Dobra. Kris mnie za to zabije i usmaży na wolnym ogniu, ale trudno
....................::::::::::::::::::::::::::::::;EpiZode Tu::::::::::::::::::::::::::.....................
.........::::::::::::::MrOsshnnyy kolo; „pakuj pan manatki i wyruszamy”::::::::::::............
Kris i Didix stanęli przed sobą. Nie dzieliło ich więcej, niż dwa metry. Kayl stał ciągle oparty o ścianę budynku, z miną wyrażającą lekkie poirytowanie.
-Eh… Kris i te jego szczeniackie zabawy- mruknął do siebie.
Dom, przy którym zaraz miała rozpocząć się walka stał pośrodku wielkiego lasu, właściciel owego domu zaginął dawno temu, w niewyjaśnionych okolicznościach. Zdążył jednak wyciąć drzewa, tak, że dom nie stał teraz w lesie, lecz na polanie pomiędzy czterema lasami. Sam dom nie był niczym nadzwyczajnym, zbudowany raczej do celów odpoczynku i relaksu, niż zamieszkania w nim. Mały, drewniany, z jednym jedynym pokojem.
Kris spojrzał z pogardą na chłopaka stojącego przed nim. Nigdy nie zamienił z nim więcej słów, niż wymuszone „cześć”. Didix zawsze wydawał mu się opuszczonym przez wszystkich, słabym i bojaźliwym dzieckiem. Nigdy nawet nie przeszło mu przez myśl, aby się z nim zakolegować. To by okropnie wpłynęło na jego reputację.
Twarz Didixa tymczasem nie wyrażała żadnych uczuć. Stał przed Krisem, z rękoma w kieszeniach i przyglądał mu się uważnie.
- Czego się tak gapisz?!- krzyknął zdenerwowany Kris, a wokół niego na chwilę pojawiła się biała aura, ale po chwili znikła.
- Tak jakoś.. – Didix wyjął ręce z kieszeni i zaczął się koncentrować. Stał tak przez chwilę, z zamkniętymi oczami, jednak za moment je otworzył.
- W porządku. Jestem gotów- rzekł i rzucił przelotne spojrzenie na Kayla opierającego się o ścianę budynku i dłubiącego sobie w uchu- Ty! Hyuuga. Nie wtrącaj się.
-W porządku, w porządku- mruknął Kayl, wycierając palec o spodnie.
Kris stanął w lekkim rozkroku. W tym samym momencie Didix, bez ostrzeżenia, ruszył na niego. Zdezorientowany Kris został uraczony mocnym ciosem w brzuch, w wyniku którego zgiął się w pół. Didix korzystając z tego wyprowadził cios kolanem, które wylądowało na twarzy Krisa. Ten zatoczył się i kucnął kilka metrów od Didixa łapiąc oddech i ocierając z twarzy krew. W oczach miał rządzę mordu. Wstał, nie zwracając uwagi na to, że z nosa ciągle leci mu krew. Podniósł prawą rękę w górę, wokół niej zaczęła kumulować się energia, tworząc coś na kształt elipsy.
-Kris!- powiedział głośno Kayl- przecież tym możesz go zabić..
-Zamknij się, sam tego chciał- odparł Shivente i machnął ręką. Energia pomknęła ku Didixowi, ten jednak „wyprowadził ją w las” (dosłownie ;]) robiąc nad nią efektowne salto, a po chwili lądując przed Krisem. Ten jednak był już na to gotowy. Wystawił przed siebie rękę, skierowaną otwartą dłonią do Didixa. Powoli przed ręką zaczęła zbierać się energia. Didix jednak nie stracił zimnej krwi. Nim pocisk Krisa był gotów, kopnął go mocno w kolano. Kris padł na ziemię.
-Cholera!- krzyknął zły na siebie- Nie będzie mnie jakiś wypłosz bił!
