Obrad.
***
Rozdział IV : Arrancar ?
- Ty, Barni... – w ciemności do uszu chłopca dobiegł głos. Odwrócił się, ujrzał znanego mu już czarnowłosego shinigami imieniem Kris. Obaj stali na dachu wysokiego bloku mieszkalnego. Cicho w tle powoli przesuwały się obłoki chmur, odróżniające się na panoramie miasta.
- Co jest? – zapytał Barni. Widzieli swoje twarze w bladym świetle Księżyca, patrząc sobie w oczy rozmawiając ostrożnie. Starając się dobierać powoli słowa. Barniego powoli drażniła ta sytuacja gdyż nie był do nich przyzwyczajony.
- Co jest? – ponowił pytanie, tym razem oczekując odpowiedzi. Kris skrzywił lekko twarz po czym zapytał.
- Kim ty właściwie jesteś? – zapadła pełna konsternacji cisza. Shinigami widząc minę swego rozmówcy znów się odezwał. – Masz nasze moce, to znaczy moce shinigami, choć nie jesteś shinigami. Władasz Kidou, a nie należysz do żadnej z dywizji, posiadasz zanpakutou, ale nie ma cię w Soul Society. Jakim cudem?
Barni chwilę w milczeniu wpatrywał się w oczy Krisa. Po chwili westchnął i odwrócił wzrok, jakby sobie coś przypominał czy też zastanawiał się. Młody shinigami nie przerywał mu tego, dawał mu czas. Nie spieszyło mu się nigdzie. Barni zaś przemyślał sobie wszystko, spokojnie przeniósł wzrok na Krisa i otworzył usta i zamarł w bezruchu. Jego wzrok skupiony był w punkcie niewiele ponad ramieniem shinigami. Usta Barniego lekko się poruszały i cichy szept przerodził się w głos, który usłyszał i Kris.
- Arrancar... – cicho mówił sam do siebie rozmówca Krisa. Shinigami odwrócił się i zauważył w oddali białą plamkę, jakby płaszcz. Barni natychmiast się ożywił, uderzył się pierś i wystrzelił w kierunku białej plamy, pozostawiając fałszywe ciało na dachu budynku. Niebieska opaska na głowie wojownika powiewała wraz z pędem powietrza. Barni szybko wyciągnął wakizashi, teraz widział dobrze. Przed nim w powietrzu wisiała postać w białym kimono o długich rudych włosach.
- Arrancar! – ryknął młody wojownik, wtedy rudowłosy mężczyzna odwrócił się ukazując pozostałą na twarzy część maski. Dopiero teraz Kris odzyskał zdolność myślenia, od razu pomknął za chłopakiem. Barni wykonał krótkie cięcie mające na celu zniszczenie maski, błysnęła stal i strzeliły iskry. Dwa ostrza zderzyły się ze sobą, Barni z ogromną zaciekłością wykonał kolejne uderzenia lecz zawsze był taki samym, blok. Młody wojownik nie czekał na szczęście, wystawił rękę z zanpakutou do przodu.
- Sold Destroyer! – krzyknął, a miecz w jego ręce zaczął się zmieniać. Ostrze zmieniło kolor na złoty, błyszczało wręcz nienaturalnie emitując potężne dawki światła. Wokół ostrza powiewała niebieska mgła, jakby dym powoli oplatający zanpakutou.
Barni z nikłym uśmiechem na twarzy uderzał ponownie. Arrancar nie wyglądał na zaskoczonego, tak samo jak i wcześniej odpierał ataki. Wojownik znów przymierzył się do cięcia, szybki ruch ręką, tak jak go uczono, długi łuk, końcem ostrza. Tym razem nie natrafił na żadną przeszkodę, Arrancar uchylił się przed atakiem i trzymając swój miecz jedną ręką ciął pionowo przez klatkę piersiową. Z rany buchnęła fala krwi, zanim Barni zdołał wykrztusić z siebie choćby jęk w jego twarz uderzyła pięść przeciwnika. Kris wystrzelił z miejsca wyciągając swój zanpakutou, lecz nie wyciągnął go nawet do końca. Czerwony wąski strumień reiatsu przeszył jego bark.
Arrancar spojrzał ponownie zimnym wzrokiem na Barniego. Rękę z ostrzem wyciągnął do tyłu, do dźgnięcia. Jedyne co Barni zdążył zrobić to wypowiedzieć cicho:
- Acer taichou... – świst, Barni odruchowo zamknął oczy. Lecz nie poczuł bólu, nie czuł aby ostrze przebiło się przez jego ciało. Gdy nieśmiało otworzył jedno oko, oba rozszerzyły się w niemym zdumieniu. Przed nim stał mężczyzna ubrany w biały płaszcz z postawionym kołnierzem, jedną ręką trzymał za nadgarstek Arrancara, nie pozwalając aby atak dobiegł do końca. Czarne włosy opadały na twarz, jedyne co rzucało się w oczy była blizna ciągnąca się przez policzek.


1. Kris ma ZAWSZE racje
2. PP3088 ma prawie zawsze racje
3. : >