Poderwał się na równe nogi i zasypał Didixa serią ciosów w twarz i tors. Początkowo były one blokowane, ale stopniowo zaczęły się przedzierać przez obronę przeciwnika. Już po kilkunastu sekundach Didix w ogóle się nie bronił, przyjmując na siebie coraz to mocniejsze ciosy. W końcu Kris podskoczył lekko, jego noga znalazła się na wysokości głowy Didixa. Wymach … noga przeszyła powietrze. Kris upadł na ziemię, i zaczął rozglądać się wokoło. Gdy obrócił się w tył na jego twarzy wylądował mocny cios. Lekko zamroczony cofnął się o dwa kroki. O dwa kroki za dużo. Tamtędy bowiem przelatywał akurat jego Keinzan. Kris poczuł, że coś gilgocze (?) go w rękę. Chwilę potem usłyszał krzyk bólu. Po chwili dotarło do niego, że to on sam krzyknął. Spojrzał w dół, na swoją lewą rękę. Leżała na ziemi, ucięta od łokcia w dół. Didix podbiegł do niego, na jego twarzy malował się strach.
-Kris, nic ci nie jest?
-Jak to nic?! Nie widzisz idioto?! Rękę mi ucięło!- w ataku furii uderzył Didixa z całej siły prawą ręką w twarz. Zaskoczony tym atakiem Didix runął na ziemię. Kris ciągle wściekły podbiegł do niego i zaczął go kopać z całej siły. Wyciągnął prawą rękę w górę, a w niej po chwili pojawiła się katana. Chciał ją wbić w serce Didixa, zabić go, zniszczyć, rozgnieść. Opuścił rękę z kataną w dół, ku klatce piersiowej Didixa. Didix nie miał siły się ruszyć. Zdaje się, że kopniaki Krisa połamały mu kilka żeber. Katana Krisa była coraz bliżej ciała Didixa, gdy nagle wypadła mu z ręki i poszybowała kilka metrów w bok.
-Kayl, cholera jasna! Mówiłem ci, że masz si…..- urwał, widząc stojącego obok niego chłopaka. Cały ubrany na czarno, na nosie czarne, przeciwsłoneczne okulary. Jedyne co nie było czarne to skóra i włosy. Włosy miał ciemno brązowe.
-A tyś co za jeden?- zapytał Kris. Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Runął na ziemię i zemdlał z powodu zbyt dużej ilości straconej krwi.
Kayl podszedł do reszty wolnym krokiem. Omiótł białymi oczami dwa leżące obok siebie w kałuży Krisowej krwi ciała. Następnie jego wzrok padł na przybyłego. Ten widząc jego źrenice cofnął się lekko. Kayl jednak nie przejął się tym zbytnio. Był przyzwyczajony do tego, że inni widząc jego dziwne oczy sądzą, że mają do czynienia z kimś, kto nie jest do końca człowiekiem.
- Kim jesteś i czego tu szukasz?- zapytał ostro.
- Ja?..- wzrok chłopaka przeniósł się z oczu Kayla, na ciało Krisa- potem powiem. Na razie trzeba coś z nim zrobić, gotów tu jeszcze umrzeć.
- Ah.. zgoda. Ja wezmę Krisa, ty weź Did…- spojrzał w dół. Na ziemi leżał tylko Kris. Didixa nigdzie nie było- Dobra, obaj weźmiemy Krisa. Szpital jest za lasem. Jakieś pół godziny drogi stąd. Hyuuga schylił się i podniósł z ziemi Krisa, który zaczął coś mamrotać. Ułożył go sobie na plecach, uważając na uciętą rękę i ruszyli w drogę.
- Powiedz mi chociaż, jak masz na imię- rzekł Kayl, po dłuższej chwili milczenia.
- Bobercik Sesshomaru Marquiz. W skrócie Bob- odpowiedział, a na jego twarzy pojawił się cwaniacki uśmiech.
- Ja jestem Kayl Hyuuga. A ten którego niosę to….aaa za długo by mówić. To po prostu Kris.
- Wiem- odpowiedział Bobercik- Kris Shivente.
Kayl spojrzał na niego zaintrygowany.
*Skąd on może to wiedzieć?*- przemknęło mu przez myśl, jednak postanowił nie pytać. Resztę drogi przeszli w milczeniu, tylko od czasu do czasu Kris jęknął z bólu.
Dotarli do miasta. Szpital znajdował się na samym jego skraju, więc nie musieli przebyć dalekiej drogi. Gdy weszli do środka, zobaczyli w recepcji bardzo ładną młodą dziewczynę. Długie do pasa różowe włosy i radosny uśmiech na twarzy przywitały ich, gdy tylko spojrzeli w tamtą stronę. Dziewczyna dopiero teraz zobaczyła Krisa, zwisającego bezwładnie z pleców Kayla. Uśmiech zszedł z jej twarzy, a na jego miejsce zagościł strach.
- Usiądź z nim tutaj- Bobercik wskazał na krzesła pod ścianą- ja załatwię salę.
Kayl powoli zdjął z siebie Krisa i posadził go na krześle, sam usiadł na krześle obok. Nie słyszał co mówi Bobercik, ale dziewczyna z recepcji po chwili wyszła z poczekalni. Zaraz wróciła w towarzystwie dwóch lekarzy, którzy natychmiast podeszli do Krisa. Jeden z nich machnął skomplikowanie ręką, a ciało Krisa uniosło się w powietrze i spoczęło jakby na niewidzialnych noszach. Po chwili wszyscy trzej opuścili poczekalnię. Kayl wstał i podszedł do Bobercika i dziewczyny.
- Witaj- kiwnął głową dziewczynie- Jestem Kayl. Kolega tego chłopaka, którego przed chwilą zabrali. Co z nim?
- Ah.. –twarz dziewczyny nie była zbyt zadowolona- przeżyje, ale nie mogą sprawić, aby odrosła mu ręka…
Drzwi, przez które zabrano Krisa nagle otworzyły się z hukiem. Przeleciał przez nie lekarz i uderzył w ścianę po przeciwnej stronie pokoju. Dziewczyna natychmiast wstała i podbiegła do niego.
-Co się panu stało? – spytała pomagając mężczyźnie wstać.
-Ten chłopak bez ręki to wariat! – wykrzyknął wzburzony lekarz- Gdy odzyskał przytomność wpadł w szał. Dobrze, że została mu tylko jedna ręka, nie wiem ile by ze mnie zostało, gdyby miał je obie.
Kayl zauważył, że Bobercik uśmiechnął się pod nosem.
- Co ci tak wesoło? – zapytał, nie widząc nic śmiesznego w furii Krisa.
- Pomyśl… gdy ten chłopak, Kris, wpadnie w szał jest jawną maszyną do zabijania! Ty wiesz jakie to nam daje możliwości, gdy już wyruszymy szukać tych artefaktów?!
- C-co?!- Kayl był zaskoczony bardziej, niż gdy dowiedział się, że jego rodzice byli mężczyznami – Skąd wiesz o artefaktach? To po pierwsze. Po drugie- czemu sądzisz, że wyruszymy ich szukać? I trzecie, kto ci do diabła powiedział, że idziesz z nami?! Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? Nawet cię nie znamy.
- O artefaktach wiem od tej samej osoby co wy, tak się składa, że to mój dziadek. Że zamierzacie ich szukać, wiem również od niego. A to, że idę z wami… to wydaje mi się oczywiste. Tylko w ten sposób Kris może odzyskać rękę.. No, chyba, że jeszcze ktoś z was zna się na alchemii.
Lekarz, który uderzył w ścianę wrócił już do Krisa. W sali pozostała tylko dziewczyna. Uważnie wsłuchiwała się w rozmowę Kayla i Bobercika. Obaj mówili dość głośno.
*Chcą gdzieś wyruszyć, to możliwość, żeby też się stąd wyrwać, razem z nimi.. i tak mało mi płacą*- przeszło jej przez myśl. Powoli podeszła do nich. Uśmiechnęła się oszałamiająco i zwróciła do Boba i Kayla.
-Jestem Sami Katoru. Podobno wybieracie się na jakąś wyprawę?
-Tego już za wiele! – Kaylowi puściły nerwy- Nie! Nigdzie nie idziemy! Kris bez ręki?! I na wyprawę? Chyba was….- zdenerwowany chłopak wyszedł na zewnątrz trzaskając drzwiami.
- Co go ugryzło?- Mruknął Bobercik
-Nie wiem, nie wiem.- Dziewczyna potrząsnęła głową- przejdzie mu. A wtedy będzie chciał iść. Przyda mu się ktoś, znający się na medycynie. Zobaczysz, jeszcze tu wróci!
- W porządku. W takim razie idź i zaopiekuj się Krisem. Musi szybko wyzdrowieć, jeśli chcemy wyruszyć. Ja pójdę, i powiem dziadkowi co zaszło. Powinno go to zainteresować- mruknął Bobercik i ulotnił się. Myślał, że za drzwiami zastanie Kayla, ale mylił się. Nigdzie go nie było.
-Pff.. trudno- rzekł do siebie i pognał do dziadka.
***
SkIp TiMe: UpŁyNąŁ MiEsIąC.
- Jupi ja jej!- Kris wybiegł do poczekalni i uściskał jedną ręką Sami- haha! Wychodzę, wychodzę!
- To świetnie. – Na twarzy dziewczyny pojawił się promienny uśmiech- będziemy mogli wreszcie wyruszyć!
- Tak! Kayl, wydaje mi się, też już nie będzie miał nic przeciwko tobie. Chodźmy do niego- uszczęśliwiony wybiegł na dwór i zrobił gwiazdę na pozostałej mu ręce.
- Że co niby?!- Kayl był niezadowolony- straciłeś rękę, w walce z tym wymoczkiem Didixem..
- Nie nazywaj go tak!- rzekł ostro Kris- Ten wymoczek Didix, wcale nie jest taki zły! Nawet nie wiesz, ile on dla mnie zrobił jak byłem w tym głupim… ekhm- spojrzał na Sami- znaczy jak byłem w szpitalu.
- Dobra. Mniejsza z tym. W każdym bądź razie, chcesz iść mimo tego, że nie masz ręki?
- I co? Teraz w razie niebezpieczeństwa Sami mnie wyleczy, co nie?
- Ta-Tak.
- Ha, ha, ha. Kris, i sądzisz, że ona też z nami pójdzie? To weźmy może jeszcze Didixa i tego przybłędę Bobercika?!
- A wiesz, że to całkiem dobry pomysł? Chodźcie chłopaki!- zawołał Kris do drzwi, które otworzyły się z hukiem i wbiegli przez nie dwaj chłopcy.
- No nie..- Kayl był wyraźnie zły.
- Witam chłopaki- rzekł Bobercik i z uśmiechem skoczył na łóżko- I dziewczyny oczywiście- dodał zauważając Sami.
-Cześć- mruknął Didix i stanął z boku, podpierając się o ścianę.
-No, Kayl- rzekła Sami- Pakuj manatki i wyruszamy. No chodź..- przeciągnęła ostatnie słowo i uśmiechnęła się do Kayla. Dalej!
Kayl nie mając innego wyboru wstał i podszedł do szafy.
-Na co czekacie? Idźcie też się przygotować.
Kris wybuchnął śmiechem.
-Haha. My? My już jesteśmy gotowi! Plecaki czekają na zewnątrz, my też tam na ciebie poczekamy.
-Eh…- mruknął młody Hyuuga pod nosem, gdy drzwi zamknęły się za Sami, Krisem, Bobercikiem i Didixem- będą jeszcze z nimi problemy..